video-jav.net
ROZMOWY

“Rób co chcesz, ale nie proś mnie o pieniądze”

– Czas i pieniądze zainwestowane w młodych nigdy nie są stracone – mówi ks. Andrzej Tuszyński, prezes radomskiego Centrum Stowarzyszenia Młodzieży “Arka”.

ks. Andrzej Tuszyński
ks. Andrzej
Tuszyński
zobacz artykuly tego autora >
Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Stowarzyszenie Centrum Młodzieży “Arka” działa w Radomiu od 16 lat. 1300 wolontariuszy rozwija w niej swoje pasje i talenty. Dzięki zaangażowaniu prezesa, ks. Andrzeja Tuszyńskiego “Arka” jest liderem w zakresie pozyskiwania funduszy na działalność dobroczynną w regionie radomskim. Uczy młodych ludzi zaangażowanych w inicjatywy kościelne odpowiedzialności za swoje decyzje, także finansowe.

 

Skąd czerpiecie pomysły na działanie Arki? To raczej inicjatywa młodych czy wychodzenie naprzeciw ich potrzebom?

W zasadzie jedno i drugie. W Arce kierujemy się zasadą „nic dla młodzieży bez młodzieży”. Jeśli chodzi o zarząd i stowarzyszenie to dużo ludzi podpowiada nam różne rozwiązania i pomysły. My żyjemy w świecie, wśród ludzi, widzimy, co im jest potrzebne. Planujemy teraz reaktywację kawiarni w jednym z dawnych punktów Arki. I to jest projekt z inicjatywy młodzieży. Młodzi ludzie powiedzieli wprost, że chcą miejsca, w którym mogliby się bezpiecznie i kulturalnie bawić, bez alkoholu i narkotyków. Na podstawie ich wypowiedzi można wnioskować, że mają jakieś przykre doświadczenia z tego typu miejscami rozrywki. Tę kawiarnię będą prowadzić młodzi dla młodych, dla tych, którzy żyją wartościami. Będzie miejsce na spotkanie, koncerty, wystąpienia.

Mamy 1300 wolontariuszy. Arka będzie istnieć dopóki będzie ich słuchać, od początku była dedykowana ludziom młodym. Dla mnie najsmutniejsze jest gdy przychodzę do Arki i jest pusto, nikogo nie ma. Od razu zastanawiam się, czemu, co poszło nie tak. Odróżnia nas od innych instytucji to, że to nie jest miejsce pracy ale miejsce pasji. To miejsce dla młodych, przestrzeń, w której można rozwijać swoje talenty. 

 

A poza rozwojem można powiedzieć, że także ocala tych młodych ludzi.

Dokładnie tak. 20 lat temu, kiedy zaczynaliśmy pracę centrum, usłyszeliśmy czytania o biblijnej Arce. Mogę z pewnością powiedzieć, że przez ten czas kilka osób Arka uratowała – czy to od więzienia, czy uzależnienia. Jestem przekonany, że dla tych paru osób było warto takie centrum wolontariatu utworzyć. 

 

Takie przedsięwzięcie jak Arka wymaga chyba sporych nakładów finansowych. Jak sobie z tym radzicie?

Bardzo ważni są w tym względzie darczyńcy i bardzo ważny jest też 1%, ale teraz naszym priorytetem jest takie funkcjonowanie Arki, byśmy byli w stanie sami sfinansować nasze projekty. Organizujemy szkolenia i warsztaty, ale staramy się sami na nie zapracować. Obecnie prowadzimy Międzynarodowe Centrum Wolontariatu, w którym poza bazą noclegową jest miejsce na organizację spotkań w wynajętych salach, z możliwością zapewnienia wyżywienia. Oczywiście pojawia się tu młodzież z wolontariatów międzynarodowych, ale z tego miejsca mogą korzystać praktycznie wszyscy, czy indywidualnie, czy grupowo. Przygotowujemy się teraz do organizacji różnego rodzaju uroczystości rodzinnych – komunii, chrztów, przyjęć. 

 

Jak reagują dobroczyńcy Arki na propozycję pomocy?

Mamy spore grono zaufanych osób, które stale nas wspierają, to relacje wypracowane przez lata współpracy. Często jest to wsparcie nie tylko finansowe, ale także konkretna pomoc materialna czy prawnicza, księgowa. Jak reagują? Dzisiaj w biznesie bardzo ważny jest aspekt społeczny, darczyńcy chętniej wspierają zaufane organizacje, chcą wspomagać to, co rzeczywiście jest wartościowe. Nasza działalność jest bardzo konkretna i przedsiębiorcom pokazuję konkretne jej owoce – jeśli dziś nie zaopiekujemy się młodymi, to jutro będziesz miał porysowany samochód albo po prostu nie będziesz się czuł bezpiecznie. 

 

 

A czy jako instytucja działająca przy Kościele nie spotykacie się z negatywnymi głosami na temat obrotu finansami?

Pojawiają się nieprzychylne reakcje, ale to naprawdę rzadkość. Niestety najwięcej ze strony księży, którzy mnie pytali, czy to na pewno ma sens, po co się tak męczyć dla młodzieży. Ja uważam, że inwestycja w młodych to inwestycja w przyszłość. To nie są nigdy stracone pieniądze. W Stowarzyszeniu pieniądze są sprawą bardzo transparentną, mamy raporty, kontrole, działamy przejrzyście. Nie pozwoliłbym na to, aby pieniądze były pozyskane nieuczciwie albo nierozważnie wydanie. 

 

Temat biznesu i zarządzania pieniędzmi w Kościele to chyba wciąż temat trudny. Jak temu zaradzić?

Pieniądze nie są czymś złym, jeśli się je dobrze wykorzystuje. My w Kościele mamy jakiś lęk, blokadę przed rozmawianiem o pieniądzach. Może przydałoby się więcej rad parafialnych, które pomagałyby w dobrym, mądrym zarządzaniu pieniędzmi. Ludzie są przekonani, że Kościół ma potężne zasoby pieniężne, ale tak naprawdę Kościół jest biedny. Oprócz budynków i ziem, Kościół nie prowadzi bardzo szeroko działalności zawodowej. Dziś nie ma wielu katolickich placówek medycznych czy edukacyjnych. Za parę lat ludzie będą się bogacić a Kościół będzie ubożał. Widzimy to na przykładzie Europy zachodniej. Proces laicyzacji postępuje, a kraje są świetnie rozwinięte. My myślimy, że to nas nie spotka, że Polska jest krajem katolickim i głęboko wierzącym, a tak naprawdę może i do nas taka mentalność przyjść. 

 

Można powiedzieć, że Arka uczy przedsiębiorczego podejścia do inwestowania w to, co dobre. Ludzie wierzący powinni się takiej uczyć takiej postawy.

Dla mnie największą mobilizacją było spotkanie z biskupem [bp Jan Chrapek, w latach 1999-2001 ordynariusz diecezji radomskiej – przyp. red.]. Poszedłem od niego z prośbą o wsparcie finansowe. Byliśmy w trudnej sytuacji, nie mieliśmy na prąd, gaz. Przede mną wszedł zakonnik z tą samą sprawą – on prowadził kuchnię dla ubogich. Usłyszałem przez drzwi, jak biskup mówi do niego, że św. Franciszek to by się wstydził przyjść do biskupa z prośbą o pieniądze, tylko by sobie sam poradził. Zanim wszedłem, wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Kiedy przyszła moja kolej, jedyne, co przyszło mi do głowy, by powiedzieć to „jak się ksiądz biskup czuje?” na co ten odpowiedział „o, przynajmniej jeden, który nie przyszedł po pieniądze”. Przy innym spotkaniu powiedział mi „rób co chcesz, ale nie proś mnie o pieniądze”. Od tamtej pory wiedziałem, że będziemy musieli z młodzieżą zapracować na pomoc, trochę się natrudzić, że to nie może być takie proste. Dzięki temu w Arce bardzo szanujemy pieniądze – bo one nie przychodzą nam łatwo, każdą złotówkę do wydania trzeba przemyśleć. To też uczy nas odpowiedzialności. 

 

I to uczy także odpowiedzialności młodych.

Tak, a nawet mamy kilku wolontariuszy, którzy w poprzednich latach korzystali z pomocy Arki a dziś sami jej pomagają. To w wielu przypadkach ludzie, którzy założyli własne firmy, prowadzą działalność i są chętni do wspierania. 

 

Gdzie znajduje ksiądz siłę na te wszystkie inicjatywy?

Ja mówię w ten sposób – jeśli coś jest dziełem Pana Boga, to się ostanie. Jeśli nie, to znaczy że nie było to potrzebne i trzeba iść dalej. Siła zawsze przychodzi z góry. Ja jestem szczęśliwym człowiekiem, bo lubię to, co robię i lubię tych, z którymi pracuję. Mam wokół siebie ludzi z pasją i to przynosi owoce. Z 25 lat kapłaństwa 20 lat poświęciłem pracy młodzieży. Jeśli to już działa 20 lat, to znaczy że jest to potrzebne.  

 

ks. Andrzej Tuszyński

ks. Andrzej Tuszyński

Prezes Stowarzyszenia Centrum Młodzieży „Arka” w Radomiu. Od wielu lat w działania społeczne angażuje młodzież, studentów i osoby starsze. Swoją pasją zaraża społeczność lokalną.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Otylia Sałek

Otylia Sałek

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i "Przyjaciół" oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Andrzej Tuszyński
ks. Andrzej
Tuszyński
zobacz artykuly tego autora >
Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >

Dystrybucja dobra: pomagać tu i teraz

Współdziałanie ze słabszymi to nie „odpalenie” im gotówki, ale bycie z nimi; nie tworzenie poczucia, że jesteśmy lepsi i gorsi, ale budowanie więzi - mówi Rafał Szczepański, zaangażowany społecznie przedsiębiorca i jeden z mecenasów Stacji7.

Rafał Szczepański
Rafał
Szczepański
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Co to jest dystrybucja dobra? Podobno jest Pan autorem tego terminu?

Dawanie dobra można porównać do siewu zboża: kiedy zasiejemy ziarna – wyrosną kłosy, będzie ich więcej niż zasialiśmy na początku. Ale dobro nie uczyni się od razu jednym ruchem. Nie mamy tej sprawczości Stwórcy, który jednym działaniem może uczynić wszystko. My możemy budować po kawałku, przekazywać dobro, bo ono dalej się pomnaża, rozchodzi.

 

Czyli to taka pomoc w przekazywaniu go dalej?
Tak, ponieważ wtedy włączają się inne mechanizmy, pomnażające siłę naszych działań. Ja sam nie opróżnię na przykład wanny z wodą łyżeczką, ale z innymi się to może udać. Kojarzy mi się to także z pomnażaniem talentów, bo to pomnażanie ich odbywa się właśnie poprzez dzielenie z tymi, którzy dostali ich mniej. Nie wolno nam talentów zamieniać tylko na pieniądze, to byłoby oddanie ich 1:1, a my mamy obowiązek swój talent pomnażać. Na przykład z talentu do działalności gospodarczej czy społecznej odpowiedzialności też będziemy rozliczeni. To też jest dystrybucja dobra. Dobro musi być pomnażane, wtedy da szansę odporu zła.

 

Jak znajdować dobro do dystrybuowania?

Sercem i rozumem. Jestem zwolennikiem pomagania generalnie tam gdzie życie nas poprowadzi. Jeżeli wpada nam w ręce temat, gdzie możemy pomóc, to nie odkładajmy tego na później, tylko podejmijmy ten trud, zaangażujmy się w taką pomoc, jakiej potrzebę spotykamy na własnej drodze. Wybieranie jest ważne, ale bardziej trzeba angażować się w to, co realnie wokół siebie widzimy. Nie odkładajmy dobra na jutro, bo jutra może nie być. Sam też starałem się i staram podejmować takie działania.

 

No właśnie, porozmawiajmy o nich. Jest Pan jednym z mecenasów Stacji7, ale to nie jedyne pana zaangażowanie we wspomnianą “dystrybucję dobra”. Jak to się zaczęło? Jaka stoi za tym historia?

Rzeczywiście, angażuję się społecznie od wielu lat na różnych polach. Na różnych, bowiem starałem się właśnie działać tam, gdzie mnie życie rzuciło. Wchodząc w jakąś przestrzeń biznesową starałem się jako przedsiębiorca zawsze zauważać, że to nie tylko biznes, ale przede wszystkim ludzie. Na przykład w 2005 r. mocno zaangażowałem się ze wspólnikami w inwestycję na Warmii w miejscowości Pluski. Kupiliśmy tam grunt na którym zamierzaliśmy postawić osiedle ekskluzywnych domów. Jednak gdy tam przyjechałem zobaczyłem w centrum ładnie zaprojektowanej miejscowości – kościół, stanowiący pewien dysonans. Wszystko dookoła było zadbane, dobrze zaplanowane, a tylko ten kościół stał nieotynkowany, wyglądający biednie. Poszedłem do niego na Mszę, potem spotkałem się z proboszczem, porozmawialiśmy o życiu tutaj i problemach parafii. Przyznał wprost, że kościół jest nieotynkowany z powodu braku funduszy. Wtedy to były czasy dużej biedy na tamtych terenach, więc proboszcz najpierw dbał o potrzeby tych ludzi, remont kościoła stawiając na dalszym planie. Zadeklarowałem więc, że my go sfinansujemy. Z proboszczem wkrótce się zaprzyjaźniłem, bo to bardzo zaangażowany społecznie człowiek. Potem pomogliśmy też w ociepleniu i otynkowaniu kościoła czy remoncie dachu. Dziś służy dobrze wspólnocie, ludzie nie marzną.

 

Działanie tu i teraz…

Dokładnie. Takie, które też się rozwijało, bo niedługo odkryliśmy nieopodal niezwykłe miejsce potrzebujące pomocy. Znaleźliśmy piękny zabytkowy kościół położony w samym środku lasu. Okazało się, że to jedyna pamiątka po Orzechowie Warmińskim – istniejącej tu jeszcze po wojnie miejscowości, którą znał i odwiedzał kard. Wyszyński, a którą potem wysiedlili komuniści. Kościół stał w jej środku, dziś – w środku lasu. Gdy go odkryliśmy powitał nas wspaniałą architekturą i… zepsutymi organami w środku. To więc było kolejne zaangażowanie – remont tych organów. Teraz są już tam koncerty i do „niemego” wcześniej kościoła przyjeżdża więcej ludzi, to buduje lokalną wspólnotę. Staram się więc, by moje zaangażowanie nie było pomocą jednorazową, ale ofiarowaniem swojego czasu i uwagi.

 

Odpowiedzialność społeczna daje też coś temu, kto się angażuje…
Tak, to jest bowiem pewien ład, który od wieków istniał, ale który został przerwany iluzjami drogi na skróty, które pojawiły się w Europie w XVIII w. Następstwa tego były brzemienne w opłakane skutki, jak chociażby rewolucja francuska. Nie ewolucja, a rewolucja, czego skutkami są widoczne dziś laicyzacja, sekularyzacja, utrata korzeni przez Europę. Przyczyną zaś było naruszenie tego elementarnego porządku: brak zaangażowania społecznego wcześniejszych przywódców, klasy, która skupiała majątek, ale oderwała się od wspólnoty, której była częścią. Ludzie niżej położeni w tej społecznej hierarchii przestali mieć poczucie, że wspólnie z nimi tworzą jeden organizm. Tymczasem jeśli ktoś osiąga sukces i potrafi się w tym podzielić ze społecznością, w której mieszka, to ta chroni także jego samego.

 

Dziś nazywają to “społeczną odpowiedzialnością biznesu”

… która jednocześnie zbyt często jest traktowana trochę jak zadanie marketingowe czy PR-owskie. Tymczasem współdziałanie ze słabszymi to nie przysłowiowe „odpalenie” im gotówki, ale bycie z nimi; nie tworzenie poczucia, że jesteśmy lepsi i gorsi, ale budowanie więzi. Ofiarowanie pieniędzy nie wystarczy by wytworzyć więź. Tworzą ją dopiero relacje międzyludzkie, które chronią hierarchię tam, gdzie ludzkie osiągnięcia są różnorodne. Jesteśmy członkami jednej wspólnoty. Nie ma kościołów dla bogatych, dla średnich i dla biednych, stanowimy wspólnotę razem, i to jest ważne żeby się angażować i razem działać społecznie. Ta myśl powinna przyświecać nam, katolikom, przedsiębiorcom: dzielenie się z innymi, praca na rzecz słabszych to nie jest kolejny podatek, tylko działanie z korzyścią dla wszystkich.

 

Angażuje się Pan również w Fundacji Polskich Kawalerów Maltańskich…

To druga część mojej działalności społecznej. Nasza Fundacja oprócz takich rzeczy jak organizowanie spotkań opłatkowych dla ubogich, organizuje też pielgrzymki osób wymagających szczególnej troski, osób chorych i niepełnosprawnych.

 

Finansujecie im wtedy te wyjazdy?

Tak, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że każdy Maltańczyk uczestniczący w pielgrzymce dostaje pod bezpośrednią opiekę jedną osobę wymagającą szczególnej opieki i troski. Ta więź z osobami, którym się pomaga wypływa zresztą z dewizy Kawalerów Maltańskich: „Obrona Wiary i służba ubogim”. Podobny cel ma moja 10-letnia już współpraca ze Związkiem Powstańców Warszawskich. To bohaterowie, ludzie starsi w wieku 90-95 lat, którzy przeszli gehennę II wojny światowej, zachowując człowieczeństwo w czasach odczłowieczenia czyli hekatomby Powstania Warszawskiego. Pomimo tak wielu przejść dziś wielu z nich jest osamotnionych, pozostawionych samym sobie, czasem bez rodziny. W różny sposób zacząłem im pomagać, a to przez dofinansowanie kwestii rehabilitacyjnych, a to przez wydanie przygotowanych przez nich publikacji. Założyliśmy wspólnie Fundację Pamięci o Bohaterach Powstania Warszawskiego. Ma cel doraźny czyli pomoc dla nich materialna, paczki świąteczne, turnusy rehabilitacyjne, ale też cel długofalowy, taki jak zadbanie o pamięć o tych bohaterach, o ich poczucie sprawiedliwości. Chodzi o zapomniane groby powstańców na cmentarzach. Nie tylko się nimi opiekujemy, ale przede wszystkim chcemy, by dbałość o nie była sprawą państwa. Dlatego w ramach Fundacji przygotowaliśmy projekt ustawy o ochronie grobów, która miałaby zapobiegać takim sytuacjom i na IPN nakłada obowiązek troski o mogiły narodowych bohaterów. Nagłaśnianie takich inicjatyw uruchamia też społeczną refleksję, jest właśnie pewną “dystrybucją dobra”.

 

Miałam przygotowane pytanie, w jaki sposób wybiera Pan różne inicjatywy do wsparcia, ale widzę, że ono już nie ma racji bytu, bo wygląda na to, że Pan niczego nie wybiera “zza biurka”.

Życie dzieje się wśród ludzi, tu i teraz. Gdy napotykamy jakiś temat, kierujmy się odruchem serca bo ma to ogromne znaczenie dla wszystkich. Nas samych też takie pomaganie zmienia. Popycha nas to w dobrym kierunku.

 

To wymaga uważności…

Wrażliwości. Wtedy dobra będzie więcej. Najgorzej jest coś na wstępie odrzucać. Oczywiście nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim, zaangażować się we wszystko, ale angażując się w coś dobrego już jesteśmy w tej przestrzeni dobra. Tak jak budujemy rodzinę, to te relacje wypełniają nam życie. Nie wchodząc w relacje ciągle unikamy, szukamy optymalizacji. A w owej przestrzeni dobra nie warto ciągle szukać optymalizacji. Nie jesteśmy gdzieś indziej, jesteśmy tu i teraz, pomagamy tu i teraz. I to jest produktywne.

 

A co potem? Czy sprawdza pan jakoś wykorzystywanie pana pomocy w miejscach gdzie jej pan udzielił?

Ja po prostu osobiście uczestniczę w rzeczach, które wspieram. Sprawdzanie więc jest integralną częścią tej pracy. Nie jestem człowiekiem, który tylko wspiera finansowo, ale raczej wspieram też swoją pracą. Jeśli natomiast zdarza się tak, że tylko wspieram finansowo, jak np. Stację7, w której nie pracuję, to nie jest na zasadzie “wrzucenia do puszki”. Bardziej na zasadzie zaufania ludziom, których znam i których pracę obserwuję, mam z nimi relację.

 

A jeśli nie znamy osobiście tego, kto prosi nas o pomoc?

Na przykład kogoś, kto wyciąga do nas rękę pod kościołem? To jest rzeczywiście pewien dylemat, jak odróżnić kogoś naprawdę potrzebującego od kogoś, dla którego proszenie innych o pomoc jest sposobem na życie. Od wieków tak było, od początku świata były klany żebraków. I teraz jak odróżnić osobę w dramacie od kogoś takiego? Ja nie mam takiego sposobu, sam mam ten dylemat. Staram się nie przeoczyć kogoś kto potrzebuje, ale daru jasnowidzenia nie mam.

 

Zapytana o tę kwestię siostra Małgorzata Chmielewska odpowiedziała, żeby pomagać zawsze każdemu kto poprosi…

Rzeczywiście, nie można robić z tego biurokracji. Jeśli mamy już taki dylemat, to może lepiej uczynić nadmiernie dobrze niż nie zrobić nic. Czynienie dobra na zapas jest na pewno dobre.

 

Rozmawiała Anna Druś

Rafał Szczepański

Rafał Szczepański

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Rafał Szczepański
Rafał
Szczepański
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >