Powiedz wszystkim, co oni nam zrobili

Może temat i nie bardzo „wakacyjny“, ale w końcu czy wakacje to jednak też nie czas na poznawanie świata, którego w codziennym biegu nie mamy jak poznać?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Powiedz wszystkim, co oni nam zrobili
Może temat i nie bardzo „wakacyjny“, ale w końcu czy wakacje to jednak też nie czas na poznawanie świata, którego w codziennym biegu nie mamy jak poznać?

  Korzystając z wizyty w Moskwie, wypuściłem się na chwilę do podstołecznego Butowa. W 1937., gdy na czele NKWD stanął jeden z największych zbrodniarzy XX. wieku, nazywany „Krwawym Karłem“ (mierzył półtora metra) Nikołaj Jeżow, wydano zarządzenie, by każda lokalna komórka bezpieczeństwa zabezpieczyła sobie dyskretne miejsce do rozstrzeliwania i grzebania wrogów ludu. Ludowy komisarz wydał następnie dekret na mocy którego na śmierć skazano w trybie ekspresowym ponad siedemset tysięcy ludzi, przeciwników systemu, duchownych, inteligencji, ale też nową, sowiecką elitę (sześciuset generałów, trzech marszałków ZSRR, wszystkich ośmiu admirałów itd.).   

 W podmoskiewskim Butowie do rozstrzeliwania służyło sześć hektarów ziemi, dwa kilometry kwadratowe stanowiły otulinę „poligonu strzeleckiego”, mającą chronić NKWD przed gapiami.

 

W ciągu czternastu miesięcy pozbawiono tu życia prawie 21 tysięcy ludzi sześćdziesięciu narodowości, w tym 1,5 tysiąca Polaków i kolejne 2 tysiące mieszkających w Polsce Żydów, Rosjan, Ukraińców.

 

Mordowano metodą przemysłową, koparki robiły doły długie na kilkadziesiąt i głębokie na pięć metrów, mieściło się do nich kilka warstw zabijanych. Gdy w latach 70. na skutek rozkładania się zwłok, ziemia zaczęła się zapadać, ubytki wyrównywano śmieciami. Tajemnica zaczęła wychodzić na jaw w połowie lat 90. Nie wiadomo jakim cudem ówczesne bezpieczeństwo zgodziło się odtajnić papiery, a ziemię przekazać Cerkwi.  

Powiedz wszystkim, co oni nam zrobili

 Dziś jest tu miejsce pamięci. Na polu rozstrzeliwań stoi drewniana cerkiewka. Za płotem, obok komendantury „poligonu“ wybudowano cerkiew murowaną pod wezwaniem „nowomęczenników“ rosyjskich, czyli tych, którzy zginęli za wiarę w XX. wieku (jest też w tytule miejsce dla „wyznawców”, czyli tych, którzy byli dręczeni, ale zmarli później śmiercią naturalną). Ogółem w rosyjskiej cerkwii jest ich ponad 1700. 331. z nich ostatni raz słońce widziało w Butowie. 5. z nich to – ciekawostka – Polacy (głównie związani z niegdysiejszym monasterem prawosławnym w Różanymstoku).

 

W obu cerkwiach jest ikona „nowomęczenników“. Centralne miejsce zajmuje w niej wysadzony przez bolszewików w 1931. moskiewski Sobór Chrystusa Zbawiciela, na którego miejscu miał powstać Pałac Rad, a ostatecznie powstał basen. Sobór w latach 90. pięknie odbudowano, ale jest coś poruszającego w myśli, że na kościół, budynek, też można patrzeć jak na męczennika, zabijanego wraz z wiernymi.  

Powiedz wszystkim, co oni nam zrobili

1/6
fot. Szymon Hołownia
2/6
fot. Szymon Hołownia
3/6
fot. Szymon Hołownia
4/6
fot. Szymon Hołownia
5/6
fot. Szymon Hołownia
6/6
fot. Szymon Hołownia
poprzednie
następne

 W cerkwi drewnianej można z kolei zobaczyć jak razem z ludźmi cierpiały ikony. To jakby przytułek dla ikon – męczenników. Pokłute bagnetami, pobrudzone, jedna z nich obcięta tak, że nie wiadomo, kto się na niej znajduje. Opiekujący się miejscem ludzie mówią, że chyba święta Anna Kaszyńska. Jeśli tak, to historia robi się cudowna – na przeciwległej ścianie od lat wisi podziurawiony bagnetem jej mąż, święty Michał Twerski.

 

W podziemiach nowej cerkwi porażają zdjęcia, które robiono skazanym na dwa dni przed śmiercią (rozstrzeliwujący przed dokonaniem zbrodni musieli porównać zdjęcie z człowiekiem, nawet w sowieckich papierach wszystko musiało się zgadzać). Ci ludzie zostali już poinformowani, co ich czeka. Na twarzach wstrząsająca mieszanka smutku, godności, poczucia absurdu, rezygnacji i pytania „dlaczego?!”. Moi znajomi poszli już z przewodnikiem dalej, ja tkwiłem w tym podziemiu, przechodziłem od zdjęcia do zdjęcia, chcąc dać im choć odrobinę ciepła, jakoś z nimi być, jakoś im to wynagrodzić, wciąż słyszałem w głowie: „Powiedz wszystkim, co oni nam zrobili”.

 

Więc mówię. 

1/6
fot. Szymon Hołownia
2/6
fot. Szymon Hołownia
3/6
fot. Szymon Hołownia
4/6
fot. Szymon Hołownia
5/6
fot. Szymon Hołownia
6/6
fot. Szymon Hołownia
poprzednie
następne

W sąsiednim pomieszczeniu (już właściwej cerkwi) wyglądają inaczej – ubrani w złoto ikon, twarze pełne nieziemskiego pokoju. Pogrupowani zostali według dnia rozstrzelania, każda z ikon nosi więc datę, na jednej trzy osoby, na innej dwadzieścia. Na ścianach – freski przedstawiające ich kaźń. W prawosławnej ikonografii można natknąć się i na kuszące świętych diabły i na prześladujących chrześcijan cesarzy, tu są NKWD-ziści. Namalowani jak trzeba – budzą odrazę wprost proporcjonalną do współczucia, jakie budzą męczennicy. Jedni krzyczą, inni strzelają, jakiś oficer spisuje protokół. Po obu bokach tej koszmarnej sceny – anioły, zasłaniające sobie twarz skrzydłami. Głucha cisza.

 W Moskwie jest muzeum poświęcone pamięci malarza Pawła Korina. Geniusz portretu, zaangażował się nieco w komunizm, ale i tak całe życie pracował nad jednym projektem: „Ruś odchodząca“. Chciał, jak w Arce Noego, ukryć na nim całą przedrewolucyjną Rosję, inteligencję, artystów, duchowieństwo, wieśniaków. Przez czterdzieści dwa lata gruntował wielkie płótno tak, by przetrwało pokolenia. Nie postawił na nim ani jednej kreski. Nie da się budować arki w trakcie potopu.

 

Po nim zresztą też. Przewodnik, który oprowadza nas po Butowie, jest niezwykle miły, mądry i uczynny, zaprasza na skromny obiad w cerkiewnej stołówce, zapewnia że jego praca jest za darmo, jeśli chcemy możemy złożyć ofiarę na pomnik. Prosi też gorąco, by mówić o tym w Polsce, jeśli tylko ktoś miałby podejrzenia, że to w Butowie stracił swoich bliskich, niechby koniecznie do nich napisał – próbują ze szczątków informacji jakie mają złożyć spójną bazę danych, dowiedzieć się czegoś o tym, czym żyli ludzie, których ostatnie chwile widział ten rachityczny las. Na razie idzie to bardzo, bardzo powoli.  

Idziemy drogą, którą przywożono na poligon skazanych. Myślę o tym, co musieli czuć, gdy widzieli, gdzie dojechali. Myślę o tych, którzy przez następnych kilkadziesiąt lat – również w Polsce – wiernie stali pod sierpem, młotem i czerwoną flagą i wyznawali durną miłość zwyrodniałym katom. Myślę o tym, że rozbitego przez ludzi szkła nie złożymy, to może już zrobić (i kiedyś zrobi) tylko Bóg.

 

Czarno – białe fotografie zamieni w ikony.

 

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Człowiek to świnia

Tuż za murem klasztoru, który często odwiedzam jest ubojnia. Trudno mi jest wyobrazić sobie większy kontrast: niebo od piekła dzieli sto pięćdziesiąt metrów. Krzyk zwierząt wyciąganych z samochodów i zarzynanych (nie wiem, czy legalnie czy nie) wdziera się czasem w najgłębsze rozmowy o Bogu. Zastygamy, jakby ktoś nie te konie, ale nas raził prądem.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Człowiek to świnia
Tuż za murem klasztoru, który często odwiedzam jest ubojnia. Trudno mi jest wyobrazić sobie większy kontrast: niebo od piekła dzieli sto pięćdziesiąt metrów. Krzyk zwierząt wyciąganych z samochodów i zarzynanych (nie wiem, czy legalnie czy nie) wdziera się czasem w najgłębsze rozmowy o Bogu. Zastygamy, jakby ktoś nie te konie, ale nas raził prądem.

Mając poczucie, że dzieje się coś strasznego ze zwierzęciem (kontrast między życiem a pośmiertną ciszą, choć ma inną wagę u człowieka i myszy, i tu i tu mną wstrząsa). Przede wszystkim jednak z człowiekiem. W tej chwili ten, który miał być dla świata przyjacielem Oblubieńca, bierze śmierć pod rękę. Nie jest już obrazem Stwórcy, jest katem.

 

Przywykłem już do tego, że mięso wywołuje u nas znacznie bardziej żywiołowe debaty niż Pan Jezus. Możecie po raz kolejny tłumaczyć mi, że bez gigantycznych ferm na których zwierzęta zabijają się w amoku, bez dwunastu milionów „zużywanych” rocznie w europejskich laboratoriach psów i myszy, bez naukowców takich jak berliński profesor, który wyciął krowie dziurę w brzuchu by podglądać jak trawi, bez artystów takich jak ten idiota, który przywiązał bezdomnego kundelka pod napisem z suchej karmy i zagłodził na śmierć – po pierwsze umrę z głodu, po drugie z niewiedzy, a po trzecie nie zrozumiem świata i sztuki. Chętnie zaryzykuję. I z uporem maniaka będę powtarzał swoje: gdy idzie o stosunek człowieka do reszty stworzeń, zabrnęliśmy w bardzo ciemną uliczkę.

 

Człowiek to świnia

Tak, Bóg oddał ziemię człowiekowi. Czy jednak gdy oddam ci w użytkowanie mój samochód (bo świat nie jest nasz na własność), naprawdę możesz zrobić z nim, co tylko zechcesz? Człowiek nie panuje dziś nad ziemią. On ją tępi, okrada i gwałci. Wszystko przy mniej lub bardziej głębokim milczeniu znacznej części chrześcijańskich Kościołów (w tym naszego), które tak przejęły się dualistyczną zasadą: „tu wzniosły duch, a tam brudna materia”, że kompletnie oślepły na dramatyczne apele Stwórcy o poszanowanie przekazanego człowiekowi dziedzictwa, od których w Biblii aż się roi.

 

Przykład pierwszy z brzegu. Czym jest ów biblijny nakaz stosowania tzw. uboju rytualnego? W tamtych czasach była to metoda humanitarna, a jej fundamentalnym założeniem był szacunek do zwierzęcia: chodziło o to, by nie spożywać zwierzęcia z jego krwią, a więc z pierwiastkiem życia, jakie w sobie nosiło (w tradycyjnym judaiźmie czy islamie nie ma więc miejsca na takie moralne aberracje jak rosnące sobie spokojnie w chrześcijańskiej kulturze myślistwo).

Przyznaję, że nie rozumiem żydów i muzułmanów, którzy dziś upierają się nie przy duchu, a przy literze prehistorycznych praw (bo one w świetle tego, co dziś wiemy nie są już humanitarne, ale barbarzyńskie). Mamy jednak w kraju wolność religijną i przedśmiertne męki duszących się własną krwią kilkudziesięciu zwierząt rocznie trzeba złożyć na jej ołtarzu.

 

Problem jest zresztą gdzie indziej. W tym, że zarówno w polskim sporze o ubój rytualny jak i w całej debacie o relacjach człowiek – świat, Bogiem zasłania się dziś nie garstka religijnych żydów, a zastęp biznesmenów, którzy niszczą daną nam przez tegoż Boga ziemię. Wyrugowując nam z głów kulturę opisaną (bodaj przez Passoliniego) jako kulturę chleba, gdzie człowiek sam przygotowuje sobie pożywienie robiąc to tak, by być w harmonii z otaczającym go światem. Zastępują ją chamską i brudną kulturą pieniądza.

 

Każdy sam może dziś zdecydować, do której kultury chce należeć, czy chce być ogrodnikiem świata czy jego rzeźnikiem. Ci, którzy wybierają opcję pierwszą powinni zacząć od przywrócenia świadomości więzi ze światem, dowiedzenia się jaki ślad na nim zostawiają.

 

Człowiek to świnia

Moim zdaniem moralne prawo do mięsożerstwa ma tylko ten, kto choć raz w życiu widział przemoc rzeźni (ja w rzeźni byłem – to jedne z najbardziej odrażających, smutnych i upodlających człowieka miejsc na ziemi). Kto przeczyta statystyki pokazujące, jak wielkie tuczarnie niszczą środowisko, jak uprawy pod pasze zabierają chleb najbiedniejszym, kto zobaczy jak żywcem miele się kurczęta płci męskiej, z obłąkanych już dojeniem krów wyciska mleko, jak na fermach łososi wstrzykuje się im różowy barwnik (mięso hodowlanego łososia jest szare, różowe ma dziki łosoś, żywiący się krylem) i nacina skrzela, żeby się udusiły.

 

Kiedy ściągnie z siebie ideologiczną kołdrę z napisem „a Pan Bóg pozwolił” i zada sobie pytanie: na co?! Tak, człowiek może żywić się mięsem zwierząt. Być może są nawet sytuacje, w których dałoby się obronić użycie zwierzęcia do ważnego eksperymentu. Nikt jednak nie zwolnił go z obowiązku odnoszenia się do stworzenia z szacunkiem należnym dziełu Stwórcy. Bo to nie człowiek stworzył owcę, ani nie wymyślił pawiana.

 

Człowiek to świnia

Wiem, że nie każdy stanie się wegetarianinem. Jeśli jednak ktoś chce być świadomym chrześcijaninem, powinien stać się co najmniej tzw. „moralnym wszystkożercą”. Człowiekiem uważającym na to, co robi światu. Który jeśli nie rezygnuje z  szynki, kupuje i używa jej mądrze pamiętając o dramatycznym przebiałkowaniu jakiego ofiarami padamy na skutek taniej dostępności „przemysłowo” hodowanego mięsa. I nigdy nie dotknie też np. moralnej dewiacji jaką jest fois gras.

 

Zaraz posypią się argumenty, że „świadome jedzenie” jest fanaberią dla bogatych. Jasne, jest grupa osób, które ledwo wiążą koniec z końcem, oni mają prawo jeść cokolwiek, aby przeżyć. Największe larum podnoszą tu jednak zwykle ci, których budżet podobno się zawali gdy wydadzą pięćdziesiąt złotych więcej za kilogram schabu na tydzień, wydają jednak dwadzieścia dziennie na kompletnie jałowe odżywczo cztery kawy, papierosa, piwo i słodycze. Oni mogliby zrobić mały krok w dobrą stronę, ale im się nie chce. Grzeszą zaniedbaniem.

 

Morał z całości tych rozważań: człowiek nie jest dobrym panem Bożego stworzenia, jest dziś jego hipokrytycznym oprawcą. Ten stan rzeczy zmienia się przy sklepowej półce, gdy zamiast kosmetyku, który kosztował życie setek psów, kotów i królików, kupuje się nietestowany na zwierzętach, gdy zamiast jajek od kur trzymanych w warunkach takich, że to woła o pomstę do nieba, kupi się te z chowu bezklatkowego. Nie trzeba wielkiej rewolucji, trzeba pięciu sekund uwagi.

 

Człowiek to świnia

I jeszcze jedno. Wyżywałem się już tu na polskich franciszkanach, którzy zamiast – ustami swego współbrata – kanonizować schabowe, mogliby wreszcie zaproponować coś, czego nikt inny nie zrobi: zasypać przepaść między katolikami a ekologami, pokazać, że troska o Boże stworzenie jest wyrazem naszej do Niego miłości. W niebie rzeźni nie będzie, Pismo mówi o tym nader wyraźnie. To jednak straszny wstyd, że ze znanych mi polskich klasztorów, tylko w tych prawosławnych przestrzega się ściśle bezmięsnej (a w okresach postów – wegańskiej) diety. W codziennej praktyce pokazuje jak wygląda harmonia człowieka ze stworzeniem. Do takich miejsc i takich braci wielu współczesnych ludzi, których krzyk zarzynanych zwierząt budzi jednak jakiś niepokój, waliłoby drzwiami i oknami. Szkoła wrażliwości na przyrodę byłaby wstępem do rozwijania wrażliwości na połączonego z nią ściśle człowieka. Same duszpasterskie korzyści. I ten sam problem, co wyżej – lenistwo współczesnych synów świętego Franciszka gdy idzie o przezwyciężanie dietetycznych nawyków (bo mięsożerstwo nie jest dogmatem w Kościele).

 

Drodzy Bracia od pokoju i dobra, błagam Was, zróbcie wreszcie coś na tym polu, pokażcie że święty Franciszek głosił pokój całemu stworzeniu. Przecież na Sądzie Ostatecznym „bekniemy“ również za każde udręczone nad miarę zwierzę. Czy ktoś może to wreszcie z ambony powiedzieć?


Przeczytaj również artykuł Szymona Hołowni: "Pasztet i dusza": Kilka dni temu Tomek Terlikowski publicystycznie skojarzył ubój rytualny z aborcją. Postawił tezę, że większości tych co walczą o zakaz uboju rytualnego nie przeszkadza aborcja, czyli „ubój dzieci“ też bez znieczulania i ogłuszania.


Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >