Historia jakich wiele

Pewnego wieczoru roku 1860 młoda góralka, Marysia Muszańska z Rusinowej Polany przemierzała ogromne pastwisko w poszukiwaniu zaginionych zwierząt, nad którymi trzymała pieczę. Zrozpaczona, z różańcem w dłoni błądziła wśród gęstej, górskiej mgły i nawoływała. Wtem wśród gałęzi drzew dostrzegła – jak sama Ją później nazywała – Jaśniejącą Panią. Tak zaczyna się niezwykła historia, która kończy się (czy aby na pewno?) w Sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr.

Historia jakich wiele

Niecodzienna rozmowa

Niezwykła postać złożyła dziewczynie obietnicę odnalezienia zagubionych zwierząt (owiec lub krów – relacje są sprzeczne), ale sama poprosiła o pomoc w głoszeniu potrzeby nawrócenia, konieczności pokuty za grzechy. Ponadto czternastolatka musiała jak najszybciej opuścić Rusinową Polanę. Wg Jaśniejącej Pani groziły jej tu liczne duchowe niebezpieczeństwa. Gdy widzenie się skończyło, zwierzęta natychmiast się znalazły, więc Marysia pospiesznie wróciła z nimi do domu. Tam opowiedziała wszystko starszemu pasterzowi. Ten w miejscu objawień zawiesił na drzewie wykonany przez siebie papierowy obrazek, później zastąpiony malunkiem na szkle. To z jego relacji znamy wszystkie te wydarzenia.

Potem już samo życie

Życiorys Marysi po tym niezwykłym ratunku daleki jest od wyidealizowanej historii, jaką pewnie chcielibyśmy widzieć w tej opowieści. W wieku 25 lat urodziła martwe dziecko, poczęte w związku z jej późniejszym mężem, za którego wyszła rok później. Mężatką była niedługo. Zmarła po 3 latach tuż po porodzie syna, który przeżył tylko kilka dni. Mimo biografii dalekiej od słodkich, hagiograficznych nut wizjonerka nigdy nie zwątpiła w to, co jako czternastolatka zobaczyła w chwili grozy i w opiekę Jaśniejącej Pani. Do końca swojego bardzo krótkiego życia należała do bractwa różańcowego. Gdy po kilkunastu latach zobaczyła obraz Matki Boskiej niesionej w procesji zorganizowanej przez bractwo powiedziała, że właśnie taką Matkę Boską widziała pamiętnego wieczora w lesie.

Nieznany autor w miejscu objawienia się Maryi ustawił później kapliczkę i rzeźbę w drewnie, ale o samym miejscu długo można było mówić jako o zapomnianym. Matkę Boską z Wiktorówek kultem otaczali jedynie miejscowi wierni. Pielgrzymki do tego miejsca ruszyły dopiero po kilkudziesięciu latach. Co ważne, nie było ku temu żadnego szczególnego impulsu. Wierni spontanicznie odczuli taką potrzebę i od tego czasu co roku zjawiają się u Matki Boskiej Jaworzyńskiej.

Powrót Maryi

Jednak na tajemniczym wydarzeniu opowiedzianym przez Marysię nie koniec cudownych znaków. Podczas pewnej pielgrzymki jedna z pątniczek – Marianna, żona późniejszego budowniczego Sanktuarium – miała widzenie, w którym Maryja prosiła ją o odkopanie cudownego źródełka. Dziś jego odpływ znajduje się tuż za sanktuaryjnym prezbiterium. Pierwszy proboszcz Bukowiny, skąd wyruszały pielgrzymki mimo początkowej rezerwy dał się przekonać do wyjątkowości tego miejsca właśnie dzięki licznym uzdrowieniom. Parafialna księga podziękowań za łaski wymodlone przez Maryję pęcznieje i pęka od słów wdzięczności. Część z nich wychodzi spod pióra niewierzących przyjezdnych.

Widzenia dotychczas nie zostały zatwierdzone przez Watykan, ale nie znaleziono w całej historii niczego, co mogłoby być sprzeczne z wiarą. O życzliwym spojrzeniu na miejscową adorację może świadczyć fakt, że Paweł VI w 1975 roku obdarzył to miejsce jubileuszowym przywilejem odpustu zupełnego dla wiernych, nawiedzających Sanktuarium Królowej Tatr.

Dziś dzięki dekretowi kard. Wojtyły dominikanie prowadzą tu placówkę duszpasterstwa turystycznego. Trudno o lepsze miejsce, gdy zaledwie kilka kroków dalej, z Rusinowej Polany podziwiać można jedną z piękniejszych tatrzańskich panoram.

W tej historii teoretycznie nie ma niczego wyjątkowego. Maryja ukazująca się nad drzewem, pośród gałęzi, nawołująca do nawrócenia, nakazująca odkopać cudowne źródło, o którym wcześniej nikt z miejscowych nie wiedział, młoda, niewykształcona pastereczka w roli wizjonerki, jej późniejsze krótkie życie. Wszystko już było, wszystko skądś znamy, historia, jakich wiele. Można tak myśleć. Ale czuć tego nie sposób, gdy wśród wakacyjnych wojaży uda nam się wspiąć do Sanktuarium, gdzie obdarza łaskami Królowa Polskich Tatr.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Holydays

Jednym z najczęściej powtarzanych haseł przed wyjazdem na wakacji jest to, że „nie ma odpoczynku od Boga“. Ma ono być główną zachętą do tego, żeby wierni w czasie swojego wypoczynku zdobyli się na ten wysiłek i poszli do Kościoła. Dlaczego wymagamy od siebie tak mało?

Grupa młodych ludzi tworząca serwis Ewangelizacja.waw.pl oraz stronę na Facebooku „Żyj, módl się, kochaj!“ wpadła na pomysł zmiany tego hasła. Słyszymy więc, że „nie ma wakacji od ewangelizacji“. To zmienia postać rzeczy, prawda? To hasło ma nie tylko przypomnieć nam o tym, że w wakacje też można ewangelizować. Ma w ogóle uświadomić wierzącym, że na mocy chrztu każdy jest powołany do ewangelizacji!

Żeby nie pozostać gołosłownym wyżej wspomniane serwisy ruszyły z internetową akcją Holydays. O co chodzi? O zachęcenie do dzielenia się swoim przeżywaniem wakacji, wyjazdem w góry, nad morze, nad jezioro, czy po prostu spędzaniem wolnego czasu. W czym tkwi haczyk? W byciu widocznym. Nie chodzi o jaskrawy strój, czy dziwny wygląd. Chodzi o bycie widocznym ze swoją wiarą. Pierwszą ewangelizacją jest zawsze zwyczajna obecność ludzi wierzących, którzy potrafią zmusić drugiego człowieka do zastanowienia. Wyjście na ulicę w koszulce z fragmentem Pisma Świętego, czytanie katolickich czasopism w miejscach publicznych, chodzenie po górach z różańcem zaciśniętym w dłoni i wiele innych rzeczy, które obserwatorów zmuszą do zadania sobie prostego pytania: dlaczego?

Zdjęcia i krótkie filmy wrzucane na facebook z hashtagiem #Holydays2014 mogą stać się więc okazją także do ewangelizacji w internecie, a może też do promowania lokalnych inicjatyw ewangelizacyjnych? Świadectwo może dać każdy. Młodsi, starsi, świeccy, księża, bracia zakonni i siostry. Każdy jest powołany do głoszenia Dobrej Nowiny! Zagospodarujmy razem przestrzeń internetu, wyjdźmy do ludzi, uwiecznijmy to i ze swoimi wspomnieniami spotkajmy się pod tagiem #Holydays2014.

Holydays


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas