No to wracamy!

Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego miałby spędzić święta w domu rodzinnym skoro ma ochotę wreszcie spędzić je na nartach w górach – będąc uczciwym intelektualnie, musiałbym odpowiedzieć: nie mam bladego pojęcia. Ale równie szczerze dopowiem: ale wiem, że absolutnie warto.

Bartek Szkudlarek
Bartek
Szkudlarek
zobacz artykuly tego autora >

Jestem prawnikiem. Prawdopodobnie prawnik lepiej niż inni wie, jak bardzo niedopowiedzenia i pieniądze są w stanie poróżnić rodziny. Ale jestem też synem, mężem i ojcem – dlatego wiem też, jak warto, choć nie zawsze jest to łatwe, po prostu być razem.

Zdarzyło się pewnego roku, że jeden z synów zaprzyjaźnionego małżeństwa postanowił wyjechać na Boże Narodzenie na narty. Nie żeby uciekać od rodziny, po prostu zdarzyło się. Tylko wtedy mógł mieć odrobinę urlopu. Wyjechał, wrócił. Nic się nie stało. A jednak. Kiedy jego tato, głowa rodziny, twardy gość, rozpoczął jak co roku wigilię, czytając okolicznościowy tekst z gazetki parafialnej… Ledwie przeczytał pierwsze zdanie, zaczynające się mniej więcej tak: „Gromadząc się wspólnie, przy wigilijnym stole…” dosłownie wybuchnął płaczem. Nigdy wcześniej nie było po nim widać, że nie czuje się dobrze, że syna nie ma blisko. Przy wigilijnym stole nie wytrzymał.

No to wracamy!

Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego miałby spędzić święta w domu rodzinnym skoro ma ochotę wreszcie spędzić je na nartach w górach – będąc uczciwym intelektualnie, musiałbym odpowiedzieć: nie mam bladego pojęcia. Ale równie szczerze dopowiem: ale wiem, że absolutnie warto.

Oczywiście, mógłbym polecieć sztampowo. Że rodzina to podstawowa komórka społeczna i trzeba ją budować, a nie burzyć. Prawda.

Że więzi rodzinne są fundamentalne w naszym życiu i stanowią o jego jakości, dlatego trzeba o nie dbać. Też prawda.

Ponieważ rodzina to związek naturalny, pierwotny w stosunku do państwa czy jakiejkolwiek innej wspólnoty, posiada swoje własne, niezbywalne prawa. Święta prawda.

Ponadto rodzina jest miejscem spotkania różnych pokoleń, które pomagają sobie wzajemnie w osiąganiu pełniejszej mądrości życiowej oraz w godzeniu praw poszczególnych osób z wymaganiami życia społecznego. Oczywiście. (Dwa ostatnie zdania pochodzą z Karty Praw Rodziny przedłożonej przez Stolicę Apostolską na rzecz rodziny w świecie.)

Każdy z nas mających już rodziny mógłby pewnie dodać swój argument, bowiem  powodów, dla których rodzina jest ważna, jest chyba nieskończenie wiele. Ja, moja żona, dzieci. Mój tato, mama, brat. Wuj, ciocia, druga i kolejny wujek, kuzyni. Z wieloma z nich nie mamy wielu okazji do spotkań. Może także i po to jest Boże Narodzenie, by co roku zdarzała nam się ta jedna.

Z drugiej strony rozumiem każdego, kto pyta:

w imię czego znowu mam zasiąść przy tym samym co zawsze stole, słuchać dokładnie tych samych tekstów co przed rokiem, dostać znowu parę skarpet z reniferami?! Zjeść takiego samego karpia z tej samej zastawy, w tym samym gronie.

Dałoby się to przeżyć, gdyby nie te scysje rodzinne, wiszące gdzieś w powietrzu, ale tego dnia schowane pod obrus. Można nie mieć siły ani ochoty, żeby cały wieczór spędzić z ludźmi, którzy wszystkim wszystko wytykają, choć sami kryształowi nie są. A ich prawdziwe oblicze ujawni się – jak co roku – już na koniec wigilii, kiedy prezenty rozpakowane, dania wigilijne zjedzone, część oficjalna zakończona. Wtedy, już bez krępacji, zaczną mówić bez owijania w bawełnę o tym czy o tamtym.

No to wracamy!

Można zapragnąć nart i gór. Zwłaszcza że opisana sytuacja wydaje się niewinna stosunkowo wobec konfliktów, jakie potrafią dzielić rodziny. Bo co powiedzieć, kiedy rodziny dwóch braci  kłócą się o spadek, a dalsza rodzina, wybierając wigilię u jednego brata, automatycznie naraża się na wyrzuty i utratę relacji z drugiej strony? Nie mówiąc o rozwodach i związanych z nimi roszadach. Trudno dziwić się, że ktoś chce uciec daleko od takiej wigilii. 

Ale. Czy jest tu jakieś "ale"? Otóż jest, i to wcale niebagatelne.

Problem w tym, że nie zrozumiesz istoty tej wieczerzy, tego karpia, pierogów i skarpetek w prezencie, jeżeli wcześniej nie wejdziesz do małego, skromnie urządzonego pokoju, w którym mieszkała młodziutka, piękna żydówka o imieniu Maria.

Zapraszam cię więc na krótką wyprawę dwa tysiące lat wstecz.

Pewnego wieczora Maria, jak co dzień, przyklęknęła do modlitwy. W jej pokoju płonęła lampka oliwna. I wtedy pojawił się posłaniec przysłany przez Boga – archanioł Gabriel. Zobacz, jaki jest piękny, naprawdę piękny. Zobacz jak zapowiada Marii, że pocznie i urodzi syna, a Syn jej będzie Tym, którego cały Izrael oczekuje od wieków. I rzeczywiście, Maria poczęła, nie z męża, lecz z Ducha Świętego i urodziła syna. Wiedziała już, że Jezus jest Mesjaszem.

No to wracamy!

Dlaczego doszło do tego wydarzenia? Wcześniej Bóg przyglądał się losom człowieka i patrząc, cierpiał. Mimo że mówił do ludzi i dał wiele wskazówek na życie, oni wpadali w co raz to gorsze bagno. W konsekwencji swoich grzechów – złości, zawiści i gniewu, ludzie odwrócili się od Miłości, zamieniając życie w piekło. Problem polega na tym, że życie w takim stanie niosło ze sobą ryzyko, że w chwili śmierci wystąpi skutek nazywany „karą za grzechy”. Nic wówczas nie mogłoby człowieka usprawiedliwić, bo karą za grzech jest śmierć. Bóg, który jest Miłością, nie mógł na to patrzeć. Nie chciał, żeby człowiek cierpiał przez swoje błędy. Z drugiej strony, ponieważ jest sprawiedliwy, nie mógł też zaprzeczyć sam sobie, usuwając prawo natury polegające na tym, że długi trzeba spłacać. W wymiarze duchowym – za grzechy ponieść konsekwencje i zadośćuczynić. Bóg nie mógł postanowić abolicji. Problem w tym, że człowiek sam nie jest w stanie zadośćuczynić za swój własny grzech.

Najwspanialsze jest to, że Bóg nie mógł znieść myśli, że możemy – i ty i ja – przegrać. Postanowił więc, że sam spłaci nasze długi i wszystko weźmie na siebie.

Żeby przyjąć naszą karę na własną skórę, przyjął ciało – stał się człowiekiem, pozostając jednocześnie Bogiem! W chwili kiedy przyszedł, ty i ja naprawdę staliśmy się bezpieczni!

Bóg przyszedł do nas i jak historia pokazuje, pozostał z nami do dziś, będzie jutro i na zawsze. Pytanie króciutkie – jak przyszedł? Ano, narodził się właśnie. I  właśnie ten dzień świętujemy! Urodziny Jezusa, w którym objawił się Bóg!

No to wracamy!

Dlatego wracając do naszego stołu wigilijnego: naprawdę mniejsza o tego karpia i skarpetki w prezencie! Jesteś ważny ty i twój wuj, bo i ciebie i jego Bóg ocalił. I te skarpetki, w świetle wielkości owego Święta, stają się naprawdę wspaniałym darem. Bo danym na okoliczność tak ważnego dnia. Pozostając w świetle wielkości i doniosłości Bożego Narodzenia, wszystkie konflikty i niesnaski wydają się zupełnie nieistotne. I wtedy przychodzą dobre pomysły: jak – zamiast podkręcać niezgodę – pogodzić obecność nawet na dwóch wieczerzach, tylko po to, by tego dnia być ze wszystkimi.

Kiedy zdamy sobie sprawę, co właściwie stało się dwa tysiące lat temu, miłość w sercu sama domaga się tego, by przebaczyć, odpuścić, zapomnieć. Ze wszystkimi przeżyć to, że Bóg jest z nami.

Jeżeli nawet Jego Imię nie zostanie wypowiedziane w czasie wieczerzy, to sama obecność u wuja tego dnia i te skarpety od niego w prezencie – staną się wyrazem wspólnego świętowania. I to jest wspaniałe, ludzkie i z miłości.

W świetle tego jak wielka jest miłość Boga, który przyszedł i stał się obecny przy tobie, uczyń gest miłości i też bądź obecny. Nie uciekaj.


Wesprzyj nas
Bartek Szkudlarek

Bartek Szkudlarek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Bartek Szkudlarek
Bartek
Szkudlarek
zobacz artykuly tego autora >

Bóg się rodzi, łap za mopa

My, przedstawiciele pokolenia 20+, którzy od lat każdego grudnia patrzymy na swoje wycieńczone matki, ciotki i babki, dziś zakładamy własne domy i w pierwsze samodzielne Święta zadajemy sobie pytanie: dlaczego musimy się tak umęczać?

Natalia
Schiller
zobacz artykuly tego autora >

Świąteczne porządki to koszmar. Nie okłamujmy się – pucowanie okien na niebezpiecznych wysokościach i szorowanie miejsc, do których przez następny rok i tak nikt nie zajrzy, nikomu nie sprawia przyjemności. A co dostajemy w zamian za długie godziny ciężkiej harówki? Posępne wieczory w nagim mieszkaniu, które bez dywanów, firanek i z rozbebeszoną pościelą wygląda jak miejsce policyjnego przeszukania. My, przedstawiciele pokolenia 20+, którzy od lat każdego grudnia patrzymy na swoje wycieńczone matki, ciotki i babki, dziś zakładamy własne domy i w pierwsze samodzielne Święta zadajemy sobie pytanie: dlaczego musimy się tak umęczać?

Dla katolików odpowiedź jest prosta: bo Adwent. Okres duchowych przygotowywań na przyjęcie Jezusa jest doskonałą okazją, by i w domu zrobić trochę miejsca, wyrzucając niepotrzebne graty. Utożsamianie remanentu duchowego z uporządkowaniem przestrzeni fizycznej występuje zresztą także w innych wyznaniach – przed Rosz ha-Shana żydzi zastanawiają się, kogo skrzywdzili w mijającym roku, jednocześnie wymiatając brud z szafek, a hindusi przed świętem Diwali pucują domy na przyjęcie bogini Lakszmi. Głęboką mądrość wielkich religii mówiącą, że czyste otoczenie to czysta dusza, niespodziewanie potwierdza także nauka. Zgodnie z tzw. teorią wybitych szyb Jamesa Wilsona i George'a Kellinga, wygląd otoczenia w znaczący sposób wpływa na nasze decyzje moralne – dlatego na przykład w dzielnicach, gdzie króluje graffiti, a na ulicach zalega potłuczone szkło, wskaźnik przestępczości jest wyższy, niż w miejscach schludnych. Choć wydaje się, że w tej hipotezie przyczyna zamieniła się ze skutkiem, potwierdził ją ostatecznie prosty eksperyment holenderskich naukowców. Badacze położyli kopertę z pieniędzmi najpierw na zadbanej, a potem zaśmieconej ulicy. Okazało się, że w ładnym otoczeniu pieniądze zabrało tylko 13% przechodniów, podczas gdy w brzydkiej okolicy ten odsetek był aż dwukrotnie wyższy.

W uporządkowanym otoczeniu nie tylko lepiej się zachowujemy, ale i czujemy bardziej komfortowo – przynajmniej zgodnie z teorią ewolucji. Ludzkie zamiłowanie do porządku sięga ponoć jeszcze czasów, kiedy nasi przodkowie byli włochaci i używali maczug. Wówczas pozbywanie się z pola widzenia niepożądanych przedmiotów miało na celu zwiększenie swoich szans na przetrwanie, bo wszelkie zbędne obiekty mogły posłużyć za kryjówkę czającym się w zaroślach drapieżnikom. Dziś nie musimy już uciekać przed fossami, mamy mieszkania wyposażone w odkurzacze i Cif, a jednak nasza naturalna potrzeba porządku przeżywa głęboki kryzys. Najlepiej świadczą o tym telewizyjne programy, takie jak "Perfekcyjna pani domu" czy "Wielkie porządki". Ich bohaterami, tak w wydaniu zachodnim, jak i coraz liczniejszych edycjach polskich, są ludzie, którzy "przestali panować nad bałaganem". W praktyce oznacza to, że mieszkają tak, jak zapewne żyłyby nastolatki pozbawione nadzoru rodziców – wśród hałd ciuchów, z podłogą zasłaną książkami, całkowicie bezradni wobec zasypującej ich góry przedmiotów. I, sądząc po lawinowym powstawaniu tego typu show, jest ich coraz więcej. 

Oczywiście psychiatria zna pojęcie patologicznego zbieractwa. Być może jednak głębokie przyczyny tego zaburzenia – trudności z podejmowaniem decyzji, niezdolność do realizacji planów i tendencja do unikania odpowiedzialności, są po prostu wpisane w kondycję współczesnego społeczeństwa. Może składujemy bezkrytycznie przedmioty, bo poczucie, że wszystko mamy pod ręką, daje nam utracone poczucie kontroli? A może akumulacja rzeczy trwalszych, niż my sami, osłabia nasz lęk przed przemijaniem? W obu przypadkach to złudne poczucie komfortu nie zawiedzie nas daleko. Może warto więc, choć raz do roku, uporządkować swoją przestrzeń życiową, pozbyć się bufora w postaci nikomu niepotrzebnych przedmiotów i stanąć sam na sam ze sobą – w czystym mieszkaniu. Jeśli istnieje szansa, że parę godzin ze ścierką uczyni nas choć trochę lepszymi ludźmi, to może jednak warto się przemęczyć?


Wesprzyj nas

Natalia Schiller

Zobacz inne artykuły tego autora >
Natalia
Schiller
zobacz artykuly tego autora >