video-jav.net

Kościół wyśniony, czyli dyktatura postępu

Kościół musi się unowocześnić, Kościół musi zacząć mówić dzisiejszym językiem, Kościół musi zrozumieć, że czasy się zmieniły. I tak w kółko. Trudno oprzeć się wrażeniu, że postęp polega na tym, by jak najwięcej Kościół musiał...

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tymczasem nie jest on ani pastelowym stowarzyszeniem miłośników Jezusa, ani jego utopijną polityczną partią rybackich proletariuszy, ani też fundacją na rzecz zbawienia, aby musieć takim romantycznie życzeniowym myśleniem zaprzątać sobie głowę. Kościół jest Kościołem – instytucją jedyną w swoim rodzaju z zasadami jedynymi w swoim rodzaju. Sensem jego istnienia nie jest wiecznie spóźnione zabieganie za duchem czasu, gdyż – zgodnie z przegenialną diagnozą Chestertona – duch czasu zmierza donikąd. Sensem istnienia Kościoła jest zasada definiująca ostatni przepis w Kodeksie Prawa Kanonicznego: jest nią zbawienie. I jeśli karykaturalne ubóstwienie postępu na kształt okołomarksistowskich agitek, w których Kościół zawsze był jego hamulcowym, miałoby w tym zbawieniu komukolwiek przeszkodzić, Kościół nie chce i nie ma prawa podążać za jego zmiennymi zachciankami. Kropka.

To jedna sprawa. Druga to prosta obserwacja, że oto są tacy, którzy na nienowoczesność Kościoła narzekaliby nawet, gdyby kardynałowie głosowanie podczas konklawe przenieśli na Twittera pod odpowiedni hashtag. Pozostaje trzecia – apoteoza postępu.

Logika podpowiada, że rozwój może się odbywać zasadniczo w dwie strony: w tył i w przód jako regres i progres. Pozytywnie oceniać wypada tylko ten drugi. Człowiek, który zapomina przyswojoną dawniej ortografię, gubi swoje oczytanie, przestaje radzić sobie z liczeniem bez kalkulatora – oto człowiek, który się zmienia, rozwija, ale bynajmniej nie w dobrym kierunku. Tymczasem ubóstwienie postępu zdaje się mieć głęboko w nosie kierunek zmian, byle ta zmiana nastąpiła. Bo zmiana jest dla samej zmiany warunkiem istnienia.

Trudno o bardziej wyraźne zdefinowanie samej siebie jako symbolu bezcelowości. To dlatego medialne rady dla Kościoła przybierają tak chaotyczny charakter. Niezadowolenie z jego nieprzystawalności do czasów współczesnych, z jego stereotypowo kulawego pościgu za nowoczesnością bierze się z tego, że media same nie wiedzą w którym kierunku ten wózek, a właściwie łódź Kościoła pociągnąć. Już w przedbiegach widać, że rada medialnych ekspertów nie wytrzymuje porównania z jednym papieżem.

Żeby nie pozostać gołosłownym: mamy to szczęście, że Duch Święty postawił obok siebie w ciągu jednej epoki dwóch bardzo różnych od siebie papieży: Benedykta XVI i Franciszka. Jaka jest główna oś, wokół której buduje się zarzuty (dla pierwszego) i pochwały (dla drugiego)? Jest nią właśnie postęp. Nikt w mediach tzw. głównego nurtu nie zadaje sobie uczciwych pytań o jego kierunek i perspektywiczne efekty, podobnie jak dziecko przy odpustowym straganie nie przejmuje się potencjalnym bólem zęba, tylko wymaga od rodziców kolejnej porcji lodów.

Benedykt XVI choć słowami Anglicanorum Coetibus poczynił krok milowy w dialogu ekumenicznym, zmienił zasady przebiegu konklawe, wprowadził zewnętrzną inspekcję do Banku Watykańskiego i przekroczył Rubikon mediów społecznościowych, a był pancernym, czarno-białym jak stary film hamulcowym postępu. Franciszek, choć przez ostatnie miesiące pontyfikatu nie uczynił niczego bardziej znaczącego – jest tego postępu mesjaszem, upragnionym kontestatorem zastanego kształtu Kościoła, a jego encyklikę bez standardowego oburzenia publikuje nawet Krytyka Polityczna. Czym zatem jest postęp?

Odpowiedź na to pytanie nie wydaje się zbytnio zaprzątać głowy zasypanej stereotypami. Wystarczy tylko, że sam termin kojarzy się pozytywnie i że bycie postępowym otwiera wszystkie ważne drzwi dzisiejszego świata. A do czego prowadzi? Nieważne.

Ale tym bardziej warto w zaciszu własnego rozumu zadać sobie to pytanie i być o krok przed dziennikarzami, którzy lada moment zaserwują nam kolejny tekst o potrzebie zmiany Kościoła.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Spadek powołań. Nowy przedmiot lewicowej troski

Jak to zwykle w Polsce bywa najbardziej zatroskani o Kościół są ci, którzy - wnioskując po działalności - niewiele mają z nim wspólnego. Rok temu o jakość kształcenia seminaryjnego martwiła się Gazeta Wyborcza, dziś nad spadkiem powołań załamuje ręce natemat.pl

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czy powołanie można wypromować?pyta Redakcja w tytule obierając sobie za tło – jak sama diagnozuje dramatycznyspadek powołań i odpowiada na to retoryczne pytanie cytując samą siebie: Nic nie zachęci do seminariów, póki Kościół się nie zmieni. I w zasadzie o tekście wiemy już wszystko.

Tekst kruszy kopię o tzw. spoty powołaniowe, czyli umieszczone na Youtubie filmy mające stanowić wizytówkę seminarium. Na ten nowatorski krok zdecydowały się seminaria we Wrocławiu i Warszawie. Samo to, że po kilku miesiącach od ich premiery ogólnopolski portal odgrzebuje temat i  przypomina o ich istnieniu, pokazuje, że – abstrahując nawet od liczby wyświetleń – inicjatywa wywołała porządny szum, a między innymi o to w tym wszystkim chodziło. Portal jednak pozostaje sceptyczny co do efektywności tej inicjatywy, wieszcząc dalsze nikłe nabory i wyśmiewając tłumaczenia odwołujące się m.in. do demografii.

Co ciekawe, autorka tekstu zdaje się ignorować informację o tym, że ilość osób przyjętych do wyżej wspomnianych seminariów w żaden sposób nie będzie dla twórców jednego lub drugiego spotu wyznacznikiem jego efektywności, bo nawet pomóc udzielona jednemu przyszłemu kapłanowi już jest sukcesem trudnym do przecenienia. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że autorka sama tę informację podała.

Obietnica – spot warszawskich kleryków

Z resztą nie tylko ten fakt został zignorowany. Na pytanie, jak Kościół zachęca młodych mężczyzn do kapłaństwa, udzielona odpowiedź wydaje się infantylnie naiwna w świadomym ograniczaniu działalności Kościoła do audiowizualnych tworów.

A przecież wystarczy spojrzeć na sprawę szerzej, by dostrzec zaczątki formacji już u najmłodszych ministrantów, wśród których rekrutują się prawie wszyscy późniejsi księża. Inna sprawa, że wśród wieloletnich ministrantów myśl o kapłaństwie jest kompletnie naturalna i staje się doświadczeniem prawie wszystkich służących przy ołtarzu. I tak od codziennej formacji po jednodniowe eventy typu: coroczny dzień otwarty w seminarium (ogromne zainteresowanie m.in. w WŚSD w moich rodzinnych Katowicach) można dostrzec pełną paletę działań, które zadają kłam zredukowaniu ilości inicjatyw do epizodycznych projektów w internecie.

Ktoś powie: ale wszystko to nie hamuje spadku powołań! Moje pytanie brzmi: jak to sprawdzić? Skąd ta buńczuczna pewność, że bez tych działań redukcja ograniczyłaby się do przytaczanych w tekście 7-9% w skali Europy?

Na tym polega problem tekstu w natemat.pl – dostrzega tendencję do mniejszych naborów seminaryjnych, zadaje pytanie, jak Kościół temu zapobiega i choć twórcy filmów zgodnie mówią, że celem spotów nie było zahamowanie tego spadku, a pomoc wahającym się, portal triumfalnie tańczy nad nieefektywnością bardziej oryginalnych działań Kościoła. Typowe dla tych środowisk: zapytać i zignorować odpowiedź.

Chcę być księdzem – spot wrocławskich kleryków

Tymczasem tą inicjatywą Kościół w Polsce pokazał, że wbrew wygodnym stereotypom, potrafi przemówić do młodych ludzi i ma dla nich niezastępowalną niczym innym ofertę. Byłby naiwny, gdyby wierzył, że jeden spot załatwi sprawę. Problem w tym, że nie Kościół w to wierzy, ale dziennikarze.

Tekst pyta, czy wystarczy seminaria pokryć lukrem PR-u, aby powołań było więcej i odpowiada, że aby takie działanie przyniosło efekt, Kościół musi się zmienić. Wypada zapytać: jakich jeszcze znaków zmiany Kościoła oczekują adoratorzy Jego modernizacji, jeżeli nawet tak nowatorsko zarzucone sieci, wyjście z propozycją do potencjalnych kapłanów musi stanąć w ogniu krytyki tych, którym wiecznie będzie źle lub za mało? I czy zmiany, których oczekują nie rozgoniłyby nam wszystkich seminarzystów na cztery wiatry?

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >