video-jav.net
ROZMOWY

Kard. Dziwisz: kocham Kościół krakowski i tak już pozostanie

Dobry proboszcz czy biskup musi się w Kościele zakochać. Myślę, że tej miłości do Kościoła krakowskiego mi nie brakowało. I tak już pozostanie. Nie będę dźwigał odpowiedzialności na pierwszej linii, ale w tym Kościele, który mnie zrodził do kapłaństwa, będę starał się w dalszym ciągu służyć Bogu i ludziom – mówi kard. Stanisław Dziwisz w rozmowie z KAI

Polub nas na Facebooku!

Przemysław Radzyński (KAI): Księże kardynale, cofnijmy się do roku 2005, kiedy po 27 latach u boku papieża Jana Pawła II wrócił Ksiądz Kardynał na Franciszkańską 3.

Kard. Stanisław Dziwisz: Przed posługą Ojcu Świętemu w Watykanie, przez dwanaście lat byłem jego sekretarzem w tym domu, przy Franciszkańskiej 3 w Krakowie. Ten dom, Kraków i cała archidiecezja były mi bardzo bliskie. Z Watykanu wróciłem z większym doświadczeniem Kościoła powszechnego, które pozwoliło mi w dość naturalny sposób wejść w służbę diecezji.

 

Ksiądz kardynał pamięta co czuł, kiedy papież Benedykt XVI decydował, o tym, że ksiądz kardynał zostanie metropolitą krakowskim?

Papież Benedykt zaprosił mnie do koncelebry Eucharystii w jego kaplicy, po której podczas rozmowy, powiedział, że chce abym objął urząd metropolity krakowskiego. Byłem świadomy, co to znaczy być pasterzem Kościoła krakowskiego, który ma taką wspaniałą kartę w historii, tak wspaniałych ludzi i taką piękną przeszłość. Pytałem sam siebie: jak to podjąć, żeby nic z tego co dobre nie stracić, ale jeszcze wnieść i rozwinąć? Myślę, że na tym polega wielkość każdego nowego pasterza, że przejmuje dziedzictwo wspólnoty Kościoła i z właściwym sobie charyzmatem i osobowością stara się je ubogacić.

 

A jak spogląda ksiądz kardynał na tych ponad 11 lat w Kościele krakowskim, to czym ubogacił ksiądz kardynał ten Kościół?

Ocenę pozostawiam innym. Mogę powiedzieć, że bardzo zależało mi na dobrej współpracy z prezbiterium. To wielkie wyzwanie, bo prezbiterium krakowskie łącznie z zakonnikami liczy przeszło dwa tysiące kapłanów. Mamy papieski uniwersytet, arcybiskupie wyższe seminarium duchowne oraz kilkanaście seminariów zakonnych. Bogu dziękuję za wyświęcenie ponad 190 kapłanów. Poza tym ważną rolą biskupa jest jednoczenie i umacnianie wspólnot parafialnych poprzez wizytacje w parafiach, udzielanie sakramentu bierzmowanie, przepowiadanie Słowa Bożego i spotkania z grupami.

 

A w czasie tej posługi w Krakowie dostrzegł ksiądz kardynał jakieś widoczne zmiany w Kościele?

Z jednej strony widać pozytywne znaki pogłębiania się życia religijnego. Świadczy o tym wzrastająca od lat liczba ludzi przestępujących regularnie do komunii świętej oraz powstające ruchy i inicjatywy ewangelizacyjne, które bardzo często powstają z inicjatywy katolików świeckich. Z drugiej strony, na przestrzeni ostatnich lat zmniejszyła się liczba powołań kapłańskich. Jedną z przyczyn jest zapewne demografia, która jest poważnym problemem. Mniej widać to w miastach, gdzie liczba mieszkańców rośnie, ale wieś się wyludnia. To bez wątpienia wpływa na liczbę powołań, choć oczywiście nie tłumaczy w pełni problemu. W każdym razie zadaniem biskupa jest dostrzegać i odczytywać zmiany i starać się na nie w miarę możliwości odpowiadać.

 

Ksiądz kardynał regularnie odwołuje się do nauczania Jana Pawła II, jest ksiądz kardynał twórcą wyjątkowego papieskiego pomnika, jakim jest Centrum „Nie lękajcie się!” na Białych Morzach. Na czym z papieskiego dziedzictwa zależy księdzu kardynałowi najbardziej? Co Polacy powinni bardziej zgłębić, uczynić swoim?

Niewątpliwie Jan Paweł II był człowiekiem rodziny. Już jako ksiądz bardzo interesował się tym tematem, o czym świadczy rozprawa o narzeczeństwie i małżeństwie „Miłość i odpowiedzialność”. W pewnym sensie była ona odpowiedzią na widoczny w Polsce kryzys małżeństwa i rodziny, który przejawiał się w coraz większej liczbie rozwodów i aborcji. Los rodziny zawsze leżał Wojtyle na sercu, a jej osłabienie i cierpienie bardzo go bolało. Stąd to jego wielkie zaangażowanie w sprawy rodziny i etyki małżeńskiej, które podejmował priorytetowo najpierw jako biskup, a następnie jako papież.

Kolejną sprawą ważną dla Papieża była młodzież. On w młodzieży widział przyszłość Kościoła, społeczeństwa i świata. Stąd jego wielkie zaangażowanie na rzecz młodzieży, którego przykładem jest poparcie dla ruchu oazowego – najpierw w Krakowie i Polsce, a potem na innym poziomie w Stolicy Apostolskiej.

Myślę, że w dzisiejszym świecie cierpiącym na brak poczucia bezpieczeństwa i zagrożenie terroryzmem, niezwykle aktualna jest walka o poszanowanie praw człowieka. Karol Wojtyła był na ten temat bardzo wyczulony, ponieważ jako młody człowiek boleśnie doświadczył totalitaryzmu nazistowskiego i komunistycznego. On wiedział, że przyszłość nie należy do walki i przemocy, ale do wzajemnego szacunku, dialogu i solidarności. Ten temat podejmował odważnie najpierw jako arcybiskup i kardynał w komunistycznej Polsce, a jako papież podniósł do wymiaru całego świata. Dlatego tak konsekwentnie budował mosty w odniesieniu do innych narodów, wyznań i religii.

 

Ksiądz kardynał już kilkukrotnie informował o tym, że od pierwszego dnia w Watykanie prowadził codzienne zapiski. Czego nowego o Janie Pawle II dowiemy się z tych zapisków, albo jakie nowe światło na jego życie one mogą rzucić?

Notatki, które robiłem od pierwszego dnia pontyfikatu, mogą doprecyzować i dopełnić to, co już wiemy o życiu i działalności Jan Pawła II. Są one zapisem planu kolejnych dni, spotykań z ludźmi, podróży i rekolekcji, małych i wielkich wydarzeń. 27 zeszytów to syntetyczna historia pontyfikatu.

 

Te dwa duże tematy podejmowane przez Jana Pawła II, które na początku ksiądz kardynał zarysował, czyli rodzina i młodzież, są aktualnie bardzo bliskie Kościołowi – jesteśmy po dwóch synodach o rodzinie, czeka nas synod poświęcony młodzieży. Zatrzymując się na chwilę przy tych minionych – jak ksiądz kardynał ocenia dyskusję, która teraz toczy się w Kościele powszechnym w związku z adhortacją apostolską papieża Franciszka „Amoris laetitia”?

Ma ona przede wszystkim znaczenie duszpasterskie. Jak podkreślił ostatnio prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Müller, w całej dyskusji nie chodzi o doktrynę, która pozostaje niezmieniona, ale o praktykę duszpasterską. Punktem wyjścia jest oczywiście niezmienne nauczanie Kościoła o nierozerwalności małżeństwa i świętości wspólnoty rodzinnej. Od tej prawdy trzeba wyjść, szukając odpowiedzi na pytanie, jak pomóc ludziom, którzy są w trudnej sytuacji, rodzinom przeżywającym kryzys lub rozbicie. Jak im pomóc przeżywać wiarę i związek z Chrystusem i Kościołem. Przecież również żyjący w związkach niesakramentalnych należą do Kościoła – o czym mówił Jan Paweł II i przypomina Franciszek – i Kościół musi się o nich troszczyć.

 

Ksiądz Kardynał i Kościół krakowski ma jakiś pomysł, jak sytuacje tzw. związków nieregularnych powinny być rozwiązywane?

Kraków od dawna uczestniczy w ogólnej trosce Kościoła powszechnego o rodzinę. Mamy wspaniałe nauczanie Jana Pawła II, do którego trzeba wracać. Styl duszpasterstwa wśród osób żyjących w związkach niesakramentalnych zaproponowany w papieskiej adhortacji Familiaris Consortio może i powinien wciąż kierunkować naszą działalność duszpasterską. Papież proponuje miłosierdzie, które jednak nie przekreśla sprawiedliwości. Jego miłość do człowieka zawsze była wymagająca. To dzięki jego nauczaniu wiele się zmieniło w tym temacie. Wcześniej nikt nie myślał o rekolekcjach dla rozwiedzionych, które dziś są czymś naturalnym. Są przejawem troski Kościoła, który wychodzi do każdego człowieka, bo nie chce nikogo ze swej wspólnoty wyłączać.

 

Widocznymi śladami, które zostają po księdzu kardynale w Kościele krakowskim albo raczej dla Kościoła krakowskiego a nawet więcej – dla Kościoła w Polsce i Kościoła powszechnego – to z pewnością ŚDM i papieskie centrum „Nie lękajcie się!” na Białych Morzach. A czy jakieś inne dzieło ksiądz kardynał osobiście by wyróżnił, które może na co dzień nie jest doceniane chociażby przez media?

Cieszę się bardzo, że po wielu staraniach mamy Papieski Uniwersytet Jana Pawła II. Obok Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego jest to drugi uniwersytet kościelny w Polsce. Budowa i rozwijanie ośrodka uniwersyteckiego to przejaw troski o młodych i myślenia o przyszłości, a to jest wielka i ważna sprawa.

Poza tym Bogu dziękuję za wielką troskę o chorych i biednych w archidiecezji krakowskiej. Myślę o domach dla samotnych matek, ośrodkach dla ludzi chorych i niepełnosprawnych, pierwszym w Polsce „Oknie Życia”, o jadłodajniach i noclegowniach. Wiem, że zrobiło to wrażenie na młodych, którzy przybyli do Krakowa na Światowe Dni Młodzieży.

 

Czyli krakowski Kościół jest Kościołem miłosierdzia nie tylko przez orędzie z Łagiewnik, ale jest miłosierny w praktyce?

Miłosierdzie przejawiające się w trosce o najuboższych było od zawsze cechą charakterystyczną Krakowa. Przypomnijmy postać św. Jadwigi, św. Jana z Kęt, sługi Bożego ks. Piotra Skargi czy świętego Brata Alberta, który zostawił sztukę, aby poświęcić się odrzuconym i ubogim, nie tylko materialnie, ale i moralnie. Nie zapominajmy o kard. Sapiesze, który w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej troszczył się o prześladowanych. To on założył Caritas, która wpierw w diecezji, a następnie w całej Polsce jest bardzo żywa i trwa.

 

Kraków wiedzie prym w miłosierdziu. Ksiądz kardynał zwrócił uwagę, że miłosierdzie w Krakowie zrobiło wrażenie na młodych. Kościół przygotowuje się do synodu na temat młodzieży. Do lokalnych Kościołów trafi ankieta, na podstawie której zredagowany zostanie dokument roboczy. Jedno z pytań dotyczy głównych wyzwań i szans dla młodych w Kościele w Polsce. Jak Ksiądz Kardynał odpowiedziałby na takie pytanie?

Osobiście bardzo się cieszę z tematu synodu i przypuszczam, że to także ŚDM w Polsce wpłynęły na wybór tego zagadnienia. Młodzieży trzeba pomóc, aby przeszła przez okres kształtowania swojej tożsamości i się w tym nie pogubiła. A pogubić się może, bo jest kuszona z wielu stron. Każdy chciałby mieć młodych po swojej stronie, bo kto ma młodych, ma przyszłość. Kościół pragnie pomagać młodym w dokonywaniu właściwych wyborów. Takich wyborów, dzięki którym człowiek bardziej staje się człowiekiem i buduje wspólnotę z innymi. To jest część misji Kościoła i nasze wielkie wyzwanie.

 

Jeśli jesteśmy przy wyzwaniach, to zapytam o wyzwania, jakie stoją przed nowym metropolitą krakowskim. Nie pytam o zadanie, jakie Ksiądz kardynał stawia swojemu następcy, ale pytam człowieka, który zna ten Kościół i jego sytuację – jakim wyzwaniem będzie dla abp. Jędraszewskiego Kościół krakowski?

Wyzwań nie brakuje, bo Kościół jest żywy. Myślę, że pierwsze i najważniejsze jest to, aby ten Kościół z bliska poznał i pokochał. Gdy zakocha się w tym Kościele, a Kościół krakowski jest piękny, to sama miłość wskaże mu wyzwania oraz sposób i drogę ich rozwiązania.

 

Ksiądz kardynał nie żegna się z Krakowem, ale tylko z urzędem. W pożegnalnym liście do diecezjan użył ksiądz kardynał słów – za papieżem Franciszkiem w Krakowie – dziękuję, przepraszam, proszę.

Te trzy słowa są bardzo wymowne. Jestem wdzięczy za życzliwość i zaufanie, z jaką mnie tu ludzie przyjęli. Jestem przekonany, że ŚDM się udał, bo miałem oparcie w ludziach, z którymi współpracowałem. Jeśli chodzi o słowo „przepraszam”, to nie chcę robić publicznego rachunku sumienia, ale z pewnością wiele rzeczy można było zrobić lepiej. Proszę wszystkich o dalszą życzliwość, a przede wszystkim o modlitwę.

 

Czego księdzu kardynałowi z tego czasu posługi duszpasterskiej będzie brakowało na emeryturze? Za czym ksiądz kardynał będzie tęsknił?

Mam nadzieję, że nic nie będzie mi brakowało. Pozostaję w moim umiłowanym Kościele, bo taki zawsze był i będzie dla mnie Kościół krakowski. Dobry proboszcz czy biskup musi się w Kościele zakochać. Myślę, że tej miłości do Kościoła krakowskiego mi nie brakowało. I tak już pozostanie. Nie będę dźwigał odpowiedzialności na pierwszej linii, ale w tym Kościele, który mnie zrodził do kapłaństwa, będę starał się w dalszym ciągu służyć Bogu i ludziom, choć na inny sposób. Równocześnie na tyle, na ile to będzie potrzebne, będę wspierał mojego następcę.


Rozmawiał Przemysław Radzyński / Kraków

Nigdy niepublikowana rozmowa z ks. Mieczysławem Malińskim

Fragmenty niepublikowanego dotąd wywiadu z ks. Mieczysławem Malińskim przeprowadzonego w nadmorskich Dębkach latem 1997 roku, gdzie przez ponad 50 lat spędzał urlop i prowadził wakacyjne rekolekcje, na które w okresie PRL przyjeżdżało wiele znanych osób, w tym ks. Jerzy Popiełuszko

Polub nas na Facebooku!

Z ks. Mieczysławem Malińskim rozmawiają Anna Kisiel i Dariusz Kwiecień

 

Kiedy ksiądz po raz pierwszy trafił do Dębek?

Ks. M. Maliński: Zacząłem tu jeździć w latach 1951-52. Wtedy nie było drogi do samych Dębek. Dojeżdżało się drogą wzdłuż wybrzeża, lasem. To była droga piaszczysta, trudno przejezdna. Ja się „urządzałem” w ten sposób, że przyjeżdżałem pociągiem z Lambrettą – miałem taki skuter wtedy. Wysiadałem na dworcu w Karwi, wypychałem Lambrettę przez wydmy do morza i brzegiem „pyr, pyr, pyr” dojeżdżałem do Dębek.

 

Ksiądz miał tu już wtedy jakiś dom?

Nie. Przed wojną pan prof. Wrzosek odstąpił część swojej działki księżom Zmartwychwstańcom. Został na niej wybudowany dom z kościółkiem. Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, zastałem ten dom. Nie było sieci elektrycznej, wody wodociągowej też nie. Świeciliśmy świeczkami lub lampą naftową długie lata, nie tylko w 1951 czy 1952 roku. Plaża wyglądała w ten sposób, że do dyspozycji był wyłącznie wąski odcinek, tzw. księżowe wyjście, jak się je wtedy nazywało. Nawet na ten jeden, krótki odcinek oddany do dyspozycji turystów musiało się mieć specjalne pismo, bo to były tereny wojskowe. Kłębiaste zasieki z drutu kolczastego broniły przejścia na dalsze tereny na wschód i na zachód. Co wieczór wojskowi bronowali całą plażę patrząc, czy amerykański desant wojskowy przypadkiem nie wyląduje i nie zostawi śladów na piasku. Nam również nie wolno było poruszać się na tym terenie, tylko ten krótki odcinek mieliśmy do dyspozycji. Ludzi nie było. Może parę rodzin, „grajdoły” dwa, czy trzy,  to wszystko. Kompletna pustka. Żadnego namiotu, nic kompletnie.

 

Dębki,_Kaplica_Księży_Zmartwychwstańców

Kaplica i dom zakonny Księży Zmartwychwstańców w Dębkach | fot. Henryk Bielamowicz / WikimediaCommons

 

Czyli pierwsze lata to była taka enklawa, samotnia?

Pustelnia kompletna. Ja przyjeżdżałem tutaj ze względu na tę pustelnię oraz księdza dyrektora Grzybowskiego. To był człowiek-fenomen, człowiek uroczy. Starszy pan, siwa czupryna. Już wtedy, gdy go poznałem, był niebywale przyjazny, uroczy, serdeczny, uczynny. Posiadał wszystkie zalety człowieka, który prowadzi taki dom wypoczynkowy. I jak zawsze mówiłem, przyjeżdżam tu z dwóch powodów: w 50% ze względu na Dąbki, a w 50% księdza Grzybowskiego.

Księża Zmartwychwstańcy i brat zakonny przyjeżdżali tu Landroverem, dżipem ruskim, czy polskim, wszystko jedno, tylko na sezon – miesiąc, czy dwa, a ten kościół stał pusty przez resztę roku. Rybaków było tylu, ilu było, jakieś pięć czy sześć chałup, z którymi ksiądz Grzybowski również żył znakomicie. Pech chciał, że umarł po paru latach. I ja straciłem serce do tego miejsca. Może bym nawet przestał tu przyjeżdżać, ale zobaczyłem razu pewnego taką plakietkę: sprzedam parcelę. Pani Wernerowa była pod nią podpisana. Zgłosiłem się i kupiłem tę parcelę. Ksiądz biskup Jan Pietraszko (od autora: ówczesny biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej), również chciał coś podobnego kupić. Powiedział: To, Mietek, podzielmy się na pół. Ty pół, ja pół. Zgodziłem się.

Biskup Pietraszko postawił jedną chałupinę. Ja nie miałem i szukałem jakiejś okazji. Okazało się, że taki kiosk z jarzynami sprzedawali. Kupiłem go i postawiłem na swojej działce.

 

Na ochotnika przeprowadził się tutaj ksiądz Antoni Duszyk z diecezji krakowskiej. W diecezjach zachodnich brakowało księży. Tutejsi biskupi zwrócili się do Episkopatu Polski, żeby im pomóc. Hierarchowie napisali do księży z innych diecezji pytanie: Kto chce jechać z pomocą i pracować na tych terenach? Jeśli później będzie chciał wrócić, będzie bardzo mile widziany. Tak ks. Antek Duszyk znalazł się Choczewie. Dowiedział się, że ja tu jestem, że przyjeżdżam i powiedział: Mietek ratuj mnie, bo ja mam tu pięć kościołów do obsłużenia w niedzielę, i nie ma mi kto pomóc. To mówię: klawo, no to ja wezmę dwa kościoły, a ty trzy i będziemy tak jeździć. Miał trabanta. Ja przyjeżdżałem do Choczewa swoją lambrettą (skuter), a później tym trabancikiem jeździliśmy po kościołach. Msze święte były tak godzinowo ustalone, że można było „przeskoczyć” od jednej do drugiej.

Miałem kontakt z duszpasterstwem wśród tych ludzi: niektórzy byli autochtonami, a inni pochodzili „zza Buga”. Trzeba było urządzić im współżycie.

 

Ksiądz tu odpoczywał, ale jednocześnie pomagał w parafii?

Tak. Najpierw głosiliśmy ludziom kazania, a potem szliśmy do nich na obiad. On (ks. Duszyk) mówił, że może do restauracji pójść, ale restauracji tu właściwie nie było. Tak więc szliśmy do ludzi, raz jedliśmy u jednych, raz u drugich. Przy stole oczywiście rozmawialiśmy.

 

no headline

 

Rozumiem, że do Dębek powoli zaczęli przyjeżdżać turyści?

Przyjeżdżali głównie księża, bo to był dom księży.

Później poświęciłem się studiowaniu, bo arcybiskup Eugeniusz Baziak zmusił mnie do zrobienia doktoratu. Chciałem wyjechać do Monachium, ale UB mnie nie puściło. Podobno za to, że chodziłem na wycieczki z młodzieżą (uczyłem długie lata w szkole podstawowej i średniej w Rabce). Obiecali mi, że do śmierci nie pojadę na Zachód, nie puszczą. Jak mnie nie puścili, to mnie nie puścili. Poszedłem na KUL. Skończyłem najpierw filozofię. Zaprzyjaźniłem z Jerzym Zawieyskim i Staszkiem Stommą. Staszek Stomma to mój kolega jeszcze z seminarium duchownego. Obydwaj byli posłami. I oni jakoś mi „wystukali” tę wizę. Wyjechałem do Rzymu na cztery lata. Siedziałem tam, robiłem doktorat. Mówię to, bo to była przerwa w moim życiorysie „dębkowskim”.

 

Po powrocie do Polski od razu zameldowałem się w  Dębkach. Już się tu trochę zmieniło, ale nadal nie było drogi, żadnego namiotu, ani domku kempingowego.

Z zagranicy wróciłem volkswagenem, którym dojeżdżałem na uniwersytet do Monachium, gdzie pomagałem, bo akurat tam również księży nie było. Pracowałem w parafii św. Marcina na przedmieściu. Żeby nie tracić czasu na dojazd do centrum, kupiłem garbusa. Kiedy wróciłem do kraju i jechałem nad morze, tym garbusem „pchałem” się leśną drogą z Karwi do Dębek. Musiałem mieć saperkę, bo się zawsze zakopałem. Czasem się udawało, ale zdarzało się, że dwa, trzy razy odkopywałem się po drodze z piachu.

 

Aż wreszcie zrobili do Dębek drogę. Przyjechał ks. doktor Maliński i zaczęli się pojawiać ludzie w kaplicy.

W kaplicy to wciąż jacyś ludzie byli.

 

Dębki,_kaplica_na_Łąkach_Dębkowskich

Kaplica na Łąkach Dębkowskich | fot. Henryk Bielamowicz / WikimediaCommons

 

Intryguje mnie, jak to się stało, że obecnie się tu dwumiesięcznie rekolekcje odbywają?

Tak było od zawsze.

 

Ale w latach 50-tych jeszcze nie?

Wtedy jeszcze nie. Tu wypoczywali głównie biskupi. Tu przyjeżdżał zawsze arcybiskup Baraniak ordynariusz poznański, Tokarczuk, ordynariusz przemyski. UB za nim chodziło tak, że i stąd go „gonili”. Ubecy też przyjeżdżali „na odpoczynek”, żeby go obserwować. Dokuczali mu.

Rekolekcje się jeszcze nie rozkręcały, ale ustaliło się, że o 19.00 ja odprawiam i mówię parę słów.

 

Ksiądz miał już wtedy miał taką lokalną sławę? Już jakieś książki ksiądz wydał.

Ja zacząłem dość wcześnie pisać, bo pisałem już w Rabce. Zaczęło się tak, że pewnego razu nie istniejący już od dawna Wrocławski Tygodnik Katolicki, ogłosił konkurs na artykuł dla młodzieży. Coś mnie napadło, wziąłem mój konspekt, którym przygotowywałem się do lekcji w szkole średniej o etyce, dogmatyce i historii Kościoła, „podciągnąłem to” i wysłałem trzy artykuły, na wszelki wypadek. Po paru miesiącach otwarłem gazetę. Znalazłem wydrukowane te trzy artykuły. Otrzymałem pierwszą nagrodę i propozycję współpracy, żebym pisał. Później ten tygodnik zamknięto, ale „wypatrzył” mnie Przewodnik Katolicki i zaproponował serię krótkich rozważań (mówiłem wtedy takie krótkie kazania). W Dębkach, tak jak w Rabce, mówiłem kazania parosekundowe.

 

Wakacyjne rekolekcje były księdza pomysłem?

Nie. Ja tego tak nie nazwałem. Ktoś mi to nazwał: to są rekolekcje, które ks. Maliński prowadzi przez dwa miesiące. Na końcu, w środku, czy na koniec można „w nie wskoczyć”. I już się słucha, tak leci jak trzeba. Rzeczy do przemyślenia…

 

W Polskę poszła wiadomość i zaczęli przyjeżdżać ludzie?

Tutaj sezon trwa od 15 lipca do 15 sierpnia, najwięcej jest wtedy ludzi. Jest ich dużo. Przyjeżdżają tacy moi przyjaciele. Kiedyś wzięli ten kiosk, o którym na początku mówiłem na dźwig samochodowy i postawili go na pakę. W zamian przywieźli i postawili mi domek.

 

Dębki,_ujście_Piaśnicy_do_Bałtyku

Ujście rzeki Piaśnicy do Bałtyku w Dębkach | fot. Henryk Bielamowicz / WikimediaCommons

 

Jak to się stało, że zaczęli tu przyjeżdżać artyści, intelektualiści?

Wieść o tych rekolekcjach rozeszła się w środowisku krakowskim, a przez profesora Kazimierza Gumińskiego po Wrocławiu. Po Warszawie również, bo zawsze ktoś „zahaczy”. Młynarski zawsze jest z Atą, Olbrychski, Maja Komorowska… Bardzo się przyjaźnimy.

Najwięcej działo się w stanie wojennym. Tu polityka odchodziła tak, że aż trzeszczało.

 

U księdza w kiosku?

Nie, „po ludziach”. Przeważnie u pani Wolskiej. Ksiądz Popiełuszko przyjeżdżał przez parę sezonów. Ostatni raz był tutaj we wrześniu, a zginął w październiku. Mieszkał w domu rodziny pana mecenasa Edwarda Wende. Chętnie przychodził na tę moja mszę i albo mnie zastępował, albo odprawialiśmy wspólnie. W tym tragicznym roku, w którym został zamordowany, przyszedłem kiedyś rano na plażę (zawsze wychodzę o wpół do ósmej, bo jest pusto, nikogo nie ma) i zobaczyłem klęczącego faceta twarzą do morza, tyłem do mnie. Klęczał na piachu, w takim brązowym, sztruksowym ubranku. To był ksiądz Popiełuszko. Nie przeszkadzałem mu. On lubił przychodzić na plażę przede mną. Miał taki kapelusik okrągły. Bardzo dobrze chwytał słońce, był cały czarny, spalony. Później, w ostatnich tygodniach życia jak już się zrobiło wokół niego „gorąco”, nigdy nie chodził sam, ale zawsze chodził z ludźmi. Czasem towarzyszył mu mecenas Wende, czasem ktoś inny. Bywało, że kilka osób chodziło obok niego, bo obawiali się, że coś mu się stanie. Ze względu na groźby, które dostawał sam również bał się, że może do czegoś dojść i nie wychodził samotnie.

U pani Wolskiej odbywały się te wieczorne „posiady” i gadanie. Wszyscy mówili to, o czym wiedzieli. Ksiądz Popiełuszko zawsze siedział cicho i nic nie gadał. Myślałem sobie: jak to jest, że facet z tak ogromną popularnością, taki, że tak powiem „wódz”, nic nie mówi, tylko siedzi? Kiedy mówił krótkie przemówienia w kościele, to mówił, takim cichym, spokojnym głosem. Ja się rozedrę tam i ówdzie, a on nie. Zawsze spokojnie.

 

O czym mówił ksiądz Popiełuszko? O polityce?

Nie, nie. Prawdziwe homilie, takie jak trzeba. Spokojnym, cichym głosem. Z takimi „oczami sarny”, inaczej trudno je nazwać. Tak to wyglądało: spokojne, bezbronne oczy.