Nasze projekty

„Papież niszczy polski Kościół”

Śledząc dziś nasze media można odnieść wrażenie, że papież Franciszek konsekwentnie niszczy polski Kościół. Robi to przy użyciu Ewangelii, głoszonej „saute” – bez kontekstu wielkich historycznych przemian (jak było za Jana Pawła II), czy budowania wielkiej teologii w kontekście „zwijania się” chrześcijańskiej Europy (jak było za Benedykta XVI).

Reklama

  W niegdyś katolickim kraju zabieg ten przynosi ciekawy skutek. Potraktowane „wyciągiem z Ewangelii” dwie wyraziste osie, wokół których kręcił się podobno przez dwadzieścia lat wolności polski katolicyzm, kompletnie zwariowały. Betoniarze i liberałowie na co drugim portalu obrzucają się dziś wyzwiskami, używając papieża w charakterze bejzbola. Z każdym kolejnym publicystycznym mordobiciem, pokazują, że król jest nagi, kręcą się w kółko nie umiejąc się przestawić z myślenia w kategoriach „zamknięty” (betoniarze) i „otwarty” (liberałowie), na jedyną kategorię w jakiej Kościół powinien próbować się dziś mieścić – „wgłąb”.

 

Ta dyskusja nie zaczęła się przecież wczoraj, wulkan pomrukiwał w wywiadach, na facebooku, na blogach. Miałem dość czasu, by przekonać się, że nie odnajduję się w „podkościółku” założonym przez niektórych „prawowiernych” kolegów. Gdzie myli się Ewangelię z obyczajowym konserwatyzmem i polityczną prawicowością. Gdzie zamiast duchowości głosi się moralność. Gdzie molekularnej analizie zagrożeń i beznadziei poświęca się więcej czasu niż wskazywaniu szans i głoszeniu nadziei. Gdzie kategorią organizującą wspólnotę jest wróg. Gdzie dżumę zasady, że wszystko co nowe, jest dobre, leczy się cholerą przekonania, że wszystko, co nowe jest złe. Gdzie największą tragedią dekady, jest to, że Franciszek nie chce się zgodzić, by mszę w starym rycie odprawiano codziennie. Gdzie na papieża patrzy się z wyższością, jak na dziecko, które nie jest świadome złożoności świata, które musi się wyszaleć, ale w którym nie ma głębi (bo ta była złożona tylko w Benedykcie). Itd. Itp. Nie umiem się w tej wizji zmieścić.  

Reklama
Reklama

 Dziś odkrywam, że nie po drodze mi też jednak z tymi, którzy traktują Franciszka jak marihuanę. Nie powiem, wzrusza mnie jakoś fakt, że dziś o Kościele sążniste eseje pisze nawet poseł Adam Szejnfeld, że w największym lewicującym dzienniku z papieża robi się okładki. Głowy podnosi dziś coraz liczniejsza grupa tych, których kiedyś z Kościołem coś łączyło, ale później poinstruowano ich (albo oni sobie wmówili), że nie są już nam potrzebni. Sytuacja ma w sobie coś z euforycznego buntu traktowanych jak uciążliwy dodatek pasażerów klasy ekonomicznej, którym kapitan nagle powiedział: słuchajcie, ten samolot też jest wasz, bo niezależnie od tego czy w zamkniętym, wymuskanym (moralnie) klubie z przodu, czy z zaniedbanego tyłu – wszyscy lecimy w końcu w tym samym kierunku.

 

Reklama
Reklama

Kłopot jednak w tym, że ci dowartościowani outsiderzy zamiast poczuć wspólnotę losów i zacząć coś budować, postanowili wykonać na pokładzie rewolucję październikową i wprowadzić nowy, liberalny porządek, zastępując nim betonowy terror.. Niczym postępowe przedszkolanki zawstydzają więc dziś polskich księży Franciszkiem, zapuszczają się w refleksje jak ta (skądinąd bardzo przeze mnie szanownej Aleksandry Klich) z głośnego wywiadu z ks. Krzysztofem Mądelem w „GW”: „Polscy katolicy to często hipokryci. Jeżdżą po pijaku, wyrzucają śmieci do lasu, męczą zwierzęta, nie płacą pracownikom. A w niedzielę biegną do Kościoła”. Z samym księdzem Krzysztofem zgadzam się zasadniczo co do tego, że pierwszym polem do natychmiastowej „obróbki” nie jest dziś wcale dogmatyka czy moralność, a duchowość, ręce mi jednak opadają z cichym szelestem gdy i on pytany o swoich kościelnych ideolo-przeciwników zaczyna ich wyzywać od „habilitowanych nieuków”, pogrobowców komunizmu czy narcyzów (oraz dokonuje kanonizacji księdza Lemańskiego na podstawie jego uśmiechu).  

 Z obiema wizjami jest mi więc nie po drodze. I tu czas, by postawić sobie zasadnicze pytanie: i co z tego? Odpowiedź: ano nic. Poza tym, że te wizje nie są moje. Ile jeszcze publicystycznych trupów musi paść, żeby obie strony odkryły, że spokojnie mogą się w Kościele zmieścić? Że jest w nim miejsce i dla specyficznej wrażliwości o. Rydzyka  i „hiperafirmatywnej ortodokosji” ks. Mądela? Dla abp. Hosera i dla ks. Lemańskiego?  

 

Reklama

Co by się musiało stać, byśmy chcieli łaskawie zauważyc, że papież Franciszek to chodzące przeciwieństwo polskiego stylu prowadzenia rozmowy? Że nie odchodzi od nauczania, ale nie pojmuje też debaty jako siłowego przeszczepiania innym swego mózgu? Że gdy mówi o potrzebie ubóstwa wśród duchownych nie robi tego by upokorzyć proboszcza z Koziej Wólki? Te słowa nie padają przecież po to, by Lis miał amunicję w rozprawie z Terlikowskim, ale po to by i Lis i Terlikowski (i Hołownia) zadali sobie pytanie, czy umieją poprzestawać na tym, co wystarczy. I zastanowili co mogliby zrobić razem, żeby się w tym wesprzeć!  

 I to jest clou problemu. Papież Franciszek i jego „test Ewangelii” zawstydził nas pokazując słabość, bez przezwyciężenia której nasz Kościół (jak i nasz naród) zaczną się nieuchronnie zwijać. Nie jest nią zbytni konserwatyzm, ani wciskający się szczelinami liberalizm. Jest nią wzajemny brak szacunku, bez którego niemożliwe jest sensowne przeżycie braterstwa. Przywołana wyżej dyskusja dowodnie wskazuje, że jedyny szacunek jaki znamy, to szacunek kata, który kłania się temu, na kim ma dokonać ideologicznej egzekucji.

 

No i co teraz będzie? Będzie dobrze. Idę o zakład, że jeszcze parę lat franciszkowej terapii i betoni nauczą się, że Kościół to nie elitarny klub dżentelmenów, a liberałowie przestaną po dziecinnemu mylić życzliwość z akceptacją. A jak się nie nauczą? Ich sprawa. Dwie opisane frakcje są co prawda najgłośniejsze, ale – mam wrażenie – w żaden sposób niereprezentatywne dla recepcji franciszkowego nauczania. Głośne, „centralne” spory o trydencką mszę, o Radio Maryja czy o księdza Lemańskiego ani nie mówią nic o polskim Kościele, ani nic do niego nie wnoszą. Najważniejsza gra toczy się z dala od wywiadów w „Wyborczej”, komentarzy na Frondzie czy esejów Szejnfelda.

 

Przyszłość polskiego Kościoła pisze się dziś w głowie wikarego, który patrząc na transmisje z Rio odważy się może uśmiechnąć do wiernych. W wiernych, którzy mając mózgi nabite wiedzą o in vitro, Smoleńsku, Radiu Maryja, na fali franciszkowej rewolucji odwzajemnią ten uśmiech i po raz pierwszy w życiu odważą się może wreszcie otworzyć Ewangelię. 

 

 

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę