FELIETONY

Niespodziewany skutek protestu mediów

“Środa bez mediów” przyniosła pouczający efekt. Dokładnie na tydzień przed Środą Popielcową.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kibice Igi Świątek, którzy nastawili budziki na 6 rano, by śledzić mecz polskiej tenisistki o III rundę Australian Open, zobaczyli jedynie czarną planszę z napisem “Tu miał być twój ulubiony program”. Podobna plansza zastąpiła programy prywatnych stacji informacyjnych. Mało tego. Zaprzestały nadawanie wszystkie kanały grupy TVN i Polsat. W internecie podobnie. Po wejściu na niemal wszystkie największe portale internetowe zamiast bogatej treści rozrywkowej i informacyjnej widoczna była czarna plansza z ostrzeżeniem, co czeka Polaków w przypadku wprowadzenia podatku od reklam. 

Tak było przez cały dzień. To była środa bez mediów, odcięcie od wielu źródeł informacji, do których się przyzwyczailiśmy. Do późnej nocy w telewizorach i na laptopach przeważały czarne ekrany i brak dostępu do programów i treści.

Akcja ta miała dodatkowy efekt. Otrzymaliśmy praktyczne doświadczenie tego, czym jest brak ulubionych treści w radiu, telewizji i internecie. Na masową skalę można było przeżyć to, co czasem (raczej rzadko) zdarza się nam, gdy zapomnimy zabrać z domu naszego smartfona. Znacie to uczucie? Najpierw panika lub złość a potem okazuje się, że to był nawet dobry dzień i nic strasznego się nie wydarzyło.

 

Nie sądzę, by wybór dnia protestu był podyktowany kalendarzem liturgicznym Kościoła, ale tak się złożyło, że dał on pewną wskazówkę na temat wolności i wyboru

Nic strasznego

Środa bez mediów przypadła dokładnie tydzień przed Środą Popielcową, która zaczyna okres Wielkiego Postu. Nie sądzę, by wybór dnia protestu był podyktowany kalendarzem liturgicznym Kościoła, ale tak się złożyło, że dał on pewną wskazówkę na temat wolności i wyboru. Tradycyjnie w Wielkim Poście postanawiamy sobie różne wyrzeczenia (na przykład powstrzymanie się od słodyczy czy innych smacznych rzeczy). W środę, 10 lutego zafundowano nam swoisty post. Przypomniał on nam, że można obyć się bez rzeczy, które pozornie wrosły w naszą codzienność.

Po co podejmujemy post? Jego najgłębszym sensem jest dokładnie to, o co upominali się nadawcy – wolność. Tyle, że nie wolność zewnętrznego działania lecz wewnętrznej motywacji. Wybrać to co wydaje się trudniejsze, zrezygnować z natychmiastowej gratyfikacji, odroczyć przyjemność – nie tylko dla samego hartowania swojego charakteru, ale po to, by nauczyć się… kochać. Dlatego postowi ma towarzyszyć jałmużna (miłość bliźniego) i modlitwa (miłość Boga).

Żyjemy w czasach, gdy o tę wolność coraz trudniej. Nie tylko z powodu ograniczeń sanitarnych związanych z pandemią, lecz przede wszystkim dla tysiąca i jednej propozycji dostarczanych nam za pomocą mediów – szczególnie społecznościowych. Każdemu, kto widział film „Dylemat społeczny” nasuwa się pytanie: „Czy to ja używam mediów, czy też media używają mnie?”. W filmie tym twórcy potęg biznesowych mediów społecznościowych opowiadają o tym jak konstrukcja algorytmów sprawia, że użytkownik tych mediów staje się „produktem” interesującym dla reklamodawcy tym bardziej, im więcej czasu spędza przed ekranem. Media te „sprzedają” liczbę użytkowników pomnożoną przez czas użytkowania reklamodawcom i stąd uzyskują krociowe zyski. Ich twórcy zrobią wiele (a mogą naprawdę wiele), aby przykuć odbiorcę do ekranu i uczynić z niego nie tylko „produkt” lecz jakby niewolnika. Ludzie, którzy wpadną w tę sieć, stają się niezdolni do relacji, do zwrócenia uwagi na potrzeby drugiego człowieka, tak jest… niezdolni także do relacji z Bogiem. Kształtują się idealni egoiści, wychowywani są konsumenci treści o wątpliwej nieraz wartości, uzależnieni od doznań, które muszą być coraz silniejsze.

 

W nadchodzących dniach poprzedzających dostosowane do sytuacji sanitarnej posypanie głów popiołem zastanówmy się nad tym jak poszerzyć przestrzeń swojej wolności poprzez post – może już nie od słodyczy, ale od ekranu.

Cyfrowy zachód słońca

Dlatego w nadchodzących dniach poprzedzających dostosowane do sytuacji sanitarnej posypanie głów popiołem zastanówmy się nad tym jak poszerzyć przestrzeń swojej wolności poprzez post – może już nie od słodyczy, ale od ekranu. Postarajmy się wychwycić takie momenty w ciągu dnia, kiedy stajemy się „produktem” to znaczy bezrefleksyjnie sięgamy po urządzenie z ekranem i zamieńmy te chwile na momenty podjęcia decyzji. Zamiast „scrollować” zadzwonię do bliskiej osoby, porozmawiam z koleżanką czy z kolegą z pracy, zaplanuję spotkanie z kimś bliskim, kogo dawno nie widziałem, napiszę odkładanego maila do przyjaciela, a przede wszystkim poświęcę czas na relację (przy posiłku, grze planszowej czy na spacerze) z moimi najbliższymi – żoną, mężem, dziećmi. Ustalę pewne granice, których nie przekroczę ja ani moi bliscy: będziemy jeść przynajmniej jeden wspólny posiłek dziennie i nikt przy stole nie będzie zerkał w smartfona albo ustalimy godzinę „cyfrowego zachodu słońca” – to czas, gdy odkładamy nasze elektroniczne smycze w bezpieczne miejsce (może nawet pod klucz) i szukamy alternatywnych metod spędzania czasu. Albo (najlepiej) jedno i drugie.

Zatem: “bez wyboru” czy “z wyborem”? Pamiętaj – masz wybór, a decyzja należy do Ciebie.

Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole “Żagle” Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >
FELIETONY

Tematy tabu na polskich uczelniach

Profesor etyki na Uniwersytecie Warszawskim Magdalena Środa zapytana w wywiadzie, kiedy zaczyna się życie ludzkie, stwierdziła, że nie można o tym rozmawiać na jej seminarium filozoficznym.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dziennikarka nie drążyła tematu, a szkoda, gdyż takie stwierdzenie burzy rozmaite stereotypy i nasuwa ważne pytanie.

Uniwersytet w swym założeniu i pomyśle był miejscem poszukiwania prawdy, co Jan Paweł II pięknie ujął, zwracając się do nauczycieli akademickich w Krakowie podczas jednej ze swoich pielgrzymek, nazywając ich pracę posługą myślenia. Dlatego tak ważne były debaty, organizowane na średniowiecznych uczelniach, które były drogą do prawdy, choćby uczestnicy radykalnie różnili się poglądami. Pięknym zwyczajem tych debat było wymaganie, żeby startujący w zawodach adwersarze wykazali, że potrafią bezbłędnie powtórzyć poglądy przeciwnika. Jeśli tego nie umieli – odpadali w przedbiegach. Ci, którzy rozumieli przeciwników, zmagali się dalej, bo sprawa była najwyższej wagi – chodziło przecież o odkrycie prawdy. Dlatego uniwersytety były miejscem szczególnej troski społecznej – w trakcie dyskusji wolno było nawet przytaczać całkiem heretyckie poglądy i zaskakujące argumenty. A żeby dać tej bezcennej posłudze specjalną ochronę, uniwersytety otrzymały autonomię, były swoistymi samorządnymi republikami myślenia i poszukiwań prawdy, które ten trud koronowała.

Czy studenci uniwersytetu są osobami wolnymi, czy ich wolność zostaje ograniczona, bo ktoś ustawia bariery, buduje mury?

I oto nie w wiekach średnich, a dziś profesor etyki stwierdza, że jest temat, który nie może być w centrum akademickiej debaty. Jest nim początek ludzkiego życia. Wobec licznych kontrowersji, obiegowych opinii, że ludzki płód jest niczym więcej niż zlepkiem komórek, a przyjęcie środków wczesnoporonnych porównuje się do “odrobaczenia organizmu”, temat staje się bardzo istotny, wręcz naglący. Uniwersytet powinien wyjaśnić wszelkie wątpliwości, zwłaszcza, że nauka posunęła się bardzo daleko i ułatwiłaby argumentację. Mimo tego na seminarium z etyki debaty nie będzie. Dlaczego? Bo nie ma już żadnych wątpliwości? Bo prawda została już ustalona i żadne naukowe fakty jej nie zmienią? A co z wolnością badań naukowych, szukania prawdy, która wyzwala? Czy studenci uniwersytetu są osobami wolnymi, czy ich wolność zostaje ograniczona, bo ktoś ustawia bariery, buduje mury?

Zwolennicy lewicowych ideologii od dawna obalają liczne tabu, funkcjonujące niegdyś  w kulturze zachodniej. Dziś już nie ma już takich tematów, wszystko, co nasi przodkowie osłaniali milczeniem, głoszone jest na dachach i na Instagramie. Okazuje się jednak, że w miejsce obalonych zakazów powstają kolejne, tym razem wprowadzone przez dotychczasowych rewolucjonistów. A jednym z nich jest zakaz mówienia o początkach ludzkiego życia i to w miejscu poszukiwania prawdy.

Powstaje pytanie, czemu właśnie ten temat ma być szczególnie chroniony? Czym jest tabu? Zajrzyjmy do Wikipedii, która powiada, że jest to „głęboki i fundamentalny zakaz kulturowy, którego złamanie powoduje spontaniczną i niejednokrotnie gwałtowną reakcję ze strony ogółu przedstawicieli tej kultury, gdyż jest przez nich odbierane jako zamach na całą strukturę tej kultury i jej integralność, czyli jako zagrożenie dla dalszego istnienia danego społeczeństwa”.

W wynaturzonej wizji wolności, którą lansuje „nowy ład”, pozbawienie życia nienarodzonego człowieka przedstawiane jest jako wyraz wolności i fundamentalne prawo człowieka

Jeśli ta definicja jest prawdziwa, a jest, wyjaśnia, dlaczego są tematy, na które studenci nie podyskutują – w wynaturzonej wizji wolności, którą lansuje „nowy ład”, pozbawienie życia nienarodzonego człowieka przedstawiane jest jako wyraz wolności i fundamentalne prawo człowieka. Międzynarodowe instytucje walczą o wpisanie aborcji na listę owych praw. Aby wszystko szło gładko, należy stłumić nieistotne dyskusje o początkach życia. Przecież złamanie tego tabu może „zagrozić dalszemu istnieniu danego społeczeństwa”. Tego, które ma być wybudowane.

Wypowiedź pani profesor prowadzi do kolejnego wniosku. Jan Paweł II zwracał uwagę, że posługa myślenia jest służbą prawdzie w wymiarze społecznym. A „każdy intelektualista, bez względu na przekonania, jest powołany do tego, by kierując się tym wzniosłym i trudnym ideałem, spełniał funkcję sumienia krytycznego wobec tego wszystkiego, co człowieczeństwu zagraża lub co go pomniejsza”. W innym miejscu Ojciec Święty stwierdził, że „społeczeństwo oczekuje od swych uniwersytetów ugruntowania własnej podmiotowości, oczekuje ukazania racji, które ją uzasadniają, oraz motywów i działań, które jej służą”.

Zdaje się, że społeczeństwo powinno pozbyć się złudzeń. Uniwersytety chyba nie są już miejscem poszukiwania gwarantującej wolność prawdy. Z biegiem lat staną się producentem ideologicznych stereotypów, gdyż elementarne poszukiwania są niemożliwe. A społeczeństwu przestanie zależeć na wynikach debat, które i tak się nie odbędą.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap