video-jav.net

Niewidoczni. Ubodzy w Warszawie

Szybki krok, pośpiech, klaksony samochodów - warszawska ulica codziennie rano biegnie, by zapracować na swoje szczęście. Nie wszyscy nadążają. Niektórzy próbują pomóc sobie alkoholem, inni wypadają z gry

Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wśród miliona siedmiuset mieszkańców Warszawy są i ci, którym się nie spieszy. Bo nie mają już dokąd ani do kogo. Ubodzy. Na pierwszy rzut oka niewidoczni. Ale w Warszawie tuż obok obojętności typowej dla wielkich aglomeracji, obecna jest też wrażliwość na los tych, co są w potrzebie. Caritas, parafie, zakony i zwykli mieszkańcy starają się mieć otwarte oczy.

 

Na mapie miasta

“Bieda w Warszawie schowała się za szklanymi biurowcami” – twierdzi ks. Zbigniew Zembrzuski, dyrektor warszawskiej Caritas. Wielkie kontrasty widoczne są praktycznie w każdej z dzielnic. Śródmieście, Mokotów, Wola, Ursynów i Ochota dynamicznie się rozwijają. Powstają nowe biurowce i osiedla a tuż obok – w Warszawie – żyją ludzie, którzy nie mają dostępu do pełnej elektryczności czy odpowiednich warunków sanitarnych. Niektórzy tak bardzo wstydzą się swojej sytuacji, że z pomocy Kościoła korzystają w sąsiedniej parafii – tak, by nikt o tym nie wiedział.

Kim są ubodzy? Definicje bywają różne. Najważniejsze, by ich zauważyć. To może być dziecko, człowiek w pełni sił albo osoba starsza. “Ubogim jest człowiek, który bez pomocy drugiej osoby nie poradzi sobie, jego codzienna egzystencja jest poważnie zagrożona” – mówi szef warszawskiej Caritas.

Stosunkowo najłatwiej w przestrzeni miejskiej dostrzec bezdomnych. Przebywają na dworcach, w tramwajach, supermarketach. W pobliżu Starówki ustawiają się w kolejce po posiłek do jadłodajni kapucynów albo sióstr kalkutanek na Bródnie.

Według miejskich statystyk z ubiegłego roku w Warszawie żyje ok 2 tys. 700 osób bezdomnych. Organizacje pozarządowe, które im pomagają szacują, że jest ich znacznie więcej. Przynajmniej 5 tysięcy. Ich “domem” są nieogrzewane altanki na działkach, blaszane garaże, czasem namioty lub szałasy w zalesionych częściach miasta. Doraźnie korzystają z noclegowni i schronisk.

“Trudno jest ich policzyć, trudno też wyznaczyć granice ubóstwa podobnie jak też granice samej bezdomności” – zauważa Magda Wolnik z warszawskiej Wspólnoty Sant’Egidio. Młodzi z tej wspólnoty regularnie, kilka razy w tygodniu, w różnych punktach miasta spotykają się z bezdomnymi. Samej tylko Caritas udaje się w ciągu roku wyprowadzić z bezdomności 30 osób

 

fot. Arcadius / flickr.com / CC BY 2.0

 

Pod dachem

Ubogimi w Warszawie bywają także ci, którzy mają dach nad głową. Starsi mieszkańcy stolicy nierzadko borykają się z problemami jak związać koniec z końcem. Skromne renty czy emerytury nie wystarczają im na opłaty za mieszkanie czy pokrycie kosztów jedzenia i leków. Oni również są ubodzy. A to, że mieszkają w Warszawie, gdzie według GUS przeciętne wynagrodzenie brutto wynosi ponad 5,5 tys. złotych niewiele zmienia ich sytuację. Pomiędzy tymi, którzy mają znacznie więcej, a tymi, którzy nie mają nic lub mają niewiele istnieje przepaść.

Na szczęście, na przestrzeni ostatnich lat – jak zauważa dyrektor warszawskiej Caritas – coraz więcej jest organizacji i środowisk, które są gotowe pomagać i faktycznie pomagają potrzebującym. Ludzie chcą się dzielić z innymi i pomagać. 1,5 tys. wolontariuszy angażuje się w 115 parafialnych zespołach Caritas. Ks. Zembrzuski nie ma sygnałów, żeby ludzie skarżyli się, że “nie ma się do kogo zwrócić po pomoc”.

Kłopot w tym, że wiele osób ubogich, które mieszkają we własnych domach czy mieszkaniach nie ujawnia się. Pozostają niewidoczni, gdyż sami starają się zaradzić swojej biedzie i codziennym potrzebom. Czasem można ich spotkać na bazarku, gdy sprzedają pietruszkę lub polne kwiaty, by podratować swój budżet.

“Warto być uważnym na ludzi, którzy może żyją gdzieś obok nas , w tym samym bloku, klatce schodowej – zwraca uwagę szefowa Sant’Egidio w Warszawie. Może nie mają śmiałości, by poprosić o pomoc, choć tej pomocy bardzo potrzebują”.

 

Tacy sami

Samotność bywa istotnym wyznacznikiem ubóstwa. Dotyka nie tylko bezdomnych i starszych, którzy nie mają rodzin lub ich więzi rodzinne poluźniły się. W opowieściach o ich życiu często powtarza się schemat: nie potrafili poradzić sobie z dramatycznymi, nie zawsze zawinionymi, wydarzeniami w życiu a w otoczeniu nie było wystarczająco dużo osób, które byłyby dla nich wsparciem. Nie poradzili sobie, zostali sami, niektórzy trafili na ulicę.

Z doświadczeń Wspólnoty Sant’Egidio wynika, że ważną grupą osób ubogich w Warszawie są też pensjonariusze domów opieki społecznej: starsi i chorzy. “Oni nawet często mają rodziny, żyjące kilka ulic dalej, ale niektórzy odkąd trafili do DPS, nie widzieli już więcej swoich krewnych. Są ubodzy, samotni i cierpią często nie mniej niż ci, którzy żyją na ulicy – zauważa Magda Wolnik. “Odwiedzamy ich, bo wierzymy, że bezinteresowne relacje i przyjaźń mogą dać siłę, chęć do życia i nadzieję “. Młodzi z kolei wiele uczą się od starszych. Szybko zaczyna mylić się kto komu pomaga.

 

fot. Roger Marks / flickr.com / CC BY-NC-ND 2.0

 

Od czego zacząć?

Niektórzy ubodzy sami inicjują na ulicy spotkania. Pytają: “czy ma pan/pani papierosa”? Gdzie jest przystanek lub jakaś ulica? Czy mogę poszukać puszek? A gdy obie strony przełamią lęk – czasem w oczekiwaniu na tramwaj toczą się przystankowe rozmowy o tym, jak radzić sobie z agresją lub co zrobić, gdy ktoś bliski nie chce rozmawiać jak równy z równym.

By zauważyć tych, którzy wydają się być w Warszawie niewidzialni wystarczy zatrzymać się w biegu. “Wystarczy czasem komuś spojrzeć w oczy, podać rękę, zapytać o imię, o to, czego potrzebuje, żeby przełamały się lody, które są przede wszystkim w nas – twierdzi odpowiedzialna warszawskiej Wspólnoty Sant’Egidio. Drobne gesty życzliwości i zainteresowania pozwalają znaleźć drogę do spotkania z drugim człowiekiem, by razem szukać rozwiązania problemu czy konkretnej pomocy. Nie chodzi tylko o doraźny gest dobrej woli ale spotkanie , które zmienia powoli zarówno nas, jak i te osoby”.

Młodzi ludzie, którzy wychodzą na ulice Warszawy spotykać się z bezdomnymi, podkreślają, że te relacje stają się dla nich niezwykle ważne. Pozwalają przełamywać stereotypy, lęk przed drugim człowiekiem czy braniem na siebie czyichś trudności. “Dźwigamy je jako wspólnota odpowiadając wspólnie za przyjaźń z człowiekiem, którego poznaliśmy. To daje nam siłę do pokonywania trudności. Uczymy się, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, ale też, że trzeba z Nim współpracować i Mu zaufać” – mówi Magda Wolnik.

 

Ubogi i Bóg

Spotkania z ubogimi uczą młodych warszawiaków nie tylko przełamywania kręgu własnej samotności, ubóstwa duchowego czy ubóstwa relacji. Bardzo wielu z nich spotkania z ubogimi doprowadzają do spotkania z Bogiem. Szefowa Sant’Egidio opowiada, iż “część młodych ludzi przychodzi do ubogich, bo sami mieli szansę spotkać się w swoim życiu z Bożym miłosierdziem. Ale przychodzi też wielu takich, którzy mówią: nie mam nic wspólnego z Kościołem i nie chcę mieć, ale po jakimś czasie dzięki ubogim przełamują tę barierę. Przez spotkanie z nimi faktycznie zaczynamy przeczuwać kim jest Bóg, czym jest Jego miłosierdzie w życiu tych osób i w naszym życiu. Może dlatego ulica i spotkania z ubogim tak bardzo wciągają, bo dają wiele radości i mają w sobie smak spotkania z Bogiem”.

 

Anna Wojtas

Anna Wojtas

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >

Ludzie religijni są zdrowsi i dłużej żyją

Badania wskazują, że osoby religijne cieszą się lepszym zdrowiem i samopoczuciem niż niewierzący. O eterycznych związkach między duchowością a zdrowiem oraz tajemniczych uzdrowieniach mówi dr hab. Jakub Pawlikowski, lekarz i filozof.

Polub nas na Facebooku!

Bada Pan związki między religijnością a zdrowiem. Mogę sobie wyobrazić, że wielu ludzi, usłyszawszy informację o tym, że osoby religijne są zdrowsze od osób niewierzących od razu podda ją w wątpliwość. Sceptycy zapytają: a skąd wiadomo, że to akurat religia, a nie inne czynniki (np. genetyczne, środowiskowe, ekonomiczne) odpowiadają za wykazane w badaniach istotne różnice między stanem zdrowia i długością życia osób o różnej religijności?

– Są to zależności złożone, ale coraz lepiej udokumentowane i wykazywane przy pomocy najlepszych metod badawczych i analitycznych. Zarzuty zatem należałoby kierować do redaktorów i recenzentów najlepszych czasopism naukowych na świecie (jak np. JAMA – Journal of the American Medical Association), które od wielu lat publikują wyniki tego typu badań. Krytycy mogą również sięgnąć po sześciusetstronicowe podręczniki na temat związków pomiędzy religią i zdrowiem napisane przez Harolda Koeniga, profesora medycyny z renomowanego amerykańskiego Duke University, który jest uznanym na całym świecie ekspertem w tej dziedzinie.

Przytacza on ogromną liczbę badań dotyczących różnych obszarów zdrowia, począwszy od problemów zdrowia psychicznego, takich jak depresja, lęk czy samobójstwa, aż po problemy zdrowia fizycznego, jak np. choroby nowotworowe czy kardiologiczne, a także długość życia oraz jakość życia z chorobą, zwłaszcza przewlekłą. Ogólne wnioski płynące z lektury jego książek oraz najlepszych aktualnie badań światowych (w tym wielu obserwacji i analiz prowadzonych na wielotysięcznych grupach osób przez wiele lat) są zbieżne i wskazują na to, że osoby religijne cieszą się lepszym zdrowiem niż niewierzący, a religijność jest istotnym czynnikiem determinującym zdrowie. Nie można tych związków jednak upraszczać, podobnie zresztą jak się to ma w odniesieniu do innych determinant zdrowia, np. zdrowego odżywiania czy ruchu.

 

Przebywając na Uniwersytecie Harvarda uczestniczył Pan w projekcie naukowym, w którym analizowaliście związki pomiędzy religijnością, duchowością i zdrowiem. Proszę wskazać najważniejsze wnioski płynące ze zrealizowanych przez Pana i Pańskich kolegów badań.

– Duchowość i religijność to sfera wpływająca istotnie nie tylko na sposób przeżywania choroby. Jest również ważnym elementem profilaktyki zdrowotnej na poziomie populacji. Ustabilizowane i regularne życie duchowe korzystnie wpływa zwłaszcza na zdrowie psychicznie oraz pozytywne i negatywne zachowania związane ze zdrowiem. A to ma z kolei ogromny, pośredni i bezpośredni wpływ także na wiele aspektów zdrowia fizycznego. Dodam tylko, że w analizach zastosowaliśmy bardzo zaawansowane metody statystyczne, za które współautor badania, dr Tyler J. VanderWeele z Uniwersytetu Harvarda, otrzymał w tym roku w USA nagrodę nazywaną statystycznym „noblem” (COPSS Award*).

 

 

Udało się Wam potwierdzić na polskim gruncie tezę, że osoby religijne są zdrowsze i żyją dłużej od niewierzących? Proszę podać jakieś konkretne przykłady. Na przykład, czy wiadomo o ile lat osoby wierzące żyją dłużej od niewierzących?

Po nałożeniu na siebie map przedstawiających dane epidemiologiczne (z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny) z mapami religijności (m.in. z Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego) okazało się, że pomiędzy poszczególnymi regionami Polski występują naprawdę ciekawe i znaczące różnice. Przyjrzyjmy się dwóm najbardziej religijnym województwom w Polsce, a więc podkarpackiemu i małopolskiemu oraz dwóm najmniej religijnym, czyli łódzkiemu i zachodniopomorskiemu. Podkarpackie i zachodniopomorskie oraz łódzkie i małopolskie są porównywalne pod względem poziomu życia, stopnia bezrobocia, poziomu wykształcenia, urbanizacji, jakości i dostępności służby zdrowia czy też zanieczyszczenia środowiska. Istotnie różni je natomiast poziom religijności mieszkańców. I okazuje się, że średnia długość życia mężczyzn w województwach podkarpackim i małopolskim jest najwyższa w Polsce. Dla porównania, długość życia mężczyzn w województwie małopolskim jest średnio aż o 3 lata wyższa niż w województwie łódzkim. To bardzo intrygujące wyniki. Tak znaczącej różnicy nie można wyjaśnić tylko warunkami życia i innymi czynnikami środowiskowymi i społecznymi, do których się dotychczas odwoływano, tym bardziej, że niektóre ważne zdrowotnie wskaźniki, np. poziom ubóstwa wypadają nieco gorzej dla regionów bardziej religijnych.

 

Czy te regiony analogicznie różnią się też pod względem zachorowalności na raka lub inne groźne choroby?

Województwo podkarpackie i małopolskie notują blisko czterokrotnie niższy wskaźnik zapadalności na AIDS w porównaniu do województwa łódzkiego czy zachodniopomorskiego. Można również zauważyć, że standaryzowany według wieku współczynnik umieralności, czyli, upraszczając, roczna liczba zgonów na 100 tys. mieszkańców z powodu nowotworów oskrzeli, tchawicy i płuc jest najniższa dla województwa podkarpackiego i małopolskiego, a w czołówce znajdują się województwa łódzkie i zachodniopomorskie.

 

A czy wiadomo coś na temat tego, jaki poziom religijności zapewnia największe korzyści dla zdrowia? I która religia jest najbardziej „prozdrowotna”?

Z badań wynika, że generalnie osoby regularnie praktykujące, niezależnie od wyznania, są zdrowsze od ludzi niepraktykujących. Jeśli chodzi o katolicyzm, czyli dominujące wyznanie w Polsce, to wyniki badań wskazują, że osoby regularnie modlące się i uczestniczące co tydzień w obrzędach religijnych cieszą się statystycznie wyraźnie lepszym stanem zdrowia psychicznego, samopoczuciem, poczuciem szczęścia i satysfakcji z osiągnięć, nie tylko w porównaniu do osób zupełnie niepraktykujących, ale także do osób słabo zaangażowanych w życie religijnie. Można więc w uproszczeniu powiedzieć, że wyższa religijność zazwyczaj przekłada się na lepsze zdrowie. Porównań międzyreligijnych i międzywyznaniowych jest niewiele. Intrygujące są jednak obserwacje poczynione przez E. Durkheima już pod koniec XIX wieku i potwierdzone w ostatnich latach w Szwajcarii, że wśród katolików jest istotnie mniej samobójstw niż wśród protestantów.

Wiele ciekawych dowodów pochodzi również z mniejszych wyznań religijnych, ale bardzo radykalnych, jeśli chodzi o wymagania dotyczące stylu życia. Na przykład, mamy bardzo dobrze udokumentowane obserwacje, że w populacji mormonów czy adwentystów dnia siódmego wiele chorób nowotworowych zależnych od stylu życia występuje znacznie rzadziej w porównaniu do reszty społeczeństwa amerykańskiego. Warto jednak dodać, że nie widać wyraźnego efektu, aby osoby przejawiające skrajnie wysokie, ponadstandardowe zaangażowanie religijne odnosiły dodatkowe korzyści zdrowotne w porównaniu do osób „normalnie”, czyli cotygodniowo, praktykujących. Może wynikać to z tego, że w grupie tej znajdują się zarówno osoby o niedojrzałej duchowości, kompensujące nadmierną religijnością różnego rodzaju problemy psychiczne i życiowe, jak i mistycy o niezwykle bogatym i głębokim życiu duchowym, dlatego uśredniony wynik jest niejasny i trudny do interpretacji.

 

 

A czy wiadomo, jakie mechanizmy psychologiczne i fizjologiczne są odpowiedzialne za lepsze zdrowie osób religijnych?

Mechanizm jest cały czas dyskutowany. Najczęściej tłumaczy się ten fenomen zdrowszym stylem życia charakteryzującym osoby religijne, co ma związek ze stosowaniem się przez nie do szeregu przykazań i norm moralnych związanych z wyznawaną wiarą. Osoby religijne przejawiają mniejszą skłonność m.in. do palenia papierosów, używania narkotyków i nadużywania alkoholu, jak również do podejmowania ryzykownych zachowań seksualnych. A to przekłada się na mniejszą zapadalność na wiele chorób, związanych z powyższymi czynnikami ryzyka.

 

A co ze stresem? Czy religia i duchowość pomagają osobom wierzącym lepiej radzić sobie z codziennym napięciem, nerwami i negatywnymi emocjami? Czy to przekłada się na ich lepsze zdrowie?

Tak, jest to kolejny mechanizm, który częściowo może wyjaśniać pozytywne oddziaływanie religijności na zdrowie. Chodzi tu zwłaszcza o wsparcie społeczne uzyskiwane od grupy religijnej, w której funkcjonuje człowiek wierzący. Osoby zaangażowane w życie religijne regularnie otrzymują od innych członków swojej wspólnoty zainteresowanie, zrozumienie, akceptację, troskę, wdzięczność i inne oznaki miłości bliźniego. W czasie nabożeństw, uroczystości i wspólnych modlitw spotykają osoby, które myślą i czują podobnie. Mogą z nimi porozmawiać o problemach w pracy czy w domu. Te spotkania i towarzyszące im rozmowy, a także wspólne modlitwy pomagają rozładowywać napięcie i stres.

 

Czy znane są jakieś konkretne mechanizmy fizjologiczne wzmacniające zdrowie osób religijnych?

Jest niewiele badań w tym zakresie i są one trudne od strony metodyki badawczej. Niekiedy wskazuje się na mechanizmy hormonalne, np. wyższy poziom serotoniny u osób religijnych, co przekłada się m.in. na rzadsze występowanie depresji. Najczęściej jednak tłumaczy się ten fenomen tym, że ekspozycja na treści religijne pozytywnie oddziałuje na moralność i związane z tym zachowania zdrowotne ludzi. Na przykład mormoni czy adwentyści dnia siódmego w momencie chrztu, odbywającego się gdy są już dorośli, przyrzekają, że przez całe swoje życie nie będą palić tytoniu i używać alkoholu. Niektórzy przyrzekają nawet, że nie będą pić kawy, ciemnej herbaty albo spożywać mięsa. Często więc zalecenia religijne dotyczące stylu życia idą w parze z zaleceniami lekarzy, dietetyków i naukowców. W wielu religiach zalecane są również okresowe posty, które stosowane z umiarem, wywierają pozytywny wpływ na stan zdrowia. Z kolei pielgrzymki, wiążące się z wysiłkiem fizycznym, niosą korzyści zdrowotne związane z aktywnością fizyczną.

 

 

Scjentyści i ateiści mogą zatem powiedzieć, że to wsparcie społeczne oraz stosowanie się do surowych norm moralnych, a nie Bóg i jego łaska są źródłem zdrowia osób religijnych.

Problem w tym, że metoda naukowa opiera się na pomiarze cech materialnych, czyli zmysłowo doświadczalnych, a łaski, jako przejawu rzeczywistości duchowej, nie umiemy mierzyć. Przy użyciu metod empirycznych stosowanych w naukach przyrodniczych i społecznych można jedynie zaobserwować związki pomiędzy określonymi zjawiskami (np. religijnością a zdrowiem) oraz stwierdzić na ile możemy je wyjaśnić znanymi nam czynnikami i jaki obszar pozostaje tajemnicą. Przy użyciu najnowszych metod możemy również powiedzieć, na ile obserwowane związki są stabilne i nie są wynikiem przypadkowych relacji i zdarzeń oraz czy inne, nieznane w chwili obecnej czynniki, mogą nam te związki wyjaśnić lepiej.

W ogólnej interpretacji wyników, a zwłaszcza na płaszczyźnie interpretacji teologicznej, trudno jednak nie odnieść się do czynnika transcendentnego. Przecież ludzie prowadzą życie duchowe i tworzą wspólnoty religijne w odniesieniu do rzeczywistości duchowej i w celu budowania lepszej relacji z Bogiem (przynajmniej w większości tych przypadków, kiedy rozumie się go na sposób personalistyczny). W dotychczasowych próbach interpretowania zależności pomiędzy wiarą a zdrowiem niewiele miejsca poświęcało się znaczeniu, jakie może wywierać indywidualna postawa i relacja osoby wierzącej do rzeczywistości duchowej, niezależnie od tego, jak się tę sferę rozumie w doktrynie teologicznej. Myślę, że ta kwestia winna być przedmiotem pogłębionych badań w najbliższej przyszłości.

 

Mam wrażenie, że w tym momencie zaczynamy już dotykać granicy poznania. Granicy między nauką, a światem niezmierzonych tajemnic. I cudów… Proszę powiedzieć, co Pan jako lekarz i twardo stąpający po ziemi naukowiec wie i myśli o tzw. cudownych uzdrowieniach, które ludzie przypisują oddziaływaniu wiary i Boga. O ile mi wiadomo, są one rejestrowane i drobiazgowo analizowane m.in. przez kościół katolicki.

Faktycznie, przy słynnym sanktuarium w Lourdes jest biuro medyczne, które rejestruje zgłaszane przez pielgrzymów przypadki powrotu do zdrowia. W biurze tym od kilku lat pracuje włoski doktor Alessandro de Franciscis, który zeszłym roku był w Polsce na konferencji naukowej współorganizowanej przez Uniwersytet Medyczny w Katowicach oraz Polskie Towarzystwo Opieki Duchowej w Medycynie. Biuro to nie tylko rejestruje zgłoszenia, ale prosi również o dostarczanie pełnej dokumentacji medycznej i wzywa na ponowne badania w następnych latach, aby sprawdzić czy powrót do zdrowia był trwały. Raz do roku wybrane przypadki przedstawiane są na forum Międzynarodowego Komitetu Medycznego, w którym zasiadają profesorowie medycyny z różnych uniwersytetów na świecie (m. in. z prestiżowego amerykańskiego Johns Hopkins University, czy Francuskiej Akademii Nauk). Starają się oni odpowiedzieć na pytanie czy diagnoza nie była błędna, a powrót do zdrowia jest trwały i czy można to wyjaśnić na bazie aktualnie posiadanej wiedzy naukowej i medycznej.

Jeśli komisja stwierdzi, że powrotu do zdrowia nie da się naturalnie wyjaśnić, to taka informacja jest przekazywana do biskupa miejsca, z którego dany pielgrzym pochodził, a biskup powołując kolejną komisję, w tym także teologiczną, może orzec o cudownym uzdrowieniu. A zatem to nie lekarze orzekają o cudzie! Poza wspomnianym ośrodkiem w Lourdes działa jeszcze tzw. konsulta medyczna w Watykanie, złożona z biegłych lekarzy, która analizuje przypadki uzdrowień na potrzeby toczących się w Kościele katolickim procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych.

 

Czy wie Pan ile jest takich dobrze udokumentowanych przypadków cudownych uzdrowień, przynajmniej w kościele katolickim?

W Lourdes podaje się 68 takich przypadków, z którymi można zapoznać się na stronie tamtejszego Biura Medycznego. Warto wspomnieć, że stanowi to około jeden procent przypadków zgłoszonych do biura.

 

A może do wielu z tych uzdrowień przyczyniła się woda źródlana z Lourdes, która podobno ma udokumentowane walory lecznicze?

Lourdes od dawna funkcjonuje nie tylko jako ośrodek religijny, ale także jako uzdrowisko, szczególnie dla Francuzów, Włochów i Hiszpanów. Górskie położenie u stóp Pirenejów sprawia, że tamtejsza woda, powietrze i klimat wywierają korzystny wpływ na zdrowie przybywających tam ludzi. Ale trudno jedynie wpływem czynników środowiskowych wyjaśnić nagłą i trwałą poprawę w ciężkich chorobach, kiedy zrezygnowano z leczenia albo stosowane leczenie było nieskuteczne, a wytłumaczenia tego procesu nie mogli znaleźć liczni profesorowie i eksperci współpracujący z biurem. Zresztą nie wszyscy pielgrzymi w Lourdes piją tamtejszą wodę źródlaną i nie wszyscy korzystają z kąpieli. Natomiast większość z nich w różny sposób intensyfikuje w tym miejscu swoje życie duchowe.

 

Sceptycy zaraz powiedzą, że to działanie uzdrawiające jest związane ze znanymi psychologii mechanizmami samoleczenia, zbliżonymi np. do efektu placebo czy też innych form sugestii i autosugestii, stosowanych choćby w leczniczych praktykach szamańskich różnych kultur.

Mechanizmy naszej psychiki nie są oczywiście w pełni poznane. Analizując kiedyś historie osób, których uzdrowienia uznano za cudowne w Lourdes, uderzyło mnie jednak, że znaczna część tych osób paradoksalnie w swej modlitwie wcale o to nie prosiła. Najczęściej modliły się one o to, aby ich choroba nie postępowała, albo żeby ich śmierć szybko nastąpiła, tak by nie były obciążeniem dla swych najbliższych. W modlitwie nie myślały więc o sobie i nie kierowały się ku sobie, ale w akceptacji swojego stanu i pełnym otwarciu na przyszłość szukały siły, aby wytrwać i z godnością znieść swoją trudną sytuację. Te osoby z troską myślały o innych. Być może w ten sposób niejako otwierały się na czynnik zewnętrzny dokonujący zmian w ich organizmie. Ciężko to pojąć i wyjaśnić, ale takie są relacje pozostawione przez te osoby.


Rozmawiał Wiktor Szczepaniak (www.zdrowie.pap.pl)


Dr hab. n. med. Jakub Pawlikowski, lekarz i filozof – Absolwent Akademii Medycznej w Lublinie. Uzyskał też tytuły magistra filozofii i doktora nauk prawnych. Jest adiunktem w Katedrze Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Pracował naukowo jako visiting associate professor m.in. w Harvard T.H.Chan School of Public Health w Bostonie.


źródło: zdrowie.pap.pl