Do shopu, hej, pasterze!

Przyzwyczaiłem się już do mych bezskutecznych corocznych apeli do rodaków, by z czci dla Dzieciątka nie mordować w perwersyjny sposób karpi i do tego stopniowanego aż do dwudziestego czwartego grudnia do punkt siedemnastej napięcia, świętego zgęstnienia czasu, po którym to zgęstnieniu już około trzynastej dnia następnego człowiek z przejedzenia przestaje już widzieć nie tylko żłóbek, ale i zarys nie tylko półmisków, ale i bliźniego.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

W grudniu najfajniejsze jest to, że zawsze w końcu przychodzi. Że mniej więcej w jego połowie zaczyna dzwonić telefon, w którym odzywa się to samo od lat pytanie: "a co pan sądzi o komercjalizacji Świąt?".

Przyzwyczaiłem się już do tego, podobnie jak do mych bezskutecznych corocznych apeli do rodaków, by z czci dla Dzieciątka nie mordować w perwersyjny sposób karpi i do tego stopniowanego aż do dwudziestego czwartego grudnia do punkt siedemnastej napięcia, świętego zgęstnienia czasu, po którym to zgęstnieniu już około trzynastej dnia następnego człowiek z przejedzenia przestaje już widzieć nie tylko żłóbek, ale i zarys nie tylko półmisków, ale i bliźniego. 

Do shopu, hej, pasterze!

I tak, coraz bardziej lubię komercjalizację Świąt. Swoją rolę odgrywa tu już chyba starość. Kiedyś byłem bożonarodzeniowym talibem, gotowym zabić każdego, kto obkładał je kolejnymi kompletnie niereligijnymi obyczajami. Dążyłem do formy czystej, dopóki nie dotarło do mnie, że nie ma sensu ściganie się z aniołami, że na zawsze pozostanę obciążonym (obdarowanym) genealogią człowiekiem. Z pogodnym uśmiechem przyjmuję dziś więc fakt, że tak jak dwa tysiące lat temu przyjście Pana ogłaszali nam pasterze uznawani wówczas za postaci moralnie podejrzane, dziś czyni to mniej więcej od końca każdego listopada (poprzez nieśmiertelne "White Christmas") dżentelmen znany między innymi z intymnych schadzek z kolegami w toaletach Beverly Hills. Nie kłuje mnie w oczy całoroczny dział bożonarodzeniowy w londyńskich delikatesach Fortnum and Mason, odkryłem, że szał promocji da się mądrze wykorzystać niekoniecznie kupując wszystko jak leci tylko dlatego że jest tańsze i w ten sposób przed samymi Świętami nie stracić ducha (i zdrowia). Z roku na rok widzę też, że po pierwszych potransformacyjnych latach, gdy choinka służyła do tego by pod nią wyrównywać naszym bliskim wszystkie możliwe niedobory lat komunizmu, chyba nie tylko ja zaczynam odnajdować się we wstrząsającym dla mnie kiedyś wywiadzie jakiego udzieliła bodaj "Vivie" Nelly Rokita, wyjaśniając z właściwym sobie brakiem pretensji, że ona kupuje Jankowi pod choinkę skarpety i mydło, a on odwdzięcza się jej czymś równie symbolicznym acz pełnym romantycznej troski.

Coraz mężniej daję sobie radę z faktem, że Boże Narodzenie obchodzimy w dniu w którym Rzymianie czcili narodziny Słońca Niezwyciężonego, że prezenty to też ich zwyczaj z Saturnaliów, ze choinka obwieszana dobrami to nieudolnie chrystianizowane pogaństwo w wersji czystej, podobnie jak dwanaście potraw, łuski karpia, gadające zwierzaki, ba – nawet to puste miejsce przy stole, które od zawsze w słowiańskich domach przeznaczone było dla duchów, a zanim człowiek na nim usiadł musiał ducha zdmuchnąć, żeby go nie wkurzyć.

Z każdym rokiem coraz wyraźniej dociera chyba do mnie, że te wszystkie nieudolne próby stworzenia ram do przeżycia bliskości z tymi, którzy są obok to w istocie odblaski tego, o czym to Święto jest i czego wszystkim naszym rozczulającym podrygom nie uda się nigdy zasłonić. W społeczeństwie utarło się, że Boże Narodzenie to święta rodzinne (bo Wielkanoc to już jednak bardziej, kościelne, religijne). Cieszy nas (co ciekawe – niewierzących też, choć hipotetycznie) fakt, że to nie my idziemy teraz do Boga, to Bóg przychodzi do nas. Ale mniej, że tak dosadnie zaskakuje nas bliskością z Sobą. Przez tysiące lat człowiek coraz intesywniej wpatrywał się w niebo, by w Betlejem nagle poczuć rękę Boga na swoim ramieniu. Sytuacja na tyle przerosła wszystkich, że przy żłóbku mamy Izajaszowego woła i osiołka (symbolicznych rzecz jasna), którzy w przeciwieństwie do Izraela, "który na niczym się nie zna i niczego nie rozumie", "rozpoznają swego Pana i żłób swego żywiciela", a później – nawet po niespełna czterdziestu latach – nie jest to w stanie dotrzeć nawet do najbliższych Jezusa (poza Jego Matką). Cokolwiek z tego czego doświadczyli zaczynają "kumać" wcale nie wtedy, gdy na ich oczach dzieją się Jezusowe cuda, a dopiero gdy ich zakute umysły oświetli Duch Święty.

Boga komunikującego się z człowiekiem przez bliskość, a nie przez chmurne słowa,  strasznie ciężko zmieścić w głowie. Po pierwsze dlatego, że Bóg – Prawodawca, stojący na dystans jest łatwiejszy w obsłudze. Szef nie wymaga tyle zachodu co przyjaciel, żona, mąż. Po drugie jest na kogo zrzucić odpowiedzialność za wszystko, czego się nie rozumie, już nie bije się pięściami w powietrze. Po trzecie ów bliski, cielesny Bóg to ryzyko, że za chwilę wyrośnie, nauczy się mówić, wyjdzie ze żłóbka i zechce wejść nam do pracy, do sypialni, do publicznego życia. Słońce jest fajne, ale nie może być zbyt blisko, bo spali. A że to słońce w Betlejem staje się lampką nie przestając być Słońcem (paradoks Boga – człowieka)? W boskość Jezusa jesteśmy skłonni wierzyć, wciąż dramatycznie – będę to powtarzał do bólu – nie mamy narzędzi do obsługi jego człowieczeństwa. I związanej z nim bliskości.

Miałem w tym względzie ostatnio ciekawe osobiste doświadczenie. Organizatorzy gdańskiego festiwalu muzyki dawnej Actus Humanus, poprosili mnie żebym przed występem genialnego katalońskiego muzyka Jordi'ego Savalla powiedział kilka słów o tajemnicy Bożego Narodzenia (kiedyś prawie cała muzyka była sakralna, czerpała z religijnych źródeł) przeżywanego w obliczu straty (rok temu zmarła żona Savalla, śpiewaczka Montserrat Figueras). Mówiąc o swoim doświadczeniu tego czasu, o Jezusie, Maryi i całej tej nieziemskiej historii zobaczyłem na twarzach wielu odbiorców szczere zdegustowanie. Po fakcie nie zostawili na mnie suchej nitki. Dziś sądzę, że zostałem przez organizatorów postawiony w niezręcznej sytuacji, a przyjęcie zaproszenia było błędem, nigdy nie ośmieliłbym się komuś psuć przyjemności ze słuchania muzyki. Ogromnie zajęło mnie jednak źródło bolesnego dysonansu – argument: tu jest koncert, wiara jest prywatną sprawą człowieka, miejsce dla głoszenie religijnych ideologii jest w kościele. Sepracja światów – Bóg, dyrektor ds. duchowych i pośmiertnych, ja – kierownik na odcinku "ciało/ziemia". Czy jednak uznanie, że w żłóbku leży jednak ktoś więcej niż kolejne słodkie bobo, a ten cud z krwi i kości, ma znaczenie dla Kosmosu, może nie przeniknąć człowieka w całości? Czy ktoś, kto dostrzeże to, co się tam wtedy dzieje, jest w stanie podzielić swoje przyszłe życie na obrzędy religijne, pracę i koncert? Mówię to bez ironii – świat, który nie podziela tej wiary powinien odtąd bardzo uważać w kontakcie z chrześcijanami, bo jeśli Pan rzeczywiście dwa tysiące lat temu urodził się, umarł i zmartwychwstał, nie będzie w ich życiu sekundy by przestali o tym myśleć. Będą boleśnie monotematyczni, im wszystko i zawsze będzie się już kojarzyło tylko z Jednym.

Z przyjściem na świat Jezusa modlitwa przestaje być krzykiem skierowanym w górę, całe ludzkie życie zaczyna być modlitwą. To zdanie z pewnością może stać się źródłem ciężkiej paranoi dla tych, którzy noszą w sobie wciąż "wiarę demoniczną", którzy Boga po prostu się boją (Pismo mówi: "demony też wierzą i drżą"). Nie umiem jednak wyobrazić sobie jak jeszcze Bóg mógłby przekonać człowieka, że to z czym przychodzi W CIELE to owszem, Prawda, ale przede wszystkim właśnie wspominana tu przeze mnie obsesyjnie bliskość. Że nie czyha na nich, a chce ich szczęścia w kuchni, w filharmonii, również w łóżku. W CIELE, w duszy, w życiu, w śmierci, w zmartwychwstaniu. Że od tej pory człowiek nigdy nie będzie już zostawiony sam sobie, że te pieluszki w które zawijano małego Jezusa (na co zwróciła moją uwagę s. dr Judyta Pudełko) to wypisz wymaluj te chusty, które pozostawi po sobie w pustym grobie. Jako pierwszy z nas nie da w nich uwięzić ani ciała ani duszy. Urodziny przestaną być wreszcie zapowiedzią końca, dwoje ludzi decydując się na relację nie będzie musiało bać się oczywistego faktu, że któreś z nich kiedyś umrze pierwsze.

Do shopu, hej, pasterze!

O tym właśnie jest teraz moje Boże Narodzenie. Czy Bóg mówi też przez muzykę? Ciepło świec przy wigiljnym stole? Troskę o prezenty? Dobrą rozmowę? No jasne. To wszystko cenne ślady, tropy, echo. Tego, kto chce za nimi iść, zawsze doprowadzą do Człowieka, z którym zbuduje się bliską relację na całe życie, również to po śmierci. Tych, którzy nie chcą, też nie pozostawi jednak bez niczego. Pozwoli wziąć relaksującą, dwudniową, kąpiel w baśni. Na zdrowie.


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Kaplice w Centrach Handlowych

Na ulicy od wczesnego ranka ramiona bolą od obijania się o ludzi, w sklepach – pandemonium i najczarniejsze koszmary demografa. Chronisz się do kościoła, i nagle – po raz pierwszy w życiu – masz ochotę dziękować Bogu za obniżające się w Polsce wskaźniki mszalnej frekwencji.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Fragment z nowej książki Szymona Hołowni „Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie“.

Ktoś stwierdził, że Manila, stolica Filipin, mogłaby mieć w herbie dwa słowa: humidity (wilgotność) i humanity (ludzkość). Doświadczenie niewyobrażalnego tłumu, które dopada sekundę po tym gdy wyjdzie się samolotu przywiodło mi na myśl mojego białostockiego kolegę, który ilekroć jechał w interesach do Warszawy miał migreny i obstrukcje. Wysiadając na lotnisku w Manili po dwugodzinnym locie z  małomiasteczkowego Guam, miałem w uszach jego słowa: „Jak przyjadę do tej waszej stolicy, jak wyjdę pod Domy Centrum, jak zobaczę jak tam jeden drugiego potrąca, mam taką ochotę przywalić im dyplomatką, niechby się opamiętali, po jaką cholerę oni ganiają jak ten kot z pęcherzem?“.

Kaplice w Centrach Handlowych

Manila od pierwszego wejrzenia uczy: morzu nie zadaje się pytań, dlaczego takie głębokie, dlaczego prądy i dlaczego fale. Machaj człowieku kończynami, pilnuj by mieć głowę nad lustrem. Nie wierzgaj przeciwko żywiołowi, spróbuj sprytnie wykorzystać jego „power“, zamiast pomstować na wiatr – zostań kitesurferem. Albo szybownikiem. Musisz nauczyć się wyczuwać naładowane energią prądy wznoszące, w otaczającym cię tłumie goniących przed siebie setek ludzi dostrzegasz faceta, który mógłby uczyć slalomu samą Lindsey Vonn, nikogo nie potrąca, ale bezbłędnie przewiduje ruchy tańczących niby to w chaosie elektronów, wie czy wziąć delikwenta z lewej czy z prawej, z której pojawi się na chwile półmetrowe okienko. Siadasz gościowi na zderzak i robisz to, co kochają warszawscy kierowcy – pokonujesz korek jadąc za karetką. Powtarzasz manewr przy karuzeli z bagażami, później w drodze do bankomatu, szukając kierowcy, który miał na Ciebie czekać, ale tu jest z pięciuset kierowców i każdy na kogoś czeka i chce być dostrzeżony jako pierwszy, widzisz więc jakichś czterystu osiemdziesięciu robi co może, ale bez sukcesów.

poprzednie
następne

Tłum już cię nie opuści. Na ulicy od wczesnego ranka ramiona bolą od obijania się o ludzi, w sklepach – pandemonium i najczarniejsze koszmary demografa. Chronisz się do kościoła, i nagle – po raz pierwszy w życiu – masz ochotę dziękować Bogu za obniżające się w Polsce wskaźniki mszalnej frekwencji. Manilski Quiapo Church, znany szerzej jako Bazylika Czarnego Nazarejczyka to wariacja na temat któregoś z londyńskich dworców w godzinach szczytu. Kościół wygląda zresztą jak terminal – prostopadłościan na środku placu, boczne ściany całe z drzwi i okien, wszystko otwarte na przestrzał, spokojnie ze sto decybeli – hałas z ulicy, smog taki, że ciężko oddychać. Msze od czwartej rano do popołudnia co godzinę, na każdej dobre tysiąc osób, ludzie wchodzą i wychodzą, ksiądz przedłuża kazanie, gada już trzydzieści minut i nie wiesz kiedy przechodzi z angielskiego na miejscowy taglog oraz kiedy wraca. Gdzie się celebrans nie ruszy dwóch zakrystianów popycha za nim monstrualny, druciany, żółty wentylator. Dwudziestka pań w mundurkach z workami na tyczkach zbiera tacę. Kieszonkowiec wypatruje. Przepowiadacz przyszłości na chodniku drze się w niebogłosy. Próbuję wejść do kaplicy adoracji, rzucają się na mnie dwie niewielkie energiczne panie, każąc ściągnąć buty, schować do specjalnej szafki, idę do komunii, wystawiam rękę, pan który jej udziela szarpie mnie bo jego zdaniem powinienem przyjąć Ciało Chrystusa na lewą, nie na prawą, nie chce mu się tłumaczyć, więc wykręca mi nadgarstki.

poprzednie
następne

Jeśli piekło istnieje ma w sobie z pewnością wiele z tego, czego może doświadczyć kierowca na manilskiej ulicy. Stolica jest nie tylko przeludniona, ale i ogromna terytorialnie, drogi są fatalne, co w połączeniu sprawia, że każdy wyjeżdżający na ulice Manili nie tylko ma wrażenie, że skacze na główkę do morza, dodatkowo jeszcze morze to bowiem się gotuje. Miliony ludzi wędrujących z miejsca na miejsce, tysiące przeróżnej maści prywatnych autobusów „city operations“ i „provincial operations“,  obklejone pasażerami tzw. jeepney – otwarte minibusy przypominające skrzyżowanie dżipa z tramwajem, taksówki z wymalowanymi na drzwiach informacjami dokąd kierowca może pojechać, a gdzie mu się nie chce – to wszystko wymuszające pierwszeństwo,  trąbiące co chwila na siebie i od siódmej do dwudziestej stojące w jednym wielkim megakorku. W komunikacyjnym piekle ludzie szukają oaz. Stają się nimi rosnące jak grzyby po deszczu wielkie centra handlowe. U nas patrzy się na nie jak na świątynie komercji, w Manili są błogosławieństwem, zajazdem na drodze umęczonego podróżnego. W Manili wyskoczyć po pracy na zakupy albo do kościoła mógłby chyba tylko ktoś dysponujący śmigłowcem. W mallu ma wszystko na miejscu. Mnie rzecz jasna najbardziej zafascynowały sklepowe kaplice. W jednej z nich, w drugim co do wielkości centrum handlowym Filipin – SM Megamall na piątym piętrze – „Kaplica Jezusa Eucharystycznego“, rozmiaru polskiego średniej wielkości kościoła. Obok kaplica adoracji (w godzinach otwarcia malla) – wielkości kościoła mniejszego. Ładny, nowoczesny wystrój, obok zakrystia gdzie można zamówić mszę, pogadać z księdzem, stale dyżuruje tu dwóch pracowników. Na ścianie dekret kardynała – „wychodząc na przeciw rosnącym potrzebom grup pracowników i konsumentów, ustanawiamy tę kaplicę licząc, że przyczyni się do pogłębienia relacji współczesnych ludzi z Bogiem wszędzie tam, gdzie prowadzą ich drogi…“. Jest wtorek, na mszy w południe około pięćset osób. Na wieczornej o osiemnastej – dobre siedemset. Zaskoczony frekwencją pytam kapelana, jak to możliwe, przecież kaplice są tu w większości centrów handlowych, w zwykłych kościołach też tłumy. Wzrusza ramionami: przyjdź w niedzielę, ludzie się nie mieszczą, na każdej mszy mam ich około trzech tysięcy. A mszy w niedzielę jest siedem.

Patrzę, jak ci ludzie się modlą, jak przygotowują do spowiedzi, jak adorują. Czuję jak spływają ze mnie polskie argumenty – że jak tak można, że przecież to człowiek powinien szukać kościoła, nie kościół człowieka, że to nieledwie profanacja. Zaprawdę, więcej profanacji widziałem w polskich parafiach niż w tym filipińskim sklepie. Już nie walczę. Wsiadam do taksówki, zamykam oczy, nie dopytuję kierowcy ile jeszcze do EDSA (głównej arterii komunikacyjnej stolicy) i dlaczego jedziemy tak wolno. Klaksony, szum, krzyki wszystko przepływa przeze mnie, gdy przestaję dyktować rzece jak ma płynąć odwdzięcza się przyjemnym uczuciem, zdejmuje z pleców ciężar wydumanej odpowiedzialności za cały świat. Tak organicznie przeżyta świadomość, że jesteś jednym z siedmiu miliardów a nie jedynym wyzwala. Rzeka niesie tam, gdzie zechce ponieść.


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >