video-jav.net

Ks. Przemysław Ćwiek: Kapłan jest jak ratownik TOPR

"Kapłaństwo jest jak wchodzenie na górę przez ratownika TOPR. Musi się mierzyć ze sobą, ale wie, że nie idzie na tę górę sam czy dla siebie. Musi być na tyle silny, żeby móc pomagać innym. Jeśli myśli inaczej, wyłącznie o sobie i o górze, to jest dramat, który skończyć się może w narcyzmie. Powołanie jest służbą!"

ks. Przemysław Ćwiek
ks. Przemysław
Ćwiek
zobacz artykuly tego autora >
Michał Kłosowski
Michał
Kłosowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ks. Przemysław Ćwiek: Kapłan jest jak ratownik TOPR
"Kapłaństwo jest jak wchodzenie na górę przez ratownika TOPR. Musi się mierzyć ze sobą, ale wie, że nie idzie na tę górę sam czy dla siebie. Musi być na tyle silny, żeby móc pomagać innym. Jeśli myśli inaczej, wyłącznie o sobie i o górze, to jest dramat, który skończyć się może w narcyzmie. Powołanie jest służbą!"

Michał Kłosowski: Lubi Ksiądz góry?

Ks. Przemysław Ćwiek: Tak. Ale obawiam się, że młodzi ludzie się górami już nie interesują. Bardziej chyba barami. No, chyba żeby podjechać do tego Morskiego Oka, ale tak, żeby było wygodnie.

 

Z powołaniem chyba nie zawsze jest tak, że jest łatwo i wygodnie?

Na pewno tak nie jest, ale w ogóle w życiu tak nie jest. Problemem wielu ludzi jest życie w iluzji dotyczącej swojego życia: że da się je przeżyć łatwo, przyjemnie, żeby było miło i żeby nie musieć się deklarować wiążąco. 

 

A wybór drogi powołania jest taką deklaracją ostateczną, wiążącą?

Tak. Dlatego bardzo często koreluje się kryzys powołań z kryzysem podejmowania decyzji.

 

Czy tylko młodzi mężczyźni mają problem z podejmowaniem decyzji wiążących, czy taki jest model pokolenia obecnych 20-sto i 30-sto latków?

Obserwujemy ogólną trudność w podejmowaniu wiążących decyzji. Czy wynika tylko z lęku? Nie tylko. Na pewno lęk przed zadeklarowaniem się może być obecny, poczucie tego że wybierając jedną z dróg nie można podążać innymi. 

 

A tych dróg współczesny świat oferuje bardzo dużo.

Wielość możliwości, wielość opcji powoduje, że nikt nie chce przeżywać straty. To naturalne. Ale w związku z tym wydawać się może, że da się przejść przez życie przeżywając wszystkie opcje. Nie da się, im szybciej ktoś się o tym przekona, tym lepiej dla jego dojrzałości. Dziś jest wiele osób dojrzałych biologicznie, nie dojrzałych emocjonalnie.

Kiedyś były inne problemy. Na pewno nie jest tak, że dziś mamy ciężko a wcześniej ciężko nie było. Wcześniej jednak te kwestie miały inną naturę, nie było tylu różnych opcji. Ale oczywiście, inne elementy były czynnikami potencjalnie kryzysogennymi. 

 

Może po prostu kapłaństwo nie przychodzi młodemu człowiekowi do głowy, bo nie wiąże się z tym, co w świecie dziś modne? Myślę o splendorze, rozpoznawalności…

To pewnie zależy od środowiska. Patrzmy na kwestię powołań przez pryzmat środowisk, w których żyjemy, mieszkamy, pracujemy. W Warszawie kontekst jest zupełnie inny, niż w małej wspólnocie lokalnej, gdzie może być tak, że ksiądz w dalszym ciągu cieszy się splendorem, prestiżem. Tam będą inne problemy właściwego rozeznania powołania, pytania czy ten kandydat chce być księdzem ze względu na posługę Bogu i ludziom czy właśnie element splendoru jest dominujący? To zróżnicowane. 

 

Rozmawiając z kapłanami pytam często o historię powołania. Odpowiedzi są bardzo osobiste, przypominają reakcję na pytanie o historię zakochania. Czasem słyszę nawet: wiesz, chciałbym aby pozostało to między mną a Bogiem. Jaka była historia Księdza powołania?

Każdy z nas, zastanawiając się nad życiem, chce je przeżyć sensownie. Chcemy, żeby nasze życie miało sens. Oczywiście, jest poziom doznań, który jednak szybko się wyczerpuje. Potem są pytania głębsze: właśnie o sensowność życia. Takie pytania sam sobie stawiałem.

Akurat w mojej ścieżce życia bardzo obecna była filozofia. Jest początek lat 90-tych, w pierwszej klasie szkoły średniej dostałem małą encyklopedię filozofii. Czytałem wówczas po kolei każdego filozofa, były tam też wymieniane ważniejsze dzieła, próbowałem je czytać. Bardzo się męczyłem, czytając.

W pewnym momencie wziąłem do ręki Hegla. Doszedłem do miejsca, gdzie było napisane: „określonością bytu jest jego nieokreśloność” i się zaplątałem. Jako uczeń jednej z pierwszych klas szkoły średniej uznałem, że  nic nie wiem. 

 

Bardzo filozoficznie.

Czytałem różne książki. To był i Jean Paul Sartre, bardzo zrozumiały dla mnie, podobnie jak Marcel. W ogóle egzystencjaliści pisali językiem przystępnym, zrozumiałym. Dopiero później, w seminarium, Edyta Stein, Emmanuel Levinas, chociaż to były lektury trudne. Prostszy był Martin Buber i filozofia dialogu. Gdzieś w końcu trafiłem na dramaty Karola Wojtyły, „Promieniowanie Ojcostwa” a przede wszystkim „Przed Sklepem Jubilera” – syntezy filozofii i teologii, piękna. 

 

To mało „cudowna” droga odkrywania powołania…

Wszystko wykuwało się w refleksji i modlitwie, nad światem i nad Panem Bogiem. Oczywiście, byłem też zaangażowany w rekolekcje, wspólnoty; oddychało się tym, życie duchowe było naturalne. Byłem też instruktorem harcerstwa w ZHR i we wspólnocie religijnej. W tym sensie łatwiej było odkryć to powołanie, cały czas był pokarm, który to ułatwiał.

 

Trudno mi sobie dziś wyobrazić młodego człowieka – mającego 20 czy 30 lat – który odkrywa powołanie czytając klasyków filozofii, czy który chwyta Hegla i mówi: nie ogarniam, tylko Pan Bóg.

Sposób odkrywania powołania przenosi się ze ścieżki intelektualnej na emocjonalną. Nie bezwzględnie i nie u każdego, ale myślę że to są wrota, przez które generalnie młodzi ludzie odbierają rzeczywistość, także religijną. Nie chodzi tylko o emocjonalność w znaczeniu ruchów charyzmatycznych, ale bardziej o emocjonalność przekazu. Mamy różnych celebrytów katolickich, którzy głoszą Słowo. Gdyby wycisnąć treść, to nie ma tam wielkich odkryć czy idei teologicznych. Jest ogromny ładunek emocjonalny, motywacyjny, przekonujący. I to pociąga.

 

Katolicki coaching drogą odkrywania powołania?

Trochę tak. Kiedy pytam uczestników spotkań, o czym była dana konferencja, są w stanie powiedzieć dwa, trzy zdania. Ale wiedzą, że bardzo im się podobało, bo przeżyli silne, dobre emocje. 

 

Odchodzimy od poznania rozumowego na rzecz emocjonalnego, a teologia to w końcu nauka rozumowo badająca Boga. Czy to potwierdza tezę o kryzysie teologii?

Spójrzmy na Księdza Profesora Michała Hellera. Wiele lat temu będąc na jego wykładzie usłyszałem, że brakuje nam w teologii literatury popularno-naukowej; że brakuje książek popularyzujących teologię jako naukę. Nie książek duszpasterskich, nie świadectw, ale książek popularnonaukowych o nauce – teologii – jako takiej. Ile jest podobnych publikacji z fizyki, z nauk ścisłych, które popularyzują te dziedziny, a nie są książkami stricte naukowymi? Dzięki temu potrafią zainteresować innych. Faktycznie, brakuje tego w teologii. Nie tyle mamy kryzys teologii, ale jej nieznajomość. Duża część wiernych nie zna teologii, bo nie ma okazji do nauczenia się jej. Wydziały teologiczne, które zapraszają świeckich, są czymś pięknym, ale to nie jest masowe.

Gdyby ktoś mnie poprosił o polecenie książki, z której mógłbym dowiedzieć się czegoś o teologii, to powiedziałbym od razu: Katechizm Kościoła Katolickiego. Ale Katechizm jest trudną lekturą.

 

Dużo ludzi słuchało wspomnianego wykładu ks. prof. Hellera? Z czasów studiów, pamiętam wykład ks. prof. Hellera w Audytorium Maximum UJ. Pełna sala, głód w narodzie był wielki. Czy przez takie postacie można skłaniać do posłuchania głosu powołania?

Kiedy rozmawiam z alumnami, którzy byli na wykładach czy na rekolekcjach, głoszonych przez różnych ludzi często jestem poruszony i zaskoczony tym, na co zwracali uwagę. Bywa tak, że byli na rekolekcjach czy usłyszeli kazanie, które dla mnie osobiście było takie sobie a dla nich odmieniło życie. Nie ma jednego klucza, czy jednego pomysłu na to, jak ułatwiać odkrywanie powołania. Myślę, że to co my robimy w seminarium, to tak naprawdę pomaganie w odkrywaniu powołania. To nie tak, że ktoś odkrył powołanie, przyszedł do seminarium i teraz mówi: dajcie mi trochę szlifu teologicznego, obycia i możecie mnie wyświęcić. Nie.

 

Czyli to nie tak, że człowiek idąc do seminarium jest pewny, że chce być księdzem?

Deklaratywnie tak, jest pewny. Jest otwarty na przyjęcie tego powołania. Ale w trakcie formacji seminaryjnej – przynajmniej tej początkowej – rozeznaje raz jeszcze czy to rzeczywiście jest powołanie, czy tylko wyobrażenie na ten temat. Musi odkryć siebie, zrozumieć na dwóch poziomach: ludzkim i duchowym. Poznać siebie dobrze jako człowiek, a wcale z tym nie jest łatwo. Nie raz odkrywamy alumnów, którzy mają trochę pracy do zrobienia na poziomie formacji ludzkiej – różne wydarzenia z historii ich życia są na tyle trudne, że wymagają przypomnienia i poukładania na nowo. Nie da się w życiu dynamicznym, w jakim dotychczas żyli, i wiele spraw spychali i zapominali, wejść do kapłaństwa. To ciąży, rozbija.

 

Wejście do kapłaństwa jest trochę jak wejście na górę: trzeba się zmierzyć z samym sobą?

Nawet więcej, jest jak wchodzenie na górę przez ratownika TOPR. Musi się mierzyć z sobą, ale wie, że nie idzie na tę górę sam czy dla siebie. Musi być na tyle silny żeby móc pomagać innym. Jeśli myśli inaczej, wyłącznie o sobie i o górze, to jest dramat, który skończyć się może w narcyzmie. Powołanie jest służbą! Jeśli tego elementu się dobrze nie zrozumie, jeśli będzie się go wyłącznie wypowiadać werbalnie, to nic z tego nie będzie. Kapłaństwo to służba, Bogu i człowiekowi. Jeśli brak elementu służebnego, to efektem będzie wyłącznie celebracja siebie. 

 

Po co służyć, skoro wszystko, co chcemy dla siebie, mamy dziś na ekranie telefonu?

Wydrukujemy Eucharystię w 3D? Sakramenty to podstawa. Kapłan jest powołany po to, aby służył i sprawował sakramenty. Aby sakramentami prowadził ludzi do Boga. Sakrament Eucharystii, sakrament spowiedzi, to są dwa podstawowe sakramenty. Wszystkie inne prace księdza są pożyteczne, ale mają prowadzić do tego jednego. 

 

Czy spotkał Ksiądz kiedyś seminarzystę czy kleryka, który żałował swojej decyzji?

Spotkałem takich, którzy w trakcie formacji seminaryjnej, rozeznali inną drogę. Wcześniej mówiłem, że poza formacją ludzką jest także poznanie siebie w perspektywie duchowej, w perspektywie Ewangelii i pytanie, czy ktoś taki chce na siebie patrzeć przez ten pryzmat? Inaczej może się nauczyć sprawować liturgię, ale jeśli sam nie przeżyje głębokiej, wewnętrznej relacji z Panem Bogiem będzie jak drogowskaz, który drogę wskazuje ale ludzie go mijają, bo sam stoi w miejscu. To nie jest pomysł na kapłaństwo.

Można mieć braki w metodzie, nie mówić wspaniałą polszczyzną. W naszym seminarium mamy także księży z zagranicy, księża z Redemptoris Maters są też inkardynowani do Archidiecezji Warszawskiej. To są często księża z Ameryki Południowej, z Włoch, niektórzy z nich bardzo dobrze mówią po polsku, inni słabiej. Ale to kwestia trzeciorzędna. Podstawą jest budowanie autentycznej więzi z Bogiem, wówczas jest się autentycznym dla innych ludzi. 

 

Wiara w ogóle opiera się na więzi z Bogiem. W jaki sposób tę więź budować, jak zakochać się w Chrystusie?

Analogicznie jak z miłością między chłopakiem a dziewczyną. Nie da się sobie powiedzieć: od dziś będziemy się kochać i już, jesteśmy w sobie zakochani. Z drugiej strony jednak bez elementu wolitywnego, tego że się chce, nawet jeśli ma się trudniejsze, smutniejsze chwile, to chcę być wierny Panu Bogu i kochać Go żywą miłością. Bez tego elementu nie ma też pracy nad sobą i pozostaje emotywizm, targanie emocjami. Emocje są ważne, ich rozpoznawanie w sobie także, ale nie można dać się im prowadzić. 

 

Nie ważne jak bardzo w danym miejscu góra jest stroma, jeśli chce się zdobyć szczyt, idzie się do góry?

Wywiady ze sportowcami, nawet z tymi którzy wydają się takimi zabawowymi, którzy może bardziej robią atmosferę niż sport, pokazują, jak ciężko każdy z nich trenował. Często w ciszy, bez oklasków, ale podobnie jest z życiem duchowym, które musi być podstawą formacji kapłańskiej. To także jest ciężka praca.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

ks. Przemysław Ćwiek

ks. Przemysław Ćwiek

Prefekt oraz wykładowca historii filozofii w Wyższym Seminarium Duchownym w Warszawie. Urodził się 6 grudnia 1976 r. w Warszawie. Święcenia kapłańskie przyjął 26 maja 2001 r.w archikatedrze warszawskiej z rąk JE Józefa kardynała Glempa. Początkowo pełnił posługę wikariusza w parafii św. Jadwigi w Milanówku. Następnie studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Kolejne lata to pobyt we Francji, gdzie był m. in. kapelanem ss. Nazaretanek w Paryżu. Po powrocie do kraju pracował w duszpasterstwie akademickim przy kościele św. Anny, później rezydował w parafii św. Michała w Warszawie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Michał Kłosowski

Michał Kłosowski

Dziennikarz, sekretarz redakcji „Wszystko Co Najważniejsze”, twórca programu „Studio Raban” w Telewizji Polskiej, współpracownik „Stacji 7”. Współtworzył strategię komunikacji m.in. Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016 i Panama 2019.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Przemysław Ćwiek
ks. Przemysław
Ćwiek
zobacz artykuly tego autora >
Michał Kłosowski
Michał
Kłosowski
zobacz artykuly tego autora >

Czas na życiowe Camino

Droga św. Jakuba prowadząca do katedry w Santiago de Compostela w Hiszpanii to coraz częściej uczęszczany pielgrzymi szlak. Symbol muszli św. Jakuba jest już rozpoznawalny niemal na całym świecie. W czym tkwi niezwykła siła Camino? Rozmawiamy z Kamilą i Jakubem, dla których Camino stało się początkiem wspólnego życia.

Kamila
Początko
zobacz artykuly tego autora >
Jakub
Kwaśnik
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czas na życiowe Camino
Droga św. Jakuba prowadząca do katedry w Santiago de Compostela w Hiszpanii to coraz częściej uczęszczany pielgrzymi szlak. Symbol muszli św. Jakuba jest już rozpoznawalny niemal na całym świecie. W czym tkwi niezwykła siła Camino? Rozmawiamy z Kamilą i Jakubem, dla których Camino stało się początkiem wspólnego życia.

Camino de Santiago zaczęło w Waszym życiu zupełnie nową drogę…

Jakub Kwaśnik: Zdecydowanie! Kiedy razem z Kamilą planowaliśmy podróż szlakiem Camino de Santiago, udało się nam ułożyć wyjazd tak, aby 13 maja być w Fatimie. Wiedziałem, że zaręczyny to rozpoczęcie kolejnego ważnego etapu w naszym życiu. W dziękczynieniu, zaufaniu i z prośbą o to, żeby nasze dalsze wspólne życie układało się tak, jak dotychczas, właśnie tam się oświadczyłem, a Kamila powiedziała “tak”.

 

Spodziewałaś się oświadczyn?

Kamila Początko: Kiedy wyjeżdżaliśmy na Camino, dużo znajomych “podpuszczało” nas i powtarzało, że na pewno wrócimy jako narzeczeni. Strasznie nas to denerwowało, więc stanowczo protestowaliśmy (śmiech). Moim marzeniem były zaręczyny u Matki Bożej Fatimskiej, ale nigdy tego Kubie nie powiedziałam. W chwili oświadczyn byłam bardzo zaskoczona, zaniemówiłam! Jednocześnie czułam, że “to jest to”, a to miejsce nie było przypadkiem. 

 

Dlaczego akurat Fatima?

Jakub: Zarówno dla mnie i dla Kamili kult Matki Bożej Fatimskiej jest ważny. Kiedy omadlałem temat zaręczyn, często zaglądałem do różnych kościołów w Krakowie – te wszystkie miejsca łączyło jedno – wszędzie była figura Matki Bożej Fatimskiej. Zresztą cała podróż do Camino była wyjątkowa i symboliczna. Do Santiago dotarliśmy 24 maja – w dzień moich urodzin, wtedy obchodziłem trzydziestkę. W Kościele jest to także wspomnienie Matki Bożej Wspomożenia Wiernych.

 

 

Obcy kraj, inna kultura, kilkaset kilometrów pieszo. Dlaczego podjęliście decyzję o wyruszeniu szlakiem św. Jakuba?

Jakub: Z racji tego, że św. Jakub jest moim patronem, już wcześniej interesowałem się jego biografią. Dzięki temu dowiedziałem się, że jest szlak św. Jakuba i zacząłem szukać więcej informacji o Camino. Chciałem poczuć nowe doświadczenie pielgrzymowania. Spodobała mi się koncepcja, że to jest podróż “na dłużej”, że nie jest to zorganizowana pielgrzymka, ale indywidualna przygoda. O tym, że wyruszyliśmy na Camino zdecydowało również to, że razem z Kamilą pracowaliśmy w tym samym miejscu – restauracji “Camino” na ul. Stolarskiej w Krakowie. Lokal leży na szlaku pielgrzymim Via Regia biegnącym przez Kraków. Przez to, że do restauracji często przychodzili pielgrzymi, idea Camino była nam bardzo bliska.

Kamila: Dzięki pracy w restauracji “Camino” złapaliśmy “bakcyla”. Organizowaliśmy także spotkania “Opowieści o Camino”, gdzie pielgrzymi opowiadali swoje doświadczenie drogi. W pewnym momencie sami zaczęliśmy “przebierać nogami” i wiedzieliśmy, że to jest ten czas, by wyruszyć szlakiem św. Jakuba. 

 

Do sanktuarium św. Jakuba w Santiago de Compostela wiedzie wiele szlaków. W jaki sposób wybieraliście swoją trasę?

Jakub: Słyszeliśmy z wielu źródeł, że trasa portugalska jest ciekawa, ponieważ jest różnorodna – daje możliwość odwiedzenia wielu ciekawych miejsc. Łącznie są trzy trasy – my wyruszyliśmy z Porto i szliśmy trasą biegnącą wzdłuż oceanu.

Kamila: Wybraliśmy tę trasę, ponieważ nie byliśmy pewni swojej kondycji i tego, ile damy radę dziennie przejść kilometrów. Trasa z Porto wydawała się optymalna jak na pierwszy raz. Nie mieliśmy też czasu, żeby jakoś specjalnie przygotować się kondycyjnie na tę podróż. Camino daje możliwość swobodnego planowania trasy. Nie narzucaliśmy sobie limitów kilometrów na dzień, chcieliśmy też mieć dni lżejsze, przeznaczone na odpoczynek czy zwiedzanie.

 

 

Podczas pielgrzymki pojawiły się jakieś trudności? Nie obawialiście się ich?

Kamila: Pielgrzymka wymaga od nas tego, żeby po prostu dostosować się na bieżąco do okoliczności, które spotykamy. Gdyby wszystko było przewidywalne, nie byłoby aż tylu wspomnień. W trudnych sytuacjach człowiek może sprawdzić na ile jest w stanie sobie poradzić, wymyślić coś ciekawego, znaleźć dobre rozwiązanie.

Jakub: Możemy też powiedzieć, jaki błąd popełniliśmy już na etapie przygotowań (śmiech). Nasza podróż była zaplanowana na trzy tygodnie. Przesadziliśmy z bagażem, którego mieliśmy zdecydowanie za dużo. Później musieliśmy sobie z nim radzić. 

 

Udało się?

Kamila: W pierwszej alberdze (schronisku dla pielgrzymów) znaleźliśmy informację, o usłudze luggage driver, czyli taksówce bagażowej. Postanowiliśmy, że spróbujemy w ten sposób nadać część naszego bagażu już do samego Santiago. Trzeba było przepakować bagaż, więc szukaliśmy rezerwowej torby lub plecaka w okolicznych sklepach, ale nic nie znaleźliśmy. Stwierdziliśmy więc, że może spróbujemy przepakować się do… worków na śmieci. Skontaktowaliśmy się z taksówkarzem i zgodził się zabrać nasze rzeczy w takim “opakowaniu”.

Jakub: Opisaliśmy worki po angielsku: “To nie są żadne śmieci, prosimy nie wyrzucać” (śmiech). Głównie baliśmy się, żeby nikt nie potraktował tego jako śmieci, albo niebezpiecznego ładunku.

Kamila: Oczywiście istniało ryzyko, że ktoś będzie nierzetelny, nie przekaże bagażu czy nie dojedzie pod wskazane miejsce. Ale zaufaliśmy i ostatecznie wszystko się udało. 

 

Jak wygląda standardowy dzień na Camino?

Kamila: Wstaje się wcześnie rano i dociera około godz. 13-14 pod albergę, gdzie później się odpoczywa, je ciepły posiłek, robi pranie. Natomiast nasz dzień wyglądał zupełnie inaczej, zdecydowanie nie byliśmy standardowymi pielgrzymami (śmiech). Wstawaliśmy koło 8, 9 rano, prawie nas już wyganiali z albergi – śmialiśmy się, że jesteśmy najgorszymi pielgrzymami świata. Ale my po prostu szliśmy swoim tempem, zatrzymywaliśmy się w pobliskich miejscowościach i czasami bywało tak, że nie sprawdziliśmy gdzie jest następna alberga i trzeba było nadrabiać kolejne kilometry…

Jakub: Na trasie portugalskiej – w przeciwieństwie do hiszpańskiej – jest dużo mniej alberg. I raz tak się zdarzyło, że doszliśmy na nocleg i okazało się, że nie ma już miejsc, więc szliśmy dalej. Ale nam to nie przeszkadzało. Camino daje właśnie tę możliwość dostosowania trasy i przeżycia tego czasu w bardzo indywidualny sposób.

 

Również jeśli chodzi o przeżycia duchowe?

Jakub: Na Camino na wszystko jest czas. Im więcej dni poświęca się na szlak, tym więcej czasu jest na spokojne przemyślenie i na podziwianie przyrody, na spotkania z ludźmi, modlitwę. Spędziliśmy część szlaku na rozmowie, część na wspólnej modlitwie, był też czas na indywidualną modlitwę. Każdy dzień przynosi coś nowego. Dużo mówi się o tym, że na szlaku przypadkowe spotkania z innymi pielgrzymami bardzo otwierają ludzi. I faktycznie tak jest. Niektórymi sprawami ciężko się podzielić ze znajomymi, rodziną, a z kimś obcym nieco łatwiej. Każdy obdarzał spotkaną osobę wielkim zaufaniem. Każda osoba dała impuls do przemyśleń. Te spotkania często owocują dopiero po jakimś czasie.

Kamila: Są takie osoby, które wybierają się na Camino jak na zwyczajną wycieczkę i my także spotkaliśmy osoby, które były niewierzące. Dla mnie osobiście bez wymiaru duchowego ta droga nie miałaby sensu. To, co jest motorem napędowym, to intencje, z którymi idziemy. Mnie właśnie to najbardziej trzymało w tej drodze. 

 

Czego nauczyło Was Camino?

Jakub: Camino było dla nas pierwszą okazją, by wspólnie nauczyć się radzić sobie z bieżącymi wyzwaniami i trudnościami. To była lekcja wzajemnego zaufania. Camino weryfikuje wiele postaw – pojawiają się niedogodności, problemy. I tak naprawdę człowiek zdaje sobie wtedy sprawę, że jak się ma drugą osobę u boku, to można sobie ze wszystkim poradzić, że problemy które mamy na co dzień, nie są problemami. Ta droga pokazuje, że jak niewiele potrzeba człowiekowi do życia i szczęścia.

Kamila: Camino to na pewno dobra droga do poznania siebie samego i siebie nawzajem. Nas połączyło to, że wyznajemy te same wartości, że wiara jest dla nas bardzo ważna. To było naszym trzonem i pomogło przejść całą drogę. Bez kontekstu religijnego pewnie byłoby dużo trudniej. Camino pozwala odmienić myślenie – żeby przezwyciężyć wszelkie kryzysy, czasami wystarczy tylko tyle. Ta droga weryfikuje to, jak niewiele jest potrzebne do życia. Dzięki temu łatwiej docenić to, co się ma, zamiast narzekać na to, czego brakuje. 

 

Można powiedzieć, że Camino było dla Was czasem solidnych nauk przedmałżeńskich.

Jakub: Zawsze uważałem, że podstawą w związku jest rozmowa oparta na prawdzie. Ona pozwala rozwiązać bardzo wiele trudności. Kiedy odbywaliśmy kurs przedmałżeński, ksiądz zadawał pytania o wartości, ważne sprawy i widać było, że niektóre pary dopiero zaczynają o tym rozmawiać, nigdy wcześniej tego nie robili. A my większość takich rozmów odbyliśmy właśnie na Camino. Podczas drogi jest na to czas, te rozmowy dużo rozwiązują i to jest niezwykle cenne. 

 

Już niebawem Wasz ślub. Będą akcenty związane z Camino?

Kamila: Na pewno pojawią się akcenty portugalskie! Ale chcemy przede wszystkim, by nasz ślub połączył wspólnoty, w których jesteśmy. To jest nasz pierwszy wspólny sakrament i wkroczenie we wspólną rzeczywistość, dlatego chcemy być w tym czasie ze wszystkimi, którzy chcą nam w tym dniu towarzyszyć, do czego serdecznie zapraszamy – już 22 czerwca, o godz. 15.00 w kościele św. Szczepana w Krakowie. 

 

Czego Wam życzyć?

Kamila: Żeby Pan Bóg był na pierwszym miejscu w naszej relacji, w małżeństwie. Jeśli tak będzie, wszystko inne się poukłada.

Jakub: Na pewno też tego, aby nigdy nie bać się podejmować wyzwań, tak jak nie baliśmy się tego na Camino. Przychodzi czas, by być otwartym na wspólne budowanie tego “szlaku małżeństwa”. Podobnie jak na Camino, w życiu mogą wydarzyć się różne sytuacje i trudności, ale jak się idzie razem, zawsze ma się siłę przezwyciężać trudności, czerpać z tego cenne doświadczenie i umieć się cieszyć wszystkim tym, co nas spotyka. Teraz jest czas na życiowe Camino.

 

Rozmawiała Zofia Świerczyńska

 


 


Partnerem wydania “Szlakiem świętych” jest biuro pielgrzymkowe Misja Travel


Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Kamila Początko

Zobacz inne artykuły tego autora >

Jakub Kwaśnik

Zobacz inne artykuły tego autora >
Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Kamila
Początko
zobacz artykuly tego autora >
Jakub
Kwaśnik
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >
Share via