video-jav.net

Parówkowe święta

Jestem wychowany w katolickiej rodzinie, gdzie celebrowanie chrześcijańskich świąt nie jest pustą tradycją - wydmuszką, w którą pompuje się całoroczne niezadowolenie, a z której to, co najważniejsze dawno już uleciało. Boże Narodzenie zawsze było świętowaniem Wcielonego Boga.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mam to szczęście, że nigdy nie zaznałem skrajnej biedy – wigilijny stół nie pustoszał znienacka w towarzystwie dźwięków wygłodniałego żołądka. Były prezenty, choinka, spokój od obowiązków, wśród których jedyną pozostałą powinnością było wypatrywanie pierwszej gwiazdki. No i był Pan Bóg. Wszystkiego miałem więc pod dostatkiem, choć bez zbędnego przepychu. Moi rodzice nie mieli jednak tak łatwo – Święta w ich dziecięcych czasach były chwilą radości z tego, że w te dni zwyczajnie nie brakowało jedzenia i można było zaznać wyjątkowej sytości, pośpiewać kolędy oraz trochę zwolnić w pośpiechu przemęczającej pracy.

Wychowany pod takim kloszem skromnego, ale godnego mniemania o Uroczystości Bożego Narodzenia, w której Chrystus przychodzi i nagle przestaje wszystkiego brakować, każde wystawienie głowy za parawan rodzinnego bezpieczeństwa przyprawia mnie o dreszcze. Chłodu, pustki i wstydu.

Maria Czubaszek – jedna z twarzy świątecznej kampanii EMPiKu – opowiedziała w najnowszym wydaniu Wprostu o swoich Świętach, a właściwie ich braku. Nie ma w nich bowiem miejsca na rodzinę (po cóż więc zachęcać w reklamach do przeżywania rodzinnych świąt?), prezenty, zwyczaje, radość, a przede wszystkim ­- na Boga. Na co więc jest miejsce? Chyba tylko na siebie.

Parówkowe święta

Daleko mi do włażenia w butach w nieswoje życie, lecz nie potrafię pozbyć się nachalnego skojarzenia, że oto mamy rzetelny pejzaż tego, jak Święta wyglądają w wielu polskich domach – nie ma ich wcale lub stają się groteskowym festiwalem pozorów. Maria Czubaszek to bowiem nie osamotnione exemplum, ale spływająca pustką świąteczna ikona naszych sąsiadów i bliskich. Radykalnie jałowy obraz domu bez stołu, wieczerzy bez potraw, wreszcie Świąt bez Boga – to wszystko dzieje się za naszymi ścianami i poza obojętnością naszych spojrzeń.

Na pytanie o grudniowe świętowanie celebrytka odpowiada, że samej wieczerzy nie ma. Gdy ktoś jest głodny – w lodówce są parówki. Czy to jedyny taki dom z Polsce? Nie sądzę. W parówkowe święta nie z biedy, ale z wyboru angażuje się sporo Polaków, a ja nie jestem w stanie rozstrzygnąć sobie, co gorsze – cyniczne omijanie Świąt, czy karkołomna próba przeżywania narodzin Zbawiciela bez Zbawiciela.

Prawdą jest, że święta pod takim dachem zgaszone są jak pet na brudnym chodniku, w którego przykry zapach wchodzi się i wychodzi bez zmian, niezauważalnie. Będą jednak takie za każdym razem, gdy zamkniemy się we własnej kuchni, nad własnym odkurzaczem lub przed własnym telewizorem, aby świętować narodziny własnego Boga.

Całe to moje pisanie nie jest bowiem ani mową oskarżycielską ani egocentrycznym nadmuchiwaniem poczucia religijnej wartości. Gdybyśmy rzeczywiście byli chrześcijanami, nie byłoby żadnych pogan – powiedział kiedyś św. Jan Chryzostom. A przy dzisiejszej, adwentowej okazji nie można powstrzymać się od parafrazy: gdybyśmy przeżywali święta właściwie, inni przyłączyliby się do pochodu szczęśliwych kolędników.

Parówkowe święta

Takie smutne obrazy muszą wzbudzić refleksję na temat własnej kondycji przeżywania świąt – jeśli to, co jest dla nas dobre i cenne, potrafi się spotkać z taką obojętnością, nie możemy nie zapytać sami siebie – co zrobiliśmy, by to dobro pokazać? By w całym tym zapętlonym festiwalu błyskotek i konsumpcyjnego kiczu odnaleźć i pokazać ludziom Boga. Nie takiego, jakiego chcemy i jakiego sobie wyobrażamy. Innego, Wspanialszego, Niespodziewanego. Co zrobiliśmy, żeby nie zatrzymać Go tylko dla siebie na sianku pod obrusem, w gwieździe na choince lub w uszkach do barszczu?

Mam ogromny szacunek do ludzi, którzy żyją zgodnie z sobą – to ich przestrzeń, do której nie mam dostępu i nie roszczę sobie prawa do umeblowania jej na własny użytek. Nie stawiam pionków na nieswojej szachownicy. A jednak jest mi niewymownie smutno, że tak radosne święta można spędzić z dala od Boga. Uważam, że jest naszym obowiązkiem zagubionych przyprowadzić do Niego. Trzeba wreszcie przynajmniej spróbować.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Ciemno, zimno, ale idziemy

– Ciemno, zimno i do domu daleko – tak mówili nasi dziadkowie! Nie tylko wówczas, gdy chcieli opisać jakiś etap swoich mało komfortowych podróży, ale także kiedy chcieli zaznaczyć, że się pogubili. W kilku słowach stworzyli metaforę naszego życia, która świetnie pasuje do istoty Adwentu, do jego przeżywania – jest w niej wędrówka, wysiłek, wyczekiwanie i cel

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jest ciemno

Bo wielkie odliczanie zaczyna się na przełomie listopada i grudnia. Położenie geograficzne Polski a także jej klimat nam sprzyjają, gdyż dzięki porannym ciemnościom łatwiej nam wczuć się w sytuację tych, co szli i idą po ciemku: wszystkich królów, proroków, o których mówi Pismo Święte i wiele bezimiennych pokoleń, które żyły przed narodzeniem Mesjasza, gorliwie czekając na Jego przyjście. Często musieli czuć się narodem kroczącym w ciemności, mogli liczyć wyłącznie na pojedyncze i rzadkie przebłyski: od proroka do proroka. Ale zanim pojawił się następny profeta, nieraz trzeba było czekać dwieście czy trzysta lat na kolejny sygnał, który miał podtrzymać nadzieję, że obietnica w końcu będzie spełniona.

Ciemno, zimno, ale idziemy

Jest także zimno

W niskich temperaturach dotkliwie odczuwamy obcość świata, który nie jest domem, wręcz przeciwnie, jest nieprzyjazny a bywa i niebezpieczny. Nie sposób się w nim na stałe zadomowić, można co najwyżej rozbić chwilowy obóz. Co zrobić wobec tej obcości? Najrozsądniej jest podwoić wysiłek, przyspieszyć krok.

I jest wreszcie dom daleki. I tu jest sedno problemu, bo nasze oczekiwanie zależy od tego jak go sobie wyobrażamy i jak tłumaczymy sobie fakt, że tak bardzo się od niego oddaliliśmy. Poczucie straty, sieroctwa jest oczywiste, ale teraz chodzi o to żeby wrócić.

Ci, co wstają wcześnie, żeby iść na roraty w ciemności i mrozie, wiedzą, że szansę powrotu ma każdy z nas i cały lud otrzymał ją wraz z chwilą Wcielenia, gdy Bóg wziął na Siebie nasze porąbane człowieczeństwo. Zapewnił nas, że od tego czasu Dom stoi znowu otworem.

Każdy z nas sobie jakoś ten Dom wyobraża. Inny świat zapowiadali prorocy wielcy i mali. Jeden mówił o braku łez, a apostoł, że przyroda przestanie jęczeć w okowach. Wielki Izajasz widział wilka obok baranka. Dziecko, które wkłada rękę do kryjówki żmii i dotychczas mięsożernych drapieżców, którzy żrą już tylko trawę w krainie bez łez. Ale są także przeczucia, dla których punktem startowym była chwila zupełnie zwyczajna.

Ciemno, zimno, ale idziemy

Szczęście na wieczność

Roman Brandstetter pije filiżankę kawy z Reną. Wspólnie z ukochaną żoną podziwia fasadę rzymskiego kościoła na Zatybrzu w blasku zachodzącego słońca. Absolutne, krystaliczne szczęście zdarza się w życiu, daje ją bliskość ukochanej osoby w pięknym pejzażu. Ale to są ułamki sekundy, a my chcemy żeby tak było już zawsze i tęsknota za powrotem się wzmaga.

Mamy nieprawdopodobnego farta, bo urodziliśmy się po Jego narodzinach, dostaliśmy od Niego maksymalną, jak na nasze ograniczenia, dawkę światła. Czy potrafimy się z tego cieszyć, że znamy Jego imię, słowa i czyny. I masę informacji.

Wcielenie jest najpełniejszym komunikatem Boga, wypowiedzianym do ludu, co nie zmienia faktu, że i my idziemy w ciemności.

Czas oczekiwania na Jego przyjście jest radosny, bo jakoś przypomina nam czasy dzieciństwa, bezpiecznego świata, zaginionej bajki, w której zło, nawet jeśli skądś wypełznie, zawsze zostaje zwyciężone.

Ciemno, zimno, ale idziemy

Na jeden wieczór cichną spory i zawierane są rozejmy, może dlatego, że wielu przeczuwa, że można jakoś być innym. Logika świata przestaje obowiązywać na czas zawieszenia broni. Alternatywny świat nie daje nam spokoju, dopinguje żeby tam dojść.

A potem osiągamy cel

Przychodzi następny dzień, który jest sprawdzianem. Jeśli jest coś takiego jak smutek spełnionej baśni, może okazać się, że jednak się zgubiliśmy, a cel był ułudny. Że złą drogę wybraliśmy, że fałszywi prorocy nas zwiedli. Mimo gorączki i pośpiechu wszystko straciło smak, a oddalenie od domu jest takie samo. Dystans być może się nawet zwiększył. Może tak się zdarzyć, ale zawsze jest szansa na kolejną próbę.

Trzeba się otrząsnąć i ruszyć do tego innego świata, bo jesteśmy farciarzami, którzy raz w roku śpiewają kolędy o przyjściu Boga, Który przynosi ziemi pokój.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >