video-jav.net

Alergia na „nie wolno”

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że mamy coraz większe trudności z rozumieniem idei zakazu. Pełzająca powszechnie moda na bezstresowość, ogólnodostępność i prawo do realizacji wszystkich pragnień nie pomaga w poprawieniu stanu rzeczy. Czy jednak system zakazów jest zły?

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z pewnością nie. Co najwyżej bywa nieskuteczny. A wszystko przez mechanizm, który zwykło się nazywać zakazanym owocem. Taki ponoć najlepiej smakuje, więc wśród osób bardziej przekornych świadomość obwarowania czynności lub rzeczy wielkim, czerwonym znakiem STOP pełni funkcję pikantnej przyprawy, która zachęca zamiast odstraszać.

Wyznawców – mniej lub bardziej świadomych – takiego podejścia spotykamy na każdym kroku. Widzimy ich przebiegających na czerwonym świetle, ściągających w szkołach, zatrzymujących samochód byle gdzie na awaryjnych światłach, czy na totalnie innym gruncie: podejmujących współżycie seksualne przed ślubem.

Alergia na „nie wolno”

Tymczasem wiele zakazów wydanych jest najzwyczajniej w świecie z troski, którą trzeba docenić. Małemu dziecku zabraniający najprzyjemniejszych rzeczy rodzic jawi się jako tyran, ale wystarczy odrobina refleksji, aby zobaczyć, że zakaz spożywania słodyczy w nadmiarze może uchronić je przed bolesną wizytą u dentysty. Trzeba po prostu zaufać, że ktoś wie więcej niż ja.

Powszechna opinia o szkodliwości jakiegoś procederu nie spadła przecież z nieba. A przynajmniej nie dosłownie.

Często wynika ona bowiem z tego, co z nieba nam wręczono, co spisano na kamiennych tablicach i podano, by uwierzyć, że tak jest lepiej. Bóg, który zna nas jak nikt inny, bo po pierwsze naszą naturę stworzył, a po drugie jej doświadczył, wie doskonale, co jest dla nas najlepsze. Niestety człowiek nakręcił spiralę: nie wolno jeść owocu z drzewa, bo stanie się tak, a nie inaczej, ale i tak zjem. I tak do dziś.

Już samo utożsamienie słowa zakaz z terminem ograniczenie pokazuje, jak niewiele rozumiemy. Zakazy niekoniecznie nas ograniczają – bywa, że jest zupełnie odwrotnie.

Zresztą opresyjność przykazań jest chyba najczęstszym powodem odrzucenia chrześcijańskiego orędzia. Znamy to wszyscy: opowiadamy o Jezusie, odbiorca z uśmiechem przytakuje, aż przechodzimy do wymagań moralnych. Sielanka kończy się, gdy z indykatywu przechodzimy w imperatyw, z opowiadania w nakaz. Alergia na konsekwencje.

Alergia na „nie wolno”

Czyżby tak trudno było pojąć, że są rzeczy złe ze swej natury lub przewidywanych następstw i że nie zakazuje się ich dla własnej przyjemności lub napompowania ego? A może to zwykłe wygodnictwo i próba przymknięcia oczu na coś, co jest oczywiste?

Zresztą krytykowany wcześniej przeze mnie prof. Hartman spektakularnie odwrócił naturalną kolejność celem ukazania pięknej twarzy kazirodztwa. Felietonista Polityki uważa, że miłość fizyczna między osobami spokrewnionymi dotychczas była uważana za złą, bo była zakazana. To klasyczny przykład odwrócenia ciągu przyczynowo-skutkowego. Jest bowiem dokładnie odwrotnie.

Co ważne, fanów takiego przekraczania granic nie brakuje również w naszym życiu religijnym!

To ci, którzy lubią czasami przystroić nauczanie Kościoła, uprzystępnić je, udzisiejszyć, choć z soborowym aggiornamento ma to tyle wspólnego, co pierogi ruskie z Rosją. I nie widzą konsekwencji. Widzimy ich na mszy św., gdy jako celebransi celem zbliżenia się do wiernych wprowadzają własne zwyczaje, a zamiast głosić kazania, nawracać, panicznie śmieszkują i nie widzą konsekwencji. To ci, którzy w liturgicznym życiu kierują się aksjomatem Bóg się nie obrazi albo ogólnie w imię własnoręcznie zdiagnozowanego dobra uważają, że mogą stanąć powyżej liturgicznego prawa. I konsekwencji oczywiście nie widzą.

Tym czynnościom – nie sposób zaprzeczyć – częstokroć towarzyszą szlachetne intencje. Człowiek chce dobrze, a wychodzi jak zwykle. Ale będzie tak, dopóki nie zrozumiemy zbawiennej natury zakazu.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Sutanna. Nieme świadectwo

Ilekroć otwieram głowę, by uporządkować sobie ten temat, tylekroć dostrzegam w niej mętlik, feerię splątanych myśli i uczuć. Zrozumienie dla normalności i wyrozumiałość miesza mi się z naturalnym odruchem sprzeciwu.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Parę lat temu jechałem samochodem z pewnym diakonem. Problem w tym, że w prowadzeniu pojazdu był równie dobry jak ja w odchudzaniu. Swieżak kompletny, ale uspokajałem go. Droga prosta, znałem trasę. Kłopoty zaczęły się, gdy pomylił skręt, więc trzeba było zacząć kombinować. Zaufanie do mnie wyłączyło mu opcję samodzielnego myślenia. Pomijając nieistotne szczegóły: informację, którędy będziemy jechać przyjął jako komendę do natychmiastowego wykonania i wyjechał w poprzek drogi. Kierowca z naszej lewej strony cudem wyhamował i zaczął wydobywać nieznane mu dotąd rejestry ze swojego klaksonu, żywo gestykulując i nie szczędząc niewybrednych, choć ledwo słyszalnych słów.

Pierwszą reakcją diakona nie była jednak natychmiastowa naprawa błędu, ale wyciągnięcie koloratki spod kołnierza i schowanie do kieszeni. A przecież Bóg właśnie cudem uratował nam życie! Pamiętam ten obraz jako szczególnie smutny, choć przecież wyszedłem bez szwanku z ciemnej doliny.

Jakiś czas temu głośna była w Internecie historia ks. Adama – kapłana bardzo przywiązanego do swojej sutanny, który nie ściągnął jej nawet podczas maratonu. Na czternastym kilometrze biegu jeden z zawodników przed księdzem zasłabł. Ratownicy rozpoczęli walkę o jego życie, uczestnicy zaś – zapewne zdziwieni widokiem – zaczęli wołać nadbiegającego z oddali duchownego. Zdążył przed śmiercią zawodnika, aby udzielić absolucji. Jak sam pisze: Opatrzność.

Dlaczego uczestnicy byli zdziwieni takim widokiem? Fakt, przypięty do sutanny numerek startowy to dość dziwne połączenie, ale ona szokowała już bez dodatków. Jeszcze niedawno tak zwyczajna, dziś pełni funkcję cyrkowej atrakcji. Częściej niż na ulicach czy – o zgrozo! – przy parafiach widać ją jako obiekt kabaretowych drwin lub okładkowy synonim zgorszenia medialnych detektywów – strażników moralności.

A jednak dla mnie, świeckiego (wiem, nam łatwo mówić), rezygnacja z rozpoznawalności jaką daje zwykła koloratka jest zaniedbaniem, które może mieć poważne konsekwencje. To znaczne ograniczenie szansy na zmianę czyjegoś życia. Jest rezygnacją z bycia bohaterem, kimś więcej, niż księdzem Janem Kowalskim. Wyzbycie się anonimowości poprzez noszenie sutanny równa się nieustannemu narażaniu się na przygody dostępne tylko dla wybranych. Bóg zarezerwował najszlachetniejsze znaki niebieskiego dobra dla swoich emisariuszy, bo oni sami są znakami. A jak pisał Prymas Wyszyński: Zdjęcie stroju duchownego to to samo, co usunięcie krzyża przydrożnego, aby już nie przypominał Boga.

Czyżby się bali? Wskazywanie na Boga nigdy nie było rzeczą najłatwiejszą, a z wieku na wiek pewnie jest trudniej, ale cóż innego stanowi esencję kapłaństwa, jeśli nie ten krzyż? Poza tym ilekroć słyszę o strachu, widzę w myślach zaczepiane co krok, często zniedołężniałe, starsze zakonnice w naszych autobusach, tramwajach, na ulicach, w urzędach…

Zresztą, z własnego doświadczenia znam tylko jedną prawidłowość: nigdy nie spotkałem złego duszpasterza noszącego koloratkę wszędzie. Z księżmi dającymi świadectwo reglamentowane – koloratka i sutanna dla wybranych – bywało różnie.

Z ciężkim sercem się myśli, że jeszcze niedawno zwrot zrzucił sutannę oznaczał odejście z kapłaństwa. Dziś to synonim nowej ewangelizacji, bycia bliżej ludzi, zmniejszania dystansu… Chyba nie tędy droga.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >