Nasze projekty
fot. Olya Kobruseva/pexels.com

No to wracamy!

Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego miałby spędzić święta w domu rodzinnym skoro ma ochotę wreszcie spędzić je na nartach w górach – będąc uczciwym intelektualnie, musiałbym odpowiedzieć: nie mam bladego pojęcia. Ale równie szczerze dopowiem: ale wiem, że absolutnie warto.

Reklama

Jestem prawnikiem. Prawdopodobnie prawnik lepiej niż inni wie, jak bardzo niedopowiedzenia i pieniądze są w stanie poróżnić rodziny. Ale jestem też synem, mężem i ojcem – dlatego wiem też, jak warto, choć nie zawsze jest to łatwe, po prostu być razem.

 

Zdarzyło się pewnego roku, że jeden z synów zaprzyjaźnionego małżeństwa postanowił wyjechać na Boże Narodzenie na narty. Nie żeby uciekać od rodziny, po prostu zdarzyło się. Tylko wtedy mógł mieć odrobinę urlopu. Wyjechał, wrócił. Nic się nie stało. A jednak. Kiedy jego tato, głowa rodziny, twardy gość, rozpoczął jak co roku wigilię, czytając okolicznościowy tekst z gazetki parafialnej… Ledwie przeczytał pierwsze zdanie, zaczynające się mniej więcej tak: „Gromadząc się wspólnie, przy wigilijnym stole…” dosłownie wybuchnął płaczem. Nigdy wcześniej nie było po nim widać, że nie czuje się dobrze, że syna nie ma blisko. Przy wigilijnym stole nie wytrzymał.

Reklama
Reklama

No to wracamy!

Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego miałby spędzić święta w domu rodzinnym skoro ma ochotę wreszcie spędzić je na nartach w górach – będąc uczciwym intelektualnie, musiałbym odpowiedzieć: nie mam bladego pojęcia. Ale równie szczerze dopowiem: ale wiem, że absolutnie warto.

 

Reklama
Reklama

Oczywiście, mógłbym polecieć sztampowo. Że rodzina to podstawowa komórka społeczna i trzeba ją budować, a nie burzyć. Prawda.

 

Że więzi rodzinne są fundamentalne w naszym życiu i stanowią o jego jakości, dlatego trzeba o nie dbać. Też prawda.

Reklama

 

Ponieważ rodzina to związek naturalny, pierwotny w stosunku do państwa czy jakiejkolwiek innej wspólnoty, posiada swoje własne, niezbywalne prawa. Święta prawda.

 

Ponadto rodzina jest miejscem spotkania różnych pokoleń, które pomagają sobie wzajemnie w osiąganiu pełniejszej mądrości życiowej oraz w godzeniu praw poszczególnych osób z wymaganiami życia społecznego. Oczywiście. (Dwa ostatnie zdania pochodzą z Karty Praw Rodziny przedłożonej przez Stolicę Apostolską na rzecz rodziny w świecie.)

Każdy z nas mających już rodziny mógłby pewnie dodać swój argument, bowiem  powodów, dla których rodzina jest ważna, jest chyba nieskończenie wiele. Ja, moja żona, dzieci. Mój tato, mama, brat. Wuj, ciocia, druga i kolejny wujek, kuzyni. Z wieloma z nich nie mamy wielu okazji do spotkań. Może także i po to jest Boże Narodzenie, by co roku zdarzała nam się ta jedna.

Z drugiej strony rozumiem każdego, kto pyta:

 

w imię czego znowu mam zasiąść przy tym samym co zawsze stole, słuchać dokładnie tych samych tekstów co przed rokiem, dostać znowu parę skarpet z reniferami?! Zjeść takiego samego karpia z tej samej zastawy, w tym samym gronie.

 

Dałoby się to przeżyć, gdyby nie te scysje rodzinne, wiszące gdzieś w powietrzu, ale tego dnia schowane pod obrus. Można nie mieć siły ani ochoty, żeby cały wieczór spędzić z ludźmi, którzy wszystkim wszystko wytykają, choć sami kryształowi nie są. A ich prawdziwe oblicze ujawni się – jak co roku – już na koniec wigilii, kiedy prezenty rozpakowane, dania wigilijne zjedzone, część oficjalna zakończona. Wtedy, już bez krępacji, zaczną mówić bez owijania w bawełnę o tym czy o tamtym.

No to wracamy!

Można zapragnąć nart i gór. Zwłaszcza że opisana sytuacja wydaje się niewinna stosunkowo wobec konfliktów, jakie potrafią dzielić rodziny. Bo co powiedzieć, kiedy rodziny dwóch braci  kłócą się o spadek, a dalsza rodzina, wybierając wigilię u jednego brata, automatycznie naraża się na wyrzuty i utratę relacji z drugiej strony? Nie mówiąc o rozwodach i związanych z nimi roszadach. Trudno dziwić się, że ktoś chce uciec daleko od takiej wigilii. 

Ale. Czy jest tu jakieś „ale”? Otóż jest, i to wcale niebagatelne.

Problem w tym, że nie zrozumiesz istoty tej wieczerzy, tego karpia, pierogów i skarpetek w prezencie, jeżeli wcześniej nie wejdziesz do małego, skromnie urządzonego pokoju, w którym mieszkała młodziutka, piękna żydówka o imieniu Maria.

 

Zapraszam cię więc na krótką wyprawę dwa tysiące lat wstecz.

 

Pewnego wieczora Maria, jak co dzień, przyklęknęła do modlitwy. W jej pokoju płonęła lampka oliwna. I wtedy pojawił się posłaniec przysłany przez Boga – archanioł Gabriel. Zobacz, jaki jest piękny, naprawdę piękny. Zobacz jak zapowiada Marii, że pocznie i urodzi syna, a Syn jej będzie Tym, którego cały Izrael oczekuje od wieków. I rzeczywiście, Maria poczęła, nie z męża, lecz z Ducha Świętego i urodziła syna. Wiedziała już, że Jezus jest Mesjaszem.

No to wracamy!

Dlaczego doszło do tego wydarzenia? Wcześniej Bóg przyglądał się losom człowieka i patrząc, cierpiał. Mimo że mówił do ludzi i dał wiele wskazówek na życie, oni wpadali w co raz to gorsze bagno. W konsekwencji swoich grzechów – złości, zawiści i gniewu, ludzie odwrócili się od Miłości, zamieniając życie w piekło. Problem polega na tym, że życie w takim stanie niosło ze sobą ryzyko, że w chwili śmierci wystąpi skutek nazywany „karą za grzechy”. Nic wówczas nie mogłoby człowieka usprawiedliwić, bo karą za grzech jest śmierć. Bóg, który jest Miłością, nie mógł na to patrzeć. Nie chciał, żeby człowiek cierpiał przez swoje błędy. Z drugiej strony, ponieważ jest sprawiedliwy, nie mógł też zaprzeczyć sam sobie, usuwając prawo natury polegające na tym, że długi trzeba spłacać. W wymiarze duchowym – za grzechy ponieść konsekwencje i zadośćuczynić. Bóg nie mógł postanowić abolicji. Problem w tym, że człowiek sam nie jest w stanie zadośćuczynić za swój własny grzech.

 

Najwspanialsze jest to, że Bóg nie mógł znieść myśli, że możemy – i ty i ja – przegrać. Postanowił więc, że sam spłaci nasze długi i wszystko weźmie na siebie.

Żeby przyjąć naszą karę na własną skórę, przyjął ciało – stał się człowiekiem, pozostając jednocześnie Bogiem! W chwili kiedy przyszedł, ty i ja naprawdę staliśmy się bezpieczni!

Bóg przyszedł do nas i jak historia pokazuje, pozostał z nami do dziś, będzie jutro i na zawsze. Pytanie króciutkie – jak przyszedł? Ano, narodził się właśnie. I  właśnie ten dzień świętujemy! Urodziny Jezusa, w którym objawił się Bóg!

No to wracamy!

Dlatego wracając do naszego stołu wigilijnego: naprawdę mniejsza o tego karpia i skarpetki w prezencie! Jesteś ważny ty i twój wuj, bo i ciebie i jego Bóg ocalił. I te skarpetki, w świetle wielkości owego Święta, stają się naprawdę wspaniałym darem. Bo danym na okoliczność tak ważnego dnia. Pozostając w świetle wielkości i doniosłości Bożego Narodzenia, wszystkie konflikty i niesnaski wydają się zupełnie nieistotne. I wtedy przychodzą dobre pomysły: jak – zamiast podkręcać niezgodę – pogodzić obecność nawet na dwóch wieczerzach, tylko po to, by tego dnia być ze wszystkimi.

 

Kiedy zdamy sobie sprawę, co właściwie stało się dwa tysiące lat temu, miłość w sercu sama domaga się tego, by przebaczyć, odpuścić, zapomnieć. Ze wszystkimi przeżyć to, że Bóg jest z nami.

 

Jeżeli nawet Jego Imię nie zostanie wypowiedziane w czasie wieczerzy, to sama obecność u wuja tego dnia i te skarpety od niego w prezencie – staną się wyrazem wspólnego świętowania. I to jest wspaniałe, ludzkie i z miłości.

 

W świetle tego jak wielka jest miłość Boga, który przyszedł i stał się obecny przy tobie, uczyń gest miłości i też bądź obecny. Nie uciekaj.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę