ROZMOWY

Shawn Carney: “Aborcja to naruszenie prawa człowieka”. Bohater filmu “Nieplanowane” o działalności pro-life

"Aborcja to naruszenie prawa człowieka. Udana aborcja polega na pozbawieniu życia człowieka, który nie ma możliwości obrony. Nienarodzone dzieci traktuje się jak własność" - mówi Shawn Carney, jeden z głównych bohaterów filmu „Nieplanowane”, szef fundacji „40 dni dla życia”.

Polub nas na Facebooku!

Paulina Guzik: Zacznijmy od tego, jak to się wszystko zaczęło. Studenci modlący się przed kliniką aborcyjną to niecodzienny widok. Co skłoniło ciebie i przyjaciół do tego, żeby tam pójść i zacząć się modlić?

Shawn Carney: Na mnie osobiście i na wielu innych studentów i młodych osób, nawet dorosłych z naszej społeczności, znaczny wpływ miał pewien wspaniały ksiądz; dlatego jesteśmy za życiem. Dorastałem we wschodniej części Teksasu, w którym katolicy stanowili 2%. Miałem niesamowite szczęście móc uczęszczać na Msze irlandzkiego misjonarza. W Irlandii aborcja była wtedy nielegalna i nie do pomyślenia, dlatego posyłali na misje ludzi zdolnych do stanowczej, ale i pełnej radości obrony nienarodzonych oraz przemawiania przeciw aborcji. W gimnazjum i szkole średniej miało to na mnie spory wpływ. Gdy dostałem się na studia, miałem już wyrobione przekonanie w tej kwestii, ale nigdy wcześniej nie widziałem kliniki aborcyjnej – nigdy również, tak mi się przynajmniej wydaje, nie spotkałem kobiety, która dokonałaby aborcji, ani mężczyzny, który zapłaciłby za nią lub do niej zachęcał. Zupełnie mnie zaskoczyło, gdy moja ówczesna dziewczyna, a obecna żona, powiedziała, że chodzi się modlić pod klinikę – była wtedy na trzecim roku studiów – i zaprosiła mnie, abym z nią poszedł! Udałem się tam oczywiście, a kilka lat później dowiedziałem się, że liczba dokonywanych aborcji wzrosła. Stąd decyzja o pełnym poświęceniu czterdziestu dni na tę sprawę – czterdziestu dni modlitwy, postu i pokojowego czuwania pod placówką.

Jesienią 2004 roku zorganizowaliśmy pierwszą kampanię „40 Days for Life” („40 dni dla życia”) przed kliniką, w której pracowała Abby Johnson. Akcja przerodziła się później w kampanię krajową, by w 2007 roku wyjść na arenę międzynarodową. W 2009 roku Abby była świadkiem aborcji. Po tym wydarzeniu przyszła prosto do mojego biura, które w tym czasie znajdowało tuż obok kliniki. Teraz w tym budynku mieści się centrala „40 Days for Life”.

 

Nasze działania ratują życie, dlatego wymagają odwagi i trudu, co wiem z pierwszej ręki. W ujęciu statystycznym mierzymy się z rzeczywistością gorszą niż Holokaust, z największą hekatombą w historii ludzkości.

Czego potrzeba do tego, aby zdecydować się pójść modlić przed kliniką?

Myślę, że odwagi, to oczywiste. Wiele osób trenuje sporty ekstremalne, skacze ze spadochronem czy też chodzi do parków rozrywki korzystać z atrakcji znacznie straszniejszych i groźniejszych niż modlenie się pod kliniką aborcyjną, ale żadna z tych osób nie ocali niczyjego życia. Nasze działania ratują życie, dlatego wymagają odwagi i trudu, co wiem z pierwszej ręki. Na początku jest ciężko, zresztą początki zawsze takie są. W ujęciu statystycznym mierzymy się z rzeczywistością gorszą niż Holokaust, z największą hekatombą w historii ludzkości.

 

Jaka jest najskuteczniejsza strategia ruchów pro-life, gdy po drugiej stronie widać transparenty z napisem: „To nasz wybór”?

Prawa człowieka, to znaczy troska o interesy tych, którzy nie mogą zabrać głosu w swojej obronie. Aborcja to naruszenie prawa człowieka. Udana aborcja polega na pozbawieniu życia człowieka, który nie ma możliwości obrony. Nienarodzone dzieci traktuje się jak własność, co miało już miejsce w historii Ameryki. Do tego aborcja ma katastrofalne skutki dla kobiet. Rzekomy wybór to kwintesencja antykobiecości. Nie ma gorszej zbrodni wobec kobiety niż przekonanie jej, że kobietą czyni ją jedynie zdolność i prawo do dokonania aborcji. Nie wyobrażam sobie bardziej poniżającej rzeczy, którą można powiedzieć kobiecie. To wyjątkowo smutne, ale często te fakty podkreślają osoby cierpiące z powodu aborcji lub po prostu zagubione. Większość osób nie dostrzega w tym niczego złego, bo wszystko odbywa się w szpitalu, a ofiar nie widać jak na wojnie, dlatego bronią one tego barbarzyństwa. Oczywiste jest jednak, że zabieg jest wymierzony przeciwko dziecku i ludzkości, a także kobietom, którym rzekomo pomaga, nie mówiąc już o tym, jak demoralizujący obraz społeczeństwa przedstawia. Uważam, że takie komunikaty oraz przyjęta strategia ruchów pro-life w USA reprezentują energię oddolną. Natomiast przemysł aborcyjny z ośrodkami Planned Parenthood ma co prawda dużo pieniędzy i wpływów politycznych, ale jest organizowany odgórnie. Stawia głównie na Waszyngton, co, jakby nie patrzeć, działa na niektórych frontach, ale brakuje im umocowania w masach społecznych. W ciągu ostatnich 10 lat zamknęli 37% placówek. To znak, że dzięki wydarzeniu „40 dni dla życia”, centrom będącym za macierzyństwem i podobnym wspaniałym inicjatywom – wygrywamy. Warto nadmienić, że w nasze działania angażują się młodzi ludzie. Ruchy oddolne to coś więcej niż polityka. Nie ma dla nich znaczenia, czy prezydentem jest Obama, największy w historii obrońca aborcji na takim stanowisku, czy Trump, który plasuje się w czołówce prezydentów pro-life. Inicjatywy społeczne są jak trawa, to znaczy rosną ku górze aż do osiągnięcia celu – naszym jest zakończenie aborcji.

 

Nie ma gorszej zbrodni wobec kobiety niż przekonanie jej, że kobietą czyni ją jedynie zdolność i prawo do dokonania aborcji. Nie wyobrażam sobie bardziej poniżającej rzeczy, którą można powiedzieć kobiecie. 

 

fot. facebook.com/shawn.carney.338

 

Co pomyślałeś sobie, gdy przybyła do ciebie Abby Johnson? Zapukała, otworzyłeś i od razu wiedziałeś, że ma problem? Poczułeś, że przyszła po pomoc?

Można było po niej poznać, że przyszła po pomoc i że przeżyła nawrócenie. Nie potrafiła tego ukryć. Miałem wtedy 25, może 26 lat, byłem młody i ona też. Myślę, że to ułatwiło nam komunikację. Abby jest dwa lata starsza ode mnie. Byliśmy młodzi i znaliśmy się z „branży”, z tym że ona stała po drugiej strony barykady. Odbyliśmy kilka przyjemnych rozmów i kilka zupełnie niemiłych konwersacji, które można zobaczyć w filmie; zostały bardzo dobrze odwzorowane. Mimo wszystko nigdy w nią nie zwątpiłem i jestem wdzięczny, że mogę tak teraz mówić, choć nigdy się nad tym nie zastanawiałem… Gdy się spotkaliśmy, była autentyczna, szczera. Wydaje mi się, że Abby nie potrafi ukrywać prawdziwych emocji, co jest niesamowitą łaską. Nie miałem wątpliwości nawet przez chwilę.

 

Jak to się stało że z pro-lidera stałeś się gwiazdą filmu?

Książka Abby “Nieplanowane” ukazała się w 2011 roku, a dwa lub trzy lata później dostałem telefon od Chucka i Carry’ego, czyli Carry’ego Salomona i Chucka Konzelmana, autorów scenariusza filmu “Bóg nie umarł”, dwóch katolickich gentlemanów. Wcześniej napisali kilka scenariuszy, ale nie dane im było samodzielnie reżyserować ani produkować filmów. Przeczytali książkę Nieplanowane, którą dostali po codziennej Mszy w Los Angeles – obstawiam, że od jakiejś przemiłej starszej pani, która nalegała, żeby zrobili z niej film. Wiesz, jak jest, słodkie staruszki potrafią nakłonić ludzi do robienia najdziwniejszych rzeczy, więc musieli wziąć książkę i się zgodzić. Carry przeczytał ją jako pierwszy i przekonał wspólnika do tego, że realizacja pomysłu jest wręcz koniecznością. Podziękowania należą się zatem uroczej starszej katoliczce, która po codziennej Mszy była na tyle, jakby to ująć, stanowcza, że zmobilizowała Chucka i Carry’ego do przeczytania książki, co poskutkowało tym, że odezwali się do nas w 2013 roku. Dodam, że panowie są z Nowego Jorku, a mieszkają w Los Angeles – jakby ktoś „wyjął” ich z Ojca chrzestnego. Powiedzieli mi, że kręcą film na podstawie książki Nieplanowane i oświadczyli, że przyjadą, aby zrobić wywiad ze mną i Marilisą. Byli u nas już dwa dni później. Do ich przyjazdu byłem pewny, że ktoś sobie ze mnie zakpił. Ale naprawdę pojawili się u mnie i przeprowadzili z nami sześciogodzinny wywiad. Ponownie przyjechali sześć miesięcy później i sfilmowali nasz budynek, zrobili zdjęcia. Oczywiście musiałem ich oprowadzić, bo naszą kwaterą stało się dawne centrum Planned Parenthood, w którym Abby była menedżerką. Identyczny schemat konstrukcji wykorzystano podczas kręcenia filmu i wyszło naprawdę niesamowicie. Cały proces zajął cztery lata. Nauczył mnie wiele o przemyśle filmowym, sprzedaży filmów oraz mocy drzemiącej w mediach, a do tego był wyjątkowo przyjemny. Nie chciałbym robić tego znowu, ale było warto.

 

A co z kobietami? Czy dochodzą do ciebie głosy kobiet, które po obejrzeniu filmu zrezygnowały z aborcji?

Tak, niemal natychmiast doszły do mnie takie informacje. Na początku myślałem, że ocalenie choćby jednego dziecka będzie sukcesem. Cieszyłbym się, gdyby jedna kobieta po obejrzeniu filmu zrezygnowała z zabiegu, ale zaledwie kilka godzin od premiery zaczęły do nas docierać różne relacje. Jedna z kobiet miała mieć aborcję w sobotę, ale jej przyjaciółce udało się ją namówić na wspólne wyjście na „nasz” proliferski film. Kupiły bilety na piątkowy seans filmu, myśląc, że po wyjściu z kina kobieta powie triumfalnie: „Widziałam film, a jutro i tak będzie aborcja”! Oczywiście film był dla niej na tyle poruszający, że nie tylko nie poddała się zabiegowi w sobotę, ale i udała się z koleżanką pro-life na czuwanie „40 dni dla życia” pod kliniką, w której miała umówiony zabieg, i modliła się wspólnie z innymi. Właściwie to było pierwsze świadectwo w weekend premiery. Myślę, że dzięki filmowi urodzi się naprawdę wiele nieplanowanych dzieci. To naprawdę piękne i cieszy mnie to, że mogę tego doświadczyć.

 

Co odpowiedziałbyś feministce, która może nawet miała już wcześniej aborcję i twierdzi, że to wspaniały zabieg, a na dodatek krzyczy, że to prawo kobiety? Co mówisz takiej osobie w rozmowie twarzą w twarz?

Przede wszystkim mówię: „Jesteśmy tu dla ciebie”. Nie ma sensu rozpoczynać produktywnej rozmowy z kimś, kto krzyczy o swoich prawach. Takie osoby jedynie racjonalizują sobie swoje decyzje i nie interesuje je nic ponadto. Uważam, że lepiej pozwolić im to robić i powiedzieć, że jesteśmy tam dla nich. Jasne jest, że tacy ludzie mają problem z aborcją. Przecież nikt nie próbuje uzasadniać, dlaczego je kurczaka zamiast łososia w sałatce, i nie denerwuje się z tego powodu. W przypadku aborcji decyzja jest zupełnie inna niż w przypadku jadłospisu. Zwolennicy aborcji chcieliby, żeby chodziło jedynie o gust, ale tak nie jest, stąd rodzi się ich niezadowolenie, a rozwiązywanie tak złożonego problemu na chodniku wykracza poza moje możliwości. Pozostaje jedynie powiedzenie, że nie muszą tego robić, a my jesteśmy dla nich. Uważam, że to poważny krok w dobrą stronę.

 

Argument podobny do tego o kurczaku i łososiu krążył po Polsce. Część redaktorów przekonywała, że aborcja to nic więcej niż wyrwanie chorego zęba, ot taki pożyteczny zabieg, tak przynajmniej twierdzili zwolennicy przerywania ciąży.

Argument zęba brzmi równie głupio co porównywanie aborcji do obcinania paznokci u stóp. Co więcej, przemysł aborcyjny wcale nie traktuje w ten sposób przerywania ciąży; kobiety, które są jej poddawane, również nie utożsamiają go z obcinaniem paznokci. Jedynie na uniwersytecie i w filmach mówi się o tym jak o wyrywaniu zęba. To niezwykle dziecinne, życzeniowe postrzeganie świata.

 

Opowiesz mi więcej o strategii spokojnego, pełnego miłosierdzia podejścia wobec kobiet przybywających do klinik aborcyjnych? Wiem, że nie krzyczycie ani nie utrudniacie im wejścia do środka, tylko modlicie się, głównie w ciszy, zupełnie jak na filmie. Omówiłbyś strategię i jej skutki?

Polegamy po prostu na prawie naturalnym i Boskim. Uważamy, że żadna kobieta nie chce tak naprawdę poddawać się aborcji, tak samo nikt w dzieciństwie nie marzy o pracy w klinice aborcyjnej. Obecnie lekarz dostaje ocenę, z której wynika, że będzie najlepszym specjalistą od aborcji w kraju. Część ludzi w to wierzy. Uważam, że aborcji towarzyszy zbyt dużo intelektualnej złożoności. Nikt tak naprawdę nie chce tam być poza wolontariuszami, którzy przychodzą, by udzielić pomocy, stąd cisza i miłosierdzie. Nie przesadzę, twierdząc, że to walka o serca i umysły, tylko tyle i aż tyle, dlatego najbardziej skupiamy się na tych aspektach.

 

Czy Jan Paweł II jest dla ciebie inspiracją?

Mówił o aborcji w mojej ojczyźnie, chyba to jest najważniejsze. W szkole średniej brałem pod uwagę kapłaństwo. Jan Paweł II rozpalił we mnie to pragnienie, zwłaszcza wtedy, gdy zobaczyłem go w Saint Louis. Wszyscy w kraju optowali za aborcją, co zrodziło we mnie skrajną niechęć wobec rządów i prezydentów; Natomiast przyjazd Jana Pawła II do Ameryki wywarł na mnie wielkie wrażenie. Do teraz widzę w wyobraźni Billa Clintona i papieża na lotnisku. Jeszcze nawet nie odpoczął po podróży, dopiero przybył do kraju i od razu przechodzi do obrony życia w obecności prezydenta Billa Clintona. To było coś niesamowitego! Zacząłem się nad sobą poważnie zastanawiać. On dopiero przyjechał, angielski jest dla niego językiem obcym, słychać u niego wyraźnie polski akcent, a mimo to mówi prawdę. Wspaniałe! Krzyczałem wtedy: „Kochamy cię JP II!”.

 

Czy czujesz jego obecność podczas „40 dni dla życia”? Czy daje ci odwagę w te dni?

Czuję, myślę o Janie Pawle II, nawet kilka razy prosiłem o jego wstawiennictwo w okolicznościach, gdy się zdenerwowałem, czegoś przestraszyłem lub w jakichś naprawdę nieprzyjemnych sytuacjach. Robię to, bo w swoim życiu emanował pewnością siebie. Niby nikt nie jest całkowicie wolny od strachu, ale on, zdaje mi się, był. Dokładnie takie było jego głębokie życie wewnętrzne, życie głęboko zatopione w modlitwie. Gdy konfrontował się z komunistami, trzęśli się ze strachu. Podobnie było z aborcjonistami. Zmierzył się z nimi, ale po ojcowsku, z miłością – na pewno wiesz, o czym mówię, bo wiele razy go widziałaś. Dlatego właśnie w chwilach zdenerwowania czy lęku myślę o nim i proszę o wstawiennictwo, ponieważ podczas jego pontyfikatu miało miejsce naprawdę wiele trudnych wydarzeń, zarówno w Kościele, jak i poza nim. Według mnie jest wzorem do naśladowania.

 

fot. facebook.com/shawn.carney.338

 

To on mówił nam w pierwszych chwilach pontyfikatu: „Nie lękajcie się”. Kiedy odczułeś największy stres w związku z „40 dniami dla życia”, ale też jakie chwile wspominasz najlepiej?

Najbardziej zestresowała mnie wizyta Abby w moim biurze. Była swojego rodzaju wisienką na torcie z mojego stresu, ponieważ kupiliśmy budynek obok ośrodka Planned Parenthood, a ja jeździłem po całym kraju z uwagi na rosnącą popularność „40 dni dla życia”. Byłem bardzo zajęty, a do tego mnie i Marilisie urodziło się trzecie dziecko w ciągu trzech lat i mieliśmy się przeprowadzić do Waszyngtonu. Jeszcze nie powiedzieliśmy rodzinie o tym, że zamierzamy się wykopać z korzeniami i przenieść na odległy koniec Stanów. Osobiste sprawy były napięte, w zawodowych totalny szał, aż tu nagle widzę Abby w moim biurze. Wiedzieliśmy, że Planned Parenthood nie odpuści ani mnie, ani jej, a nasze obawy potwierdziła rzeczywistość. To był bardzo owocny i piękny okres, ale pod kątem stresu, patrząc z perspektywy czasu na 26-letniego mnie, przeszedłem wtedy prawdziwą szkołę życia. Teraz, po upływie 10-11 lat jestem bardziej zajęty niż kiedykolwiek. Nadal nie do końca wiem, co robię (śmiech), ale wiem znacznie więcej niż wtedy. Dzięki temu łatwiej mi się żyje. Trudno mi wyłowić te jednoznacznie najlepsze chwile. Szczerze? Myślę, że największą radość czerpię z dorocznego prywatnego sympozjum z lokalnymi liderami, gdy wszyscy zjeżdżają się w Londynie w celu omówienia kampanii międzynarodowych. Uwielbiam też wydarzenia w stolicy Meksyku i Stanach Zjednoczonych. To piękne móc się spotkać z liderami, usłyszeć ich historie, dowiedzieć się o ich zmaganiach i trudach w życiu osobistym. Mieliśmy liderów, którzy potracili współmałżonków i dzieci, przeżywali katastrofy samochodowe i żyli dalej, jednocześnie przewodząc kampaniom „40 dni dla życia”. Przebywanie w obecności takich osób to największa nagroda.

 

Naprawdę zadziwia mnie to, jak proste byłoby życie, gdyby każdy robił chociaż połowę z tego, czego uczy nas Kościół. Niestety, słabo stosujemy się do jego poleceń, przez co grzeszymy, ale przecież lepsze życie jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko żyć w wierze katolickiej.

Czy wierzysz, że robiąc coś tak fundamentalnego jak ratowanie życia dziecka, ściągasz na siebie więcej zła? Uważasz, że zło skupia się na tych, którzy czynią więcej dobra? Doświadczasz tego? Czy twoi liderzy tego doświadczają?

Tak, muszę wykonywać mnóstwo duchowej pracy i moi liderzy czują tak samo. To jeden z powodów, dla których napisałem moją nową książkę “To the Heart of the Matter”. Wierzę, że rzeczy wymagają odpowiedniego uporządkowania. Były chwile, gdy czułem się ofiarą ataku duchowego. Według mnie należy być świadomym niebezpieczeństw; gdy tylko opuścisz gardę, diabeł zaatakuje. Jeśli jednak o niej pamiętasz, modlisz się, chodzisz na Mszę, regularnie się spowiadasz i do tego działasz, szukając drogi duchowej, diabeł nie będzie miał do ciebie łatwego dostępu. Uważam, że to naprawdę wiele daje. Oczywiście musimy również powierzyć swoje życie duchowe Kościołowi. Wspaniałe jest życie monastyków: nie istnieje ciągła gniewna wojna, ale są też wspaniałe czasy pokoju i radości. Na pewno wiesz, jak genialnie radziła sobie św. Teresa z Ávili, gdy przychodził do niej diabeł. Nie wstawała, tylko wznosiła wzrok i mówiła mu po prostu: „O, to znów ty”. Przekonanie o tym, że świat zmierza w dobrym kierunku, i ciągły rachunek sumienia to podstawy. Naprawdę zadziwia mnie to, jak proste byłoby życie, gdyby każdy robił chociaż połowę z tego, czego uczy nas Kościół. Niestety, słabo stosujemy się do jego poleceń, przez co grzeszymy, ale przecież lepsze życie jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko żyć w wierze katolickiej.

 

Jakie masz marzenia? Zarówno te osobiste, jak i te związane z ruchem pro-life?

Właściwie to ciągle żyję marzeniami. Żyję na ziemi po to, aby być dobrym mężem i ojcem, bez względu na to, czy miałbym być hydraulikiem, liderem ruchu pro-life czy dane by mi było zostać wybranym na prezydenta Polski. Rodzina jest dla mnie najważniejsza. Jeśli zaś chodzi o ruch pro-life, marzę, aby wszystkie kliniki aborcyjne zniknęły z Ameryki, nawet gdyby przerywanie ciąży miało być dalej legalne. Taki stan rzeczy byłby znakiem odmiany duchowej. Zresztą to jest po prostu najważniejsze – prawo jedynie imituje prawdę. Amerykanie przeszli wiele pomimo swojej krótkiej historii; co więcej, uważam, że to dla nas korzystne, ponieważ możemy się zmienić, a razem z nami zmieni się ten kraj. Uważam, że zmiana jest możliwa w nawet dziesięć lat, co zresztą potwierdza historia. Wszystko zaczęło się od 13 kolonii, które nie bały się rozpętać największego buntu w historii wojny. Zwycięstwo nad Wielką Brytanią nie leżało w naszym interesie, po prostu masowo się zbuntowaliśmy i wywalczyliśmy sobie kraj. Co prawda czasami zarządzaliśmy nim nieudolnie, ale nie brakowało nam hartu i ostatecznie kilka razy wyświadczyliśmy światu wielkie zasługi. Wierzę, że ludzie, którzy bronią życia, bez względu na to, czy są z Polski, Meksyku, Irlandii czy Ameryki, to po prostu patrioci. Walczą dla Boga i ojczyzny. Abraham Lincoln obawiał się nie wrogich najazdów, ale zjawisk, które mają obecnie miejsce, to znaczy rozsadzania narodów od wewnątrz. Obecnie to nasza kultura jest dla nas największym zagrożeniem. Moim marzeniem jest koniec działalności klinik aborcyjnych spowodowany przemianą serc i umysłów.

 

Dziękuję bardzo, Shawn, to była naprawdę inspirująca rozmowa.

Dziękuję za możliwość przemawiania do tak wspaniałych ludzi w Polsce. Mam nadzieję, że kiedyś odwiedzę wasz kraj osobiście.

 

Wybrane fragmenty wywiadu Pauliny Guzik z Shawn’em Carney’em pochodzą z książki “Nieplanowane. Bunt dla życia” autorów: Chuck Konzelman i Cary Solomon. Książka przedstawia kulisy produkcji i wprowadzenia filmu “Nieplanowane” na polski rynek, motywy i postawy bohaterów filmu, poruszające świadectwa widzów, których film wyrwał z wygodnej bierności i zachęcił do zaangażowania się po stronie życia.

Książkę można zakupić TUTAJ>>>

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

ROZMOWY

Tomasz Grabowski OP: Sytuacja epidemii nie zmienia stosunku do Eucharystii

"Powstrzymywanie się przed udziałem w Mszy św. nie powinno być powodowane lękiem lecz racjonalnym podejściem do zagrożenia i dbałością o innych" - mówi Dominikanin o. Tomasz Grabowski w rozmowie ze Stacją7.

Andrzej Mitek
Andrzej
Mitek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Andrzej Mitek: Jak świętować Eucharystię i naszą bliską, eucharystyczną relację z żywym Bogiem w warunkach epidemii? 

O. Tomasz Grabowski OP: Zgodnie z tym, co zostało ogłoszone komunikacie Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski i konkretnymi zaleceniami biskupa własnej diecezji. Pamiętam, gdy podczas jakiejś uroczystej Mszy świętej Pan prezydent złapał komunikant, który wypadł z cyborium. Wówczas z wielu stron pytano, czy tak można się zachować i na chwilę Eucharystia stała się tematem absorbującym uwagę. Mam wrażenie, że aktualnie dzieje się coś podobnego. Skupiamy się na praktycznym wymiarze udziału we Mszy św. Spróbujmy spojrzeć głębiej. Dla osób wierzących jest jasne, że sytuacja epidemii nie zmienia ich stosunku do Eucharystii.  

Niemniej, szczególne okoliczności sprawiają, że sprawowane Msze są okazją do gorliwej modlitwy za chorych, służbę medyczną i o ustanie zarazy. Jako wierzący powinniśmy dodatkowo pytać, co takiego Pan historii i wszelkich zdarzeń na świecie, chce nam dać do zrozumienia przez dopuszczenie epidemii. Takie pytanie uświadamia nam, że doświadczenie trudnego do zatrzymania zła jest wezwaniem do wstawiennictwa za grzeszników, a więc tych, którzy sami wobec Boga milczą. Módlmy się w ich imieniu, by epidemia nie była dla nich powodem jedynie cierpienia, ale by zdołali ją odczytać jako krzyk Pana Boga wołającego, by w końcu zwrócili się do Niego. Wstawiając się za nich pamiętajmy, że spośród grzeszników, my jesteśmy pierwsi. Grzech wierzących, ludzi Kościoła, jest o wiele gorszy niż osób, które nie mają wiary. My wiemy Kogo obrażamy. Może ta epidemia jest — szczególnie w Polsce — znakiem dla Kościoła. Tak, czy inaczej wstawiennictwo i pokuta mogą, a może i powinny być ważnym rysem przeżywanych Mszy. 

 

Jak wobec epidemii ma się zachować katolik, który chce uczestniczyć w niedzielnej Mszy świętej? 

Powinien kierować się zdrowym rozsądkiem, miłością do innych i miarą własnej wiary. Zdrowy rozsądek nakazuje, by nie narażać samego siebie na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Miłość zaleca, by chronić innych przed możliwością zarażenia. Wiara natomiast nie negując pierwszego i drugiego, zachęca do odwagi. Dlatego jeśli odpowiadamy za osoby starsze (np. opiekujemy się rodzicami) lub dzieci, jeśli czujemy się chorzy lub osłabieni, albo widzimy u siebie symptomy choroby, powinniśmy w imię rozumu i miłości unikać przestrzeni publicznych. Ale jeśli po prostu się boimy, wówczas należy pytać, czy aby moja wiara nie wymaga rozpalenia. Wobec braku wiary nie należy wykazywać się brawurą, ale pokorą. Dlatego widząc w sobie brawurę, należy raczej prosić o ożywienie wiary, pokornie uznać, że potrzebujemy Bożej interwencji w nas samych, abyśmy dzięki niej zostali wyrwani z letniości. Możemy wówczas pójść na Mszę do kościoła, gdzie gromadzi się niewiele osób i prosić o własne nawrócenie, którego kierunek został nam uświadomiony dzięki panującej epidemii.  

 

Na czym w tej sytuacji polega obowiązek niedzielnej Eucharystii? Czy Msza transmitowana przez radio/telewizję wypełnia ten obowiązek? 

Dzięki dyspensom udzielanym przez poszczególnych biskupów diecezji w określonych przez nich przypadkach wysłuchanie transmisji czyni zadość udziałowi w Mszy świętej. Osobiście zachęcam, by przeżyć ją w skupieniu, poza dostępem do tego, co może rozpraszać. Dobrze byłoby się do niej przygotować nie tylko przez modlitwę ale nawet przez odświętne ubranie. Niech jej przeżywanie będzie analogiczne do wyjścia do kościoła. Dobrze jest spróbować przeżyć ją wspólnie z domownikami, podać sobie znak pokoju, a w trakcie modlitwy eucharystycznej uklęknąć i zamknąć oczy, by przyjąć Komunię pragnienia lub duchową.

 

Będąc w domu i śledząc transmisję Mszy świętej można przyjąć Komunię duchową? 

Jeśli jest się w stanie łaski uświęcającej, tak. Komunia duchowa polega na tym, że pomimo braku dostępu do Najświętszego Sakramentu proszę o owoce Jego przyjęcia. Bóg może mi ich udzielić, ponieważ On sam nie jest ograniczony przez sakramenty. Te zostały nam dane, abyśmy mieli pewny (w znaczeniu „niezawodny”) środek do otrzymania łaski, którą stwarza Bóg. Zatem skoro spełniam warunki przyjęcia sakramentu, a nie mam do niego dostępu, Bóg może udzielić mi owoców związanych z danym sakramentem. Czym innym jest Komunia pragnienia, która dotyczy osób nie znajdujących się w stanie łaski uświęcającej. W takim wypadku (jeśli przystąpienie do spowiedzi nie jest możliwe) przez pragnienie przyjęcia Komunii łączę się z Chrystusem.  

Pamiętajmy, że celem przyjęcia Komunii jest zjednoczenie z Panem, który wprowadza nas w swoje serce udzielając nam siebie. Jednocześnie Komunia jest zasadą jedności Kościoła: ci, którzy przyjmują Najświętszy Sakrament są zjednoczeni w Bogu. Zatem w sytuacji braku dostępu do Komunii, należy budzić w sobie pragnienie zjednoczenia z Bogiem i Kościołem, a On w swojej hojności odpowie na naszą prośbę według naszej wiary i dyspozycji (czystości serca). 

 

Pojawiają się głosy, że najlepszym lekarstwem na epidemię i chorobę jest Eucharystia i Komunia Święta. Czy to nie jest lekceważenie rozumowego podejścia do wiary i zbawienia w tym sensie, że oprócz wiary we wszechmoc Bożą powinniśmy po ludzku robić wszystko, co do nas należy, by zapobiec rozprzestrzenianiu się zarazy?  

Kwestia jest nader delikatna. Pierwszym celem Komunii jest cel duchowy: zjednoczenie z Bogiem i braćmi. Dlatego nazywamy ją „zadatkiem zbawienia”, ponieważ zbawienie nie jest niczym innym, jak pełnym na miarę naszej natury, trwałym zjednoczeniem z Bogiem. Jedność z Bogiem daje dostęp do Jego darów, których udziela według swojej mądrości i wiary ludzi. Jednym z nich może być udzielenie zdrowia ciała. Nieraz modlimy się o nie podczas Mszy w modlitwie po Komunii. Niemniej jednak, należy pamiętać, że Bóg nie jest automatem, a wiara magią. Gdyby tak było, sprawowanie obrzędów powodowałoby auto-magicznie określone skutki. Te jednak są — jak powiedziałem — zależne od Bożej woli i naszej wiary. Każdy powinien osobiście badać moc swojej wiary i pytać o wolę Boga. Może wolą Boga jest, abym przeszedł przez cierpienie, doświadczył krzyża, a nie został uleczony? 

Powstrzymywanie się przed udziałem w Mszy nie powinno być powodowane lękiem lecz racjonalnym podejściem do zagrożenia i dbałością o innych.

Równolegle — doceniając piękny dar Boży, jakim jest rozum — należy pytać siebie, czy nadmierna zapobiegliwość jest wynikiem racjonalnego myślenia, czy jedynie racjonalizacją lęku. Wiara rozumowi nie przeczy. Wiara jest racjonalna. Ale zarazem jest dopuszczeniem absolutnie nieskrępowanej woli Boga, którego umysł nieskończenie przekracza nasz własny. Trzeba pokory, by uznać, że nie wszystko wiem, a niekiedy mam wiarę mizerną. Wówczas pokornie oceniam, że to, co jest prawdą w życiu świętych, nie musi być prawdą w moim życiu, ponieważ brak mi wiary lub Bóg chce mnie poprowadzić drogą inną od opisanych w hagiografiach. Tak, jak powiedziałem wyżej: powstrzymywanie się przed udziałem w Mszy nie powinno być powodowane lękiem lecz racjonalnym podejściem do zagrożenia i dbałością o innych. Sam mam prawo ryzykować swoim zdrowiem — nie jest to mądre, ale nikt mi tego nie jest w stanie zabronić. Nie mogę jednak ryzykować zdrowiem innych osób. Byłaby to przemoc mojej wiary nad nimi. Obligowałbym ich przez własne przeżycie wiary do tego, by postępowali tak, jak ja wierzę. To nie jest droga uczniów Chrystusa. Ci, jeśli dostrzegają czyjś brak wiary, modlą się za niego, próbują wiarę w nim rozpalić, ale nie zmuszają do tego, by uwierzył. Wiara pozbawiająca innych wolności jest zabobonem. 

 

 

Odwołując się do historii — czy w czasach epidemii zamykano Kościoły? Jak postępowano? 

Nie słyszałem o takich sytuacjach, ale też nie badałem tej kwestii. Chrześcijanie wiedzeni miłością do ludzi najpierw się za nich modlą, a potem im pomagają przeżyć czas zarazy: opiekują się chorymi, grzebią zmarłych, biorą w opiekę sieroty… Nie mamy do czynienia z tak dramatycznymi okolicznościami. Dlatego możemy wykorzystując odwagę wiary pomóc starszym osobom w zorganizowaniu dla nich zakupów, by nie musieli wychodzić z domu, możemy skupić się na zorganizowaniu czasu dzieciom w domu, by się nie nudziły bez szkoły i kolegów, możemy w końcu oddać się realnej modlitwie wstawienniczej, by doświadczenie epidemii poruszyło serca ludzi i skłoniło je do powrotu do Boga. 

Zamknięcie kościołów byłoby sygnałem, że ten czas należy przeżyć jako wydarzenie, które nie ma związku z Bożą Opatrznością, dlatego stosujemy wyłącznie świeckie środki zaradcze. Modlitwa jest wyrazem wiary, że Boża Opatrzność panuje zarówno nad wirusami, jak i nad klastrami galaktyk. Kościół jest uprzywilejowanym miejscem modlitwy. Dlatego stosujmy się do naturalnych środków ostrożności kierując się po nadnaturalną pomoc. 

 

 

Jeśli nie musimy, nie odmawiajmy sobie łaski wzajemnego umocnienia w wierze i wspólnej modlitwy. Nie dążmy na siłę do stania się kościołem podziemnym.  

A może wystarczy zatem trwać na modlitwie we własnym domu, we wspólnocie rodzinnej, korzystając z transmisji medialnych? Przecież modlitwa eucharystyczna Kościoła dzięki kapłanom i tak będzie trwać dalej? 

Proszę pamiętać, że jesteśmy reprezentowani przez świętych w niebie, którzy nieustannie modlą się za świat. Czy to oznacza, że sami mamy się lekką ręką zwolnić z modlitwy? Nie oznacza, ponieważ modlitwa jest czasem, w którym w sposób szczególny oddajemy się Bogu, by nas kształtował. Podobnie ma się rzecz z udziałem w Mszy. Jesteśmy reprezentowani przez księży i oni będą modlić się za nas i za innych w czasie ofiary Mszy świętej. Niemniej, owoce Mszy nie ograniczają się do tych związanych z przyjęciem Komunii. Są też takie, które wiążą się z udziałem w Mszy. Pan jest obecny w swoim ludzie, którego jawną reprezentacją jest zgromadzenie wiernych. Ich wzajemne świadectwo, modlitwa i wiara kształtuje Kościół. Jeśli nie musimy, nie odmawiajmy sobie łaski wzajemnego umocnienia w wierze i wspólnej modlitwy. Nie dążmy na siłę do stania się kościołem podziemnym.  

 

Gdzie ojciec się znajduje, jak ojciec przeżywa tę sytuację w swojej wspólnocie, razem ze współbraćmi? 

Przebywam w klasztorze, czyli w domu, w którym dodatkowo znajduje się nasze wydawnictwo, a więc miejsce mojej pracy. Pracownicy, o ile to możliwe i o ile wyrazili takie oczekiwanie, pracują zdalnie lub podjęli opiekę nad dziećmi. Bracia natomiast odprawiają Msze i słuchają spowiedzi, ale zrezygnowaliśmy z wszelkich innych form pracy duszpasterskiej: nie ma spotkań, nabożeństw, wydarzeń otwartych. Ograniczamy nasz kontakt z wiernymi, bo jesteśmy idealnymi kandydatami na wirusowy hub. Jednocześnie codziennie modlimy się wspólnie i indywidualnie także w intencji o ustanie epidemii. Osobiście mam więcej czasu na myślenie nad sensem tych wydarzeń, z czego się bardzo cieszę. Zarazem ze spokojem obserwuję, czy aby nie pojawiają się u mnie symptomy choroby, ponieważ wiele w ostatnich dniach podróżowałem po kraju, a więc i szansa zarażenia się była większa. Staram się przeżyć ten czas bez paniki, z roztropnością i wiarą, która zapewnia mnie, że każde wydarzenie w moim życiu jest dopuszczone przez dobrego Boga. Jeśli spodoba Mu się, bym chorował, wiem, że ma w tym swój zamysł, który ma mnie doprowadzić do bliższego z Nim zjednoczenia. 

 

o. Tomasz Grabowski OP – Dominikanin, czyli kaznodzieja. Prowadził szereg wykładów poświęconych liturgii w ramach m.in. Dominikańskich Szkół Wiary, Dominikańskiego Studium Filozofii i Teologii, Studium Dominicanum, Wrocławskiego Studium Liturgiczno-Wokalnego. Prowadził również zajęcia dydaktyczne i formacyjne w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym oo. Dominikanów. Publikował m.in. w miesięczniku „W drodze”, „List”, „Teofilu”, „Presje” oraz w „Pastores”. Od czasu do czasu pozostawia wpisy na blogu „19te piętro” na stronie Liturgia.pl. Regularnie głosi rekolekcje dla grup, parafii i księży czy wspólnot zakonnych. Przez wiele lat interesował się i badał historię rytu dominikańskiego. Zajęcie to porzucił z powodu bieżących obowiązków. Pozostała jednak pasja. Słucha greckiego śpiewu liturgicznego, chorału gregoriańskiego i nieco innej muzyki chrześcijańskiej i tej związanej z kultem i zupełnie niezwiązanej. W latach 2005-2016 prezes Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny. Od września 2016 r. prezes Wydawnictwa Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego „W drodze” w Poznaniu. Ma ormiańskie korzenie i nieuzasadnioną korzeniami miłość do Włoch. Ceni dobrą kawę i wino, jest świadomym — nieco bardziej niż przeciętny — użytkownikiem Apple. Od lat, jeśli tyko może, składa teksty w systemie LuaLaTeX (również chorał gregoriański).

 

Andrzej Mitek

Andrzej Mitek

Dyrektor zarządzający w portalu Stacja7.pl. Odpowiedzialny za realizację kluczowych projektów z obszaru IT i biznesu. Wcześniej pracował jako rzecznik prasowy jednej z największych atrakcji turystycznych na Śląsku, był także dziennikarzem “Sportu”. Zainteresowany nowymi technologiami, optymalizacją, światem internetu i rozwojem osobistym. Prywatnie szczęśliwy mąż i tata, wolne chwile przeznacza na uprawianie sportu i domowe piwowarstwo.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Andrzej Mitek
Andrzej
Mitek
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap