Globalizacja obojętności

Tak ostrych słów w ustach Papieża Franciszka jeszcze nie słyszeliśmy. Wstrząsał naszymi zobojętniałymi na los drugiego człowieka sumieniami, ukazując jednocześnie niesamowitą wrażliwość na cierpienie. Nie krył bólu słuchając dramatycznych opowieści afrykańskich emigrantów. Lampedusa była celem pierwszej podróży tego pontyfikatu i była to wyprawa na prawdziwe peryferie świata

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Zatopiony w modlitwie Franciszek wrzucający do morza wieniec biało-żółtych chryzantem – ten obraz bez wątpienia zapisze się w naszych sercach. Kwiaty spadły kilka metrów od miejsca, gdzie w czerwcu zginęli Afrykanie zdążający przeładowaną łodzią ku lepszemu życiu. Uciekinierom nie udało się dotrzeć do brzegu wyspy. Taki sam los spotkał w ostatnich latach ponad 20 tys. uchodźców. Zamiast ziemi obiecanej znaleźli śmierć w otchłani morza. Wśród nich byli starcy, kobiety, dzieci…

Papież rzucał kwiaty ze statku patrolowego, który w ciągu ostatnich ośmiu lat wziął na swój pokład 30 tys. rozbitków wyłowionych z morza. Za suchymi liczbami stoi dramat Afryki oraz trawiących ten kontynent problemów. Problemów, o których – jak mówił Papież – nie chcemy słyszeć, bo w ten sposób wydaje się nam, że nie istnieją i nas nie dotyczą.

Już sama  zapowiedź, że Ojciec Święty odwiedzi Lampedusę wywołała ogromne poruszenie nie tylko świata mediów, ale włoskich i europejskich polityków. Franciszek nie pozwolił jednak zawłaszczyć tego wyjątkowego momentu spotkania. Miał być on, uchodźcy i ludzie na co dzień niosący im pomoc. Tak też się stało. Jedynym  ustępstwem było skorzystanie z rządowego samolotu, a nie lot rejsowym, jak to pierwotnie miał w zamyśle. Jednak już przewiezienie na wyspę papamobile spotkało się ze sprzeciwem. Od Mediolańczyka, który na Lampedusie ma letni dom pożyczono więc wysłużonego fiata campagnolę. Takim samochodem do zamachu posługiwał się Jan Paweł II.

Globalizacja obojętności

„Imigranci, którzy zginęli w morzu, z owych łodzi, które zamiast być drogą nadziei stały się drogą śmierci”… Taki tytuł pojawił się w gazetach! Kiedy przed kilku tygodniami doszła do mnie ta wiadomość, niestety tyle razy się powtarzająca, wciąż wracała mi myśl, jak cierń boleśnie kłujący serce. Poczułem wtedy, że muszę tu przybyć dzisiaj, by się modlić, by okazać bliskość, ale także, by obudzić nasze sumienia, żeby to, co się stało, już się nie powtórzyło. Niech się już nie powtórzy, bardzo proszę!”.

W ten sposób Papież sam wyjaśnił dlaczego postanowił odwiedzić tę wyspę. Jak trudna panuje na niej sytuacja może świadczyć fakt, że na kilka godzin przed przybyciem Franciszka straż nabrzeżna przechwyciła łódź ze 166 uciekinierami na pokładzie. Lampedusa należy wprawdzie do Italii, ale bliżej z niej do Afryki niż na Stary Kontynent. Zwana jest popularnie Wrotami Europy lub Wyspą Łez. O tym też usłyszał Papież.

Kiedy Papież schodził z łodzi na molo portowe i spotkał się z uchodźcami, którzy w ostatnim czasie dotarli na Lampedusę. Młody Erytrejczyk opowiedział mu o dramacie, który stał się ich udziałem. Drugi uchodźca łamaną włoszczyzną tłumaczył: padły słowa o porwaniach, gwałtach, przemytnikach ludzi i długu, który pozostał do spłacenia za ich podróż ku nadziei. Prosili o pomoc, o wsparcie. Franciszek kilkakrotnie wyszeptał: „Jak wiele cierpienia, jak wiele cierpienia…”.

Globalizacja obojętności

Awas uciekł z Somalii: „By tu dotrzeć, musiałem opłacić przemytników, ale ci nie zawsze oferują prawdziwą pomoc uciekinierom, nieraz nas oszukują. Najpierw przez Sudan dotarłem do Libii. By pokonać ten etap musieliśmy przejść przez pustynię. Maszerowaliśmy 24 dni, a jedzenia i wody mieliśmy tylko na cztery. Było nas jedenastu Somalijczyków, dziewięciu zmarło po drodze. Tylko dwaj przeżyliśmy. Potem czterometrową łodzią w 45 osób – dzieci, kobiet, mężczyzn – dotarliśmy na Lampedusę”.

Punktem centralnym papieskiej pielgrzymki na peryferie świata była Eucharystia. Podstawę ołtarza stanowiła drewniana rybacka łódź, taka sama, jak wiele z tych, które ratują życie rozbitków, wyławiając ich z morza.

Pastorał zrobiono z drewna pochodzącego z łodzi emigrantów. Podobnie kielich, w który ponadto wbito gwóźdź taki, jak ten przybijający Jezusa do Krzyża.

Liturgia miała charakter pokutny. Ktoś z obecnych patrząc na skupioną twarz Papieża szepnął: „On wszystkie te niewinne ofiary oddaje teraz Bogu”. Większość z tych, którzy zginęli w wodach Morza Śródziemnego nie miała przecież nigdy pogrzebu. Co więcej nie znamy nawet ich imion.

„Gdzie jest twój brat? Głos jego krwi woła ku Mnie» – mówi Bóg. To nie jest pytanie do innych, ono jest do mnie, do ciebie, do każdego z nas – mówił Ojciec Święty. – Ci nasi bracia i siostry usiłowali wyjść z trudnych sytuacji, by znaleźć trochę wytchnienia i pokoju. Szukali lepszego miejsca dla siebie i swych rodzin, a znaleźli śmierć. Ileż razy ci, którzy tego szukają, nie znajdują zrozumienia, przyjęcia, solidarności! A ich głosy wznoszą się ku Bogu! Jeszcze raz dziękuję wam, mieszkańcy Lampedusy, za solidarność! Słyszałem dopiero co, jednego z tych braci. Zanim tu dotarli, przeszli przez ręce handlarzy, tych, którzy wykorzystują ubóstwo innych i dla których jest ono źródłem zysku. Ileż wycierpieli! A niektórzy nie zdołali dotrzeć!”.

Globalizacja obojętności

Franciszek zwrócił uwagę na powszechny dziś zanik poczucia odpowiedzialności. Patrzymy na wpół umarłego brata leżącego na skraju drogi, myślimy: „biedaczek", i idziemy dalej, bo to nie jest nasza sprawa, i czujemy, że jesteśmy w porządku – mówił Franciszek podkreślając, że globalizacja obojętności odebrała nam zdolność do płaczu.

„To kultura dobrobytu prowadzi nas do myślenia o sobie samych, znieczula nas na wołanie innych. Sprawia, że żyjemy w mydlanych bańkach, które są ładne, ale są niczym, są złudzeniem tego, co próżne, tymczasowe, co prowadzi do obojętności na innych, co więcej, do globalizacji obojętności.

W tym zglobalizowanym świecie popadliśmy w globalizację obojętności! Przyzwyczailiśmy się do cierpienia innych. Nas ono nie dotyczy, nie interesuje. To nie nasza sprawa!

Chciałbym, żebyśmy sobie zadali jeszcze jedno pytanie: «Ktoś z nas płakał z powodu tego faktu i innych podobnych? Kto opłakiwał śmierć tych braci i sióstr? Kto płakał za tych, co byli na łodzi? Za młode matki z dziećmi? Za tych mężczyzn, którzy pragnęli czegoś na utrzymanie swych rodzin?». Jesteśmy społeczeństwem, które zapomniało, jak płakać, jak współczuć. Globalizacja obojętności odebrała nam zdolność do płaczu».

Franciszek od początku swego pontyfikatu mówi o konieczności docierania na peryferie egzystencji człowieka, o Kościele dla ubogich. W tej wizycie było jednak jeszcze coś więcej. Papież Bergoglio jest przecież synem włoskich emigrantów, którzy zostawili swą ojczyznę w poszukiwaniu lepszego życia. Z ust dziadków usłyszał opowieść o tym jak cudem uszli z życiem, gdyż okoliczności zmusiły ich do zmiany datę wypłynięcia z Genui do Argentyny. Statek, którym pierwotnie mieli podróżować zatonął u wybrzeży Brazylii. Zginęły setki ludzi. W rodzinnych rozmowach często pojawiał się też temat nostalgii. „Niektórzy mówią, że Buenos Aires nie jest zwrócone przodem do rzeki, bo miasto w dużej mierze zostało wybudowane przez imigrantów, którzy przeżyli rozdarcie związane z wyjazdem oraz wykorzenieniem ze swej ojczyzny. Woleli skierować miasto w stronę pampy, to bowiem oznaczało dla nich przyszłość” – wspomina kard. Bergoglio w wywiadzie rzeka „Jezuita. Papież Franciszek”.

„Ta wizyta to wezwanie do rachunku sumienia dla każdego z nas z tego jak traktujemy napotykanych na co dzień ludzi” – powiedział po powrocie z Lampedusy jeden z włoskich dziennikarzy. Ktoś inny dodał, że Papież pokazał nam czym różni się filantropia od chrześcijaństwa. Trudno się z tym nie zgodzić. Lampedusa obecna jest przecież w naszym codziennym życiu, gdy nie chcemy słyszeć i widzieć problemów ludzi, których Bóg stawia na naszej drodze. Globalizacji obojętności Papież sprzeciwił się pełną prostoty solidarnością.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Chrześcijanin didżejem!

Dwa dni, dwa kazania. Pierwsze w uroczystość świętych Piotra i Pawła. Pierwsza poranna msza, średnia wieku słuchaczy koło osiemdziesiątki. Treść: w Polsce są niewierzący, a my powinniśmy być wierzący. A jak będziemy wierzący to wreszcie uwierzymy, że związki partnerskie są złe i in vitro jest złe.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Target kapłan określił idealnie. Audytorium było ożywione. Liczący sobie razem pewnie koło dwustu lat panowie Tadeusz i Józef nerwowo poprawiali aparaty słuchowe, wstrząśnięci i gotowi do nawrócenia: „a więc, Tadziu, związek partnerski – jednak nie!”. O dekadę świeższe pani Ryszarda z panią Eulalią wreszcie uwolniły się od dręczącej je myśli: robić in vitro, czy nie robić? Dobrą Nowinę poniosą teraz dalej. Ich koleżanki z kolejki do lekarza gorącym sercem uwierzą w Jezusa, który tak często tłumaczy ustami swoich kapłanów, co jest „be” i dlaczego jest „be”, i dlaczego wszyscy robią „be”, i że „be” jest teraz tyle, że już zaraz będzie koniec świata.

Nie pierwszy to raz, gdy doświadczenie słuchacza polskich wytworów homiletycznych (w ilości koło trzystu rocznie) skłania mnie do dwóch wniosków. Pierwszy: jeśli idzie o stan wiedzy – siedemdziesiąt procent tego co słyszę z ambony, byłby w stanie powiedzieć absolwent gimnazjalnej katechezy. Trudno wyczuć, po co niektórym księżom te pięć lat akademickiej teologii, może to, czego się na studiach dowiedzieli chowają na specjalne okazje, a może od lat nie używali i teraz wstydzą się pokazać – nie wiem.

Wniosek drugi: część naszych kapłanów (publicystów i działaczy zresztą też) na dobre utopiła kerygmat w moralinie. Nie jestem bowiem w stanie uwierzyć, że ktoś kto rzeczywiście spotyka żywego Jezusa, rozwija z nim relację, karmi się Nim, będzie później opowiadał o nim tak jakby po raz osiemset czwarty serwował flaki z olejem, albo melorecytował policyjny taryfikator. Ludzie, którzy spotkali Jezusa, „świecą” Nim. On w nich żyje i to da się wyczuć na odległość. Apostoł pociąga, a nie przestrasza. Przestrasza (i odstrasza) piąta woda po Apostole. Człowiek, któremu ktoś głuchym telefonem przekazał, że jest Jezus, a on, pozbawiony realnego doświadczenia spotkania z Mesjaszem, „klepie” zasłyszany od innych schemat: to wolno, a tego nie wolno. Czy tylko ja sądzę, że chrześcijanin nie może być bramkarzem na imprezie życia, bo on ma być tam didżejem!?

Chrześcijanin didżejem!

Zadawałem sobie to pytanie na drugiej, niedzielnej mszy (tym razem parafia w stu procentach rolnicza). Kazanie w pierwszej części nawet zgrabne, w drugiej – „jazda“ na „lewaków, liberałów“ i zwolenników eutanazji.

Jeśli święty Augustyn miał rację i zło jest wyłącznie brakiem dobra – OK. Ksiądz wytłumaczy ludziom jak nie być złymi i oni automatycznie staną się dobrzy. Ale co, jeśli staną się tylko przeciętni? Czy tępienie zła (in vitro w wieku emerytalnym, eutanazji w rolnictwie) to wystarczająca kwalifikacja, by trafić do nieba? Które jeśli jest miejscem, zagrodą dla grzecznych dzieci – to super. Ale, co jeśli (jak mówią) jest stanem – miłością? Co powiesz twojej miłości: nie byłem dla ciebie zły, skrupulatnie przestrzegałem Twoich zasad, daj mi teraz nagrodę? Co my ludziom głosimy: Dobrą Nowinę, czy regulamin konkursu na niebiańską pralkę?!

Gdy ktoś przy mnie biadoli, że ludzie odpływają z polskich kościołów, namawiam go by wraz ze mną śpiewał raczej dziękczynne „alleluja”: jak dla mnie to autentyczny cud i dowód Bożego działania, że oni tam wciąż w tak ogromnej liczbie są! Jasne, że Jezus przestrzega uczniów przed podstępnym (i realnym dziś) działaniem złego: ale dlaczego oni idą za Nim? Bo – jak milion innych mistrzów – straszy ich konsekwencjami grzechu, czy dlatego, że – jako jedyny – pokazuje im drogę wyjścia na światło, uzdrawia, leczy, daje nadzieję, zachwyca byciem (o in vitro też można przecież powiedzieć rewolucyjną „metodą Jezusa”: pokazując nie tyle dlaczego robienie zła jest złe, ale dlaczego nie robienie go jest dobre)?

Jakich trzeba studiów tudzież święceń, by człowiek zrozumiał (Panie Jezu wybacz mi to porównanie), że od powtarzania „nie wolno ci kochać Zuzi”, nikt jeszcze nie zakochał się w Marysi?!

Czasem, słowo daję, mam wrażenia, że księża mają nas, świeckich, za debili. Jak nam się nie da nakazu i zakazu, to nie zrozumiemy. Jak się nas nie przestraszy, to nadal będziemy zamiast modlić się – gapić się na telewizję. Hola, hola, czy na pewno tylko świeccy mają dzisiaj ten wstydliwy kłopot?

Chrześcijanin didżejem!

Kilka tygodni wcześniej w pierwszym z wymienionych kościołów usłyszałem kazanie tej treści (cytuję w całości): „ Człowiek człowieka gnębi. Od Kaina i Abla po dziś dzień – ludzie ludzi gnębią i końca temu nie widać!“. Porcja beznadziei saute. A może ksiądz też przestałby oglądać telewizję (i czytać wieszczące Armagedon polityczne felietony w kościelnych gazetach)? Zaoszczędzony czas można poświęcić na adorację Najświętszego Sakramentu. Niezbędną, bo od chrześcijanina (i od księdza i od siebie) oczekuję, że będzie nie tyle specem od medycyny czy politologii, a specjalistą od Jezusa. I to fachowcem tej klasy, że każdy kto go spotka, sam będzie wiedział co zgadza się z Bożym prawem, a co mu się sprzeciwia.

No, to się powkurzałem, a teraz będzie happy end. Życie, również kościelne, nie jest przecież czarne albo białe.

W drugiej z opisanych parafii kazanie głosił dziś gość. Miejscowy proboszcz miał ogłoszenia. I w nich pokazał Jezusa, o którym tamten próbował mówić: życzył wszystkim pokoju, poprosił o słowo proboszcza prawosławnej parafii („dawaj, Józef, bracia, czy nie bracia?!”), powiedział dwa zdania z duchowości, które poszły w pięty, a na koniec zaprosił wszystkich do swojej stodoły na przyjęcie („zamówiłem zespół, panie niech wezmą coś na talerzykach, a panowie – w reklamówkach”).

Na własne oczy widzę, jak ten mały wiejski Kościółek staje się bramą do nieba dla ludzi, którzy dotąd nie narzucali się Bogu. Bo jest organizmem, nie organizacją.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >