Jak zostać bohaterem Stadionu Narodowego?

„Zwariowałaś!”. „Bardzo możliwe” – myślę stojąc na starcie 34. Maratonu Warszawskiego. W perspektywie mam niezapomnianą wycieczkę po Warszawie, złotą polską jesień i 42 kilometry 195 metrów, które będę musiała pokonać na własnych nogach. Morze różnokolorowych koszulek na moście Poniatowskiego tworzy żywą pocztówkę, na której chciałoby się napisać: „I love Warsaw”. Pełne podziwu, czasem niedowierzania twarze kibiców. Wystrzał startera. Ruszamy w drogę, która – jak się okazuje – kryje w sobie znacznie więcej niż przysłowiowe „krew, pot i łzy”.

Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

10

Nie dobrze zaczynać zbyt szybko. Końcowe wyniki pokażą, że ten, kto na początku szarżuje, straci prędkość na dalszych etapach trasy. Realistyczne spojrzenie na siebie bardzo się przydaje: nie mam nóg jak zawodnicy z Kenii ani płuc jak olimpijczycy, a jednak mogę biec i czerpać z tego radość. Okrążamy gmach Opery Narodowej. Młoda para robi sobie sesję zdjęciową na placu Piłsudskiego. Ależ będą mieli wspomnienia! Oprócz tupotu ludzkich stóp, z którym nie może równać się najbardziej żywiołowy taniec weselnych gości, mogą posłuchać „sto lat” w wykonaniu nieprofesjonalnego chóru maratończyków in spe. Przy jednym z kościołów stoją ludzie, którzy właśnie wyszli z porannej Mszy. Nie mogą przejść przez jezdnię, bo maraton skutecznie paraliżuje ruch na warszawskich ulicach.

Jak zostać bohaterem Stadionu Narodowego?

Maraton Warszawski

fot. Jacek Fomicki

Maraton Warszawski

fot. Marcin Borkowski

Maraton Warszawski

fot. Michał Kucharski

Maraton Warszawski

fot. Magda Krus

Maraton Warszawski

fot. Piotr Sztomber

[01][02][03][04][05]

Starszy pan pyta ile to dokładnie kilometrów i słysząc odpowiedź łapie się za głowę. Uśmiechy i owacje przechodniów wyrażają podziw, że starczyło nam odwagi, aby zaryzykować i zmierzyć się z taką odległością. Jak widać nie brakuje okazji, aby biegacze mogli skupić swą uwagę na sprawach bardziej przyziemnych niż baloniki pacemaker’ów wyznaczające przewidywany czas ukończenia biegu. Bo mało kto myśli o mecie na dziesiątym kilometrze. Nie można się do niej za bardzo spieszyć, jako że jedno z najważniejszych przykazań długodystansowca mówi o tym, aby biec własnym tempem, według możliwości swojego organizmu. Nie warto się na niej zbytnio koncentrować, bo wtedy ucieka cała radość z małych rzeczy, których pełno po drodze. Jednak każdy ma konkretny cel i wymarzony czas, bo takiej konkurencji jak maraton nie rozpoczyna się bez koncepcji. Ja także mam swój styl: spieszę się powoli, podziwiam stolicę w jesiennych barwach i nie ignoruję więc punktów odżywczych, ponieważ każdy z nich jest po to, aby pomóc mi w pobiciu życiowego rekordu.

Dla wielu już w połowie zaczyna się kryzys. Do startu i mety jest stąd tak samo daleko. Zespoły muzyczne doskonale o tym wiedzą i dodają nam otuchy grą na bębnach i perkusji. Niektórzy biegacze biją brawo, inni próbują tańczyć, choć taniec w biegu zostałby z pewnością nisko oceniony przez jury popularnych programów rozrywkowych. Jednak nasza publiczność utwierdza nas w przekonaniu, że, mimo obowiązujących trendów, my także mamy talent. Wsparcie przychodzi z każdej strony. Kładki nad jezdniami ozdobiono bannerami: „Warszawa pozdrawia biegaczy. Do zobaczenia na mecie!”. Jeden z kibiców napisał na swoim transparencie, że „Chuck Norris nigdy nie przebiegł Maratonu Warszawskiego”, a „Dacie radę!” odmienia się na wszelkie możliwe sposoby.

Do kibicowania dołączyły się także dzieciaki ze szkół podstawowych, których inwencja twórcza nie znała granic. Ludowe stroje i Ko ko Euro spoko w wersji dla biegaczy to tylko jedna z wielu atrakcji, jakie przygotowały. Jednak nie ma to jak wsparcie przyjaciół. Tuż przed połową trasy dołącza do mnie znajomy i kilka kilometrów biegnie razem ze mną. „Masz bardzo dobry czas” – mówi. To dla mnie cenna informacja, bo jako lekkoatletka-amatorka nie patrzę na zegarek, lecz wyznaję starą dobrą zasadę, że „szczęśliwi czasu nie liczą”. „Ale nie leć tak szybko, żebyś potem nie straciła prędkości” – radzi. I czasem warto posłuchać rad osoby bardziej doświadczonej, by nie dać się zwieść optymizmowi, który ma czasem zbyt wiele wspólnego z naiwnością. Mijamy kolejny punkt odżywczy. A że dostałam w prezencie dodatkową parę rąk, mogę wypić podwójną porcję napoju izotonicznego. Krótka rozmowa to miłe urozmaicenie długiej trasy. Jednak najcenniejsza jest wiara w to, że dobiegnę do mety i to stwierdzenie: „Jesteś wielka”, chociaż uwarunkowania fizjologiczne zdają się temu przeczyć.

Jak zostać bohaterem Stadionu Narodowego?

30

O trzydziestym kilometrze maratonu pisał w swojej powieści Stefano Redaelli. Tytułowy trzydziesty kilometr jest punktem krytycznym, kiedy człowiek dociera do granicy wytrzymałości. I sporo w tym prawdy, bo na tym etapie trasy kończy się rekreacyjne bieganie, a rozpoczyna się zmaganie ze sobą samym. Pojawia się bunt przeciwko bolącym nogom, plecom, które upominają się o odpoczynek i odbierają przyjemność biegania. Jednak dystans maratoński to nie poranny jogging. To musi kosztować. Na niekończącej się Puławskiej wyraźnie widać, jak wiele płaci się za decyzję o starcie w takich zawodach. Niektórzy przechodzą z biegu do marszu lub spaceru. Na trawniku odbywa się reanimacja biegaczki, która straciła przytomność. Do karetki zaczyna ustawiać się kolejka. Ktoś siada na przystanku autobusowym i ogląda bieg z tej perspektywy. „Jeśli to wszystko spotyka innych, dlaczego ja miałabym nie wypaść z gry?” – myślę, ale biegnę dalej. Mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Razem ze mną inni niepokonani. 37. kilometr znajduje się na Trakcie Królewskim, który zwiastuje triumfalny finał maratonu. Meta jest tak blisko i tak daleko zarazem. Wyobrażam sobie, że to dopiero początek trasy i tym samym odnajduję nowe siły na ostatni etap. Przy palmie na rondzie de Gaulle’a czeka na mnie przyjaciółka. Porywam ją z tłumu kibiców i biegniemy razem przez Most Poniatowskiego. „Jestem bohaterem Narodowego!” – krzyczę, choć nie po to, aby się przechwalać, że udało mi się zrealizować hasło promujące tegoroczny maraton. Chcę uwierzyć, że to się naprawdę zaraz stanie.

Jak zostać bohaterem Stadionu Narodowego?

42,195

Finis coronat opus – koniec wieńczy dzieło. Ostatnie kilometry wprawiają w niemałe podekscytowanie, zwłaszcza że w tym roku finiszujemy na Stadionie Narodowym. Na ostatniej prostej przed bramą ktoś pociesza: „Nie łamcie się! Jeszcze tylko jedno takie 42-kilometrowe okrążenie”. Wbiegamy na Stadion. Finiszuję w niemiecko-australijskim towarzystwie. Widok kibiców na trybunach sprawia, że przez chwilę można poczuć się jak na olimpiadzie w Londynie. Wspomnienia Euro 2012 pozostają jednak daleko, bo dziś nikt nie musi śpiewać: „Nic się nie stało”. Większość z nas osiągnęła zamierzone cele. Zegar pokazuje mój życiowy rekord, więc na metę wbiegam jako zwycięzca, mimo że daleko mi do mistrzów. Kiedy patrzę na medal, który już oficjalnie pozwala mi tytułować się „Bohaterką Narodowego” myślę, że nie chodzi tu wyłącznie o sportowe emocje, potężną dawkę adrenaliny czy nawet o sam wynik. Musiałam zaplanować ten długi dystans bardzo rozsądnie, biorąc pod uwagę nie tylko wymarzony cel, ale także możliwości. Potrzebowałam wsparcia i wiary innych ludzi w to, że się uda. W końcu musiałam stoczyć walkę ze sobą, aby się nie poddać. To była próba nie tylko dla ciała, ale także – a może przede wszystkim – dla charakteru. To wszystko do złudzenia coś przypomina. Chyba życie…


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Dobra samotność

Ktoś znowu skarżył się na samotność. Zresztą, co tu ukrywać, kiedy idzie się ulicą łatwo rozpoznać kto jest samotny, a kto nie. Może jednak warto powiedzieć kilka słów o oskarżonej zanim wyrok zostanie wydany?

Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Potwór o wielu twarzach…

Różne oblicza ma samotność. Można dostrzec ją w twarzy singla. Singiel tak już do niej przywykł, że zaczął cieszyć się swoim kolorowym życiem bez żadnych zobowiązań. Nie ma nic piękniejszego niż podróże, ale życie turysty przemieszczającego się swobodnie pomiędzy znajomościami, z czasem staje się męczące. W podróżach singla zawsze jest przerwa, w którą wkrada się ona – samotność. Sposoby, aby pozbyć się nieproszonego gościa bywają bolesne…

Dobra samotność

Samotność widać także w bolących plecach ludzi szukających wirtualnego towarzystwa. W końcu nie trzeba tam ani pokazywać prawdziwej twarzy ani zdradzać szczegółów charakteru, które bywają powodem odrzucenia. Wirtualnego istnienia „sieciowych samotników” nie da się zakwestionować, bo dowodem jest aktywna obecność na portalach społecznościowych oraz imponująca liczba znajomych. Gorzej bywa jednak z udowodnieniem ich realnego istnienia. W wędrówce przez nie-wirtualny świat dotrzymuje im kroku nie kto inny jak właśnie samotność…

Samotność chowa się także za zamkniętymi drzwiami pokoju, w którym ktoś płacze z powodu straty, odrzucenia, braku przyjaciół czy niepewnej przyszłości. W taką najchętniej rzuciłoby się kamieniem, bo przeważnie wkracza w życie osób, które na nią nie zasłużyły. Izolacja – bo tak brzmi jej drugie imię – nigdy nie była lubiana i to się zapewne nie zmieni, no chyba że…

…a może jednak przyjaciel?

…zmianie ulegnie perspektywa, z której przyzwyczailiśmy się oglądać samotność. Samotność widać również w lustrze przy porannej toalecie i poprawianiu fryzury. Kiedy patrzę na moje lustrzane odbicie myślę, że zawsze w jakimś sensie będę sama. Nikt inny na świecie nie ma przecież takiej samej twarzy, takich oczu, tego samego uśmiechu. Patrząc głębiej, może nieco metafizycznie, nikt nie ma takiego samego wnętrza, w którym uczucia układają się w takie a nie inne puzzle, a myśli ubierają się w słowa, których nikt nie wypowie w dokładnie taki sam sposób… A więc to także jest samotność. Może ona być przestrzenią mojego własnego zasłuchania w otaczający świat i próbą zrozumienia go. Zanim podzielę się z innymi moim spojrzeniem na rzeczywistość – które kiedyś mądrze nazwano „światopoglądem” – muszę ją jakoś w sobie „przetrawić” i jasno powiedzieć za czym się opowiadam, a czemu sprzeciwiam. Moja samotność jest też momentem, kiedy mogę przyjrzeć się sobie i szczerze odpowiedzieć na pytania o to kim jestem i co właściwie na tym świecie robię.

Ogranym pojęciem stała się „samotność twórcza”. Samotna, aby poświęcić się jakiemuś dziełu? Piękne i wzniosłe, ale jednak utrzymane w konwencji sloganu. Wydaje się, że nie chodzi tutaj o to, aby schować się przed całym światem, ukryć się za zasłoną szlachetnej idei, zrezygnować z miłości i tworzyć. Nie. „Samotność twórcza” jest raczej tą cenną chwilą, krótszą lub dłuższą, kiedy mogę udać się w podróż do wnętrza siebie samej, gdzie czeka na mnie złota skrzynia z talentami i zdolnościami oczekującymi na twórcze wykorzystanie. Dzieło – czy to będzie nowa melodia, powieść czy genialne matematyczne odkrycie – zawsze ma początek w najgłębszym wnętrzu człowieka. Cisza samotności, od której chciałoby się jak najdalej uciec, pomaga dotrzeć do tego źródła. Ale nie jest ona wyłącznie domeną artysty! Najprawdziwszymi dziełami sztuki, nie eksponowanymi co prawda na wystawach w ekskluzywnych galeriach, są… relacje. Wejście w głąb siebie jest przygodą, dzięki której mogę odkryć kim jestem, dostrzec cechy charakteru, które warto byłoby „przetworzyć”, a także przejrzeć się w zwierciadle moich najważniejszych pragnień i aspiracji. Nie jest to jednak tylko moja przygoda. Odkrywanie tego, co można określić w trzech, pozornie prostych słowach: „prawda o sobie”, jest niezbędne w tworzeniu więzi z drugim człowiekiem. Miłość i przyjaźń okazują się trwałe wtedy, gdy mogę dać drugiemu prawdziwą siebie. A żeby dotrzeć do „siebie prawdziwej”… No cóż, potrzeba chyba odrobiny samotności.

Przeżywanie świata na mój indywidualny sposób, poznawanie siebie, wyjście na spotkanie z drugim człowiekiem, wielowymiarowy akt twórczy… Czy ja w dalszym ciągu piszę o samotności? Czy wciąż opowiadam o tym potworze, któremu strach spojrzeć w oczy?

Wyjść z gabinetu luster

„Nie jest dobrze, aby człowiek był osamotniony” – myślę często patrząc na smutne twarze przechodniów. Ameryki nie odkrywam, bo Pan Bóg pomyślał o tym już w Raju, kiedy zobaczył biednego, samotnego Adama. Ale jemu także Stwórca postanowił dać tę chwilę „odosobnienia”, żeby przyjrzał się sobie, ponazywał rośliny i zwierzęta, odczuł brak i… ucieszył się Ewą, którą podarował Mu Bóg. Jednak Ewa nie była kimś, kto stał się „lekiem na całe zło” samotności Adama, lecz osobą, z którą można było podzielić się spostrzeżeniami na temat dopiero co stworzonego świata i zbudować trwałą więź. Ludzie boją się samotności chyba właśnie dlatego, że jest ona zawsze związana z brakiem: radosnego towarzystwa, spełnionej miłości, przyjaciela od serca. Ale czy to na pewno wystarczający powód, aby rzucić w nią kamieniem? Brak, który w życiu doskwiera najbardziej, wydaje się przekleństwem. A gdyby skusić się na takie szaleństwo, aby przeżyć go w twórczy sposób? Wróćmy jednak do naszej samotności. W gruncie rzeczy, to nie taki zły pomysł, aby do niej powrócić. Na fali powszechnego buntu przeciwko stereotypom nikogo nie zdziwi chyba krytyka „osamotnienia” i „izolacji”, które są jedynie odbiciami samotności w krzywych zwierciadłach. Taki obraz zawsze będzie odstraszał i śmieszył. Ale przecież można wyjść z gabinetu luster i spróbować spojrzeć w oczy prawdziwej samotności. A jaka ona jest? Skazując ją na banicję, nie dowiemy się tego nigdy.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >