Nowy prymas – łatwo nie będzie

Spośród polskich prymasów jedni przemykali się przez dzieje bez mocnego śladu, inni zaś przyjmowali z męstwem prześladowania. O jednym z nich mówili „prymas tysiąclecia”. I mieli rację.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zmieniały się pomysły i prawne rozwiązania związane z pełnieniem tej funkcji od czasów Mikołaja Trąby, który na soborze w Konstancji uzyskał tytułu prymasa dla biskupów gnieźnieńskich i od 1417 r. sam go używał. Jedno było niezmienne – prymas był niekoronowanym królem Polski, osobą o wielkim wpływie na los państwa, uosobieniem wartości, na których budowano życie społeczne, polityczne, duchowe.

Prymas reprezentował cały Kościół lokalny, troszczył się o jego rozwój i administrowanie, a gdy na początku XVI w. otrzymał prawo reprezentowania papieża, zwane „legatus natus” (legat urodzony), miał prawo także zwoływać synody. To prymasi koronowali królów i królowe, udzielali sakramentów rodzinie monarszej, nauczali, doradzali, zasiadali w Senacie Najjaśniejszej, politykowali. Już w 1411 król Jagiełło nazwał prymasa „generalnym zastępcą króla w czasie jego nieobecności”.

Nowy prymas – łatwo nie będzie

Gdy wprowadzono w Polsce wolną elekcję do dotychczasowych obowiązków i zaszczytów doszedł nowy – prymas pełnił funkcję interrexa w czasie bezkrólewia, wyznaczał terminy wyborów, zaś później objęcia tronu przez zwycięskiego kandydata. Byli prymasi Polski fundatorami kościołów, mecenasami sztuki, dbali o rozwój szkolnictwa, a po Soborze Trydenckim organizowali seminaria. Mieli prawo przywdziewać kardynalskie szaty, korzystali z licznych przywilejów.

Ten styl kościelnej wspaniałości skończył się wraz z niepodległą Polską, a zaborcy bezbłędnie dostrzegli, że bycie prymasem to nie tylko wpływy polityczne, społeczne, kolor purpury. To także wzorzec i punkt odniesienia dla narodu, znak wolności, toteż rząd pruski gorliwie zabiegał w Rzymie by tytuł ów skasować i znieść diecezję gnieźnieńską. To się nie udało, więc Polska, która nie miała już reprezentacji politycznej i administracyjnej miała nadal króla, tyle że duchowego. Cena bycia prymasem stała się bardzo wysoka, zwłaszcza, gdy nie było zgody na uległość wobec zaborców. Pojawił się krzyż. Gdy zaczęli gwałtowną walkę z Kościołem, połączoną z germanizacją Polaków, abp Mieczysław Ledóchowski tak zdecydowanie się jej sprzeciwił, że został uwięziony. W końcu musiał opuścić diecezje, którymi zarządzał i udać się do Rzymu, ale ludzie widzieli i wiedzieli, jak się zachować.

Nowy prymas – łatwo nie będzie

Utracona niepodległość wyznaczała sposób pełnienia funkcji. W czasach PRL stało się to aż nadto widoczne. Biskup Stefan Wyszyński, który został prymasem w 1947 r. (wówczas prymasami byli biskupi warszawscy, którzy byli też biskupami gnieźnieńskimi) musiał wziąć na siebie wielki ciężar. Nie tylko zarządzania Kościołem w czasach, w których zapadły decyzje o jego osłabieniu, destabilizacji, ograbieniu przez wrogie władze.

Prymas Wyszyński musiał wypracować model istnienia w tych okolicznościach, układać się z komunistami. Miał wiele uprawnień, otrzymanych od papieża – przewodniczył episkopatowi, był papieskim legatem, miał decydujący wpływa na obsadę biskupów i zazwyczaj ich konsekrował. To on twardo pertraktował w władzami, które bardzo lubiły psuć jego plany i skłócać duchownych i świeckich.

Miał wielką władzę, ale doskonale odczytał, że to nie wszystko, że jego postawa będzie bardzo ważna w czasach próby, rozpisanej na wiele lat, właściwie nie wiadomo ile, na dziesięciolecia, a może i dłużej. I że w tej walce dla długodystansowców trzeba być wzorem i źródłem nadziei, nie tylko dla katolików, ale dla wszystkich współobywateli, którzy przypomnieli sobie, że prymasi byli też interrexami.

Nowy prymas – łatwo nie będzie

A czy czasy PRL i narzuconej władzy nie były czymś w rodzaju bezkrólewia? Wszystko to genialnie odczytał Prymas Tysiąclecia, zrozumiał, wziął na siebie, przyjął krzyż wraz z kolorem purpury. Nie tylko trzy lata więzienia, ale też wściekłe nagonki partyjnych towarzyszy, zniesławiające kampanie w mediach, inwigilacja 24 godziny na dobę, szykany ze strony milicji i UB. A Prymas trwał niewzruszony, dzięki Maryi, której wszystko zawierzył. Pewnie zapamiętał też słowa swojego wielkiego poprzednika, kard. Hlonda, który umierając miał powiedzieć, że zwycięstwo nad siłami mroku przyjdzie przez Maryję. Rzeczywiście przyszło, choć to, co zrobiliśmy z nim, to całkiem inna opowieść.

Normalizacja i niepodległość zredukowała wiele funkcji prymasa. Gdy Polska po kilku dekadach nawiązała stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską nie potrzebna już była funkcja legata, czyli nuncjusza.

Kim jest dzisiaj prymas?

To strażnik wielkiego dziedzictwa, tego wszystkiego, co zaczęło się wraz z chrztem Polski i łączy z diecezją gnieźnieńską. Przewodniczy uroczystościom kościelnym. Czy to wszystko? To zależy od abp Wojciecha Polaka. Jak odczyta swoją nominację, jaką treść nada swej funkcji, jakie będą jego priorytety i wybory.

Łatwo nie będzie, media zaczęły już publikować opinie o wielkopolskim Kościele (to kolejny obok łagiewnickiego i toruńskiego) i niezbyt precyzyjnie, a nawet fałszywie, przytaczać jego opinie.

W samym Kościele wielu katolików tęskni za duchowym przywódcą, wzorem i opoką, inni mówią, że nowy prymas będzie jego twarzą. Jaka to twarz?

Nowy prymas – łatwo nie będzie

Arcybiskup Wojciech Polak – to człowiek mocnej wiary, zdecydowany i co bardzo cenne – odważny i niezależny. Będzie w centrum uwagi. Wierni będą go wspierać i z nim współpracować. Może znajdą się i tacy, którzy uznają, że zagraża jakimś ich planom i wielkim projektom. Na pewno potrzebuje naszej modlitwy. Tytuł prymasa jest zaszczytem. Może stać się krzyżem.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Księża walczący

Śmiało można stwierdzić, że osoby stanu duchownego brały udział w niemalże wszystkich najważniejszych konfliktach zbrojnych toczonych w obronie ojczyzny. Począwszy od bitwy grunwaldzkiej, na działaniach wojennych w XX wieku kończąc. Gdyby nie postawa przeora Kordeckiego, los Rzeczypospolitej byłby zgoła odmienny.

Wiktor Szymborski
Wiktor
Szymborski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kościół nie łaknie krwi,

Kościół brzydzi się krwią

Te dwie maksymy najlepiej odzwierciedlają stosunek Kościoła do wojny i przemocy. Z tych względów zabraniano duchownym bezpośredniego udziału w działaniach zbrojnych. Stosowne zapisy w tej sprawie odnaleźć można już podczas obrad synodu z IV w. w Triburze.  Ludzie Kościoła nie mogli nosić broni, czego zakazywały synody merowińskie z VI czy VII wieku. Próbowano także ograniczyć możliwość wstępowania byłym rycerzom do klasztorów, jak również przyznawania diakonatu osobom uczestniczącym w działaniach wojennych. Ordynariusze diecezji, którzy uczestniczyli w bitwach, mieli zostać złożeni z urzędu, o czym informował papież Zachariasz w VIII wieku. W przypadku kiedy duchowni uczestniczyli w działaniach obronnych, wówczas przewidywano łagodniejszą, choć i tak surową pokutę. Stosunek Kościoła wobec stosowania przemocy najlepiej oddają postanowienia synodu z IX wieku, kiedy to zakazywano modlenia się za tych duchownych, którzy polegliby w czasie działań zbrojnych. Duchowni mogli pełnić jedynie posługę duszpasterską jako kapelani, co wyraźnie podkreślało np rozporządzenie z czasów Karola Wielkiego. Czy jednakże przestrzegano tych zapisów? Czy w momentach "wyższej konieczności" ludzie Kościoła nie decydowali się zaryzykować swego życia i stanąć z bronią w ręku w obronie wiernych, ojczyzny, swej diecezji czy macierzystego klasztoru?

Historia zna liczne przykłady świadczące o tym, iż niejednokrotnie osoby stanu duchownego odkładały na bok szaty liturgiczne, po czym sięgały po broń, aby gromić nieprzyjaciół.

Księża walczący

Manuskrypt “Histoire d’Outremer”

Z epoki wczesnego średniowiecza, kiedy niemalże zewsząd czyhało zagrożenie, odnaleźć można najwięcej takich krewkich ludzi Kościoła.

Doskonałym przykładem wojowniczego duchownego był opat Saint-Germain-des Pres Gozlin, żyjący w IX wieku. Nie tylko walczył on z Normanami, notabene wraz z innym opatem, ale również uczestniczył w bojach z władcami świeckimi, co nie przeszkodziło mu w dalszej karierze duchownej – został bowiem biskupem Paryża.

Już jako ordynariusz diecezji w 885 r. stał na czele oddziałów broniących miasta przed najazdem normańskim. Wówczas posługiwał się wyjątkowo śmiercionośnym narzędziem – toporem bojowym. Zamiłowanie do wojaczki było zapewne genetycznie zakodowane w jego rodzie – jego bratanek, który także był opatem otrzymał przydomek Mars, a zginął podczas obrony miasta rok później.

Zagrożenie napadami normańskimi sprawiało, że ludzie Kościoła zmuszeni byli sięgać po broń, część jednak czyniła to z nieco większą gorliwością niż wymagała tego sytuacja.

Opat Odon w 859 r. osobiście dowodził oddziałami broniąc klasztoru w Corbie przed wikingami. Kronikarze odnotowali jego bohaterstwo, aczkolwiek doradzano dostojnikowi, aby raczej skupił się na odpowiednim rozstawieniu oddziałów, a nie walce w pierwszym szeregu.

W jednej z najważniejszych bitew epoki średniowiecza także można odnaleźć wojowniczych ordynariuszy diecezji. W rozstrzygającym starciu pomiędzy dwoma możnymi rodami Welfów i Staufów, jakie miało miejsce pod Bouvines 27 lipca 1214 r., w której pokonano króla Anglii i cesarza niemieckiego, na polu bitwy zasłużył się biskup Beauvais. Nie tylko dotrzymywał on pola w walce rycerzom, ale i pojmał do niewoli brata króla Anglii.  Ówczesne źródła tak przedstawiły działania rycerskiego dostojnika Kościoła:

            Gdy zaś biskup Beauvais wśród walczących zobaczył

            Brata króla Anglików, męża mocarnego (…)

            Jak rozgramia oddziały z Dreux, w brata imieniu,

            Czyniąc wśród nich rzeź straszną – w gorzkim uniesieniu

            Jak niepomny godności, trzymał w dłoni pałkę,

            Tak cios w czoło wymierzył, iż hełm skruszył całkiem

Jak widać duchowni nie tylko brali udział w walkach, wybornie posługiwali się rycerskim rynsztunkiem, ale i odnosili tak spektakularne sukcesy jak pojmanie do niewoli członków rodziny królewskiej.

Czy w historii naszego kraju możemy odnaleźć równie wojownicze postacie?

Niemalże natychmiast nasuwa się postać przeora klasztoru jasnogórskiego Augustyna Kordeckiego. To on zagrzewał obrońców twierdzy do wytrwania. To dzięki jego patriotycznej postawie, połączonej z wyjątkową religijnością i ufnością w opiekę Matki Bożej, obrońcy powstrzymali ataki korpusu generała Burcharda Müllera. Po 40 dniach bezskutecznego oblężenia (18 XI-27 XII 1655 r.) oddziały najeźdźcy wycofały się. Wydarzenie to stanowiło punkt przełomowy w zmaganiach z potopem szwedzkim, zadecydowały o wyniku zmagań wojennych, a także o losie Rzeczypospolitej.

Śmiało można stwierdzić, że osoby stanu duchownego brały udział w niemalże wszystkich najważniejszych konfliktach zbrojnych toczonych w obronie ojczyzny. Począwszy od bitwy grunwaldzkiej, na działaniach wojennych w XX wieku kończąc. Gdyby nie postawa przeora Kordeckiego, los Rzeczypospolitej byłby zgoła odmienny.

Księża walczący

Natomiast gdyby nie Zbigniew Oleśnicki, późniejszy biskup krakowski i kardynał, to los największej polskiej bitwy epoki średniowiecza potoczyć mógłby się inaczej. Ocalił bowiem samego króla Władysława Jagiełłę.

Monarcha nie brał bezpośredniego udziału w bitwie grunwaldzkiej, dowodził oddziałami z pobliskiego wzgórza. W pewnym momencie starcia zbrojnego z Krzyżakami w bezpośredniej bliskości władcy znalazł się oddział nieprzyjacielski. W tym miejscu oddajmy głos wybitnemu XV wiecznemu kronikarzowi Janowi Długoszowi:

Tymczasem z pruskiego wojska wyskoczył na ryżym koniu rycerz, z pochodzenia Niemiec, Dypold Kökeritz z Ecber z Łużyc (…) wymachując kopią na oczach całego stojącego pod szesnastu chorągwiami wojska pruskiego zamierzał, zdaje się, zaatakować króla. Kiedy król polski Władysław Jagiełło usiłował podjąć z nim walkę, wywijając własną kopią, starł się z nim, osłaniając króla od ciosu pisarz królewski, Zbigniew Oleśnicki bez zbroi i broni, mający na pół złamaną kopię. Ugodził Niemca w bok i zwalił z konia na ziemię (…) Czy zdołał ktoś w tej bitwie dokonać czegoś pomyślniejszego? Ale, zaiste, nie było nic odważniejszego ani śmielszego od czynu Zbigniewa. Ten [człowiek] bez zbroi i broni odważył się stanąć do boju ze świetnie uzbrojonym rycerzem, młodzieniec, niemal chłopiec podjął walkę z dojrzałym mężem i weteranem.

Nawet uwzględniając fakt, że kronikarz był blisko związany z dworem późniejszego biskupa i starał się gloryfikować swego patrona, należy podkreślić odwagę jaką wykazał się Zbigniew Oleśnicki.

Równie przełomowe znaczenie w dziejach Polski ma inne starcie zbrojne, potocznie zwane cudem nad Wisłą. Bitwa, podczas której rodzącej się Rzeczypospolitej, udało się powstrzymać bolszewickie oddziały, uratowała istnienie nie tylko Polski, ale i ocaliła Europę przed eksportem rewolucji komunistycznej niesionej na bagnetach armii czerwonej. Fakt ten dostrzegają nie tylko polscy badacze, ale i historycy krajów Europy Zachodniej.

Księża walczący

“Śmierć Księdza Skorupki” Stanisław Zawadzki

W trakcie starć zbrojnych 14 sierpnia 1920 r. poległ młody kapelan Wojska Polskiego ks. Ignacy Jan Skorupka. Pochodził z rodziny, dla której patriotyzm i walka w obronie Ojczyzny nie były pustymi słowami. Prośba ks. Skorpuki o to, by mógł pełnić obowiązki kapelana wojskowego początkowo została odrzucona. Dzięki jego licznym staraniom, ostatecznie w lipcu 1920 r. powierzono mu to zadanie. Początkowo niósł posługę duszpasterską żołnierzom, spowiadając ich przed wyruszeniem na front, następnie został mianowany kapelanem lotnym 1 batalionu 236 pp. Armii Ochotniczej. Udział i jego postawa w czasie starć zbrojnych obrosła licznymi mitami. W ekranizacji cudu nad Wisłą w reżyserii Jana Hoffmana postać ks. Skorupki została przypomniana. Okoliczności jego śmierci budzą po dziś dzień liczne kontrowersje.

Wedle komunikatu Sztabu Generalnego Wojska Polskiego zginął idąc do boju z krzyżem w ręce, dowódca batalionu, w którym służył ks. Skorupka we wspomnieniach napisał, że zezwolił, aby młody duchowny uczestniczył w ataku. Istnieje także relacja mówiąca, że poległ udzielając ostatniego namaszczenia rannemu żołnierzowi.

Niezależnie od tego czy zginął w trakcie prowadzenia oddziału do boju w bitwie pod Ossowem, czy niosąc posługę duszpasterską rannym na polu bitwy, odegrał niezwykle ważną rolę w historii Polski. Po latach stał się symbolem walki o niepodległość.

Postać księdza Skorupki jest powszechnie znana, wielokrotnie do jego życia nawiązywali malarze i literaci. Warto jednakże wspomnieć o nieco mniej znanych duchownych zaangażowanych w działania w obronie naszego kraju.

Od dawna wzmiankowane jest zaangażowanie duchownych w bitwie wiedeńskiej, ks. Stanisława Papczyńskiego, Adama Przeborowskiego oraz błogosławionego Marka z Aviano, zwanego duchowym lekarzem Europy.

Pełnili oni wówczas obowiązki spowiedników i najbliższych doradców króla Jana III Sobieskiego. Natomiast w czasie insurekcji kościuszkowskiej z męstwa zasłynął jeden z kapelanów oddziału gen. Józefa Zajączka. Przedstawiciel zakonu braci mniejszych ojciec Karolkiewicz zamiast skromności słynął z odwagi, uczestniczył w zwiadach, ataku na baterię artylerii, uwielbiany przez żołnierzy.

Nader liczny był udział w szeregach oddziałów zbrojnych z czasów powstania listopadowego i styczniowego. W pierwszym romantycznym zrywie Polaków przeciwko rosyjskiemu zaborcy odnotować można udział w szeregach powstańczych zarówno księży jak i zakonników. Nie pełnili co prawda funkcji dowódczych, jak miało to miejsce w kolejnym powstaniu przeciwko moskalom. Dla przykładu można wspomnieć postać zakonnika Kamińskiego. Surowa reguła kartuzów nie powstrzymała go przed włączeniem się w szeregi powstańcze. Patriotyczną postawę okupił najwyższą ofiarą – życiem. Poległ w bitwie pod Niewsianami w powiecie pińskim.

Z kolei w Wilnie 11 kwietnia 1831 r. rozstrzelano zakonnika Hieronima Wojtkiewicza za organizowanie powstania. W walki angażował się nie tylko kler niższy, w Siemiatyczach do boju stanął przełożony Zgromadzenia Misjonarzy Kajetan Milewski. Wzorem męstwa i bohaterstwa dla żołnierzy był ks. Adam Loga. Walka z wrogami ojczyzny była dla niego niemalże rodzinną tradycją, gdyż ojciec jego został odznaczony za udział w insurekcji kościuszkowskiej. W momencie kiedy dowiedział się o wybuchu powstania, natychmiast porzucił wykłady z prawa kanonicznego, jakie głosił w poznańskim liceum. Ks. Loga brał udział w najcięższych walkach powstania listopadowego. Poznał pola bitewne Olszynki Grochowskiej, walczył także pod Dembem. Męstwo jakim się odznaczał zostało dostrzeżone przez zwierzchników i nagrodzone złotym krzyżem Virtuti Militari. Ten wielkopolski duchowny wyróżniał się w walkach kawaleryjskich pod Wilnem i Szawlami.

W ostatniej bitwie szedł do boju na czele batalionu, a kiedy zauważył wahanie wśród jednego z żołnierzy, zabrał mu karabin ze słowami tyś niegodzien być żołnierzem polskim, po czym ruszył w bój, w którym spotkała go zabójcza kula.

Księża walczący

Z czasów postania styczniowego warto wspomnieć o dokonaniach ks. Stanisława Brzóski. Sprawował nie tylko posługę duszpasterską jako kapelan, ale i bezpośrednio dowodził jednym z oddziałów partyzanckich, który najdłużej stawiał opór zaborcy. Jego oddział walczył na terenie Lubelszczyzny i Podlasia. Siły moskiewskie dwukrotnie rozbiły oddział, w którym Brzóska sprawował posługę duszpasterską. Ten niestrudzony ksiądz zebrał wówczas niedobitki żołnierzy, z których zorganizował nową formację, a za swą kwaterę obrał początkowo ziemię łukowską, skąd czynił liczne wypady przeciwko oddziałom moskali. Decyzją powstańczego Rządu Narodowego został mianowany nie tylko naczelnym kapelanem wojsk ale i generałem. Nie złożył broni aż do kwietnia 1865 r., kiedy to został otoczony przez przeważające siły rosyjskie we wsi Sypytki.

Początkowo studiował medycynę na uniwersytecie kijowskim, po czym wstąpił do seminarium w Janowie. Był ostatnim dowódcą oddziału partyzanckiego, który utrzymał się aż do 1865 r. Za swą działalność patriotyczną został przez zaborcę skazany na karę śmierci, wyrok wykonano 23 maja 1865 r. w Sokołowie Podlaskim.

Nie można również zapominać o bezimiennych bohaterach – licznych kapłanach, którzy niosąc posługę duszpasterską polegli w czasie I i II wojny światowej. O zaangażowaniu polskiego kleru w działalność niepodległościową najwymowniej świadczy długa lista duchownych odznaczonych najwyższym polskim odznaczeniem wojskowym krzyżem Virtuti Militari.


Cytaty pochodzą z następujących źródeł:

G. Duby, Bitwa pod Bouvines niedziela, 27 lipca 1214, przekład M. Tournay-Kossakowska,

A. Falęcka, Warszawa 1988, dokument III Filipida s. 258

Polska Jana Długosza, red. H. Samsonowicz, Warszawa 1984, s. 236              

E. Nowak, Rys dziejów duszpasterstwa wojskowego w Polsce 968-1831, Warszawa 1932, s. 208


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Wiktor Szymborski

Wiktor Szymborski

Pracownik Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmuje się dziejami średniowiecznej kultury religijnej.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Wiktor Szymborski
Wiktor
Szymborski
zobacz artykuly tego autora >