video-jav.net

Mitologia rozdziału

Straszenia ciąg dalszy. Od kilku miesięcy słuchamy i czytamy, że Polsce grozi państwo wyznaniowe, cofnięcie się do średniowiecza, iranizacja i kilka innych przykrości. Dziś tę samą melodię gra się oktawę wyżej - na strunach rozdziału państwa od Kościoła

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ostatnio egzaminu z demokracji nie zdał – przynajmniej w oczach czcicieli bożka świeckości – poseł Sellin, który wyraził zdziwienie, że współczesna polityka chce od odpowiedzialności za dobro wspólne odseparować Kościół. Nie widzę powodu, dla którego Kościół i jego ludzie nie mogliby uczestniczyć w polityce – powiedział i jak można się domyśleć, natychmiast stał się terrorystą numer jeden.

Bodaj najbardziej emocjonalny komentarz wyszedł spod klawiatury Elizy Michalik z natemat.pl i ukazał się pod wiele mówiącym tytułem: Wara wam politycy i księża od rozdziału kościoła od państwa (pisownia oryginalna). Niestety nie daje on odpowiedzi, kto ten rozdział ma realizować, skoro przedstawiciele obu separowanych stron nie są przy tej czynności mile widziani.

Mitologia rozdziału

Polemika publicystki jest oczywista, czyli biegunowo odległa od stwierdzenia posła Sellina i nie byłaby warta dalszego komentowania, gdyby nie to, że niejako na marginesie głównego tematu odsłania kilka dodatkowych problemów.

W telegraficznym skrócie: według dziennikarki należy nauczanie Kościoła ograniczyć do murów świątyń i poddać kontroli sprawdzającej, czy nie namawia do rzeczy sprzecznych z prawem. Przykładowo: rząd uznający dyskryminację homoseksualistów za karalną i ustanawiający ich małżeństwa jednocześnie rykoszetem zabraniałby głoszenia z ambon katolickiej nauki o seksualności. Oczywiście to wszystko w imię wolności od jakiejkolwiek dyskryminacji. Ponadto Kościół albo łamie równość obywateli wobec prawa ustanawiając kapłanami tylko mężczyzn (jeśli traktujemy go jako instytucję prywatną) albo kradnie pieniądze Polakom reprezentując obce mocarstwo Watykan (jeśli traktujemy go jako instytucję państwową). Publicystka pisze, że rozdział kościoła od państwa służy interesom obywateli i po to go ustanowiono, ale zapomina przy okazji wskazać miejsce tego ustanowienia, bo że nie jest nim konstytucja wie każdy, kto choćby pobieżnie przeczytał preambułę. Polityczne zakneblowanie Kościoła jest zatem kamieniem węgielnym, warunkiem sine qua non naszej demokracji. Wszak Kościół potrafi wzywać jedynie do nienawiści ustami biskupów i niektórych księży zamiast krzewić wartości chrześcijańskie, na które tak lubi się powoływać, jak miłość bliźniego, tolerancja, współczucie i miłosierdzie. Tak to jest, gdy znajomość katolicyzmu ograniczymy do nadstawiania drugiego policzka i nierzucania kamieniami, do biernego przyglądania się rzeczywistości dryfującej do bezwartościowego nikąd.

Mitologia rozdziału

Jest tego oczywiście wiele więcej, ale nie ma potrzeby dalszego cytowania. Nie ulega wątpliwości, że poglądy zaprezentowane przy okazji oburzenia na posła niewiele mają wspólnego z równością, demokracją, czy tolerancją, bo są jawnie wymierzone w konkretny podmiot życia społecznego. Zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Podobnie jak do tego, że jawne bycie anty- można przystrajać w odświętne szaty bycia pro- i dyskryminując, zyskiwać status walczącego z dyskryminacją.

Problem polega na tym, że Kościół nie tyle nie ma prawa angażować się w politykę, co nie ma prawa tego nie robić! Chrześcijaństwo ma moc przemiany świata, na co wskazuje historia i współczesność. Zapytajcie Chińczyków, dlaczego wykpiwane w Polsce oazy cieszą się w ich zniewolonym kraju popularnością lub Afrykańczyków o standardy leczenia w katolickich szpitalach.

Zresztą historia pokazuje nam o wiele więcej. Kościół, który ugnie się i da się zagonić do kruchty będzie Kościołem, którego za sto lat nikt nie będzie szanował. Oczywiście należy w tym porównaniu zachować proporcje, ale dziwnym trafem ci sami publicyści, którzy grzmią, że Kościół nie ma prawa angażować się w politykę mają do Kościoła pretensje, że nie powstrzymał np. nazistowskiego totalitaryzmu. Historia rozlicza Kościół, bo (podobno) zrobił dokładnie to, czego współczesność od niego oczekuje.

Pomieszanie z poplątaniem.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Nowy wymiar katofobii

To przerażające, jak systematyczna praca dziennikarzy, usłużnych historyków czy propagandzistów może sprawić, że cywilizowane europejskie państwo zacznie się bać samego siebie. Tego, co za nim i tego, co przed nim

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jesteśmy państwem chrześcijańskim. Nie kościelnym, nie wyznaniowym, nie katotalibanem, ale krajem chrześcijańskim, co oznacza ni mniej ni więcej, jak to, że przeważająca część społeczeństwa deklaruje wiarę w Trójjedynego Boga, a polska państwowość – czy tego dziś chcemy, czy akceptujemy czy nie – została ufundowana na chrześcijaństwie, na kościelnym glejcie i błogosławieństwie.

Nie ma sensu dowodzić, że historia Polski jest w wielu punktach zbieżna z historią chrześcijaństwa europejskiego, że Kościół – kolokwialnie mówiąc – od zawsze był w Polsce i od zawsze stanowił o jej tożsamości. Od chrztu Polski po koniec ubiegłego wieku nie ulegało wątpliwości, że w Polsce jest miejsce dla Kościoła i że chrześcijaństwo ma światu, Europie, a przede wszystkim nam dużo do zaproponowania. Wśród pojedynczych zwrotów antykościelnych, słów krytyki zasłużonej (Kościuszko et consortes) i niezasłużonej (komuniści et tawarisze) nie było w Polsce prądu, który dolewałby tak agresywnej oliwy do katofobicznego ognia.

To stało się udziałem dopiero ostatnich lat.

Księża i biskupi nigdy nie byli u nas przedmiotem strachu. Szacunku, podziwu, posłuchu, punktem odniesienia, autorytetem, choć również obiektem niechęci, czy pośmiewiskiem – owszem, ale nigdy nie wywoływali swą publiczną obecnością fobii zakreślającej tak absurdalnie groteskowe koła. Dziś w jednym z najbardziej poczytnych tygodników opinii można z marsową miną przestrzegać przed kamienującymi wszelki sprzeciw rządami biskupiej rady gerontów, jakie w najbliższych latach szykują się nad Wisłą.

Stanisław Tym, kiedyś niezły aktor i komik, dziś felietonista Polityki, daje upust swojej straszliwej wizji episkopatu u władzy, który zmieni wszystko to, co jeszcze u nas działa w wielką, zdogmatyzowaną usterkę. Wplata w to przy okazji dawno obalony mit o postulacie ministra Szczerskiego dotyczący wpuszczenia biskupów do parlamentu. W tym świecie ateista będzie szykanowany osobnym miejscem w tramwajach i autobusach zaopatrzonych w obwoźne konfesjonały, jego dom będzie oznakowany symbolem NW, co ma oznaczać niewierzącego itd.

Nowy wymiar katofobii

Nie ma potrzeby przytaczać całości obrazu. Nawet, jeśli jest on podrasowany humorem typowym dla komika, odsłania się między wierszami strach, że choć promil tych wizji może okazać się prawdziwy.

Tymczasem, że wszystkie te obawy wyssane są z palca, przesadzone i nie mają poparcia w rzeczywistości, wie każdy średnio rozgarnięty Polak. Polak-katolik dodatkowo ma świadomość, że duchowny nie może piastować publicznych urzędów, bo mu tego zakazuje Kodeks Prawa Kanonicznego. Mimo to mam dla podzielających zdanie felietonisty marne pocieszenie.

To całkiem oczywiste, że oburza ich wizja tzw. klechistanu (swoją drogą to ciekawe, jak wiele neologizmów może wygenerować satyr odrazy), czyli państwa, w którym ustawy podpisuje się tylko podczas przeistoczenia poprzedzonego całowaniem biskupiej dłoni. Problem w tym, że w ostatnich miesiącach, właśnie dzięki ich zabobonnemu strachowi przed kościelną hierarchią, polityczne decyzje zdają się również być podejmowane w odniesieniu do biskupów. Z tą różnicą, że im na złość.

Ustawa o in vitro, o uzgadnianiu płci, prace nad prawem o mowie nienawiści, będące de facto kagańcem m.in. dla homiletów, wybór nowego Rzecznika Praw Obywatelskich – wszystkie te decyzje miały prosty schemat: projekt, sprzeciw biskupów i finalnie podjęcie decyzji uderzającej w ten sprzeciw.

Nawet, jeżeli (a na pewno tak było) kościelne tupanie nogą stanowiło tylko jedną z mniejszych przyczyn tych decyzji, jako antyklerykał czułbym się zaniepokojony i zobowiązany do obrony świeckości państwa, bo oto moja ojczyzna kieruje się zdaniem biskupów.

Dlatego uspokajam. Absurdalny świat, w którym opinia kościelnego hierarchy ma polityczne znaczenie to świat, w którym żyjecie już od pewnego czasu. Ale ponieważ nikt nie zamierzał Wam wyjaśnić tego gabinetu krzywych luster, biliście mu brawo.

Dziś się boicie? Spokojnie, nie ma czego.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >