Nasze projekty

Aborcja postnatalna, czyli zabicie dziecka po narodzinach

Dokąd prowadzi przesuwanie granic? W stanie Virginia mówi się już nie tyle o aborcji, co szerzej, o aborcji po urodzeniu, czyli o eutanazji i eugenice w jednym.

Reklama

Jakiś czas temu pisałem o „współczesnych Piłatach”, czyli o politykach i prokuratorach (w tym przypadku stanu Nowy Jork), którzy jako katolicy skapitulowali na gruncie stanowienia prawa aborcyjnego, nie czując nawet wyrzutów sumienia i konieczności rytualnego „obmycia rąk”. Tak było w przypadku zalegalizowania wykonania aborcji do dziewiątego miesiąca ciąży, jeśli dziecko jest poważnie chore, albo poród zagraża życiu lub zdrowiu matki. Choć trudno w to uwierzyć, debata, która obecnie toczy się na ten temat w USA zaszła jednak o kilka kroków dalej.

Otóż niespełna tydzień po wydarzeniach w Nowym Jorku, demokratyczna polityk Kathy Tran z Virginii zaproponowała na stanowej komisji ustawodawczej przyjęcie projektu mówiącego o… możliwości abortowania dziecka nawet w momencie rozpoczęcia porodu. Obecnie obowiązujące prawo, i tak mocno liberalne, pozwala na terminację ciąży w trzecim trymestrze tylko w przypadku wysokiego zagrożenia życia matki. Właśnie ten zapis nie spodobał się lokalnym politykom partii demokratycznej, którzy postanowili wnioskować o jego rozszerzenie również o ryzyko utraty zdrowia lub życia (bez konieczności oceniania jego prawdopodobieństwa), oraz możliwość doznania uszczerbku psychicznego u rodzącej kobiety. Sama procedura nie wymagałaby również, jak ma to miejsce w tej chwili, pisemnej zgody trzech lekarzy, ale tylko jednego.

Jeśli zatem znalazłby się jeden, dajmy na to radykalny zwolennik „prawa do wyboru”, samo ryzyko wystąpienia problemów mentalnych matki (wynikających z porodu czy też choroby jej dziecka), mogłoby się okazać wystarczające do podjęcia decyzji o rozczłonkowaniu ciała człowieka, którego minuty dzielą od przyjścia na świat. Iluzoryczna granica, która w oczach zwolenników aborcji dzieli „płód” od „dziecka”, zostałaby przesunięta do punktu, który nawet wielu zwolennikom demokratów nie mieści się w głowie.

Reklama
Reklama

Prawdziwy szok mogli jednak przeżyć słuchacze lokalnej stacji radiowej WTOP w stanie Virginia, na antenie której gubernator Ralph Northam broniąc pomysłu Katy Tran, sprowadził go do idei obecnej w postulatach jedynie najradykalniejszych adwokatów ruchów „pro choice”. Chodzi o tzw. „aborcję postnatalną”, czyli podjęcie decyzji o zabiciu dziecka – uwaga – po jego narodzinach.

Mowa jest zatem nie tyle o aborcji, co szerzej, o eutanazji i eugenice w jednym. Dlaczego piszę tak ostro? Ponieważ w proponowanym prawie brakuje jasnych kryteriów oceny tego, co lekarz może uznać jako kryterium przemawiające za „aborcją postnatalną”.

Northam stwierdził, ku zdziwieniu prowadzących rozmowę, że proponowane w jego stanie prawo może pójść jeszcze dalej i w sytuacji zdeformowania, poważnej choroby czy ryzyka śmierci dziecka poza brzuchem matki, „byłoby ono urodzone, następnie trzymane w komfortowych warunkach oraz resuscytowane, jeśli tego chce kobieta i jej rodzina”. A później? „Nastąpiłaby dyskusja co dalej pomiędzy lekarzem a matką”. To on zadecydowałby o życiu lub śmierci chorego, ale przecież jednak żyjącego dziecka. Mowa jest zatem nie tyle o aborcji, co szerzej, o eutanazji i eugenice w jednym. Dlaczego piszę tak ostro? Ponieważ w proponowanym prawie brakuje jasnych kryteriów oceny tego, co lekarz może uznać jako kryterium przemawiające za „aborcją postnatalną”.

Reklama
Reklama

Przecież równie dobrze możemy sobie wyobrazić sytuację, w której na świat przychodzi dziecko z zaawansowaną trisomią, czyli Zespołem Downa. Czy lekarz będzie w takim razie władny uznać, że matka psychicznie nie da rady wychować takiego dziecka, dlatego najlepszym wyjściem będzie podanie mu zastrzyku ze śmiertelną substancją? Do takiego punktu w tej chwili w przypadku debaty o aborcji za Oceanem doszliśmy. Tam nie padają już pytania o legalizację samego procederu, ale w coraz większej liczbie stanów ustawodawcy testują jak daleko mogą przesunąć granice praktyk społecznie akceptowanych.

Musimy to sobie powiedzieć szczerze; nikt, żadne państwo nie znajduje się w takiej sytuacji z dnia na dzień. Prowadzą do niej mniejsze i większe ustępstwa, kapitulacja katolików i chrześcijan na gruncie debaty publicznej, którzy zbyt często zadowalają się okopaniem na pozycjach zwalniających z rzeczowej argumentacji i aktywnego debatowania z drugą stroną. A tego nam właśnie dzisiaj trzeba. Nie zmuszania, nie moralizowania, nie rozliczania wszystkich na lewo i prawo, ale chłodnej argumentacji, w oparciu o Ewangelię, oraz wskazywania palcem na konsekwencje odmawiania człowieczeństwa dziecku, które jest za słabe, aby bronić się samo. My musimy wziąć na siebie ich ciężar argumentowania za ich prawem do życia. Obie strony muszą mieć tutaj swój głos.

Reklama
Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę