Sposób na ego

„Młodzi, dobrze wykształceni i dobrze sytuowani mieszkańcy dużych miast przyznający się do praktyk religijnych” – tak CBOS definiuje polskich wolontariuszy. Postawili na głowie system robota-wypłata, bo postawili na siebie: działanie bez wypłaty jest dla nich jak egzorcyzmowanie własnego egoizmu i… interesowności. Dobrze im robi na to, kim się stają.

Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Dać wędkę – dostać wędką

Ponoć najłatwiej pomagać od święta. I rzeczywiście to przed Świętami Bożego Narodzenia wzmaga się aktywność różnego typu organizacji charytatywnych. Michał, student II roku turystyki krajów biblijnych, postanowił wziąć udział w Szlachetnej Paczce – akcji, która od lat uwrażliwia celebrytów, biznesmenów, ludzi mediów i wszystkich, którzy mają dość, żeby się dzielić – na potrzeby rodzin, które mają mniej niż nic. Jego kapitałem jest ofiarowany czas i zaangażowanie. Od połowy października wraz z innymi wolontariuszami sporządzał raporty o osobach potrzebujących w jego okolicach. Kontaktował się z darczyńcami, teraz rozwozi gotowe paczki. Zapytany dlaczego to robi, odpowiada, że chciał zrozumieć. Zrozumieć biedę, zrozumieć ludzi, którzy muszą ograniczać swoje potrzeby. Zrozumieć biednych. A czy można sobie wyobrazić lepszy sposób niż wejść pod ich dach? Zobaczył, że ubóstwo niejedno ma oblicze.

„Niektórzy znaleźli się w trudnej sytuacji i chcą to zmienić, ale są też tacy, dla których bieda stała się sposobem na życie

– opowiada. – Dlatego to takie ważne, żeby pomoc była mądra.

Sposób na ego

Bo czasem, paradoksalnie, można zaszkodzić pomagając. „Wychodząc od jednej z rodzin usłyszeliśmy: miejmy nadzieję do zobaczenia za rok. W mądrej pomocy chodzi o to, abyśmy się za rok nie spotkali, bo wtedy oni nie będą już potrzebowali naszej pomocy.” Ale ludzie wciąż pomocy potrzebują. Na facebookowym profilu Szlachetnej Paczki pełno jest zdjęć obdarowanych, szczęśliwych rodzin. Często widnieją pod nimi komentarze: „Jakie to będą emocje, już nie mogę się doczekać!”, „Kierowca nie wysiadł z wolontariuszami, bo wizyta u rodzin to zbyt duże przeżycie”. Niektórzy być może chcą w pomaganiu szukać wrażeń i przeżyć, jednak Michał dementuje: „To tak nie wygląda. Rodziny nie wybiegają na ulicę, nikt nie skacze pod niebo i nie krzyczy Hura!.Nie spotkałem się z takimi ekstrawertycznymi reakcjami.” Rzeczywistość pomagania jest twarda.  Michał wspomina wydarzenie, kiedy udało mu się załatwić pewnej ubogiej kobiecie pracę. Zgłosiła się w wyznaczonym miejscu kompletnie pijana. „Czasem dać wędkę to dostać wędką – śmieje się – ale rozczarowania są potrzebne, bo sprowadzają na ziemię i pomagają trzeźwo ocenić biedę. Spojrzeć na pomaganie bez emocji.

Emocje popychają do działania, ale nie one są tutaj najważniejsze”.

Pozostaje jeszcze kwestia bohaterstwa, skoro hasło Szlachetnej Paczki brzmi: „Zostań bohaterem. Zmieniaj świat”. Michał, na pytanie o to czy czuje się bohaterem, odpowiada: „Nie. I nie chcę się tak czuć. Wystarczy, że czuję się kimś, kto chce mądrze pomóc.”

Bezinteresowność? To podejrzane

Gosia, absolwentka dziennikarstwa i współzałożycielka Fundacji „Usłyszeć Afrykę”, nie lubiła słowa „wolontariusz”.

Bezinteresowność wydawała się jej podejrzana. Dziś nazywają ją wolontariuszką, bo jak inaczej określić kogoś, kto spędził trzy miesiące w Ugandzie z dziećmi ulicy?

Do wyjazdu do Afryki przygotowywała się przez rok w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym. Jej zadaniem miała być praca z osieroconymi dziećmi, które wychowuje ulica. Zabawa, nauka angielskiego – ot, takie pozornie prozaiczne zajęcia. Przed wyjazdem myślała często: „Pojadę do dzieciaków. Tyle im dam! Będą mnie ubóstwiać za to, że się z nimi pobawiłam, nauczyłam angielskiego…” A było dokładnie na odwrót. Gosia pokochała dzieciaki i bardzo dużo od nich otrzymała. Przewrotna logika zyskiwania przez dawanie. Uganda stała się jej drugim domem, gdzie zostawiła kawał swojego serca i przyjaciół, z którymi bardzo trudno było się rozstać. Od tamtego czasu ma także dwóch adoptowanych synków. I nie chodzi tu o tzw. adopcję serca na odległość praktykowaną przez niektórych pobożnych ludzi. W przypadku Gosi była to przyjacielska, ekspresowa adopcja bez formalności: „Kiedy się bawiliśmy oni zadawali mi pytania w swoim języku, a ja, nie znając go, odpowiadałam: tak albo nie. Po jednym z pytań, na które odpowiedziałam tak, oni rzucili mi się na szyję i oznajmili, że właśnie zgodziłam się zostać ich mamą”. Ale co ma wspólnego macierzyństwo z wolontariatem? Trud, radość, odpowiedzialność, wysiłek, miłość.

Sposób na ego

Ale wśród wolontariuszy są i tacy, którzy od pracy z dziećmi wolą wycieczki krajoznawcze, a dla jeszcze innych ważna jest adrenalina towarzysząca nowym wyzwaniom.

To co wspólne – jak twierdzi Gosia – wolontariat nie zawsze jest czymś miłym: „To nie będzie tak, że kiedy zostaniesz wolontariuszem Bóg od razu wyprostuje wszystkie twoje drogi. Nas spotkało także bardzo dużo przykrości”. Wspaniali ludzie, których się kocha i Uganda, w której zostawia się serce to jedno. Trzeba liczyć się także z tym, że białego człowieka nazywa się „zielonym”, bo kojarzy się z dolarami.

Miłość i kofeina

„Parzenie kawy to było moje najważniejsze zadanie, bo przy nim toczyły się rozmowy z pielgrzymami, czasami bardziej potrzebne niż kofeina” – mówi Agnieszka, na co dzień doktorantka teologii i przynajmniej raz w roku wolontariuszka w polskim schronisku położonym 5 kilometrów przed Santiago de Compostela w Hiszpanii. Pielgrzymi podążający szlakiem św. Jakuba trafiają do schroniska na Monte do Gozo po kilkudziesięciu dniach marszu, z ciężkimi plecakami i pokaźnym bagażem doświadczeń. Tam czeka na nich łóżko i tradycyjna polska zupa na kolację. Nad całym zamieszaniem czuwają wolontariusze, wśród których jest również Agnieszka. Ona sama kilka razy pielgrzymowała do grobu św. Jakuba Apostoła i wróciła na Monte do Gozo, aby spłacić dług, jaki ma wobec tej drogi. „Na szlaku otrzymałam tyle miłości, życzliwości i bezinteresownej pomocy – wyznaje – że chciałam oddać chociaż trochę tego właśnie w tym miejscu”.  W zamian za wyżywienie i zakwaterowanie spędza cały miesiąc z pielgrzymami. Z tymi wdzięcznymi i z tymi, którzy wciąż mają o coś pretensje.

Wolontariusze często obrywają. Czasem zarzuca się im, że pomagają innym, aby poczuć się lepiej i dowartościować samych siebie.

„Taka motywacja występuje – zdaniem wolontariuszki z Monte do Gozo – w raczkującej fazie wolontariatu. Szczere zaangażowanie w pomoc innym to najczęściej miażdżarka dla egoizmu. Konfrontacja z tym, jak wielkie są potrzeby, przekonuje nas raczej, jak mało możemy zrobić, w jak niewielkim stopniu jesteśmy w stanie na nie odpowiedzieć. W tej drodze nieuchronnie następuje oczyszczenie intencji – problemy, przeciwności, zmęczenie.

Bezinteresowna pomoc zawsze jest niewygodna, wybija nas ze stref komfortu i boleśnie rozszerza nasze ciasne serca…”

Wesprzyj nas
Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

No to wracamy!

Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego miałby spędzić święta w domu rodzinnym skoro ma ochotę wreszcie spędzić je na nartach w górach – będąc uczciwym intelektualnie, musiałbym odpowiedzieć: nie mam bladego pojęcia. Ale równie szczerze dopowiem: ale wiem, że absolutnie warto.

Bartek Szkudlarek
Bartek
Szkudlarek
zobacz artykuly tego autora >

Jestem prawnikiem. Prawdopodobnie prawnik lepiej niż inni wie, jak bardzo niedopowiedzenia i pieniądze są w stanie poróżnić rodziny. Ale jestem też synem, mężem i ojcem – dlatego wiem też, jak warto, choć nie zawsze jest to łatwe, po prostu być razem.

Zdarzyło się pewnego roku, że jeden z synów zaprzyjaźnionego małżeństwa postanowił wyjechać na Boże Narodzenie na narty. Nie żeby uciekać od rodziny, po prostu zdarzyło się. Tylko wtedy mógł mieć odrobinę urlopu. Wyjechał, wrócił. Nic się nie stało. A jednak. Kiedy jego tato, głowa rodziny, twardy gość, rozpoczął jak co roku wigilię, czytając okolicznościowy tekst z gazetki parafialnej… Ledwie przeczytał pierwsze zdanie, zaczynające się mniej więcej tak: „Gromadząc się wspólnie, przy wigilijnym stole…” dosłownie wybuchnął płaczem. Nigdy wcześniej nie było po nim widać, że nie czuje się dobrze, że syna nie ma blisko. Przy wigilijnym stole nie wytrzymał.

No to wracamy!

Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego miałby spędzić święta w domu rodzinnym skoro ma ochotę wreszcie spędzić je na nartach w górach – będąc uczciwym intelektualnie, musiałbym odpowiedzieć: nie mam bladego pojęcia. Ale równie szczerze dopowiem: ale wiem, że absolutnie warto.

Oczywiście, mógłbym polecieć sztampowo. Że rodzina to podstawowa komórka społeczna i trzeba ją budować, a nie burzyć. Prawda.

Że więzi rodzinne są fundamentalne w naszym życiu i stanowią o jego jakości, dlatego trzeba o nie dbać. Też prawda.

Ponieważ rodzina to związek naturalny, pierwotny w stosunku do państwa czy jakiejkolwiek innej wspólnoty, posiada swoje własne, niezbywalne prawa. Święta prawda.

Ponadto rodzina jest miejscem spotkania różnych pokoleń, które pomagają sobie wzajemnie w osiąganiu pełniejszej mądrości życiowej oraz w godzeniu praw poszczególnych osób z wymaganiami życia społecznego. Oczywiście. (Dwa ostatnie zdania pochodzą z Karty Praw Rodziny przedłożonej przez Stolicę Apostolską na rzecz rodziny w świecie.)

Każdy z nas mających już rodziny mógłby pewnie dodać swój argument, bowiem  powodów, dla których rodzina jest ważna, jest chyba nieskończenie wiele. Ja, moja żona, dzieci. Mój tato, mama, brat. Wuj, ciocia, druga i kolejny wujek, kuzyni. Z wieloma z nich nie mamy wielu okazji do spotkań. Może także i po to jest Boże Narodzenie, by co roku zdarzała nam się ta jedna.

Z drugiej strony rozumiem każdego, kto pyta:

w imię czego znowu mam zasiąść przy tym samym co zawsze stole, słuchać dokładnie tych samych tekstów co przed rokiem, dostać znowu parę skarpet z reniferami?! Zjeść takiego samego karpia z tej samej zastawy, w tym samym gronie.

Dałoby się to przeżyć, gdyby nie te scysje rodzinne, wiszące gdzieś w powietrzu, ale tego dnia schowane pod obrus. Można nie mieć siły ani ochoty, żeby cały wieczór spędzić z ludźmi, którzy wszystkim wszystko wytykają, choć sami kryształowi nie są. A ich prawdziwe oblicze ujawni się – jak co roku – już na koniec wigilii, kiedy prezenty rozpakowane, dania wigilijne zjedzone, część oficjalna zakończona. Wtedy, już bez krępacji, zaczną mówić bez owijania w bawełnę o tym czy o tamtym.

No to wracamy!

Można zapragnąć nart i gór. Zwłaszcza że opisana sytuacja wydaje się niewinna stosunkowo wobec konfliktów, jakie potrafią dzielić rodziny. Bo co powiedzieć, kiedy rodziny dwóch braci  kłócą się o spadek, a dalsza rodzina, wybierając wigilię u jednego brata, automatycznie naraża się na wyrzuty i utratę relacji z drugiej strony? Nie mówiąc o rozwodach i związanych z nimi roszadach. Trudno dziwić się, że ktoś chce uciec daleko od takiej wigilii. 

Ale. Czy jest tu jakieś "ale"? Otóż jest, i to wcale niebagatelne.

Problem w tym, że nie zrozumiesz istoty tej wieczerzy, tego karpia, pierogów i skarpetek w prezencie, jeżeli wcześniej nie wejdziesz do małego, skromnie urządzonego pokoju, w którym mieszkała młodziutka, piękna żydówka o imieniu Maria.

Zapraszam cię więc na krótką wyprawę dwa tysiące lat wstecz.

Pewnego wieczora Maria, jak co dzień, przyklęknęła do modlitwy. W jej pokoju płonęła lampka oliwna. I wtedy pojawił się posłaniec przysłany przez Boga – archanioł Gabriel. Zobacz, jaki jest piękny, naprawdę piękny. Zobacz jak zapowiada Marii, że pocznie i urodzi syna, a Syn jej będzie Tym, którego cały Izrael oczekuje od wieków. I rzeczywiście, Maria poczęła, nie z męża, lecz z Ducha Świętego i urodziła syna. Wiedziała już, że Jezus jest Mesjaszem.

No to wracamy!

Dlaczego doszło do tego wydarzenia? Wcześniej Bóg przyglądał się losom człowieka i patrząc, cierpiał. Mimo że mówił do ludzi i dał wiele wskazówek na życie, oni wpadali w co raz to gorsze bagno. W konsekwencji swoich grzechów – złości, zawiści i gniewu, ludzie odwrócili się od Miłości, zamieniając życie w piekło. Problem polega na tym, że życie w takim stanie niosło ze sobą ryzyko, że w chwili śmierci wystąpi skutek nazywany „karą za grzechy”. Nic wówczas nie mogłoby człowieka usprawiedliwić, bo karą za grzech jest śmierć. Bóg, który jest Miłością, nie mógł na to patrzeć. Nie chciał, żeby człowiek cierpiał przez swoje błędy. Z drugiej strony, ponieważ jest sprawiedliwy, nie mógł też zaprzeczyć sam sobie, usuwając prawo natury polegające na tym, że długi trzeba spłacać. W wymiarze duchowym – za grzechy ponieść konsekwencje i zadośćuczynić. Bóg nie mógł postanowić abolicji. Problem w tym, że człowiek sam nie jest w stanie zadośćuczynić za swój własny grzech.

Najwspanialsze jest to, że Bóg nie mógł znieść myśli, że możemy – i ty i ja – przegrać. Postanowił więc, że sam spłaci nasze długi i wszystko weźmie na siebie.

Żeby przyjąć naszą karę na własną skórę, przyjął ciało – stał się człowiekiem, pozostając jednocześnie Bogiem! W chwili kiedy przyszedł, ty i ja naprawdę staliśmy się bezpieczni!

Bóg przyszedł do nas i jak historia pokazuje, pozostał z nami do dziś, będzie jutro i na zawsze. Pytanie króciutkie – jak przyszedł? Ano, narodził się właśnie. I  właśnie ten dzień świętujemy! Urodziny Jezusa, w którym objawił się Bóg!

No to wracamy!

Dlatego wracając do naszego stołu wigilijnego: naprawdę mniejsza o tego karpia i skarpetki w prezencie! Jesteś ważny ty i twój wuj, bo i ciebie i jego Bóg ocalił. I te skarpetki, w świetle wielkości owego Święta, stają się naprawdę wspaniałym darem. Bo danym na okoliczność tak ważnego dnia. Pozostając w świetle wielkości i doniosłości Bożego Narodzenia, wszystkie konflikty i niesnaski wydają się zupełnie nieistotne. I wtedy przychodzą dobre pomysły: jak – zamiast podkręcać niezgodę – pogodzić obecność nawet na dwóch wieczerzach, tylko po to, by tego dnia być ze wszystkimi.

Kiedy zdamy sobie sprawę, co właściwie stało się dwa tysiące lat temu, miłość w sercu sama domaga się tego, by przebaczyć, odpuścić, zapomnieć. Ze wszystkimi przeżyć to, że Bóg jest z nami.

Jeżeli nawet Jego Imię nie zostanie wypowiedziane w czasie wieczerzy, to sama obecność u wuja tego dnia i te skarpety od niego w prezencie – staną się wyrazem wspólnego świętowania. I to jest wspaniałe, ludzkie i z miłości.

W świetle tego jak wielka jest miłość Boga, który przyszedł i stał się obecny przy tobie, uczyń gest miłości i też bądź obecny. Nie uciekaj.

Wesprzyj nas
Bartek Szkudlarek

Bartek Szkudlarek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Bartek Szkudlarek
Bartek
Szkudlarek
zobacz artykuly tego autora >