Wojna o pokój

To my jesteśmy talibami, to nas oskarża się, że ideologicznie terroryzujemy rzeczywistość, próbując wyeliminować z niej poglądy inne, niż nasze własne.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ci, którzy celują w takich oskarżeniach, mącą nam w głowach wmawiając, że przestrzeń publicznej debaty to dziś Afganistan gdzie postępowe dobro walczy z zaściankowym złem, a oni to wyzwoleńcza koalicja.

Czego jeszcze trzeba, by ludzie dostrzegli wreszcie, że w najlepszym wypadku taliban jest po obu stronach tego sporu?

Weźmy media. Znane mi doskonale z autopsji polskie tygodniki chciałyby być „Economistami“, stają się zaś gazetami parafialnymi a rebours.

Czym innym jest dziś pozycjonujący się niegdyś jako wolne forum wymiany różnych sądów „Newsweek“?

Gdy rok temu dowiedziałem się, że tygodnik szykuje kolejną, jeśli dobrze rachuję, piątą już okładkę zdradzającą symptomy antykościelnej obsesji, zadzwoniłem do redakcji z prośbą o potwierdzenie i zapowiedzią odejścia.

Usłyszałem: „Fajnie, że sam dzwonisz, bo mieliśmy dzwonić do ciebie. My też mieliśmy kłopot z twoimi tekstami.

Wydyskutowaliśmy w redakcji pewną linię i będziemy się jej trzymać. O Kościele będziemy teraz pisać ostro”.

Dobrze pamiętam te nasze debaty. Przecierałem oczy, bo w życiu nie widziałem jeszcze takiego pojęciowego kociokwiku.

Gdy ja twardo pytałem o liczby, oni nazywali mnie oszołomem, siebie zaś – wygłaszających płomienne kazania – racjonalistami.

Gdy opadł bitewny kurz proponowałem jeszcze Tomkowi Lisowi, merytoryczny pojedynek. Byśmy odrzucili urazy i fundowali czytelnikom rzeczowy dwugłos. Brali na warsztat jakiś temat i oglądali go w stojących obok siebie tekstach z dwóch stron, tak by każdy mógł wyrobić sobie zdanie. Odpowiedzi nie było. Bo być chyba nie mogło.

Taki dajmy na to „Gość Niedzielny“ nigdy nie opublikuje tekstu niezgodnego z profilem redakcji, jest bowiem pismem religijno – społecznym, tyle że on otwarcie mówi, że nim jest.

Czym innym chce być dziś tygodnik „Wprost“?

Od prawie roku zamieszczałem w nim felietony, nadal wierząc, że w tzw. mainstream powinien być miejscem konfrontacji różnych funkcjonujących w społeczeństwie poglądów.

Dziś rano otwieram gazetę i widzę, że bez żadnego sygnału, bez choćby próby rozmowy, nie zamieszczono mojego cotygodniowego tekstu, w którym tym razem wyrażałem sprzeciw wobec pomysłu budżetowej refundacji in vitro.

Zamieszczono za to atak na mnie (oparty o tekst, którego w gazecie nie ma), pełen ideologicznego jadu.

Na moje oko – ciut brudna metoda walki o zwycięstwo: zakneblować, po czym podjąć dyskusję. To styl. A merytoryka? Nie mam siły tłumaczyć pani Papuzińskiej, że po pierwsze in vitro nie jest żadnym leczeniem czegokolwiek, po drugie, że na świecie aż roi się od „autorytetów“ mających wątpliwości w sprawie in vitro (tylko w naszym postępowym zaścianku uważana jest ona za zbawienie), po trzecie zaś omawiane teksty powinna czytać ze zrozumieniem.

Piszę przecież wyraźnie – uważam in vitro za metodę nieetyczną, ale nikomu nie zamierzam jej zakazywać. Bo mam szacunek dla ludzkiej wolności i do ludzi, których ból bezdzietności skłania do sięgnięcia po nią.

Jako obywatel tego kraju mam zaś prawo pytać, czy i dlaczego rząd zamiast łatać dziury w procedurach ratujących życie, bierze się za coś, co jeśli chce finansować, winien moim zdaniem robić w znacznie dalszej kolejności.

Co słyszę? Burę, jak w zerówce. „Zdanie redakcji w sprawie in vitro powinno być jasne nie tylko dla naszych czytelników, lecz także dla naszych stałych autorów. Niestety, okazało się, że tak nie jest”. I kara.

Nagana na forum publicum i zdjęcie tekstu (opublikowano go ponoć na osłodę w Internecie). Próbowałem dowiedzieć się o sprawie u obecnego kierownictwa czegoś jeszcze, usłyszałem, że tygodnik „to nie hyde park“ i nie można tu głosić poglądów „sprzecznych z poglądami redakcji”.

Chrześcijańska miłość bliźniego nie pozwala mi rzecz jasna dłużej męczyć swoją obecnością ludzi, którzy na łamach chcą uprawiać wolność myśli, pod warunkiem, że są to ich własne myśli.

Jestem też już chyba za stary, by tłumaczyć komuś, że tego zawodu nie wykonujemy dla siebie, a dla odbiorców, którzy – jak sądzę – chcieliby czytać rzeczowe polemiki, a nie emocjonalne wystąpienia pań, które po łapach biją nieprawomyślnych Szymusiów, ach jakże ślepych na ludzkie cierpienie i równie ślepo miłujących księży.

Szczerze – po całej tej historii zaczynam mieć wrażenie, że otacza mnie coraz szczelniej jakaś pieśń wariata. Mówię to co myślę, staram się argumentować. Specjalnie powściągam afekt, próbuję sprowadzić debatę na pole, gdzie jest meritum.

Kłopot w tym, że druga strona – ta, która zarzuca mi zideologizowanie – tego nie chce. Czuje, że na tym polu by poległa, że jej siłą są właśnie emocje, więc biegnie na skróty i krzyczy. Niech krzyczy.

Mainstream relegował mnie (ale chyba i Was) ze swych szeregów.

Od dziś to stacja7.pl będzie jedynym miejscem, gdzie będę publikował.

Zapraszam więc tym serdeczniej do mojej niszy.

Jeśli Was tu nie będzie, zamkniemy i niszę. Okaże się, że jedynym miejscem dla katolika na publicznej arenie jest dziś zamurowana cela (da Bóg, że z okienkiem na suche buły), gdzie może sobie wygłaszać dowolne poglądy i bez psucia humoru ogółowi dokonywać osobistego uświęcenia.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ciemność widzę

Od kilku dni nie daje mi spokoju ten mrok, co w dniu śmierci Jezusa spowił całą ziemię od południa do trzeciej. Odpaliłem wszystkie biblijne słowniki, rzuciłem się do biblioteki, naczytałem teologicznych apokryfów.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Niektóre opisy naprawdę zostały w pamięci – Jim Bishop w swojej książce „Dzień w którym umarł Chrystus“ sugestywnie pokazuje tę sytuację jako mniej więcej ściemnianie komputerowego monitora (to moja interpretacja kreślonych przezeń plastycznych wizji, w czasach gdy autor pisał, monitorów jeszcze nie było).

Na niebie nie ma ani jednej chmurki, ale błękit przechodzi w atrament, robi się coraz chłodniej, groźniej, napięcie jak przed burzą, tyle że burzy nie widać.

Mój ulubiony o. Raymond Bruckberger, dominikanin, w „Dziejach Jezusa Chrystusa“ pisze, że to raczej było sirocco, gorący wiatr wiejący od pustyni i wywołujący totalne zaciemnienie podnoszonymi tumanami kurzu.

Ciemność widzę

Grecki historyk Flegon z Tralles w II wieku pisał, że jego źródła donoszą o występującym tego właśnie dnia i widocznym w całym basenie Morza Śródziemnego zaćmieniu słońca, „tak że w ciemności w południe widać było gwiazdy”.

Egzegeci prześcigają się w interpretacjach – dla jednych ciemność jest znakiem szczególnej obecności Boga, dla innych – szatana, który na krzyżu dokonuje ostatniego kuszenia Jezusa, nakłaniając osłabionego Człowieka do zanegowania miłości Boga, wyrzeczenia się nadziei (czyli, w myśl mojej roboczej definicji – przeciwteizmu).

Krytycy przypominają, że późniejsi hagiografowie wielkich postaci zawsze dorabiali im w momencie śmierci jakieś atmosferyczne cudeńka, by w ten sposób potwierdzić ich wyjątkowość lub wręcz bóstwo. Przykładów jest rzeczywiście na pęczki.

Ciemność widzę

Lucas Cranach Starszy, “Ukrzyżowanie”

A co, jeśli tych parędziesiąt metrów za murami miasta, przy trzech wbitych w ziemię strasznych drewnianych słupach, na których konało trzech mężczyzn, przy znudzonych żołdakach, którzy czekali, aż skazani wyzioną ducha, przy grupce obserwatorów ze świętym Janem, Matką Bożą i może jeszcze kilkoma osobami, rzeczywiście było wówczas centrum historii wszechświata?

Człowiek zabijał Boga, stworzony świat krzyknął z bólu gasząc słońce. Ludzie, odklejeni na dobre przez grzech od reszty stworzenia, nie zrozumieli ostrzeżenia. Jasne, może trochę mieli pietra, ale później przypomnieli pewnie sobie, że wszystko pod kontrolą, znamy w końcu astronomię. Poza tym z zabijaniem trzeba było się pospieszyć, mieli przecież ważne religijne obowiązki, musieli szykować się na święta.

Mam wrażenie, że gdyby nawet Pan Bóg zaczął nagle kręcić ziemią w drugą stronę, ludzie też by jakoś do tego przywykli, jakoś to sobie wytłumaczyli.

To niby szokująca konstatacja, ale wyobrażam sobie chyba, że śmierć Jezusa i dziś może kogoś pozostawić wyznaniowo (choć pewnie nie emocjonalnie) obojętnym. Wstrząsem, wobec którego nie da się już jednak przejść obojętnie jest Jego zmartwychwstanie.

Ciemność widzę

Rafael Santi, “Zmartwychwstanie”

Tu już nie ma wytłumaczeń z fizyki czy chemii, więc musisz zająć stanowisko – wierzysz w to, czy sądzisz, że to wszystko brednie.

Tyle, że tu nie bardzo jest w co wierzyć.

W Napoleona też nie wierzę, choć go nie widziałem – wiem, że był. Zmartwychwstanie też było. Nie wskrzeszenie, sytuacja w której człowiek wraca z podróży znowu na stare śmieci.

Jezus nigdzie nie wraca, On przekracza śmierć i idzie dalej. Lubię Bruckbergera gdy z właściwą sobie swadą wylicza argumenty przekonywujące, że zmartwychwstanie, to nie mit, a historyczna rzeczywistość.

Bo było wielu, którym zależało żeby całą tę historię szybko zakończyć, i gdyby mieli jakiekolwiek dowody, że zmartwychwstania nie było, byłyby już wtedy na stole, a my mielibyśmy po nich jakichś ślad. Niby jakim cudem miały się zachować wybiórczo tylko te papiery, które potwierdzają, że zmartwychwstanie było?

Bo Świątyni i Rzymianom bardzo zależało na skompromitowaniu chrześcijan, mielibyśmy więc przede wszystkim odnalezione dzięki ich nakładom, ciało. Albo tych co wiedzieli, co się z nim stało. A nie mamy.

Bo gdyby zmartwychwstanie było nieprawdą zdementowałby je już wówczas z hukiem właściciel grobu, członek Sanhedrynu, Józef z Arymatei albo ktoś mu bliski i wzmianka o nim nie trafiłaby do pisanych przecież później Ewangelii.

Bo ktoś, komu zależałoby na „uszyciu” na kanwie zmartwychwstania triumfalnego mitu założycielskiego chrześcijaństwa, nie opisywałby przecież z takimi detalami towarzyszącego tym zdarzeniom niemożebnego tchórzostwa i małości Jego apostołów, tej wybranej gwardii, która go najpierw zdradziła, później uciekła, z których żadnego nie było na Jego pogrzebie i którzy Go później patologicznie nie rozpoznawali.

Bo gdyby uczniowie chcieli pokazać, że Jezus wrócił do życia i oprawcy nic mu nie zrobili nadal byłby w ich opowieści znanym wcześniej człowiekiem, a nie Kimś kto pozostawia w bezradności, za kim nie można nadążyć, bo co chwila jest gdzieś indziej, ma ciało o dziwnych własnościach, nikogo nie przekonuje, nad nikim nie triumfuje, zupełnie wymyka się schematom, a uczniowie na przemian to się cieszą, to nadal się wszystkiego boją.

Bo wtedy nie widzielibyśmy kobiet, które – u Marka – nic nikomu nie mówią o pustym grobie, bo się boją (na tym słowie kończy się Ewangelia, reszta to późniejsze dopiski).

Bo nie ma powodu, żeby nie wierzyć Pawłowi, który o zmartwychwstaniu pisze pewnie (w Liście do Koryntian, rozdziale 15.) w 55. roku, a więc dzieli go (i innych świadków) od tych zdarzeń odległość taka jak nas od rewolucji w 1989. I sami pamiętamy, i wciąż są świadkowie.

Itd. Itp. Etc.

Ciemność widzę

Lubię Bruckbergera, gdy znęca się nad racjonalistycznymi krytykami Biblii piszącymi, że uczniowie wymyślili sobie zmartwychwstanie, bo „oczekiwanie stwarza zazwyczaj swój przedmiot“.

Francuski dominikanin pisze, że podczas okupacji siedział w więzieniu, a jego gorące oczekiwanie wyzwolenia nie przyspieszyło go ostatecznie ani o dzień.

„Stanowczo wolę faryzeuszów, którzy nie mając nic do powiedzenia poza takimi banialukami, nie mieli odwagi ich napisać i nic nie powiedzieli. Jeżeli nie macie nic przeciwko historyczności Ewangelii poza tymi bzdurami, nie wypowiadajcie waszych sentencjonalnych uwag”.

Pan zmartwychwstał i żyje. To nie religijny postulat, to fakt. A my teraz musimy się z nim zmierzyć.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >