video-jav.net

Dlaczego zabieramy dzieci w dzicz

Zrobiliśmy w zeszłym roku eksperyment i zabraliśmy stado jednego dnia na przebieżkę przez wydmy, a następnego do Rowów na deptak. I okazało się, że te same dzieci, które przeszły dziesięć kilometrów przez piach, dostały histerii po trzystu metrach spaceru między „atrakcjami”. Ponieważ nie dało się spełnić tego festiwalu pragnień, który się nagle w nich pojawił.

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wszystkie nasze dzieci dziedziczą rodzicielski gen powsinogi: szczególne upodobanie do włóczęgi, łatwość przystosowania do zmiennych warunków, czystą radość z samego przemieszczania się. Byłam ostatnio z Najmłodszą (dwulatką) na Pilsku, targałam ją w nosidle przez większość trasy, a ona w zamian zabawiała mnie rozmową.

– O, mama, patś! Ślak! Mam punkt! (Zabawa zapamiętana z wycieczek ze starszym rodzeństwem – kto pierwszy zauważy namalowany szlak, dostaje punkt).
– O, mama, fiatek! Pafnie!
– O, mama, jak pięfnie!

Wędrujemy pełnym składem i w różnych podgrupach, najczęściej po górach – z racji miejsca zamieszkania – ale równie chętnie po lasach, łąkach, wydmach, torfowiskach i innych „dziczach”. Przemierzamy sporo kilometrów na piechotę, niektórzy z z nas namiętnie zbierają punkty GOT i kolekcjonują pieczątki w książeczce, inni dokumentują trasy na Endomondo, jeszcze inni mówią po prostu, że pięfnie. Dobrze się czujemy w schroniskach, skansenach, chatkach studenckich, na mało uczęszczanych przystaniach mazurskich.

Nie czujemy się dobrze w kurortach. Programowo nie bywamy w miejscowościach typowo turystycznych w sezonie. Chętniej przyjeżdżamy w maju albo we wrześniu, ale też bez szału. Nie powoduje nami żaden szczególny snobizm czy obawy albo fobie: po prostu kurorty generują Potrzeby. Człowiek może nie zdawał sobie z tego dotychczas sprawy, ale gwałtownie potrzebuje piłeczki z automatu, trzeciego gofra, przejażdżki hałaśliwym minipociągiem i tymczasowego tatuażu. Nie da się zaspokoić wszystkich tych potrzeb, nawet przy sporej zamaszystości w wydawaniu pieniędzy. Nieuchronnie pojawia się więc frustracja. To dlatego dzieci na deptakach przeważnie wyją, a rodzice przeważnie klną i się kłócą.

Otóż w dziczy tych problemów nie ma. Człowiekowi chce się jeść, pić, siusiać albo usiąść, i wszystkie te potrzeby mają szansę zostać zaspokojone. To jest prosta, klarowna rzeczywistość z jasnymi regułami, dlatego dzieci – jeśli mają szansę ją poznać – bardzo ją doceniają. Idziemy tu i tu, po drodze zobaczymy to i to, na drogę mamy różne smaczne jedzonka. Trochę się zmęczymy, ale będziemy zadowoleni.

Zrobiliśmy w zeszłym roku eksperyment i zabraliśmy stado jednego dnia na przebieżkę przez wydmy, a następnego do Rowów na deptak. I okazało się, że te same dzieci, które przeszły dziesięć kilometrów przez piach, dostały histerii po trzystu metrach spaceru między „atrakcjami”. Ponieważ nie dało się spełnić tego festiwalu pragnień, który się nagle w nich pojawił.

Nazajutrz z ulgą poszliśmy w dzicz.

Mam taką propozycję – spróbujcie i Wy, z dziećmi czy bez – zażyć chociaż paru dni bez zewnętrznych „uatrakcyjniaczy”. Pójść w dzicz i stanąć w prawdzie o sobie, i zaznać tej niepowtarzalnej radości spełnienia potrzeb, których – jak się okazuje – nie ma wcale aż tak wiele.

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Nawet jeśli nie wiesz, co to spalony

Z okazji Mundialu odświeżono ostatnio wszelkie okołopiłkarskie memy, w tym jakże liczną grupę dowcipów o żonach kibiców, czyli kobietach, które nie wiedzą, kiedy jest spalony.

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W naszym domu tego problemu nie ma, bo piłką interesujemy się oboje minimalnie i oglądamy tylko najciekawsze mecze, oboje też znamy reguły tej gry. Generalnie nie trzeba mi tłumaczyć, którzy to nasi. Pomyślałam sobie jednak przy tej okazji o szerszym zagadnieniu spędzania czasu i wspólnych zainteresowań w małżeństwie – czy to naprawdę takie ważne, żeby mieć „wspólne pasje”, jak to się mówi.

Rzeczywiście – znam trochę par, które każdą chwilę wolną poświęcają na robienie czegoś razem – wędrówki, żeglowanie, kolekcjonowanie minerałów albo siedzenie w bibliotekach uniwersyteckich. Zdecydowanie układ taki ułatwia planowanie urlopów czy weekendów, dostarcza mnóstwo tematów do rozmów i potencjalnie bardzo zbliża. Pewnym zagrożeniem jest tylko wzajemny przesyt i współzawodnictwo, jeżeli oboje działają dokładnie na tym samym polu (widziałam takie sytuacje – kto wygra regaty, kto pierwszy napisze doktorat…).

Na drugim biegunie mamy pary spędzające czas na zupełnie osobnych aktywnościach i z zasady nieuczestniczące w zainteresowaniach drugiej strony – przysłowiowy mąż-kibic i jego śmiertelnie znudzona futbolem żona, która tylko czeka na mecz, żeby czmychnąć z domu. Żona ogrodniczka i mąż rowerzysta, który najchętniej przerobiłby ogródek na bike park. Żona biegaczka i mąż filatelista – i tak dalej. Takich znajomych też mamy, i wcale nie są to kiepskie związki – spędzenie czasu osobno bywa ożywcze, człowiek wraca wypoczęty, z nową perspektywą i ogólnie życzliwiej nastawiony. Istnieje jednakowoż ryzyko stopniowej utraty kontaktu i porozumienia, czasem można wręcz przeoczyć narastający kryzys – bo oboje zajęci, każdy ze swoimi znajomymi. Albo – całkiem już kiepsko – można się wzajemnie znielubić, jeśli jedna strona uparcie lekceważy albo wyśmiewa upodobania drugiej.

Dlatego upieram się, że jednak lepiej się przemęczyć i pojechać z ukochanym na ten turniej łuczniczy, zapytać o najnowszy nabytek w kolekcji komiksów, wybrać się chociaż raz na Pyrkon. A w mniejszej skali – obejrzeć film niekoniecznie ulubionego gatunku albo nie przymierzając – mecz piłki nożnej, ale razem. Spędzić chwilę nominalnie wspólnego życia rzeczywiście razem, próbując lepiej poznać i lepiej zrozumieć tego kochanego przecież człowieka. Coś w tym musi być, skoro dla niego to takie fascynujące.

P.S. Pozycja spalona to sytuacja, gdy podczas podania piłkarz danej drużyny znajduje się na stronie boiska należącej do drużyny przeciwnej i jest bliżej linii bramkowej drużyny przeciwnej niż piłka oraz bliżej niż przedostatni zawodnik drużyny przeciwnej i ma wpływ na przebieg akcji. Proste.

 

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >