ROZMOWY

S. Janina: Nie jestem polską siostrą Cristiną

Dwa lata temu polski YouTube podbijało wideo, na którym siostra zakonna w niebieskim habicie śpiewa pielgrzymkową przeróbkę Despacito. Siostra ma w zakonie imię Janina i właśnie zadebiutowała piosenką „Zajmij się mną”, która zapowiada jej płytę w kwietniu tego roku. Jej cel jest jednak zupełnie inny niż zrobienie “zakonnego show”. 

S. Janina Kaczmarzyk
S. Janina
Kaczmarzyk
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O nowym singlu s. Janiny już pisaliśmy>> ♦ Siostra Janina debiutuje pierwszym singlem

Teraz pytamy główną Bohaterkę o kulisy tego przedsięwzięcia: 

 

Gdy rozmawiałam z panem Tomaszem, który wspólnie z siostrą zrobił tę płytę, zainicjował jej powstanie i wraz z amerykańskim kolegą Joshem Harrisem jest jej producentem, przyznał, że trochę inspirował się siostrą Cristiną Scuccią z Włoch, która w 2012 r. wygrała tam “The Voice of Italy” i nagrała potem płytę. Czy to zmierza w tym kierunku?

s. Janina Kaczmarzyk: Przede wszystkim w tym projekcie nie chodzi o show. Nasza płyta nie jest realizowaniem czyjejś pasji. W Polsce Zgromadzenia w głównej mierze raczej stawiają na działalność apostolską, a umożliwianie rozwoju talentów zakonników czy zakonnic jest sprawą wtórną. Nie idzie się do zakonu, żeby realizować siebie, tylko żeby służyć. Oddajemy swoje talenty zgromadzeniu i czasem są one wykorzystywane, a czasem nie. Życie zakonne zakłada, że pójdzie się w miejsca, w które nie chce się iść i będzie się wykonywało czynności, które często dla mnie nie są realizacją mnie, moich osobistych ambicji, które będą inwestycją w mój samorozwój. Chodzi o pewną wewnętrzną wolność. Cieszę się, że jesteśmy teraz tu, gdzie jesteśmy. Że będzie singiel, że wydajemy płytę, ale zdaję sobie z tego w pełni sprawę, że to jest coś dane na “teraz”. A jakie będzie “jutro” – tego nie wiem. To jest wpisane w moje powołanie. Gdy rozmawiam o tym z Tomkiem, to upomina mnie “jak możesz tak mówić”, ale właśnie tak jest. Umówiliśmy się na tę płytę, cieszę się że Zgromadzenie podjęło tą inicjatywę, ale to naprawdę może się wiązać jedynie z tą płytą. Przecież mogę nagle pojechać do Afryki i tam nie będę potrzebna do śpiewania i gry na gitarze, lecz żeby opatrywać rany trędowatym.

 

Siostra Cristina Scuccia, urszulanka, wygrała w 2014 r. włoski “The Voice of”. W finale, po ogłoszeniu wygranej, zaprosiła jury i publiczność do wspólnej modlitwy. 

 

Czemu więc powstał ten projekt? Miał jakiś związek z popularnością siostry przeróbki Despacito? Nazwaliście go “posynodalnym”, dlaczego?

To wszystko się pięknie połączyło, choć według ludzkiej interpretacji – przypadkowo. Popularność mojej wersji Despacito bardzo mnie i Zgromadzenie zaskoczyła i choć nie jest to moja poetyka muzyczna, pomyślałam, że skoro to jest takie popularne, znaczy, że młodzież właśnie tego słucha. I wtedy pojawił się Synod Biskupów o młodzieży, i płynące z niego wnioski, żeby wyjść do młodych w nowej formie z nowym stylem, nowym językiem, nową treścią, żeby podawać wartościowe rzeczy w nowy sposób, by móc do młodych trafić. A przecież muzyka zawsze była narzędziem tego dialogu. Świeccy już w nim uczestniczą poprzez muzykę chrześcijańską, ale ludzie Kościoła – tylko pojedynczo.

 

Dlaczego?

Być może za mało docenia się możliwości podejmowania dialogu niestandardowymi metodami. Widziałam to wyraźnie już w swojej pracy z młodzieżą.

 

Gdzie siostra pracuje?

Od 8 lat jestem katechetką. Pracuję z młodzieżą gimnazjalną, ponadgimnazjalną i studencką. Głoszę rekolekcje wielkopostne parafialne i szkolne. Prowadzę wolontariaty młodzieżowe, współpracuję z ośrodkami dla osób z niepełnosprawnościami.

 

 

Jak podopieczni reagowali na tamten niespodziewany sukces przeróbki Despacito? 

Bardzo entuzjastycznie, ale co najważniejsze, zauważyłam właśnie wtedy, że fakt, iż zobaczyli mnie na YouTube czy w innych okolicznościach zmniejszył dystans między nami. Pojawiła się przestrzeń dialogu. Zaczęli do mnie przychodzić na przerwach, zaczęli chcieć rozmawiać. Czasem rozmawiają o tym, co widzieli na TikToku, albo gdzieś indziej. Czasem rozmawiają w cztery oczy o sprawach, z którymi normalnie nie przyszliby do zakonnicy, albo do nauczyciela w ogóle. 

 

O czym na przykład?

Na przykład, jak przychodzą z czymś, co gdzieś tam zobaczyli, pytam ich co o tym myślą, jakie nastroje w nich to budzi. Mamy oczywiście różne preferencje muzyczne, ale i oni i ja oczekują od muzyki jakiejś treści. Młodzi mają w sobie wielkie pragnienie wyrażania głębokich wartości, głębszych refleksji. Są też bardzo wymagający, sprawni w wielu dziedzinach, mają wiele pasji, nawet jeśli z nimi nie wiążą wielkiej przyszłości. Nie jest więc prawdą, że dziś młodzież żyje tylko powierzchownie, to jest tylko pewna zewnętrzna poza, wytwór jakiejś mody. Oni też widzą, że modne jest to co głupie i prymitywne i im też się to nie podoba. Gdy tak przychodzą, rozmawiają, interpretuję to jako formę wejścia w dialog. I wydaje mi się, że właśnie w takim dialogu powinien być dziś obecny Kościół. Nie możemy bać się nowych narzędzi, dzięki którym dotrzemy do tych, którzy z Kościoła odeszli. Mam poczucie że dziś nie wystarczy powiedzieć młodemu człowiekowi “idź do kościoła”, trzeba mu coś w tym kościele zaproponować.

 

 

Chyba o tym właśnie mówił Synod o młodych.

Zgadza się, ale i wtedy nie brakowało takich, którzy uważają “Kościół powinien mówić, a młodzi powinni słuchać”. Tylko, że taki czas, gdy Kościół mówił, a młodzi słuchali już minął. Dziś jest moment gdy młodzi też chcą mówić. Powinniśmy zrobić wszystko, by młodzi czuli, że Kościół jest im potrzebny, bo ma im do zaproponowania wartość, z której nie chcą rezygnować dla judo, dla koszykówki, dla wielu dodatkowych zajęć, których mają w bród na każdym kroku.

 

Taki cel ma ten projekt muzyczny?

Najpierw, zanim na to wpadliśmy, widziałam to u młodych, których angażowałam w wolontariat dla niepełnosprawnych. To nie miało charakteru stricte religijnego, ale taki społeczny, empatyczny, do którego zaproszeni byli wszyscy, bez względu na poglądy czy wiarę. I spotkało się z ogromnym zainteresowaniem. Wolontariat na tyle ich wciągnął, że potem chcieli włączać się też w propozycje ściśle religijne. Ale i więcej. Poczułam, że pokazując im taką wartość, możliwość pomocy innym ludziom, uruchamiają się w nich nowe  przestrzenie których wcześniej nie znali. Gdy sami mogli coś zrobić, złapać za rękę dziewczynę z zespołem Downa i opiekować się nią, odkryć, że się jej nie brzydzą, to rodziło się coś nowego. I ten projekt też ma taki cel. On też może otworzyć takie przestrzenie. Mam nadzieję, że będzie z korzyścią dla młodych ludzi, ale nie tylko. Może zainspiruje. 

 

W jakim sensie?

Mam wrażenie, że są zgromadzenia zakonne mówiące o sobie “apostolskie”, które jednak boją się niestandardowych działań. Wolą sprawdzone metody, ale wydaje mi się, że wtedy ogranicza się pole działania apostolskiego, bo dociera się do bardzo wąskiego grona. Do grona tych, którzy przyjdą na religię, którzy już chodzą do kościoła. Pytanie o to, co z tym zrobić pojawia się nie od dziś. Wydaje mi się, że ten projekt muzyczny może być takim otwarciem okien, by wszedł jakiś nowy tlen, powiew. Może skoro trudno otworzyć drzwi, można choć otworzyć okno?

 

Jak Zgromadzenie zareagowało na pomysł wydania płyty?

Klip i tekst został zaakceptowany. Dla mnie najważniejsze jest to, że małymi krokami idziemy do przodu. To jest proces powolnego otwierania okna, nie z rozpędu i przeciągu, ale z dozą rozwagi, przemyślenia. Myślę, że chyba zawsze tak działał Kościół. 

 

 

Ile trwała praca nad płytą?

Rok. Poznaliśmy się z Tomkiem (Konfederakiem – przyp. red.) pod koniec października 2018. Pierwsza rozmowa była niezobowiązująca. Propozycja jednak została przyjęta, co uruchomiło machinę działań i pracy. Aby się przygotować po drodze tworzyliśmy trochę coverów, żebym ja poczuła się swobodnie w nowej roli. Choć zawsze używałam muzyki w swoim apostolstwie, to stanie na scenie przy mikrofonie nie jest dla mnie codzienną sytuacją, jeśli nie liczyć prowadzenia rekolekcji.

 

No właśnie, świetnie siostra śpiewa! Czy kształciła się siostra w tym zakresie? 

Należałam tylko do gospelowego chóru przy parafii, natomiast na gitarze nauczyłam się grać spontanicznie. No i gdy należałam do wspólnoty neokatechumenalnej przez pewien czas służyłam jako kantor. Nie było to więc żadne profesjonalne przygotowanie, ale raczej ciągła praktyka, która sprawiła, że poczułam się swobodnie ze swoim głosem, odkryłam, jak się modlić śpiewem. No i że to sposób na wyrażenia siebie i tego co człowiek nosi. 

 

Debiutuje siostra teraz również w roli autora tekstów. Kto był ich odbiorcą?

Cały ten muzyczny projekt ma charakter bardziej apostolski, więc teksty w tym kontekście były pisane. Chodziło nam o stworzenie muzyki, która przekazuje wartości, które mają prowadzić odbiorcę w kierunku duchowych refleksji, by mógł spotkać się ostatecznie z Bogiem, by zachęcić do wyruszenia w wewnętrzną drogę ku … Bogu.  

 

Czyli nie ma bezpośredniego odniesienia do wiary w Pana Boga? Nie padają słowa “Bóg” albo “Jezus”?

Prawie nie pada. Pada w jednej piosence, tej która teraz jest singlem promującym płytę Odnoszę się w niej do aktu strzelistego zaczerpniętego od ks. Dolindo: “Jezu, Ty się tym zajmij!” Mój znajomy, który słuchał piosenki myślał, że to piosenka miłosna! (śmiech) Rzeczywiście jest miłosna, ale w najgłębszym sensie. Jezus objawia się w niej jako apogeum. Mówi o tym, Kto najpełniej odpowie na nasze pragnienie miłości. Każdy z nas ma ulokowane w sobie głody miłości, które nie zawsze umie odpowiednio ukierunkować, by znaleźć najgłębszą odpowiedź.  A tą najgłębszą ostateczną odpowiedzią jest Bóg, Miłość w najczystszej postaci.

 

 

Twórczość siostry Janiny można obserwować na jej kanałach na YouTubeFacebooku>>

 

Rozmawiała Anna Druś

S. Janina Kaczmarzyk

S. Janina Kaczmarzyk

Zobacz inne artykuły tego autora >

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

S. Janina Kaczmarzyk
S. Janina
Kaczmarzyk
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Dom Chłopaków w Broniszewicach. „To jest zasługa konkretnej miłości człowieka do człowieka”

Siostry Dominikanki prowadzą w wielkopolskich Broniszewicach Dom Pomocy Społecznej dla chłopców z niepełnosprawnością intelektualną. To dom, w którym słowo miłość odmienia się przez 1000 przypadków. O walce z czasem na śmierć i życie, pingwinach, cudach i Morzu Czerwonym z s. Elizą Myk i s. Tymoteuszą Gil rozmawia Paweł Kęska.

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Paweł Kęska: Kim są chłopcy z Domu w Broniszewicach? Jak się tu znaleźli?

S. Eliza Myk: Ich drogi i historie są bardzo różne. Najczęściej chyba dlatego, że rodzice nie podołali trudom takiego rodzicielstwa. Tylko dziesięciu chłopców ma sporadyczny kontakt ze swoimi rodzinami. Trzech – regularny. Ponad czterdziestu nie ma żadnych rodzin i my jesteśmy ich jedyną rodziną…

S. Tymoteusza Gil: W naszym domu jest teraz pięćdziesięciu sześciu chłopców, przede wszystkim z niepełnosprawnością intelektualną, ale są również chłopcy z zespołem Downa, z dziecięcym porażeniem mózgowym, niedowidzący, niedosłyszący, cierpiący na autyzm, epilepsję i wszystkie możliwe choroby.

 

Możemy poznać kilu z nich?

S. Eliza: Damian przyszedł do nas jako maleńki chłopiec z domu dziecka. Pełzał. Jego nóżki były tak troszkę złączone. Nie słyszał, nie mówił. Ukochała go szczególnie siostra Tobiasza. Teraz jako dwudziestolatek uznaje ją za swoją mamę. Nawet jeden jego kolega „zaliczył liścia” (śmiech) od Damiana w szkole, kiedy ten go wyśmiewał, że jest z DPS-u i nie ma mamy. Bo jego mamą jest Tobiasza. Ona go postawiła na nogi. Doprowadziła do operacji rozłączenia nóżek. Chodzi, ma aparaty słuchowe, więc słyszy, mówi, komunikuje się, ma marzenia, jest bardzo samodzielnym chłopakiem. To jest zasługa konkretnej miłości człowieka do człowieka. Miłość jest w stanie pokonać takie rzeczy.

S. Tymoteusza: Jarek. Zostawili go rodzice biologiczni. Później wzięła go rodzina zastępcza, mówił do nich „mamo”, „tato”, ale kiedy odkryli, że Jarek ma zespół poalkoholowy FAS i jest niepełnosprawny, to oddali go do Domu Dziecka. Stamtąd wydobyła go kolejna rodzina, która myślała, że sobie poradzi, ale sobie nie poradziła. Dom dziecka w końcu oddał go do Domu Pomocy Społecznej, a ten Dom Pomocy Społecznej po czterech latach oddał go nam. Ma 14 lat. Kiedy wjeżdżał jakiś samochód na podwórko, to Jarek wsiadał do niego i mówił: „zabierz mnie, zabierz mnie”. Kiedyś odwoziłyśmy siostrę na dworzec PKP i zabrałyśmy Jarka, a on zaczął płakać i mówi: „a czy ja tutaj wrócę?”. Temu dziecku nie jest obojętne, gdzie jest.

S. Eliza: Andrzej począł się w związku kazirodczym, jego rodzice sobie nie życzyli kontaktu z nim. Trafił od razu do domu dziecka, a potem do nas. To niesamowite, że ci rodzice mieszkają tutaj niedaleko, a on się w listopadzie modli za każdym razem za swoich zmarłych rodziców. Pytamy go: Andrzej, twoi rodzice zmarli? A on mówi: jak nie przyjeżdżają, no to zmarli.

S. Tymoteusza: Mikuś na przykład… Mikuś został odebrany rodzicom, bo urodził się z ponad promilem alkoholu we krwi. Jego mózg jest na stałe uszkodzony. Przyjechał do nas, kiedy miał siedemnaście miesięcy z opinią lekarzy, że ma nadwrażliwość skóry i najlepiej go nie przytulać i nie całować, bo sprawia mu to ból. Nie wiedziałyśmy, co robić. Postanowiłyśmy, że będziemy codziennie bardzo delikatnie brały go na ręce i zobaczymy, jak wygląda ta nadwrażliwość. I już po tygodniu Mikołaj wyciągnął ręce z łóżeczka, żeby go przytulać. Od tamtej pory to jest taka mała przytulanka, jak widzi biały habit, to od razu biegnie. Jego specjalną mamą jest Gracjana. Mikołaj ma minus 21 wady wzroku, czyli widzi jedną wielką plamę, a kiedy stoimy z siostrami, on podchodzi do Gracjany i wyciąga ręce właśnie do niej.

 

Fot. Paweł Kęska

 

To nie jest DPS, to jest dom pełen miłości, a miłość leczy…

S. Tymoteusza: My tu jako zakonnice możemy doświadczać macierzyństwa. To jest niesamowite. To jest najpiękniejsze, co mogło nam się przytrafić, bo każda kobieta jest powołana do macierzyństwa i kiedy widzi dziecko, to jej się cieplej robi na sercu. A my możemy przytulać te dzieci, możemy wychodzić na spacery, możemy kupować dla nich rzeczy. Nigdy nie zmuszamy ich do uczestnictwa we Mszy świętej, do modlitwy, nie narzucamy tego. A nasi chłopcy widząc, że chodzimy do kościoła, biegną za nami. I tak postrzegam wspólnotę Kościoła.

S. Eliza: Kiedy gdzieś jedziemy, chłopcy nie pytają nas kiedy wracamy do DPS-u, tylko kiedy wracamy do Domu. Atmosfera jest tu rodzinna. Wszyscy się znają, nikt nie jest anonimowy. Tu chłopcy doskonale wiedzą, kiedy siostra wyjeżdża, kiedy idzie na zakupy i trzeba np. przynieść zakupy, bo to prawdziwi  mężczyźni, a kobieta nie powinna nosić.

 

Pan Bóg odbierając chłopcom sferę intelektu zachował ich takimi, jakich chciałby mieć. Otwartymi na drugiego człowieka, nie oceniającymi, witającymi się naprawdę z każdym jednakowo, z prezydentem i z przedszkolakiem, bez segregacji, bez podziałów.

Co wy od chłopaków dostajecie, czego się od nich uczycie?

S. Eliza: Dla nich świat jest prosty. Jestem zafascynowana tym światem. Uczę się nie rozpamiętywać trudów ani przykrych zdarzeń, tylko patrzeć tak jak oni, upraszczać. Relacja dla nich jest najważniejsza. Zauważyłam ostatnio, że się bardzo źle czuję w przeintelektualizowanym towarzystwie. Ile by te wywody nie trwały, to i tak dochodzi się do wniosku, że miłość jest najważniejsza. Pan Bóg odbierając chłopcom sferę intelektu zachował ich takimi, jakich chciałby mieć. Otwartymi na drugiego człowieka, nie oceniającymi, witającymi się naprawdę z każdym jednakowo, z prezydentem i z przedszkolakiem, bez segregacji, bez podziałów. To wygląda na ubóstwo (śmiech), ale warto w tym wytrwać. Starsi ludzie również wracają do tego, co mają nasi chłopcy, do stwierdzenia, że drugi człowiek przy mnie jest najważniejszy, to jest największe szczęście, jeśli ja mogę kochać i ktoś może kochać mnie…

 

Czyli jeden z największych deficytów współczesnego świata…

S. Eliza: Człowiek najbardziej potrzebuje drugiego człowieka, akceptacji, bezpieczeństwa, poczucia, że drugi go nie skrzywdzi. Człowiek potrzebuje przytulania. Nawet nasze starsze siostry bardzo lubią być przytulane. Przytulanie nigdy nie traci terminu ważności. Jeśli chodzi o miłość, obecność i to przytulanie, to dzieci niepełnosprawne mają to w nadmiarze (śmiech). Jakby nasz intelekt czasem działał przeciwko nam, a oni są stworzeni naprawdę na obraz i podobieństwo Pana Boga i intelekt nie przeszkadza. Oni nie dążą do sukcesu, nie gonią za pieniędzmi. Często o tym zapominamy, że najważniejsze przykazanie, jakie zostawia nam Jezus, to przykazanie miłości. Bez miłości nie wejdziemy do nieba. Bycie przy drugim człowieku jest dla niego najważniejsze, i przy tym słabszym, mniejszym, przy więźniu, chorym, nagim, głodnym. Trwając przy tych chłopakach czasem myślimy, że złapałyśmy Pana Boga za nogi.

 

Często o tym zapominamy, że najważniejsze przykazanie, jakie zostawia nam Jezus, to przykazanie miłości. Bez miłości nie wejdziemy do nieba.

Jak siostry trafiły do zakonu dominikanek i domu w Broniszewicach?

S. Eliza: Nigdy nie byłam religijna. Przyszłam do zakonu, bo pociągnęła mnie postawa pewnego kapłana. Pomyślałam: Boże, jeśli bycie człowiekiem dobrym, pełnym miłości potrafi zbliżyć do Ciebie, to ja też tak chcę! Dlatego trafiłam do zakonu. Jako zakonnica szukałam Boga strasznie długo. Bardzo Go prosiłam, żeby mi się objawiał konkretnie, bo przecież oprócz ducha dał mi ciało i nie może tutaj być tylko jako duch. Ja Go tu spotykam na co dzień, ja Go widzę, On na mnie patrzy, ja na Niego, On dotyka mojej ręki, ja mogę Go chwycić za rękę. To było dla mnie ogromne odkrycie, że Bóg jest w osobach niepełnosprawnych intelektualnie. Największym sukcesem tego miejsca jest to, że spotykają Go tu nawet niewierzący.

Nigdy nie miałam do czynienia z osobami niepełnosprawnymi, jestem z wykształcenia księgową. Strasznie się bałam! (śmiech). Oni w piętnaście minut przełamali tę barierę. Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej, bo czuję, że utraciłabym poczucie bezpieczeństwa we współczesnym świecie, będąc z daleka od nich. To jest paradoksalne, prawda? Dwadzieścia trzy lata mija odkąd z nimi jestem…

S. Tymoteusza: Moim idolem był św. Franciszek z Asyżu. Zawsze chciałam być jak on. Później byłam zakochana w Matce Teresie z Kalkuty. A kiedy już wstąpiłam do dominikanek, okazało się, że Matka Kolumba Białecka, która założyła nasze zgromadzenie, była również kobietą z wielkim charyzmatem. Moim charyzmatem. Poszła do biedy, nędzy, smrodu, ubóstwa, do umierających. Działała w miejscu, z którego pochodzę: w okolicach Sandomierza. Kwestowała, bo siostry nie miały pieniędzy – zupełnie jak my!

W Bronkach świetnie spełniamy charyzmat Matki. W moim wypadku przygoda z niepełnosprawnymi intelektualnie zaczęła się jednak zaraz po nowicjacie, podobnie zresztą, jak w wypadku siostry Elizy. Obie miałyśmy po dwadzieścia jeden lat i pracowałyśmy z niepełnosprawnymi dziewczynami w Specjalnym Ośrodku Wychowawczym w Kielcach. W oczach tych dziewczyn zobaczyłam Pana Boga. Później trafiłam do Broniszewic i właśnie w tym miejscu spełniło się życiowe moje marzenie.

 

Fot. Paweł Kęska

 

A sam dom? Jaka jest jego historia?

S. Eliza: Siostry prowadziły tu dom dla sierot pierwszej wojny światowej, potem dla sierot drugiej wojny światowej. W latach stalinowskich dzieci zdrowie zostały stąd wywiezione, bo Kościół nie miał prawa wychowywać zdrowych, sprawnych intelektualnie dzieci. W zamian przywieziono dzieci z niepełnosprawnościami. I tak ponad sześćdziesiąt lat dominikanki są tu rodziną dla dzieci porzuconych, bądź tych, z którymi rodzice sobie nie poradzili. Mówiąc krótko – dzieci z niepełnosprawnością intelektualną, a nierzadko również fizyczną. Z czasem stary dom, w którym jesteśmy, zaczął się sypać.

S. Tymoteusza: Na środku klatki schodowej, przy samym balkonie przeciekał dach. Tu się tak lało, że odpadał tynk. To był horror. Mało tego: zaczęły pękać rury kanalizacyjne, zalewało łazienkę i tutaj był taki wielki basen. Dramat. Strażacy robili ekspertyzę i stwierdzili, że nikt nie będzie mógł zostać, i mamy tylko dwa lata na to, żeby chłopców stąd wyprowadzić. Dokąd? Tego już nam nie powiedzieli.

 

Postanowiłyśmy, że zbudujemy nowy dom, ale zupełnie nie miałyśmy pieniędzy. Po którejś debacie z siostrami otworzyłam Pismo Święte, a tam było Słowo: „Szukajcie a znajdziecie”. Zaczęłyśmy kwestować pod kościołami.

Dwa lata to wbrew pozorom mało czasu…

S. Tymoteusza: Urzędnicy powiedzieli nam, że najprostszym rozwiązaniem będzie tych chłopców oddać do innych domów i problem będzie z głowy. Tak po prostu oddać, żeby problem był „z głowy”? Oddać malutkiego Mikołaja, którego noszę na rękach, albo Jarka, który mówi do mnie „mamo”?

S. Eliza: Postanowiłyśmy, że zbudujemy nowy dom, ale zupełnie nie miałyśmy pieniędzy. Po którejś debacie z siostrami otworzyłam Pismo Święte, a tam było Słowo: „Szukajcie a znajdziecie”. Zaczęłyśmy kwestować pod kościołami.

S. Tymoteusza: Czy był upał, czy mróz, my stałyśmy pod tymi kościołami w każdy weekend. Zrobiłyśmy pięćdziesiąt pięć tysięcy kilometrów samochodem. To często było upokarzające, bo na dziesięciu proboszczów jeden wyraził zgodę. Wszystko szło zbyt powoli i opornie, a czas leciał nieubłaganie.

S. Eliza: Tymczasem Bóg miał genialny plan. Dzięki temu poznałyśmy bardzo wielu ludzi, w tym i dziennikarzy. Wyhaczyła nas na kweście dyrektorka radiowej Dwójki, Pani Małgosia. W Dzień Dziecka była aukcja i licytacje. Nagle pojawiło się na naszym koncie siedemdziesiąt tysięcy zł! Potem była przygoda z TVP. To był grudzień, a telewizja robiła program o Wigilijnym Dziele Pomocy Dzieciom. Ta świeca została wymyślona w Rusinowicach, gdzie też jest dom pomocy dla niepełnosprawnych dzieci, i pomylono chyba te Rusinowice z Broniszewicami, ale dziennikarze się przejęli i chcieli zrobić z nami program. Pan Janek Pospieszalski zaprosił nas do programu „Warto Rozmawiać”. Pojechałyśmy wiedząc, że to program bardziej polityczny. Był reportaż, który bardzo mocno trafił do ludzkich serc. Tam wstąpiła w nas nadzieja (śmiech), bo po dwóch programach, do których zostałyśmy zaproszone tydzień po tygodniu, na naszym koncie pojawił się milion złotych. To był cud! Wówczas też odezwało się z pomocą mnóstwo ludzi niewierzących.

 

Dziś ŚWIATOWY DZIEŃ PINGWINA. Przyjmujemy życzenia 🐧🐧🐧🐧🐧🐧🐧🐧🐧 Zamiast kwiatków i bombonierek przyjmujemy cegiełki na www.domchlopakow.pl :)

Opublikowany przez Elizę Małgorzatą Myk Poniedziałek, 24 kwietnia 2017

 

Nagrałyście – kultowe już – video z „pingwinami”…

S. Tymoteusza: Obchodziłyśmy Światowy Dzień Pingwina (śmiech). Nagrałyśmy na telefon film, na którym chodzimy jak pingwiny. W sumie jesteśmy do nich podobne. Zaczął się jakiś szał. Przyjechało tu bardzo dużo mediów. Chcieli pewnie wyłapać jakąś tam sensację czy atrakcję, a zderzyli się z dramatyczną historią chłopaków. TVN, TVP, gazety, dziennikarze robili materiały płynące z serca. No i dzięki nim udało się dotrzeć do serc ludzi. Cud! Okazało się, że stan surowy to koszt miliona i dwustu tysięcy. I tyle miałyśmy w tym momencie na koncie. To był znak, że mamy zaczynać i… bałyśmy  się, że nie będzie z czego wykończyć. A sprzęt, a wyposażenie? W ogóle nie brałyśmy pod uwagę tego, że możemy mieć jakąś płynność finansową. Przez dwadzieścia dwa miesiące nie było chyba ani jednego dnia przerwy na budowie, oprócz niedziel. Pan Bóg widział nasz lęk i strach, bo ja czasami już się poddawałam, i mówiłam, że jednak nie dam rady. Najtrudniejsze były spotkania z wykonawcami, którzy w brutalny sposób chcieli na nas zarobić. Ale Pan Bóg oprócz pieniędzy przysłał nam ludzi.

 

Jak chłopcy przeżyli przeprowadzkę?

S. Eliza: Chłopcy byli bardzo szczęśliwi. Ci, którzy potrafią mówić, o niczym więcej nie wspominają, jak o tym, że mają swój pokój, a tam jest taka tapeta, jest taki fotel, jest taka piękna łazienka… Potrafią każdy detal tej łazienki wspominać, bardzo ich to cieszy.

 

Jak wyglądało otwarcie domu?

S. Eliza: Przed głównym wejściem była piętnastometrowa wstęga i przecinało ją piętnaście osób. Był najstarszy i najmłodszy mieszkaniec domu, byli reprezentanci dobroczyńców, jeden wierzący, drugi niewierzący, byli reprezentanci mediów, artystów, był nasz starosta i inne ważne osoby. Była Msza, a na niej katolicy, protestanci, prawosławni, niewierzący… Ten ekumenizm nie był zaplanowany… ale pojawił się spontanicznie. I wiele osób płakało. Cudowne było to, że na jednej scenie byli dziennikarze z zupełnie różnych światopoglądowo stacji telewizyjnych. Dla wielu to był cud! Wszystko u nas jest ponad podziałami.

 

Przeszłyście przez Morze Czerwone. Dokąd teraz idziecie?

S. Eliza: Cały czas idziemy Bożą drogą i robimy wszystko co Bóg delikatnie nam szepcze. Już za kilka dni rozpoczynamy budowę kolejnego Domu Chłopaków dla 12 Chłopców z autyzmem. A poza tym planów jeszcze mamy bardzo dużo.

S. Tymoteusza: Nie zapominajcie o nas! www.domchlopakow.pl

 


Wywiad Pawła Kęski z siostrami z Broniszewic, ukazał się na antenie Radia Warszawa.

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap