video-jav.net

Tajemnice Watykanu

To nie jest tekst dla „japońskich turystów”, którzy szybkim truchtem zmierzają do kolejnych dzieł sztuki i rzeczy, które koniecznie trzeba zobaczyć. Chwila zatrzymania, szybka fotka i truchcikiem dalej. Nieraz warto zobaczyć mniej, by zobaczyć więcej. Taki jest właśnie Watykan, gdzie to, na co patrzymy, może poprowadzić do korzeni naszej wiary.

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

By wszystko było jasne „japoński turysta” niejednokrotnie ma słowiańskie rysy i mówi piękną polszczyzną. Wraca z wycieczki zadowolony z tysiącem zdjęć… do których potem nawet nie zajarzy, bo za dużo, bo nie pamięta co na nich uwiecznił. Tak zwiedza się też Watykan: rzut oka na plac św. Piotra, Pietà Michała Anioła, przystanek przy grobie św. Jana Pawła II i bieg przez Muzea Watykańskie, by kilka chwil spędzić w Kaplicy Sykstyńskiej.  Co wytrwalsi (i mający więcej czasu) wdrapią się jeszcze na kopułę bazyliki watykańskiej.

Ale, gdy nie jesteśmy ograniczeni sztywnym programem wycieczek i pielgrzymek warto z czegoś nawet zrezygnować, po to by odkryć to najmniejsze i najbardziej tajemnicze państwo świata.

Cyrk i miejsce męczeństwa

Wchodzimy ze znajomymi na Plac św. Piotra. Kolega (dodam, że z wykształcenia i zamiłowania historyk) zaskakuje nas pytaniem: „Czy macie świadomość, że chodzicie po miejscu okrutnej zbrodni?”. Patrzymy jak sparaliżowani pod nogi. On w tym czasie cytuje z głowy Tacyta: „A śmierci ich przydano to urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów, albo przeznaczeni na pastwę płomieni; gdy zabrakło dnia, palili się służąc za nocne pochodnie. Na to widowisko ofiarował Neron swój park i wydał igrzyska w cyrku, gdzie w przebraniu woźnicy z tłumem się mieszał lub na wozie stawał”. Efekt osiągnięty. Cofamy się o dwa tysiące lat, kiedy ginęli tu chrześcijanie. W potocznej świadomości miejscem szczególnie związanym z męczeństwem chrześcijan jest Koloseum. Mało kto pamięta, że jednak pierwszym miejscem kaźni był leżący na terenie Watykanu Cyrk Nerona.

Patrząc na dzisiejsze zabudowania trudno sobie wyobrazić ówczesny Rzym. Cyrk zajmował praktycznie całą lewą połowę obecnego Placu św. Piotra i Bazyliki Watykańskiej. Leżał między dwoma wzgórzami, wzdłuż biegnącej tędy ulicy – Via Cornelia. Ogromna budowla, na arenie której mogło rywalizować ze sobą kilka rydwanów, było centrum zabawy i rozrywki do 64 r. Wówczas miasto strawił pożar. O jego sprowokowanie posądzono Nerona, który przy blasku płonącego miasta chciał śpiewać o zagładzie Troi. Gniew wśród Rzymian rósł, tak samo jak rosło w nich pragnienie zemsty. By odwrócić od siebie uwagę cesarz postanowił zrzucić odpowiedzialność na chrześcijan. Odwołał się przy tym do bliskiego każdemu rzymskiemu obywatelowi „prawa odpłaty”: podpalili miasto, więc sami zostaną spaleni. Co więcej z polowania na chrześcijan postanowił urządzić widowisko. W cyrku zaczęły płonąć żywe pochodnie.

Milczącym świadkiem tych wydarzeń jest stojący pośrodku Placu św. Piotra obelisk. Pierwotnie stanowił on centrum cyrku, a w obecnym miejscu został ustawiony w 1586 r., gdy wznoszono nową Bazylikę św. Piotra. O tym, że był dla chrześcijan ważnym punktem odniesienia świadczą źródła. Wspominają one o męczennikach, którzy zginęli iuxta obeliscum, czyli w pobliżu obelisku. Szlakiem „korzeni pamięci” idziemy dalej. Tuż za strzeżoną przez gwardzistów szwajcarskich Bramą Dzwonów, wchodzimy na Dziedziniec Pierwszych Męczenników. Obok niewielki cmentarz, a na nim mozaika przedstawiająca św. Piotra wśród chrześcijan na arenie cyrku.

Tajemnice Watykanu

Grób św. Piotra

Nie mamy jednoznacznych źródeł historycznych mówiących o tym, w którym miejscu Rzymu dokładnie ukrzyżowano św. Piotra. Co więcej, dopiero w 1950 r. Pius XII ogłosił przez radio historyczną wiadomość: „Odnaleziono grób Księcia Apostołów!”. Wcześniej bazowano na tradycji. Jedno jest pewne, że gdy cesarz Konstantyn podejmował dzieło budowania bazyliki Piotrowej, musiał mieć całkowitą pewność, że kościół ten staje w najwłaściwszym miejscu z punktu widzenia związków z osobą Szymona Piotra. W przeciwnym wypadku nie podjąłby się tak szaleńczego planu. By powstała bazylika trzeba było bowiem zniwelować wzgórze watykańskie i przygotować odpowiednią platformę do jej powstania. Tylko w tym celu przerzucono 40 tys. metrów sześciennych ziemi! Prace przy budowie własnoręcznie rozpoczął cesarz Konstantyn. Sam napełnił i wyniósł na własnych plecach dwanaście koszy z ziemią. Następnie położył kamień węgielny, który poświęcił papież Sylwester. Było to w roku 324. Ale pewność historyczna o miejscu pochówku Apostoła Piotra przyszła dopiero po wiekach.

Prace wykopaliskowe pod bazyliką watykańską podjęto w 1939 r. praktycznie na skutek przypadkowego odkrycia. Pius XI wyraził przed śmiercią pragnienie, by pochowano go ad caput Sancti Petri, czyli u głowy św. Piotra. W tym celu postanowiono naruszyć posadzkę w grotach watykańskich i w rezultacie oczom robotników ukazały się posadzka pierwszej bazyliki i wiele grobów chrześcijańskich. Stopniowo odkrywano kolejne części obszernej nekropolii, która z czasem powstała na terenie cyrku Nerona i wyszła daleko poza jego obszar. W końcu odkryto prosty grób, a nad nim malutką kapliczkę wspartą na dwóch kolumienkach. To świadczyło o tym, iż w tym ubogim grobie leżał ktoś szczególnie czczony. Jedna z badaczek odnalazła wyryte na okalającym grób czerwonym murze dwa greckie słowa: Petr(os) eni – Piotr jest tu.

Grupka dziesięciu Francuzów oczekuje przed wejściem do Ufficio Scavi. Są kolejną ekipą, która zaraz po nas wyruszy na najbardziej pasjonującą wyprawę w Watykanie. Liczba zwiedzających jest każdego dnia ściśle limitowana, by nie narazić nekropolii na zniszczenie. Stąd wizyty muszą być zamawiane z dużym wyprzedzeniem. Nie wolno robić zdjęć ani filmować. W  ciągu paru minut pokonujemy kilka wieków historii. By stanąć przy grobie św. Piotra przeciskamy się wąskim korytarzykiem. Po bokach kolejne grobowce. Możemy dostrzec jak wraz z upływem wieków na starych ubogich grobach wznoszono nowsze. Warto pamiętać, że nekropolia ta w większości była pogańska. Zaraz na początku widać sarkofag z II wieku przedstawiający tryumfującego Dionizosa. Dalej rzeźby, freski i mozaiki ukazujące różnego rodzaju motywy religijne. I tak podziwiamy: przedstawienia egipskiej bogini Izydy, Jowisza i Minerwę. a także sceny z mitologii: sąd Parysa, prace Herkulesa, dzieje  Orfeusza i Eurydyki.

Chrześcijańskie groby mają zupełnie odmienne inskrypcje i dekoracje. Widać mozaikę ukazującą Chrystusa wschodzące Słońce na rydwanie czy łaciński napis, którego polskie tłumaczenie brzmi: „Piotr wstawia się u Jezusa Chrystusa za chrześcijanami pochowanymi przy jego szczątkach”. Gdy dochodzimy do czerwonego muru okalającego grób Piotra Apostoła przewodniczka proponuje chwilę modlitwy. Ciszę przerywa szeptane przez nas Credo. Ze wzruszenia słowa więzną w gardle. To miejsce nie tylko spoczynku „Opoki, na której Jezus zbudował swój Kościół”, ale też męczeńskiej śmierci pierwszego pokolenia rzymskich chrześcijan.

Watykańskie ogrody

Spacer po Cyrku Nerona i Watykańskiej Nekropolii nie jest jedyną ciekawą trasą po Watykanie. Muzea Watykańskie oferują możliwość spaceru po papieskich ogrodach, a jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju na świecie. Zresztą Państwo Miasto Watykan, bo tak brzmi oficjalna nazwa, powinno się nazywać, Państwem Miastem Ogrodów, bo zajmują one prawie połowę jego terytorium. Ogrody opowiadają o wierze kolejnych papieży, o ich pobożności, a także wpływach Kościoła na losy świata. Spacer zaczynamy przy Murze Berlińskim. Jego fragment został tu ustawiony w 1990 r. Wybrano specjalnie taki kawałek, na którym widoczna jest wieża kościelna, by ukazać wkład Kościoła w proces pojednania i jednoczenia Europy. Tuż obok wyblakła tablica na której z trudem można przeczytać słowa Jana Pawła II z dnia inauguracji pontyfikatu: „Nie lękajcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych. Nie lękajcie się!”.

Pamiątką po historycznej modlitwie o pokój papieża Franciszka z przywódcami Izraela i Palestyny jest zasadzone przez nich drzewko oliwne. Mijamy je wspinając się do tzw. parku angielskiego. W cieniu drzew stoi pagoda, która była ulubionym miejscem modlitwy papieża pokoju św. Jana XXIII.

Kilkanaście metrów stąd dom Benedykta XVI. Zza kwitnących róż zaglądamy do papieskiego ogródka i na taras. Niestety nie udaje nam się wypatrzeć białej sutanny. Papież senior wychodzi na taras po południu, kiedy ogrody watykańskie są już zamknięte dla zwiedzających.

Tajemnice Watykanu

Papieskie ogrody są najbardziej maryjnym zakątkiem Watykanu. Obecna jest w nich unikatowa w skali światowej Matka Boska Częstochowska. Nie jest to jednak ikona, ale jedno, z podobno czterech, istniejących na świecie przedstawień Królowej Polski w formie rzeźby. Jej pierwowzór znajduje się na wirydarzu paulińskiego klasztoru na Jasnej Górze. Tradycja głosi, że została wykonana jako wotum za zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej. Janowi Pawłowi II ofiarowali ją paulini, by czuwała nad nim w czasie pielgrzymek po świecie. Współpracownicy papieża wspominają, że gdy wsiadał do śmigłowca każdą podróż zaczynał przynajmniej od „Zdrowaśki” i spojrzenia na Królową Polski. W ogrodach watykańskich można też spojrzeć na… Giewont. Kamień z symbolicznym krzyżem to dar mieszkańców Zakopanego dla Jana Pawła II. Umieszczono go w ulubionym miejscu modlitwy wielu papieży. Między grotą Matki Bożej z Lourdes a kaplicą Matki Boskiej Miłosierdzia. Związana jest ona z Piusem VII, który jako więzień Napoleona codziennie modlił się przed jej cudownym wizerunkiem w sanktuarium maryjnym w Savonie. Kiedy został uwolniony, w 1815 r. wrócił do tego miasta i ukoronował ten maryjny wizerunek. W tym zacisznym miejscu ogrodów specjalnie dla Benedyka XVI postawiono dwie ławki, by mógł odpocząć. Widnieje na nich herb papieża Ratzingera. Na ławeczkach chętnie przysiadają turyści do pamiątkowego zdjęcia.

Półtoragodzinny spacer kończymy przy watykańskiej stacji kolejowej. Przyjeżdżają na nią głównie pociągi towarowe wiozące pocztę oraz zaopatrzenie dla watykańskich sklepów.  Jednak to właśnie stąd św. Jan XXIII wyruszył w swą podróż do Loreto i Asyżu otwierając erę papieskich pielgrzymek. Za czasów Franciszka dwukrotnie zajechał tu pociąg z włoskimi dziećmi, które przyjechały spotkać się z papieżem. Poniżej budynki kolejnych watykańskich ministerstw, posterunek żandarmerii, trybunał, a nawet stacja benzynowa. Kilka metrów dalej Dom św. Marty w którym mieszka Franciszek. I znów jesteśmy nieopodal Placu Pierwszych Męczenników i wejścia do Watykańskiej Nekropolii.

I jeszcze coś. Na okalającej plac św. Piotra kolumnadzie Berniniego znajduje się 140 posągów świętych Kościoła katolickiego „jakby niebiański dwór zastygły w kamieniu”. Pośród tych ponad trzymetrowych posagów jest jedyna postać z Polski – św. Jacek Odrowąż, stojący niemal wprost na przeciw papieskiego okna. Warto go wypatrzyć, tak samo jak zatopić w modlitwie w miejscu zamachu na Jana Pawła II. Upamiętnia je specjalna płyta. Często płoną na niej znicze i leżą kwiaty.

Tajemnice Watykanu

Czwartkowa polska tradycja

Praktycznie zaraz po pogrzebie Jana Pawła II w bazylice watykańskiej zaczęto sprawować czwartkowe Msze przy jego grobie. Najpierw było to w grotach watykańskich, gdzie przed beatyfikacją znajdował się grób papieża, teraz odprawiane są w kaplicy św. Sebastiana. Na te liturgie, rozpoczynające się o godz. 7:15, może przyjść każdy.  Bazylika otwierana jest kwadrans wcześniej, ale kolejka wiernych ustawia się już nawet od 6. rano.

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Nasz wolontariat jest podobno nazywany najtrudniejszym w Polsce. Tutaj są komandosi.

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
ks. Adam Parszywka SDB
ks. Adam
Parszywka SDB
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z ojcem Adamem Parszywką, Prezesem Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, rozmawia Judyta Syrek

Dużo ma Ojciec ochotników, którzy chcą zostać wolontariuszami i pojechać na misje?

Rocznie zgłasza się około 60 osób. Ale w tym momencie ta liczba zostaje mocno podwyższona, ponieważ powstają mniejsze oddziały wolontariatu. Pierwszy był w Mysłowicach na Śląsku, potem w Kielcach a w ostatnim czasie, co jest największą radością, powstały wolontariaty na Orawie. W tej chwili mamy w Zubrzycy ponad 50 młodych ludzi, którzy w pełni się angażują. Miałem okazję być u nich i dziękować rodzicom. To młodzież, która mogłaby się bawić, a oni koncentrują się na tym, co zrobić dobrego.

Od kiedy można zostać wolontariuszem?

Od najmłodszych lat. Mamy grupy, które od szkoły podstawowej interesują się wolontariatem i jako koło misyjne organizują wystawy, podejmują różne prace. Niecały miesiąc temu nasze dzieciaki zrobiły przepiękne rysunki i zainteresowały tematem misji starszych. Bardzo często jest tak, że dziecko interesuje się czymś i wciąga rodziców. Ale wiadomo, że gdy chłopak interesuje się piłką nożną, to rodzice patrzą na to z mniejszym niepokojem, niż kiedy zaczyna się interesować misjami.

A skąd się bierze zainteresowanie misjami u takich młodych ludzi? Interesują się bardziej światem czy człowiekiem? Pociąga ich przygoda, egzotyka?…

Wolontariat to dobry sposób na poznanie człowieka. I myślę, że to przede wszystkim przyciąga ludzi. Patrzę na wolontariat szerzej, bo w tej pracy człowiek poznaje też siebie. I piękne jest to, że kiedy Ci ludzie przychodzą do nas, to kompletnie nie zakładają takich korzyści. Tu wielu przychodzi z taką myślą, że chce komuś pomóc, chce być dobrym. Dopiero po jakimś czasie odkrywa, że pomaga tak naprawdę sam sobie.

Przy tej pracy wychodzą nasze słabości, nieumiejętności. Pomagając innym, często odkrywamy, że sami czegoś nie potrafimy. Wolontariat jest procesem rozwoju samego siebie.

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Każdy z ulicy może przyjść i powiedzieć: Chcę zostać wolontariuszem?

 Tak, każdy. Jeżeli ktoś przychodzi z ulicy i mówi, że nic nie potrafi zrobić, to również przyjmujemy, bo kiedy św. Jan Bosko otwierał zgromadzenie, jego pierwszym wychowankiem był Bartłomiej Garelli, który właśnie na pytanie: Co potrafisz?, odpowiedział, że nic. Jan Bosko zapytał go wtedy: A gwizdać umiesz? I od tego się wszystko zaczęło, od tej najprostszej relacji między wychowawcą a wychowankiem. Gwizdali na pierwszym spotkaniu. Później był proces wzrastania.

Jeśli ktoś dzisiaj do mnie przychodzi i mówi, że nic nie potrafi, to się pytam, czy umie na przykład kosić trawę, pomalować płytę. Rzeczy do zrobienia jest wiele. Jeżeli przyjdzie informatyk, to mamy bardzo duże zapotrzebowanie na projekty informatyczne. Jeżeli przyjdzie dziennikarz, to za nim może przyjść nawet 50 kolejnych. Pracy nie zabraknie….

Potrzebujecie dziennikarzy?

Tak.

Do czego?

Przede wszystkim do głoszenia Ewangelii. Chodzi o to, żeby dobro się rozchodziło. Dzisiaj jesteśmy bombardowani takimi wiadomościami, które nas przytłaczają i które nas nie uwrażliwiają. A ja bym chciał, żeby dobro się rozsiewało, żeby tej lampy nie stawiać pod korcem, by pokazywać dobre uczynki ludzi.

A jak to wygląda organizacyjnie? Macie podział na sekcje? Dziennikarska, informatyczna, edukacyjna?….

Tak. W zależności od tego, jakie kto ma predyspozycje i w czym ktoś chciałby się rozwijać – bo to też jest ważne, czasem bywa, że ktoś już nie chce robić tego, w czym się kształcił. Największa jest sekcja wychowawcza. Zaczyna się ona w parku edukacji globalnej. W tej chwili mamy zgłoszonych 170 grup, które chcą przyjść do nas z dziećmi i pokazać im tę ścieżkę. Nasi wolontariusze uczą się, co jest w tej globalnej wiosce i oprowadzają grupy, stają się przewodnikami. A jeżeli nie potrafią być od razu przewodnikami, to idą i opiekują się dzieciakami. Potrzebujemy tu przede wszystkim osób pełnoletnich, ale młodsi mogą być asystentami.

Druga bardzo ważna sekcja, to właśnie środki masowego przekazu. Dlaczego? Bo media są nauczycielami, tymi którzy dostarczają wiadomości, pokazują pewne wzorce, albo je niszczą.

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Na czym polega to dziennikarstwo?

Robimy bardzo dużo projektów filmowych. W tej chwili tworzymy cykl dokumentów o prześladowaniach chrześcijan i nie robimy tego po to, żeby wzniecać wojny, wręcz odwrotnie. Po to, by całe społeczeństwo wiedziało, że chrześcijanie są dzisiaj najbardziej prześladowaną grupą. Chcemy być trochę ambasadorami tych, którzy są prześladowani. Tutaj mamy zaangażowanie profesjonalne, ale też potrzebujemy amatorów, osób, które będą tworzyć fan page i mówić o sytuacji chrześcijan w mediach społecznościowych.

Trzecią ważną sekcją są spotkania w parafiach. Organizujemy tak zwane Niedziele Misyjne. Spotykamy się z parafianami, rozprowadzamy materiały i to jest ciężka praca, bo takich spotkań jest wiele. Sam przyznaję się, że w ostatnich miesiącach nie miałem ani jednej niedzieli wolnej.

Wróćmy do tych początków. Wolontariusz przychodzi, idzie na ścieżkę edukacyjną i dalej co robi?

Jeżeli się nie zniechęcił i widzi, że to co przekazuje jest dobre, zaczyna angażować się w tworzenie wydarzeń, takich właśnie jak Niedziela misyjna Najlepsi przechodzą dalej.

A nauka języka?

To każdy musi robić we własnym zakresie. Natomiast mamy tutaj kursy i przeprowadzamy egzaminy. Jeżeli ktoś chce się dokształcić to uczymy języka angielskiego i hiszpańskiego. Ci, którzy przejdą tę drogę i się nie zniechęcą – to trwa minimum rok – mogą się starać o wyjazd na misje.

Ile trzeba mieć lat, żeby wyjechać? Maturzysta może ruszyć na misje do Afryki?

Każdy, kto ukończył 18 lat, i jest naprawdę dobry, może jechać. Zdarzyło się w naszej historii, że dwie osoby zaraz po maturze wyjechały na misje.

Rodzice się zgodzili?

 Tak, ale to jest kwestia bardzo delikatna, do przepracowania. Bo nie chcemy, żeby dzieci wyjeżdżały, a rodzice przez ten czas zaczęli cierpieć. Przy takich wyjazdach zdarzają się dobre sytuacje, przede wszystkim odcięcia pępowiny. Tylko trzeba wiedzieć, że ta formacja wolontariusza nie jest zaszufladkowana. To nie jest tak, że dostaje się punkty, przechodzi dalej. Wolontariat wymaga pracy i rozmowy indywidualnej. My, jako wychowawcy, też staramy się stale utrzymywać kontakt z osobami, które wyjechały. Kontakt się nie urywa. Nie czekamy, co będzie, kiedy misjonarz wróci, tylko interesujemy się tym, co się u niego dzieje, jakie są potrzeby, czy nie ma w nim załamania.

Praca z wolontariuszem jest bardzo piękna, bo jest to praca z żywym człowiekiem, każdy przychodzi tu ze swoją historią. Ale jest też mocno absorbująca, bo za każdym razem odkrywa się nową osobowość i nowe talenty, problemy. Jest to piękne przeżywanie życia. Bo ja tego nie traktuję jako pracę tylko jako powołanie. I ważne jest, żeby w drugim człowieku czegoś nie przegapić.

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Jak się odbywa wybór kraju? Wolontariusz sam decyduje, gdzie chce jechać? Wymyśla sobie na przykład na tej ścieżce edukacyjnej, że bardziej mu się podoba iglo albo chatka z Chile?

Nie. Nasz wolontariat jest podobno nazywany najtrudniejszym w Polsce. Bo tutaj nikt nie decyduje, gdzie chce pojechać. Są osoby, które przychodzą i pytają, czy gdzieś jest łatwo, chcieliby pomagać, ale nie są w stanie wytrzymać takie formacji.

Z jednej strony jest ścieżka edukacyjna, są egzaminy, a z drugiej my sami obserwujemy kto, do jakiego miejsca będzie mógł pojechać. Nie lekceważę oczywiście pragnień wolontariuszy, ale podam przykład dziewczyny, która była przekonana, że pojedzie do Afryki, do kraju z językiem angielskim i wysłaliśmy ją na Ukrainę. W pierwszym momencie przyjęła to bardzo ciężko, jednak zdecydowała się i wróciła szczęśliwa. To jest zasadnicza trudność. Można oczywiście się wkurzyć i powiedzieć, że nigdzie się nie pojedzie. W tym przypadku była nawet zmiana kontynentu i kultury.

Jak wygląda ścieżka formacyjna?

Najważniejsza jest otwartość. Wychodzę z takiego założenia, że kiedy ktoś tu przychodzi, musi być otwarty na to, by dawać. Bardzo często istnieją w życiu sytuacje nieprzewidywalne i trzeba im zaradzić. Prosty przykład: mamy awarię, zalewa nam sklep. Nie wyobrażam sobie, że wolontariusz powie mi: Proszę Księdza, ja tu przeszedłem nie po to, by wynosić wodę.

Tu jest właśnie ten sprawdzian człowieka, czy jest komandosem, który potrafi zaradzić w trudnych sytuacjach. Jeżeli stoi z boku, to wiadomo, że nie da rady na misjach. Cała formacja zaczyna się od prostej rzeczy, czy ktoś wynosi za sobą talerz i zmywa go po jedzeniu, czy też zostawia na stole. Nie tak dawno mieliśmy osobę, która mówiła, że śniadania przygotowuje jej zawsze mama. I nie robiła sobie jedzenia. Nie wyobrażam sobie, żeby taka osoba pojechała na misje. Bo kto jej będzie robił kanapki? Siostra zakonna czy uczniowie?… Gdybym tego nie widział, naraziłbym innych na trudności.

Tutaj odbywają się co poniedziałek msze święte i spotkania formacyjne. Mamy trzy tematy: misjologię, edukację globalną i rozmawiamy o problemach na świecie. Natomiast mamy też raz w miesiącu weekendowe spotkania, na których się poznajemy. Mieszkamy razem i wymieniamy spostrzeżenia z różnych oddziałów.

Ale dla mnie wolontariat nie kończy się na spotkaniu. Gdybyśmy się tylko spotykali i modlili nie różnilibyśmy się od innych grup kościelnych. Regularnie ludzie zapisują się na listę obowiązków bieżących, tych, które są tutaj wokół ośrodka. I każdy robi to sam, bo wolontariusz to ten, który przychodzi z własnej woli, nie z obowiązku. Jeżeli widzę, że ktoś się nie zapisuje, to trudno powiedzieć, że jest wolontariuszem, jest tylko z nami formalnie. Takie osoby rzadko się jednak zdarzają. Nasi wolontariusze prowadzą warsztaty, wyjeżdżają na kolonie i poszerzają w taki sposób swoje zdolności wychowawcze.

Ile trzeba wydać pieniędzy, żeby zostać wolontariuszem i wyjechać na misje?

Nie trzeba mieć nic. Trzeba być kreatywnym. My staramy się wykształcić właśnie ludzi kreatywnych, którzy mają do dyspozycji różne rzeczy i potrafią nimi zarządzać. Chodzi o to, żeby ten człowiek się rozwijał. Zawsze na pierwszym spotkaniu mówię: Mam nadzieję, że tu nie przyszli frajerzy. Co to znaczy? To znaczy, że nie przyszły tutaj osoby, które dadzą się wykorzystać.

Dzisiaj jest sporo instytucji, które chcą się zaangażować w projekty misyjne, a dzięki temu zatrudnić tanią siłę roboczą, z pomocą której wypłyną. W związku z tym zakładam, że osoba, która przychodzi do nas, nie będzie naiwna i rozpozna naciągaczy.

Ludzie przychodzą tu, by realizować swoją ścieżkę życiową. My jesteśmy tylko płaszczyzną, która to umożliwia. Nie wyciągamy z ludzi pieniędzy ani nawet ich talentów, bo wtedy bylibyśmy zaprzeczeniem Ewangelii, którą chcemy głosić.

To skąd są pieniądze na wyjazdy?

Organizujemy wspólne akcje. Dajemy na przykład możliwość przeprowadzenia zbiórki w Niedzielę misyjną. W tej chwili zbieramy na wyjazd wolontariuszy do Nigerii. Zadanie wolontariuszy jest takie, że trzeba tam na miejscu przygotować młodzież do wyjazdu na kolonie i zgromadzić środki na ten wyjazd. W związku z tym muszą poszukiwać już wsparcia tutaj. Trzeba umieć iść do parafii, kwestować pod kościołem. Tak się pokazuje kreatywność i zdolność. Jeżeli ktoś tego nie potrafił zrobić w Polsce, nie zrobi tego też na misjach. Wśród nas są komandosi, którzy potem wyruszają na misje i radzą sobie w każdych warunkach.

Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Adam Parszywka SDB

ks. Adam Parszywka SDB

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
ks. Adam Parszywka SDB
ks. Adam
Parszywka SDB
zobacz artykuly tego autora >