Księża walczący

Śmiało można stwierdzić, że osoby stanu duchownego brały udział w niemalże wszystkich najważniejszych konfliktach zbrojnych toczonych w obronie ojczyzny. Począwszy od bitwy grunwaldzkiej, na działaniach wojennych w XX wieku kończąc. Gdyby nie postawa przeora Kordeckiego, los Rzeczypospolitej byłby zgoła odmienny.

Wiktor Szymborski
Wiktor
Szymborski
zobacz artykuly tego autora >

Kościół nie łaknie krwi,

Kościół brzydzi się krwią

Te dwie maksymy najlepiej odzwierciedlają stosunek Kościoła do wojny i przemocy. Z tych względów zabraniano duchownym bezpośredniego udziału w działaniach zbrojnych. Stosowne zapisy w tej sprawie odnaleźć można już podczas obrad synodu z IV w. w Triburze.  Ludzie Kościoła nie mogli nosić broni, czego zakazywały synody merowińskie z VI czy VII wieku. Próbowano także ograniczyć możliwość wstępowania byłym rycerzom do klasztorów, jak również przyznawania diakonatu osobom uczestniczącym w działaniach wojennych. Ordynariusze diecezji, którzy uczestniczyli w bitwach, mieli zostać złożeni z urzędu, o czym informował papież Zachariasz w VIII wieku. W przypadku kiedy duchowni uczestniczyli w działaniach obronnych, wówczas przewidywano łagodniejszą, choć i tak surową pokutę. Stosunek Kościoła wobec stosowania przemocy najlepiej oddają postanowienia synodu z IX wieku, kiedy to zakazywano modlenia się za tych duchownych, którzy polegliby w czasie działań zbrojnych. Duchowni mogli pełnić jedynie posługę duszpasterską jako kapelani, co wyraźnie podkreślało np rozporządzenie z czasów Karola Wielkiego. Czy jednakże przestrzegano tych zapisów? Czy w momentach "wyższej konieczności" ludzie Kościoła nie decydowali się zaryzykować swego życia i stanąć z bronią w ręku w obronie wiernych, ojczyzny, swej diecezji czy macierzystego klasztoru?

Historia zna liczne przykłady świadczące o tym, iż niejednokrotnie osoby stanu duchownego odkładały na bok szaty liturgiczne, po czym sięgały po broń, aby gromić nieprzyjaciół.

Księża walczący

Manuskrypt “Histoire d’Outremer”

Z epoki wczesnego średniowiecza, kiedy niemalże zewsząd czyhało zagrożenie, odnaleźć można najwięcej takich krewkich ludzi Kościoła.

Doskonałym przykładem wojowniczego duchownego był opat Saint-Germain-des Pres Gozlin, żyjący w IX wieku. Nie tylko walczył on z Normanami, notabene wraz z innym opatem, ale również uczestniczył w bojach z władcami świeckimi, co nie przeszkodziło mu w dalszej karierze duchownej – został bowiem biskupem Paryża.

Już jako ordynariusz diecezji w 885 r. stał na czele oddziałów broniących miasta przed najazdem normańskim. Wówczas posługiwał się wyjątkowo śmiercionośnym narzędziem – toporem bojowym. Zamiłowanie do wojaczki było zapewne genetycznie zakodowane w jego rodzie – jego bratanek, który także był opatem otrzymał przydomek Mars, a zginął podczas obrony miasta rok później.

Zagrożenie napadami normańskimi sprawiało, że ludzie Kościoła zmuszeni byli sięgać po broń, część jednak czyniła to z nieco większą gorliwością niż wymagała tego sytuacja.

Opat Odon w 859 r. osobiście dowodził oddziałami broniąc klasztoru w Corbie przed wikingami. Kronikarze odnotowali jego bohaterstwo, aczkolwiek doradzano dostojnikowi, aby raczej skupił się na odpowiednim rozstawieniu oddziałów, a nie walce w pierwszym szeregu.

W jednej z najważniejszych bitew epoki średniowiecza także można odnaleźć wojowniczych ordynariuszy diecezji. W rozstrzygającym starciu pomiędzy dwoma możnymi rodami Welfów i Staufów, jakie miało miejsce pod Bouvines 27 lipca 1214 r., w której pokonano króla Anglii i cesarza niemieckiego, na polu bitwy zasłużył się biskup Beauvais. Nie tylko dotrzymywał on pola w walce rycerzom, ale i pojmał do niewoli brata króla Anglii.  Ówczesne źródła tak przedstawiły działania rycerskiego dostojnika Kościoła:

            Gdy zaś biskup Beauvais wśród walczących zobaczył

            Brata króla Anglików, męża mocarnego (…)

            Jak rozgramia oddziały z Dreux, w brata imieniu,

            Czyniąc wśród nich rzeź straszną – w gorzkim uniesieniu

            Jak niepomny godności, trzymał w dłoni pałkę,

            Tak cios w czoło wymierzył, iż hełm skruszył całkiem

Jak widać duchowni nie tylko brali udział w walkach, wybornie posługiwali się rycerskim rynsztunkiem, ale i odnosili tak spektakularne sukcesy jak pojmanie do niewoli członków rodziny królewskiej.

Czy w historii naszego kraju możemy odnaleźć równie wojownicze postacie?

Niemalże natychmiast nasuwa się postać przeora klasztoru jasnogórskiego Augustyna Kordeckiego. To on zagrzewał obrońców twierdzy do wytrwania. To dzięki jego patriotycznej postawie, połączonej z wyjątkową religijnością i ufnością w opiekę Matki Bożej, obrońcy powstrzymali ataki korpusu generała Burcharda Müllera. Po 40 dniach bezskutecznego oblężenia (18 XI-27 XII 1655 r.) oddziały najeźdźcy wycofały się. Wydarzenie to stanowiło punkt przełomowy w zmaganiach z potopem szwedzkim, zadecydowały o wyniku zmagań wojennych, a także o losie Rzeczypospolitej.

Śmiało można stwierdzić, że osoby stanu duchownego brały udział w niemalże wszystkich najważniejszych konfliktach zbrojnych toczonych w obronie ojczyzny. Począwszy od bitwy grunwaldzkiej, na działaniach wojennych w XX wieku kończąc. Gdyby nie postawa przeora Kordeckiego, los Rzeczypospolitej byłby zgoła odmienny.

Księża walczący

Natomiast gdyby nie Zbigniew Oleśnicki, późniejszy biskup krakowski i kardynał, to los największej polskiej bitwy epoki średniowiecza potoczyć mógłby się inaczej. Ocalił bowiem samego króla Władysława Jagiełłę.

Monarcha nie brał bezpośredniego udziału w bitwie grunwaldzkiej, dowodził oddziałami z pobliskiego wzgórza. W pewnym momencie starcia zbrojnego z Krzyżakami w bezpośredniej bliskości władcy znalazł się oddział nieprzyjacielski. W tym miejscu oddajmy głos wybitnemu XV wiecznemu kronikarzowi Janowi Długoszowi:

Tymczasem z pruskiego wojska wyskoczył na ryżym koniu rycerz, z pochodzenia Niemiec, Dypold Kökeritz z Ecber z Łużyc (…) wymachując kopią na oczach całego stojącego pod szesnastu chorągwiami wojska pruskiego zamierzał, zdaje się, zaatakować króla. Kiedy król polski Władysław Jagiełło usiłował podjąć z nim walkę, wywijając własną kopią, starł się z nim, osłaniając króla od ciosu pisarz królewski, Zbigniew Oleśnicki bez zbroi i broni, mający na pół złamaną kopię. Ugodził Niemca w bok i zwalił z konia na ziemię (…) Czy zdołał ktoś w tej bitwie dokonać czegoś pomyślniejszego? Ale, zaiste, nie było nic odważniejszego ani śmielszego od czynu Zbigniewa. Ten [człowiek] bez zbroi i broni odważył się stanąć do boju ze świetnie uzbrojonym rycerzem, młodzieniec, niemal chłopiec podjął walkę z dojrzałym mężem i weteranem.

Nawet uwzględniając fakt, że kronikarz był blisko związany z dworem późniejszego biskupa i starał się gloryfikować swego patrona, należy podkreślić odwagę jaką wykazał się Zbigniew Oleśnicki.

Równie przełomowe znaczenie w dziejach Polski ma inne starcie zbrojne, potocznie zwane cudem nad Wisłą. Bitwa, podczas której rodzącej się Rzeczypospolitej, udało się powstrzymać bolszewickie oddziały, uratowała istnienie nie tylko Polski, ale i ocaliła Europę przed eksportem rewolucji komunistycznej niesionej na bagnetach armii czerwonej. Fakt ten dostrzegają nie tylko polscy badacze, ale i historycy krajów Europy Zachodniej.

Księża walczący

“Śmierć Księdza Skorupki” Stanisław Zawadzki

W trakcie starć zbrojnych 14 sierpnia 1920 r. poległ młody kapelan Wojska Polskiego ks. Ignacy Jan Skorupka. Pochodził z rodziny, dla której patriotyzm i walka w obronie Ojczyzny nie były pustymi słowami. Prośba ks. Skorpuki o to, by mógł pełnić obowiązki kapelana wojskowego początkowo została odrzucona. Dzięki jego licznym staraniom, ostatecznie w lipcu 1920 r. powierzono mu to zadanie. Początkowo niósł posługę duszpasterską żołnierzom, spowiadając ich przed wyruszeniem na front, następnie został mianowany kapelanem lotnym 1 batalionu 236 pp. Armii Ochotniczej. Udział i jego postawa w czasie starć zbrojnych obrosła licznymi mitami. W ekranizacji cudu nad Wisłą w reżyserii Jana Hoffmana postać ks. Skorupki została przypomniana. Okoliczności jego śmierci budzą po dziś dzień liczne kontrowersje.

Wedle komunikatu Sztabu Generalnego Wojska Polskiego zginął idąc do boju z krzyżem w ręce, dowódca batalionu, w którym służył ks. Skorupka we wspomnieniach napisał, że zezwolił, aby młody duchowny uczestniczył w ataku. Istnieje także relacja mówiąca, że poległ udzielając ostatniego namaszczenia rannemu żołnierzowi.

Niezależnie od tego czy zginął w trakcie prowadzenia oddziału do boju w bitwie pod Ossowem, czy niosąc posługę duszpasterską rannym na polu bitwy, odegrał niezwykle ważną rolę w historii Polski. Po latach stał się symbolem walki o niepodległość.

Postać księdza Skorupki jest powszechnie znana, wielokrotnie do jego życia nawiązywali malarze i literaci. Warto jednakże wspomnieć o nieco mniej znanych duchownych zaangażowanych w działania w obronie naszego kraju.

Od dawna wzmiankowane jest zaangażowanie duchownych w bitwie wiedeńskiej, ks. Stanisława Papczyńskiego, Adama Przeborowskiego oraz błogosławionego Marka z Aviano, zwanego duchowym lekarzem Europy.

Pełnili oni wówczas obowiązki spowiedników i najbliższych doradców króla Jana III Sobieskiego. Natomiast w czasie insurekcji kościuszkowskiej z męstwa zasłynął jeden z kapelanów oddziału gen. Józefa Zajączka. Przedstawiciel zakonu braci mniejszych ojciec Karolkiewicz zamiast skromności słynął z odwagi, uczestniczył w zwiadach, ataku na baterię artylerii, uwielbiany przez żołnierzy.

Nader liczny był udział w szeregach oddziałów zbrojnych z czasów powstania listopadowego i styczniowego. W pierwszym romantycznym zrywie Polaków przeciwko rosyjskiemu zaborcy odnotować można udział w szeregach powstańczych zarówno księży jak i zakonników. Nie pełnili co prawda funkcji dowódczych, jak miało to miejsce w kolejnym powstaniu przeciwko moskalom. Dla przykładu można wspomnieć postać zakonnika Kamińskiego. Surowa reguła kartuzów nie powstrzymała go przed włączeniem się w szeregi powstańcze. Patriotyczną postawę okupił najwyższą ofiarą – życiem. Poległ w bitwie pod Niewsianami w powiecie pińskim.

Z kolei w Wilnie 11 kwietnia 1831 r. rozstrzelano zakonnika Hieronima Wojtkiewicza za organizowanie powstania. W walki angażował się nie tylko kler niższy, w Siemiatyczach do boju stanął przełożony Zgromadzenia Misjonarzy Kajetan Milewski. Wzorem męstwa i bohaterstwa dla żołnierzy był ks. Adam Loga. Walka z wrogami ojczyzny była dla niego niemalże rodzinną tradycją, gdyż ojciec jego został odznaczony za udział w insurekcji kościuszkowskiej. W momencie kiedy dowiedział się o wybuchu powstania, natychmiast porzucił wykłady z prawa kanonicznego, jakie głosił w poznańskim liceum. Ks. Loga brał udział w najcięższych walkach powstania listopadowego. Poznał pola bitewne Olszynki Grochowskiej, walczył także pod Dembem. Męstwo jakim się odznaczał zostało dostrzeżone przez zwierzchników i nagrodzone złotym krzyżem Virtuti Militari. Ten wielkopolski duchowny wyróżniał się w walkach kawaleryjskich pod Wilnem i Szawlami.

W ostatniej bitwie szedł do boju na czele batalionu, a kiedy zauważył wahanie wśród jednego z żołnierzy, zabrał mu karabin ze słowami tyś niegodzien być żołnierzem polskim, po czym ruszył w bój, w którym spotkała go zabójcza kula.

Księża walczący

Z czasów postania styczniowego warto wspomnieć o dokonaniach ks. Stanisława Brzóski. Sprawował nie tylko posługę duszpasterską jako kapelan, ale i bezpośrednio dowodził jednym z oddziałów partyzanckich, który najdłużej stawiał opór zaborcy. Jego oddział walczył na terenie Lubelszczyzny i Podlasia. Siły moskiewskie dwukrotnie rozbiły oddział, w którym Brzóska sprawował posługę duszpasterską. Ten niestrudzony ksiądz zebrał wówczas niedobitki żołnierzy, z których zorganizował nową formację, a za swą kwaterę obrał początkowo ziemię łukowską, skąd czynił liczne wypady przeciwko oddziałom moskali. Decyzją powstańczego Rządu Narodowego został mianowany nie tylko naczelnym kapelanem wojsk ale i generałem. Nie złożył broni aż do kwietnia 1865 r., kiedy to został otoczony przez przeważające siły rosyjskie we wsi Sypytki.

Początkowo studiował medycynę na uniwersytecie kijowskim, po czym wstąpił do seminarium w Janowie. Był ostatnim dowódcą oddziału partyzanckiego, który utrzymał się aż do 1865 r. Za swą działalność patriotyczną został przez zaborcę skazany na karę śmierci, wyrok wykonano 23 maja 1865 r. w Sokołowie Podlaskim.

Nie można również zapominać o bezimiennych bohaterach – licznych kapłanach, którzy niosąc posługę duszpasterską polegli w czasie I i II wojny światowej. O zaangażowaniu polskiego kleru w działalność niepodległościową najwymowniej świadczy długa lista duchownych odznaczonych najwyższym polskim odznaczeniem wojskowym krzyżem Virtuti Militari.


Cytaty pochodzą z następujących źródeł:

G. Duby, Bitwa pod Bouvines niedziela, 27 lipca 1214, przekład M. Tournay-Kossakowska,

A. Falęcka, Warszawa 1988, dokument III Filipida s. 258

Polska Jana Długosza, red. H. Samsonowicz, Warszawa 1984, s. 236              

E. Nowak, Rys dziejów duszpasterstwa wojskowego w Polsce 968-1831, Warszawa 1932, s. 208

Wesprzyj nas
Wiktor Szymborski

Wiktor Szymborski

Pracownik Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmuje się dziejami średniowiecznej kultury religijnej.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Wiktor Szymborski
Wiktor
Szymborski
zobacz artykuly tego autora >

Do wszystkich Goliatów tego świata

Popularne łacińskie przysłowie mówi: „Nec Hercules contra plures”. W Polsce co niektórzy przekładają to dość swobodnie jako: „I Hercules d…, kiedy wrogów kupa”.

Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Ale, choć historia uczy nas, że zazwyczaj wygrywają silniejsi – bo brutalna siła jest po prostu skuteczna – to jednak zdarzały się sytuacje niewiarygodne, gdy szalona brawura i oddanie żołnierzy owocowały odparciem przeważających sił, albo zdobyciem twierdzy. Zdarzały się sytuacje, gdy słabsi pokonywali silniejszych, a mniej liczni rozgramiali przeważające siły wroga. Czasami nawet zwycięstwo wynikało z bohaterstwa jednego człowieka. Tak było w historii Izraela.

Filistyński killer z rodu olbrzymów

Filistyni od lat gnębili lud Izraela. Tak wyglądała sytuacja w okresie sędziów, a także wtedy, kiedy Izraelici zjednoczyli się pod władzą jednego króla. W oddziałach filistyńskich był człowiek, który wzbudzał wówczas powszechną trwogę.

Ktokolwiek z nim walczył, natychmiast ginął z jego ręki. Po prostu, była to maszyna do zabijania, urodzony killer. Ten Filistyn miał na imię Goliat.

Gdybym kręcił film biblijny prawdopodobnie do roli Goliata zaangażowany zostałby przeze mnie etatowy meksykański twardziel  Danny Trejo (ten z filmu „Maczeta”). Tyle że trzeba by go było odpowiednio powiększyć. Goliat pochodził bowiem z rodu Refaitów, czyli olbrzymów. Według Biblii jego wzrost wynosił sześć łokci i jedną piędź to znaczy około… 3 metry. Taki rozmiar osiągamy, licząc według miary: łokieć = 44,5 cm (a w Biblii spotykamy też miarę: 51,8 cm, co dałoby nam wysokość 2 razy większą od przeciętnego wojownika). Czy to  w ogóle możliwe?

Jak wiadomo, temat olbrzymów powtarza się w licznych legendach różnych ludów. Wątek ten nie jest jednak w Piśmie Świętym jakimś tematem li tylko baśniowo-etnograficznym. Biblia wykorzystuje go dla przedstawienia bezbożnych, zezwierzęconych sił, które w naszym Bożym świecie nie mają – mimo całej swej potęgi – najmniejszej szansy na ostateczne zwycięstwo.

W Księdze Rodzaju przypisywano olbrzymom związek ze złem, jako domniemanym potomkom upadłych aniołów. Giganci ci wyginęli podczas potopu. Olbrzymi, sławni od początku, wielcy, biegli w walce – ale nie ich wybrał Bóg ani im nie dał drogi do mądrości. Zginęli dlatego, że nie mieli mądrości, zginęli z powodu swej nierozwagi – pisze Baruch (Ba 3,26-28).

Mądrość Syracha wymienia ich zaś obok Sodomitów oraz innych buntowników, ukaranych za gwałcenie praw, według których został stworzony świat: Nie przepuścił [Pan] dawnym olbrzymom, którzy się zbuntowali ufni w swą siłę (Syr 16,7).

Co prawda olbrzymi, uosabiający zło, mieli wyginąć w potopie, ale wzmianki o nich pojawiają się jeszcze w opisach walk ludu Bożego z narodami kananejskimi. Snuto różne hipotezy, aby to wyjaśnić, np., że jeden z olbrzymów, Og, przetrwał potop, trzymając się arki (por. Pwt 3,11). W każdym razie zwiadowcy, wysłani przez Mojżesza do ziemi Kanaan, nie kryli swego przerażenia: Kraj, któryśmy przeszli, aby go zbadać, jest krajem, który pożera swoich mieszkańców. Wszyscy zaś ludzie, których tam widzieliśmy, są wysokiego wzrostu. Widzieliśmy tam nawet olbrzymów – Anakici pochodzą od olbrzymów – a w porównaniu z nimi wydaliśmy się sobie jak szarańcza i takimi byliśmy w ich oczach (Lb 13,32n). W czasach króla Saula olbrzymy należeli już do rzadkości, ale oczywiście, nawet ci nieliczni wzbudzali lęk, zwłaszcza u ludzi zabobonnych, którzy przypisywali im diabelskie pochodzenie.

Do wszystkich Goliatów tego świata

Jak Goliat szydził z Żydów i z ich Boga

Gdy doszło do kolejnej wojny między Filistynami i Izraelitami, ci pierwsi rozbili obóz między Soko i Azeka, natomiast Saul i Żydzi zgromadzili się i rozłożyli obozem w Dolinie Terebintu.  Znajdowali się więc na zboczach dwóch sąsiadujących ze sobą gór, a oddzielała ich dolina. Doszło w ten sposób do swoistego zatoru w działaniach wojennych, czy też, jak się mówi w boksie – klinczu. Oba zajęte miejsca były korzystne pod względem strategicznym i żadnej ze stron nie chciało się tracić tej korzystnej pozycji. Zdecydowanie wygodniej było trwać na obwarowanym stanowisku i ewentualnie odpierać atak, niż samemu atakować.

Goliat był jednak człowiekiem czynu i mierziło go takie czekanie, nie wiadomo na co. W pewnym momencie wyszedł więc przed swoje wojsko i zawołał do Żydów:

Wybierzcie spośród siebie człowieka, który by przeciwko mnie wystąpił. Jeżeli zdoła ze mną walczyć i pokona mnie, staniemy się waszymi niewolnikami, jeżeli zaś ja zdołam go zwyciężyć, wy będziecie naszymi niewolnikami i służyć nam będziecie (1 Sm 17, 8-9).

Na całego Izraela padł wielki strach. Nikt nie chciał oczywiście stanąć do walki, bo nikt nie potrafił tak walczyć jak Goliat, jego potężna postawa i wzrost działały paraliżująco na najdzielniejszych wojowników.

W konfrontacji jeden na jednego Goliat był nie do pokonania.

Ten więc przez czterdzieści kolejnych dni wychodził rano i wieczorem, drwiąc sobie z tchórzliwych Izraelitów i ponawiając ofertę. Posuwał się pewnie też do rozmaitych wulgaryzmów (być może także do bluźnierstw), a jego słowa coraz dotkliwiej brzmiały w uszach Żydów. Urąganie i szyderstwa Goliata źle wpływały na morale, ale umierać dla obrony honoru nikomu się nie kwapiło. Nie pomogła nawet obietnica króla Saula, że śmiałkowi, który stanie do pojedynku z Goliatem, odda córkę za żonę, a jego rodzinę zwolni od podatków.

Do wszystkich Goliatów tego świata

Nastolatek, który miał odwagę

Było tak do czasu, aż nieoczekiwanie  zgłosił się pewien nastolatek o imieniu Dawid, który trafił do obozu wojskowego, aby zanieść prowiant dla swych starszych braci, służących w wojsku Saula.

Nie wiadomo, ile Dawid miał wtedy lat. Księga Samuela określa, że był młodzieńcem (por. 1 Sm 17,42), tzn. już nie dzieckiem, ale jeszcze przed osiągnięciem wieku męskiego. Według ówczesnych standardów oznaczało to, że miał trzynaście, góra szesnaście lat.

Dawida grywali już tacy amanci kina jak Richard Gere (ten od „Pretty Women”) i Gregory Peck (najprzystojniejszy aktor lat 50-tych), ale w momencie konfrontacji z Goliatem był to nastolatek, więc żaden z nich tak naprawdę nie pasuje. Postawmy więc (tworząc wyimaginowaną obsadę filmu) naprzeciwko powiększonego Danny’ego Trejo na przykład Macieja Musiała z Rodzinki.pl (a może nawet lepiej Adama Zdrójkowskiego z tego samego serialu, bo wiek byłby bardziej odpowiedni). W ten sposób możemy sobie wyobrazić mniej więcej, kto z kim miał walczyć.

Co zrobił wtedy król Saul? Przecież chyba nikt nie wierzył, że jakiś nastoletni pastuch jest w stanie pokonać potężnego wojownika, który „łamał kręgosłupy jak zapałki”. Saul jednak nie mógł się nie zgodzić, skoro sam wzywał swych żołnierzy, aby podjęli wyzwania Goliata. A poza tym, co szkodziło spróbować? Przecież gdyby chłopak zginął  i tak nikt nie potraktowałby poważnie żądania Goliata, aby jeden pojedynek rozstrzygnął całą bitwę, a wojsko Saula po prostu poddało się, podobnie, jak Goliat nie mówił poważnie, że w wypadku jego śmierci, Filistyni poddaliby się Izraelitom. Może król liczył na to, że śmierć chłopca wstrząśnie wojownikami izraelskimi i stanie się jakimś wyrzutem sumienia, które ich pobudzi do działania? Śmierć Podbipięty jak pamiętamy z „Ogniem i Mieczem” sprawiła, że nawet Zagłoba rzucił się pierwszy do walki. Na dodatek Dawid powoływał się na wiarę i ufność w Boga Izraela. A tego Saul przecież nie mógł publicznie zakwestionować. Pod względem praktyk PR (czyli tzw. pijaru) byłoby to dla niego, jako pomazańca Bożego, fatalne wizerunkowo.

Niewątpliwie król był pod wrażeniem odwagi chłopca. Oddał mu nawet swoją zbroję – najlepszą, jaka istniała w Izraelu – a przecież raczej przewidywał, że ją straci, gdy stanie się wojennym łupem Goliata. Saul osobiście włożył na Dawida swój pancerz, hełm, miecz, tarczę i buty. Jednak gdy pasterz ubrał się w to wszystko – przewrócił się pod ciężarem tego ekwipunku. Nie umiał w tym nawet chodzić, a co dopiero walczyć, choć była to najlepsza zbroja, jaką dysponowało wojsko izraelskie.

Dawid musiał wyglądać, jak chłopiec udający kogoś kim nie jest, to znaczy udający dorosłego mężczyznę i wojownika. Dawid jednak nie był głupi i wcale nie zamierzał stanąć do konwencjonalnego pojedynku. Ufność w pomoc Boga nie oznacza przecież głupoty i nie liczenia się z oczywistymi faktami.

Do wszystkich Goliatów tego świata

Do wszystkich Goliatów tego świata

“Dawid i Goliat” Guido Reni

W imię Pana Zastępów

Dawid postanowił wykorzystać to, co w tej sytuacji było jego atutem – celne oko oraz szybkość. Zrezygnował ze zbroi, wziął kilka gładkich kamieni, procę i poszedł ze swoim kijem pastucha do walki z uzbrojonym killerem. Jakie uczucia targały Goliatem, gdy ujrzał, że zmierza ku niemu jakiś chłoptaś z patykiem? Na dodatek rudy! Prawdopodobnie czuł niedowierzanie, pomieszane z rozbawieniem. Ale po chwili górę chyba wzięła wściekłość, że został potraktowany tak niepoważnie. Na niego – superwojownika i killera – idzie jakiś młokos z kijem, jak na psa?! Toż to obraza! Zniewaga ze strony Żydów. Zabijanie sprawiało Goliatowi przyjemność, ale co to za sztuka zabić jakiegoś małoletniego chłoptasia. Nie daje to takiej przyjemności, jak zabicie prawdziwego wojownika. Wszystko to zirytowal Goliata. O tym, że Filistyn był nieźle rozdrażniony, świadczy jego zachowanie. Zaczął bowiem urągać Dawidowi i wrzeszczeć:

Zbliż się tylko do mnie, a ciało twoje oddam ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom!!!.

Tymczasem Dawid w odpowiedzi wygłosił pierwsze w swoim życiu przemówienie:

Ty idziesz na mnie z mieczem, dzidą i zakrzywionym nożem, ja zaś idę na ciebie w imię Pana Zastępów, Boga wojsk izraelskich, którym urągałeś. Dziś właśnie odda cię Pan w moją rękę, pokonam cię i utnę ci głowę. Dziś oddam trupy wojsk filistyńskich na żer ptactwu powietrznemu i dzikim zwierzętom: niech się przekona cały świat, że Bóg jest w Izraelu. Niech wiedzą wszyscy zebrani, że nie mieczem ani dzidą Pan ocala. Ponieważ jest to wojna Pana, On więc odda was w nasze ręce (1 Sm 17, 45-47).

Taka elokwencja mogła oszołomić Goliata, raczej nie przywykłego do wyrafinowanych przemówień (z pewnością nie był poetą tak, jak Dawid). W każdym razie złość chyba go aż oślepiła, nawet jeśli nie wszystko zrozumiał.

Ruszył wściekły na Dawida, aby go rozsiekać, Dawid też rzucił się w stronę Goliata, ale w międzyczasie wydobył kamień z torby pasterskiej i wyrzucił ten kamyk z procy. Trafił nim w nieuzbrojoną część twarzy przeciwnika, czym go zamroczył. Ale to nie był koniec, musiał jeszcze szybko przyskoczyć do ogłuszonego  olbrzyma, wyrwać mu miecz i pozbawić życia, zanim ten oprzytomnieje.

To co uczynił Dawid wprawiło w szok wojska filistyńskie. Ich niepokonany wojownik, chluba armii i postrach przeciwników, został powalony przez dzieciaka, który oderżnął mu głowę (raczej nie odciął jej jednym ani nawet kilkoma ciachnięciami miecza, bo nie miałby na to wystarczającej siły).

Filistyni, którzy słyszeli, jak chłopak mówił o swoim Bogu, wpadli w panikę i rzucili się do ucieczki. Wojska izraelskie zaś nagle uwierzyły w swoją silę i rzuciły się w pogoń. Tak doszło do jednego z najbardziej spektakularnych zwycięstw Żydów nad przeważającymi siłami wroga.

Do wszystkich Goliatów tego świata

Dawid i Goliat” Osmar Schindler

Dla wszystkich Goliatów tego świata

Pojedynek Dawida z Goliatem jest pamiętany tak powszechnie, że znalazł się nawet w przysłowiach. Symbolizuje on walkę sił sprawiedliwości z uzbrojonymi po zęby mocami zła. W opisie tego pojedynku specjalnie podkreślono, że nie dlatego Dawid wystąpił bez zbroi, jakoby jej nie miał, ale dlatego, że sprawiedliwość nie potrzebuje zbroi do swojego zwycięstwa.

To jest przestroga dla wszystkich Goliatów tego świata, a zawsze jacyś się znajdą w każdej epoce i w każdym pokoleniu. Poza tym potęga tego świata – tylko cielesna, zamknięta na moc duchową – nie przekroczy granic śmierci, co więcej, sama śmierci podlega.

Nadzieją napawa nas to, że wszystkie tyranie kiedyś się kończą. Tam są wszyscy władcy Północy i wszyscy Sydończycy, którzy zstąpili do grobu, okryci hańbą pomimo strachu, jaki szerzyła ich potęga” – pisze prorok Ezechiel (Ez 32,30).

Możemy sobie przypomnieć konkretnych biblijnych mocarzy, którzy jednak ponieśli klęskę, bo liczyli tylko na swoje siły. Tak, tak, panie Putin. Pana też to dotyczy, cokolwiek pan sobie teraz poczyna…

Wesprzyj nas
Roman Zając

Roman Zając

Biblista i demonolog, absolwent Instytutu Nauk Biblijnych KUL, autor książki „Szatan w Starym Testamencie”, publikuje głównie w pismach „Któż jak Bóg”, „Egzorcysta”, „List”, „Biblia krok po kroku”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >