video-jav.net
ROZMOWY

O. Lombardi: rezygnację Benedykta przeżywałem z nadzieją [WYWIAD]

Magisterium i myśl Benedykta XVI nie są zamkniętym rozdziałem, o którym można zapomnieć, ale wielkim i aktualnym bogactwem Kościoła - mówi KAI o. Federico Lombardi SJ, dyrektor rzymskiej Fundacji Josepha Ratzingera – Benedykta XVI, a wcześniej wieloletni dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej i jeden z najbliższych współpracowników tego papieża

Polub nas na Facebooku!

16 kwietnia Benedykt XVI będzie obchodzić swoje 90-te urodziny. Z tej okazji publikujemy rozmowę z o. Federico Lombardim SJ przeprowadzoną przez Dorotę Abdelmoulę oraz Marcina Przeciszewskiego (KAI)

 

KAI: Papież-senior będzie wkrótce obchodził 90. rocznicę swoich urodzin. Co – zdaniem Ojca – Kościół zawdzięcza pontyfikatowi Benedykta XVI?

O. Federico Lombardi SJ: Jego pontyfikat był skoncentrowany wokół tematów wiary we współczesnym świecie i wiary samych chrześcijan w Jezusa Chrystusa. Krótko mówiąc, można powiedzieć, że Benedykt XVI odpowiadał na dwa pytania: jak nie stracić obecności Boga we współczesnym świecie, jak i osobistej relacji z Chrystusem w Kościele. To są tematy, które przewijały się także przez całe życie Josepha Ratzingera, jego refleksję i drogę naukową: od niemieckich uniwersytetów, poprzez Sobór Watykański, pracę w Kongregacji Nauki Wiary oraz posługę papieską.

Wielkim wkładem Benedykta XVI w nauczanie papieskie w Roku Wiary, była jego trylogia o Jezusie Chrystusie. Postrzegam ją jako jego główne dziedzictwo duchowo-teologiczne. Także jako punkt dojścia refleksji całego jego życia, badań naukowych i modlitwy. Jest to też podsumowanie pontyfikatu – dziedzictwo teologiczne papieża, który przekazuje Kościołowi swoją fascynację duchowego spotkania z Chrystusem.

Oczywiście, myśl Josepha Ratzingera jest dużo szersza. Ostatnia encyklika, którą ukończył „Caritas in Veritate” jest ważnym, historycznym dokumentem w zakresie nauczania społecznego Kościoła. Dokumentem, w którym temat miłości wpisuje się w wielkie tematy współczesnego świata, włączając w to kryzysy ekonomiczne i wreszcie kryzys związany z ochroną środowiska. Te tematy podpowiedziane przez Benedykta XVI przygotowały encyklikę „Laudato Si” i są w niej kontynuowane przez Franciszka.

 

KAI: A spróbujmy może dokonać porównania Benedykta XVI i Franciszka. Co stanowi continuum, a co nowego wnosi następca Benedykta?

– Dla mnie jako kogoś, kto służył im obu, jest oczywiste, że są to dwie różne osobowości z indywidualnym stylem. Benedykt to wielki intelektualista, teolog i człowiek kultury, oczywiście otwarty na problematykę duszpasterską. Jednak jego tożsamość jest raczej tożsamością myśliciela o bardzo głębokiej duchowości, a jego sposób wyrażania się był bardziej usystematyzowany, jasny, głęboki i kompleksowy niż ten, który charakteryzuje papieża Franciszka.

Franciszek natomiast ma zdolność zwracania się do konkretnej osoby, do członków wspólnoty Kościoła w sposób bardzo bezpośredni. Likwiduje jakikolwiek dystans. Używa języka bardzo konkretnego, zwięzłego, mocnych, choć mniej usystematyzowanych sformułowań. A więc są to bardzo różne style pełnienia papieskiej posługi. Ale – co warto podkreślić – nie ma żadnej sprzeczności w nauczanej materii. Nie ma też sprzeczności w zachęcaniu Kościoła do misyjnego otwarcia i głoszenia Ewangelii współczesnemu światu oraz do służenia ludzkości w jej potrzebach i problemach. To ich łączy, tak samo jak wszystkich współczesnych papieży, poczynając od epoki Soboru Watykańskiego II. Tą klamrą jest skupienie Kościoła na nowej ewangelizacji, dialogu ze współczesnym światem i pragnieniu odpowiedzi na nowe “znaki czasu”.

Nie ma więc żadnych sprzeczności pomiędzy Benedyktem XVI a Franciszkiem, pomimo, że obaj różnie rozkładają akcenty. Ale korespondują one bardziej z osobowością i charyzmą, niż z różnicami w postrzeganiu zadań i roli Kościoła. Benedykt XVI ma niezwykły dar pogłębiania i syntezy myśli duchowej. Franciszek natomiast ma niezwykły dar konkretnego spotkania z osobami i przekazywania im przesłania o miłości Boga – z wielką skutecznością.

Istotna jest też uwaga, jaką Franciszek poświęca tzw. peryferiom Kościoła. Jest to zdolność wskazywania problemów świata, widzianych z nowego punktu widzenia, co wynika z jego osobistych doświadczeń, kogoś kto pochodzi z Ameryki Łacińskiej. Ta perspektywa daje mu często inny punkt widzenia. Widzimy dzięki temu bogactwo i różnorodność punktów widzenia w Kościele. Ale w istocie w nauczaniu Franciszka nie ma żadnych różnic w porównaniu do jego bezpośrednich poprzedników na stolicy św. Piotra.

 

KAI: Zatem adhortację Franciszka „Amoris Laetitia” należy odczytywać jako kontynuację dotychczasowego nauczania Kościoła na temat rodziny, czy raczej – jak sugerują niektórzy – rewolucję w tym nauczaniu?

– Zdecydowanie postrzegam ją w linii kontynuacji magisterium Kościoła, a nie zerwania z nim. Tak właśnie odczytuję „Amoris Laetitia”. Zawsze zachęcam do podkreślania faktu, że Franciszek – co jest dla niego charakterystyczne – ma podejście duszpasterskie, jest blisko ludzi. Dlatego kładzie akcent na towarzyszenie i rozeznawanie człowiekowi zagubionemu, jako że w dzisiejszym świecie nie wystarczy samo potwierdzanie doktryny i nauczania w sposób abstrakcyjny. Trzeba starać się zanieść je do ludzi i ich życia – poprzez bliskość Kościoła i przesłania Chrystusa życiu konkretnych ludzi. A do tego niezbędne jest towarzyszenie człowiekowi, który przeżywa sytuację życiowego zagubienia i jest zamknięty na argumenty typu doktrynalnego bądź dyscyplinarnego. Aby zrozumiał wymagającą naukę Kościoła, trzeba wspólnie z nim przejść pewną wspólną drogę.

Franciszek podkreśla, że sposoby przełożenia przesłania Chrystusa i jego wymagań na codzienne życie ludzi muszą być konkretne i winny odwoływać się do sytuacji wziętych z życia, pozostając w zgodności z uniwersalnymi prawdami, ale nie ograniczając się jedynie do ich potwierdzenia.

 

KAI: Z punktu widzenia kapłana, towarzyszenie i rozeznawanie, o których mowa w adhortacji “Amoris laetitia” mają bardziej służyć zrozumieniu nauczania Kościoła, niż znalezieniu “furtki” na udzielanie Komunii św. osobom pozostającym w stanie grzechu ciężkiego?

– Nauczanie Kościoła ma charakter ogólny, natomiast towarzyszenie i rozeznawanie, to wysiłek na rzecz aplikowania tych pryncypiów w konkretnych sytuacjach, z jakimi się spotykamy. Rozumiem, że jest to temat niezwykle wymagający dla księży. Zresztą Franciszek jest bardzo wymagający. Wiem, że jest to trudne, wszak sam jestem kapłanem. To wymaga wysiłku, współuczestnictwa, czasu, uwagi, słuchania i dialogu. Nikt nie może powiedzieć, że to sprawa prosta, że istnieją gotowe odpowiedzi.

Takie zaangażowanie dotyczy nie tylko księży, bo temat towarzyszenia i bycia blisko angażuje wszystkich wychowawców, rodziców w relacji do dzieci, wszystkich relacji związanych z formacją człowieka. Także, jeśli chodzi o towarzyszenie młodym, w kontekście zbliżającego się synodu, nie dotyczy ono jedynie księży, ale też sióstr i wszystkich wychowawców. To wspólna odpowiedzialność.

 

KAI: Mówi Ojciec o zbliżającym się synodzie biskupów na temat młodzieży. Wątek młodzieży był istotny także dla Benedykta XVI, poczynając od Światowych Dni Młodzieży w Kolonii. Kim młodzi ludzie byli dla niego?

– Kiedy Benedykt XVI rozpoczynał swój pontyfikat, wiele osób wątpiło, czy będzie kontynuował dzieło Światowych Dni Młodzieży, tak bardzo związane z jego poprzednikiem Janem Pawłem II. Tymczasem on nie tylko je kontynuował, ale wielokrotnie powtarzał, że ŚDM są dla niego jednym z najgłębszych doświadczeń żywotności Kościoła i jego zdolności patrzenia wprzód. Przeżywał te spotkania z wielkim zaangażowaniem, otwartością, w pewien sposób bywał nawet zaskoczony ich znaczeniem i pięknem. To bardzo mnie poruszało.

Ponadto Benedykt XVI miał własny styl dialogowania z młodymi, inny od Jana Pawła II i Franciszka. Oni prowokują młodych do reakcji, prowadząc z nimi dialog. Benedykt nie. On głosił im naukę, tak, jak ma to w zwyczaju: linearną i klarowną. Widać to było podczas czuwań na Światowych Dniach Młodzieży, kiedy Benedykt nie chciał by przerywano mu oklaskami. Młodzi to rozumieli i chcieli go słuchać, a potem podejmowali pracę nad tym, co usłyszeli. To był nie tyle dialog, ile propozycja refleksji, pogłębienia i kontynuacji. Pamiętam, że uderzała mnie cisza młodych, jaka towarzyszyła tym przemówieniom. Myślałem, żem zaraz zaczną gadać między sobą. A oni z uwagą i w milczeniu starali się śledzić jego słowa.

Poza tym, podczas ŚDM z Benedyktem XVI do programu spotkań młodych wpisano adorację, która stała się odtąd ważnym elementem czuwania. Madrycie, bezpośrednio po straszliwej burzy, ta adoracja zrobiła na wszystkich wielkie wrażenie.

 

KAI: Jako rzecznik i dyrektor “Sala Stampa” towarzyszył Ojciec Benedyktowi XVI w wielu ważnych wydarzeniach. Które z nich uznałby Ojciec za najpiękniejsze, a które za najtrudniejsze?

– Trudno wybrać jeden najpiękniejszy moment, bo było ich bardzo wiele. Ale ten, który najbardziej mnie poruszył, to właśnie burza, podczas czuwania ŚDM na lotnisku Cuatro Vientos w Madrycie, która zerwała się, kiedy papież chciał pozostać z młodymi. Przerażający deszcz. Papież miał tylko parasol, a jednak chciał pozostać z młodymi, aż do końca. Potem była ta wspaniała adoracja razem z młodymi, kiedy deszcz się skończył. Jego spokój i stanowczość, by pozostać, pomimo niewygodnych warunków – to dla mnie jedno z najpiękniejszych wspomnień z jego pontyfikatu.

Natomiast bardzo istotne, i ważne dla niego osobiście zaangażowanie Benedykta XVI dotyczyło zdarzeń związanych z nadużyciami seksualnymi wśród duchowieństwa. Była to postawa pokory i współcierpienia z Kościołem i współcierpienia z ofiarami. Towarzyszyło temu pragnienie oczyszczenia Kościoła i radykalnego wykorzenienia tego zła. Benedykt przeżywał te wydarzenia z wielkim bólem, pokorą, w bliskości z ofiarami, w spotkaniach z nimi. A jednocześnie podejmował wysiłki dla przezwyciężenia tej sytuacji także poprzez nowe normy oraz prewencję. Starałem się to przeżywać wspólnie z nim, robiąc to, co należało do moich obowiązków. To, szczerze mówiąc, było dla mnie bardzo głębokie doświadczenie uczestniczenia w jego pontyfikacie.

 

KAI: A moment rezygnacji?

– Moment rezygnacji był wydarzeniem ważnym i wymagającym. Przeżywałem to w głębokiej jedności z Benedyktem XVI. Pojawiło się jednak wówczas wielkie pytanie: dlaczego? Słysząc podane przez niego motywy odejścia, tak jak on przeżywałem ten czas w poczuciu wielkiej odpowiedzialności za Kościół, z wiarą i zaufaniem, że Pan Bóg wciąż nam towarzyszy. Przeżywałem to nie jako trudność czy perturbację, ale jako wyzwanie, z zaufaniem i nadzieją złożoną w Bogu.

 

KAI: Dziś także Ojciec jest blisko papieża-seniora, kierując Fundacją Josepha Ratzingera-Benedykta XVI.

– Zadaniem fundacji jest m.in. propagowanie nauczania Benedykta XVI. Jesteśmy przekonani, że magisterium i myśl Ratzingera nie są zamkniętym rozdziałem, o którym można zapomnieć, ale wielkim bogactwem Kościoła. Podejmował on przecież najważniejsze tematy wiary i kultury naszych czasów – w sposób bardzo solidny i głęboki. Nie bał się też mówić o zagrożeniach dla wiary, ludzkości i dla kultury współczesnego świata. Jego nauczanie i myśl były zawsze traktowane bardzo poważnie.

Nawet jeśli styl, w jakim Franciszek kieruje Kościołem i jego troska duszpasterska mają swoją specyfikę, to w żaden sposób nie stoją one w sprzeczności z tym, co znajduje się w nauczaniu Benedykta XVI. W takim sensie działalność fundacji jest inwestowaniem w przyszłość.

Ważną częścią zaangażowania fundacji jest prowadzenie stypendiów naukowych. Cieszymy się, że możemy także zachęcić do refleksji naukowej nad myślą Benedykta XVI i myślimy, że będzie to użyteczne dla przyszłości. Np. podczas konferencji, którą organizujemy w Polsce po Wielkanocy, chcemy mówić o podstawach myśli prawnej według Benedykta XVI. Dziś ryzykujemy utratę solidnych fundamentów prawa. To temat, który papież podejmował wielokrotnie.

 

KAI: A jak wygląda codzienność papieża-seniora? Jak będzie świętował jubileusz swych 90. urodzin?

– Dzień jego 90. urodzin przypadnie w Wielkanoc, więc myślę, że wraz z całym Kościołem będzie przeżywał tajemnicę Zmartwychwstania. Wielokrotnie wspominał, że urodził się w Wigilię Paschalną, więc przeżywa swoje życie w perspektywie tajemnicy Zmartwychwstania Pańskiego. Wierzę, że tegoroczny jubileusz będzie dla niego ważnym doświadczeniem zjednoczenia z misterium Chrystusa i Jego Zmartwychwstania.

A na co dzień – tak jak zapowiedział – prowadzi on życie skoncentrowane na modlitwie i refleksji. Choć nie brakuje spotkań i rozmów, podczas których jest zawsze sobą: z łagodnością, głębią i znakomitą pamięcią. Rozmowa z nim jest wielką przyjemnością. Ponadto odprawia mszę z osobami, które z nim mieszkają, przygotowuje dla nich niedzielne homilie, odpowiada na otrzymane listy. Każdego wieczoru rozmawia z bratem przez telefon.

Benedykt XVI jest osobą zdolną do głębokiej radości z bardzo prostych rzeczy, z otrzymywanych pozdrowień i drobiazgów od osób, które dobrze mu życzą. Jednak źródłem jego największej radości wciąż jest według mnie liturgia, którą bardzo głęboko przeżywa.

 

KAI: Dziękujemy za rozmowę.


Dorota Abdelmoula, Marcin Przeciszewski / Rzym

Katolicka Agencja Informacyjna

ROZMOWY

EDK – ludzie chcą czegoś więcej

Ekstremalne Drogi Krzyżowe w tym roku odbędą się w 246 miastach. Niektóry z nich wyruszą już w tym tygodniu, inne - w piatek przed Niedzielą Palmową. Do wyboru są 434 trasy. Jedną z nich jest jedna z najbardziej popularnych w Polsce EDK Dziemiany. Koordynuje ją s. Mirona Turzyńska, przełożona prowincjalna Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej, z którą rozmawiała Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
s. Mirona Turzyńska
s. Mirona
Turzyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W Wielki Piątek idziemy drogami krzyżowymi naszych miast. W każdy piątek spotykamy się rozważając Mękę Pańską w parafialnych kościołach. A  tu jeszcze Ekstremalna Droga Krzyżowa, która wydaje się trochę szalonym pomysłem.  

To jest wyjątkowa droga krzyżowa. Odbywa się od 9 lat w różnych miejscach na terenie Polski. Jej pomysłodawcą jest ks. Jacek Stryczek, znany ze Szlachetnej Paczki. Od dwóch lat EDK obecna jest również w naszej diecezji, pelplińskiej. Jest ona wielkim wyzwaniem. To forma duchowości przeznaczona dla ludzi, którzy pragną pewnych ekstremalności, pragną czegoś więcej. Jest to droga bardzo trudna – musi boleć. Przeżywana w samotności, w ciszy, na terenach odludnych, najczęściej na polach, w lasach – po to, by w swoich słabościach spotkać przede wszystkim Pana Boga. I żeby do tego momentu mogło dojść, człowiek musi być bardzo zmęczony, nie może już liczyć na własne siły. W tym granicznym momencie mówi: „Już nie mogę, Panie Jezu, teraz mi pomóż!”. Tegoroczna droga krzyżowa nosi nazwę „Droga Przełomu”. Najistotniejszy jest właśnie ten przełom, moment graniczny, kiedy dzieją się cuda. To decyduje o przyszłości mojej drogi – albo idę dalej albo się wycofuję. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli przełamię tę barierę , to jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu. Można spotkać Boga i doświadczyć czegoś, co na normalnej drodze krzyżowej w kościele jest raczej niemożliwe.

 

To brzmi bardzo pociągająco od strony duchowej. Czy nie jest jednak tak, że zapisujemy się, bo to jest po prostu przygoda?

To działa także w ten sposób. Są osoby, które pragną wyzwań, chcą doświadczyć czegoś innego, pod osłoną nocy, chcą się sprawdzić. To prawda – nie zawsze element religijny jest obecny przy decyzji pójścia na tę drogę krzyżową. Ale jest to fenomen, że po przejściu jednej drogi ci, którzy szli, zachęcają kolejnych. Prowadzimy statystyki, z których wynika, że najlepszym promotorem jest ten, który sam uczestniczył. Kto autentycznie przeżył to wydarzenie, nie może i nie potrafi zachować tego doświadczenia tylko dla siebie. A dzieląc się – zachęca innych.

 

Gdzie Siostra przeżyła swoją pierwszą Ekstremalną Drogę Krzyżową?

Tutaj, na Kaszubach. Ksiądz Jacek Stryczek tak zachęcił mnie duchowością, ideą EDK, że zapragnęłam sama iść. Kiedy zobaczyłam, że na mapie Polski nie ma żadnej drogi w naszej diecezji, postanowiłam zebrać siostry, znajomych, wolontariuszy… Postanowiliśmy, że naszą drogę zorganizujemy do jedynej Kalwarii w diecezji pelplińskiej  – do Wiela.

 

fot Sławomir Dynek CogitoMedia

 

A współsiostry? Z dystansem czy zaangażowaniem podeszły do tego pomysłu?

Najpierw zapytały, co to za pomysł, żeby siostry biegały nocą po lasach… (śmiech) Tego jeszcze nie było! Ale widząc moje zaangażowanie i moją radość oraz ogromne zainteresowanie ludzi, przekonały się do tego projektu. Lokalna społeczność mnie zachwyciła – jak ogłosiliśmy trasę, którą chcemy przejść, w wioskach rozpoczęło się sprzątanie zupełnie jak na Boże Ciało. Drogi były zagrabiane, figury i krzyże ozdabiane, paliły się świece – byłyśmy bardzo wzruszone. W zeszłym roku razem ze mną z Orlika w drogę wyruszyło ponad 20 sióstr. W tym roku pójdzie nawet więcej.

 

Siostro, dla kogo jest ta droga krzyżowa?

EDK jest dla tych, którzy chcą poczuć wysiłek, zmagać się, są gotowi do przekraczania siebie, poczuć także, choć w małym stopniu cierpienie Jezusa. A to wymaga również dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. To jest bardzo duży wysiłek. Trzeba powiedzieć, że każdy krok zrobiony nocą pewnie bardziej kosztuje, niż w ciągu dnia.

 

Ale w grupie człowiek ma poczucie bezpieczeństwa. To nie jest samotna wędrówka.

Ale nie jest to także pielgrzymka. Nie śpiewamy. Idziemy w ciszy. Tak naprawdę każdy idzie sam. Przepisy drogowe mówią, że grupa nie może przekraczać 10 osób, więc idziemy w małych grupkach. I w milczeniu. W naszym przypadku to w sumie ponad 1100 osób, więc trudno mówić o całkowitej samotności. Mam świadomość, że obok mnie idą inni, ale w rzeczywistości idę sama, z osobiście zrobionym krzyżem. W zeszłym roku po zakończeniu dogi, jeszcze przez długi czas miałam w pamięci tę falę migających światełek.  W pewnym momencie odkrywa się, że to nie jest zwykły marsz, to nie jest sprawdzenie swoich możliwości fizycznych. To jeszcze nie jest takie oczywiste na pierwszej czy drugiej stacji. W połowie zaczyna do nas to docierać: „Panie Jezu to jest Twoja droga, Ty ją przeszedłeś i ja chcę Tobie towarzyszyć”. Ta droga ma sens, jak sens miała męka Jezusa. I przychodzi ten fenomenalny moment, kiedy czujesz obecność Jezusa na tej drodze.

 

Jak wyglądają stacje?

Każda droga w Polsce ma inaczej przygotowane stacje. Nasza droga jest oznakowana, a każda stacja to krzyż. Przy nim stawiane są znicze. Bardzo często są to przydrożne krzyże, ale zdarzają się zrobione przez  nas krzyże z drzewa brzozowego. Każdy uczestnik otrzymuje rozważania i rozważa je w ciszy. Przy kolejnych stacjach ludzie zatrzymują się, siadają, czytają i medytują.

 

fot Sławomir Dynek CogitoMedia

 

Trzeba się ciepło ubrać?

W tym roku idziemy trochę później, bo Wielkanoc jest w połowie kwietnia, więc będzie cieplej.  Rok temu miałyśmy -6 stopni. To jest jak z wyprawą w góry – trzeba mieć dobre buty, dobre skarpety, dobrą odzież termiczną, mogą być kijki do nordic walking, plecak. Nad ranem, kiedy człowiek zasypia na stojąco, jest zdecydowanie zimniej i warto mieć przy sobie jakąś zapasową koszulkę.

 

Czy w czasie marszu wypada coś zjeść albo wypić?

Myślę, że o tym każdy decyduje sam. Ja osobiście zabieram ciepłą kawę i coś do przegryzienia. Przychodzi taki moment, że człowiek musi się wzmocnić, żeby dojść do końca.

 

Kto powinien sobie odpuścić?

Osoby słabe fizycznie, które nie ćwiczą, nie chodzą, nie mają w sobie zgody na ból i zmęczenie. Ale poza tym jest to droga dla wszystkich. W zeszłym roku szły z nami osoby niewierzące. Idą też dzieci, ale pod warunkiem, że mają towarzystwo dorosłych. Najstarsza osoba, która z nami szła, miała 74 lata. Niesamowite jest to, że nasza mała wieś na Kaszubach, Dziemiany, gromadzi prawdziwe rzesze pielgrzymów. Wszystkie siostry z Orlika są zaangażowane, wielu naszych przyjaciół, media. Dajemy świadectwa w parafiach, wysyłamy zaproszenia, drukujemy plakaty i ulotki. Kaszubi mają taką piękną pobożność pasyjną. Stąd pewnie liczba uczestników, jedna z większych w Polsce – ponad 1100 osób. Tym się tu żyje. Ludzie chcą czegoś więcej i próbują swych sił. Świadectwo tych, którzy już przeszli Ekstremalną Drogę Krzyżową, pociąga następnych.

 

Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
s. Mirona Turzyńska

s. Mirona Turzyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
s. Mirona Turzyńska
s. Mirona
Turzyńska
zobacz artykuly tego autora >