video-jav.net

Krew i kamień. 40-lecie SKS

40 lat temu w Krakowie w reakcji na zamordowanie studenta polonistyki, Stanisława Pyjasa, powstał pierwszy Studencki Komitet Solidarności. 15 maja 2017 roku w Kościele oo. Dominikanów została odprawiona Msza w intencji Polski i Europy, w której uczestniczyli założyciele SKS

Polub nas na Facebooku!

15 maja 1977 roku ojciec Joachim Badeni w homilii w trakcie mszy w intencji nieżyjącego studenta polonistyki, mówił: to jest właśnie maj i młodość. Budzi się świat wbrew zimie, budzi się człowiek młody wbrew przyzwyczajeniom, wbrew obojętności, wbrew konwenansom, wbrew temu, co się ciągle, ciągle słyszy i mówi, wbrew wszystkiemu. Słowa tego kazania 40 lat później podczas mszy odprawianej w tym samym kościele przypomniał o. Jan Andrzej Kłoczowski OP.


Fragment rozdziału „Krew i kamień” z książki „Nie bój się żyć! Biografia ojca Joachima Badeniego”

7 maja 1977 roku w bramie kamienicy przy ulicy Szewskiej 7 w Krakowie znaleziono ciało pobitego studenta polonistyki Stanisława Pyjasa. Trudno policzyć, którą był ofiarą komunistycznej dyktatury…

Stanisław Pyjas urodził się 4 sierpnia 1953 roku w Gilowicach na Żywiecczyźnie. Maturę zdał w 1972 roku w tej samej szkole co kilkadziesiąt lat wcześniej Kazimierz Badeni. Ukończył liceum z wyróżnieniem. Miał talent pisarski i jak wielu młodych ludzi w każdym pokoleniu ogromne pragnienie wyrażania własnych przekonań.

(…)

Jego nagła i tragiczna śmierć mocno wstrząsnęła krakowskimi studentami… Władza komunistyczna chciała ukryć prawdę o tym wydarzeniu. Nie udało się. Przyjaciele Staszka nie tylko poruszyli cały Kraków, by zakomunikować, kto naprawdę stoi za morderstwem, ale też podróżnym na dworcu kolejowym rozdawali ulotki z informacją o śmierci kolegi i mszy żałobnej, która miała się odbyć 15 maja w kościele Dominikanów w Krakowie. Wieszali plakaty, rozdawali ulotki. Wieczorem 14 maja zorganizowali modlitwę w miejscu, gdzie znaleziono Pyjasa. Niespodziewanie dołączyli do nich inni, hucznie świętujący na ulicach Krakowa studenci – trwające wówczas juwenalia przeszły do historii pod nazwą czarnych.

Od kilku lat środowiska akademickie kształtował w Krakowie między innymi ojciec Tomasz Pawłowski, który w 1965 roku przyjechał z Poznania na prośbę kardynała Karola Wojtyły i ówczesnego przeora klasztoru Dominikanów ojca Walentego Potworowskiego, by zbudować duszpasterstwo „Beczka”. Wspierał go ojciec Jan Andrzej Kłoczowski, który po ukończeniu historii sztuki w Poznaniu pracował na KUL-u, a w 1964 roku wstąpił do zakonu dominikanów. Znał dobrze przyjaciół Staszka Pyjasa – to byli ludzie, z którymi zaczynał tworzyć krakowską Beczkę.

Krew i kamień

Msza żałobna była formą wsparcia, ale też manifestacją odwagi i wiary w zwycięstwo dobra nad złem. Ojciec Kłoczowski nie mógł być jednak na niej obecny. Musiałem schować się na chwilę u kamedułów na Bielanach. To było polecenie ojca Walentego Potworowskiego, który mnie chronił – wspomina. Do Krakowa w jego zastępstwie przyjechał ojciec Joachim. Miał wygłosić homilię (…).

Niektórzy studenci nie spali od kilku nocy, cały czas drukowali ulotki, szyli kiry i flagi. Msza w intencji zmarłego przyjaciela odbyła się w majowy niedzielny poranek. Rozpoczął ją ojciec Tomasz Pawłowski:

Ze śmiercią byłem blisko: jako żołnierz armii podziemnej, Armii Krajowej, jako powstaniec warszawski, jeniec obozu wojskowego, więzień celi śmierci. Ale ta śmierć Stanisława wstrząsnęła mną. Zastanawiam się dlaczego. Przecież nawet nie widziałem zwłok. Może te dwadzieścia cztery lata życia, wiosny, maja, nagle przecięte? Może to, że Stanisław był studentem piątego roku filologii polskiej? A ja jestem duszpasterzem, ojcem. Może ta śmierć wywołuje także wrażenie, bo on walczył o sprawiedliwość i ja także walczyłem. To wszystko głębiej zrozumiałem wczoraj wieczorem koło dziesiątej na ulicy Szewskiej, pod siódemką.

Brama domu, jakich setki w Krakowie. W sieni kwiaty, płonie światło. I tłum ludzi! Tłum ludzi tak jak tutaj w spokoju, w ciszy. (…) Gdzieś tam obok z juwenaliów… pajac, jakich wielu. Złote pagony, admirał floty… przebieraniec. I nagle ten z juwenaliów – przed chwilą może śpiewał, wrzeszczał taki zadowolony, że żyje! – i nagle on mówi: Ojcze nasz… Nie ja, ksiądz, tylko ktoś z was, z Ludu Bożego. Potem: Zdrowaś, Mario… i gitara ze śpiewem: „Dopóki nam Ziemia kręci się…”, tak się modlą na ulicy Szewskiej 7. I tutaj, w spokoju, w powadze, będziemy się modlić. Jaka różnica! Tam, na Szewskiej, gdy patrzę na te schody, gdy patrzę na tę ścianę z krzyżem, gdy czytam: „Zamordowany!”, ogarnia mnie lęk. Jestem porażony, nie przerażony, ale porażony zagrożeniem – własnym i innych. Jestem jakiś samotny, bezbronny. Tutaj jest nas tylu, ale nie o to chodzi. Tutaj, na ołtarzu, w czasie tej mszy świętej będzie Krew Chrystusa: już nie samotność, już nie lęk, ale zaufanie w moc zbawczą Tej Krwi, która została przelana za wolność, za tych, którzy są duszeni, niszczeni. To krew nie tylko człowieka. Każdy z nas, ludzi, za chwilę będzie wezwany do rachunku sumienia, każdy z nas jest zaplamiony, łącznie z tymi, którzy staną przy ołtarzu blisko. Człowiek jest splamiony, ale tu, w centrum liturgii, będzie oczyszczająca Krew Boga-Człowieka. Jezus odkupił, wyzwolił nas wszystkich.

Chciałbym, żeby ten krąg ludzi modlących się rozszerzał się, otwierał, nie tylko na bolesne miejsca w Polsce, ale i na cały świat, gdzie jest źle, gdzie trzeba sprawiedliwości. Chciałbym, żebyśmy tu umieli wytworzyć modlitwę. Przede wszystkim za Stanisława, bo nie wiemy, czy był przygotowany. Śmierć była nagła. I dlatego tak jest potrzebna nasza wspólna, braterska modlitwa. Dlatego proszę was, bracia: połączcie się tutaj przy ołtarzu, nie rozdzielajcie się, podajcie sobie ręce, bądźcie tu blisko, zamknijcie krąg. Potrzeba nam w tej chwili jedności wokół Chrystusa i Jego Ofiary. Jedności braterstwa, jedności narodu. Dlatego łączcie się, zamknijcie krąg. Podejdźcie trochę bliżej. Nie bójcie się. To jest dom Ojca. Stwórzcie taki żywy mur wokół ołtarza. Mur jedności, bo o pogłębienie jedności będziemy teraz prosić.

Krew i kamień

Ci, którzy byli w bazylice, nie wiedzieli jeszcze, że na zewnątrz stoi prawie ośmiotysięczny tłum studentów. Krąg się zacieśniał i łączył duchowo z inną wspólnotą, która o podobnej porze modliła się w Nowej Hucie – tam było sto tysięcy wiernych. Gromadzili się przy kościele, którego budowa odbywała się wbrew zakazom władzy państwowej. Wielu krakowian pomagało we wzniesieniu tam świątyni, również obecni u Dominikanów studenci, którzy przez wiele miesięcy organizowali się w grupy i razem z ojcem Kłoczowskim chodzili na budowę: nosili kamienie, cegły, pomagali murarzom. Konsekracji tamtego kościoła dokonał kardynał Karol Wojtyła.

Ojciec Badeni w kazaniu nawiązał do tego, co się działo w Nowej Hucie, i stworzył atmosferę, która pomogła duchowo połączyć te dwie Eucharystie, dwa wydarzenia.

Ojciec Tomasz wspomniał o krwi, oczywiście symbolu krwi, realnym symbolu krwi. To nie jest mit, to jest prawda. Z kolei podejmę drugi symbol – również żaden mit, tylko prawda. Konkret materii, który woła, a teraz konkret materii, który buduje. To jest kamień. I powiem tak, wczytując się w tekst Pisma Świętego, Apokalipsy świętego Jana, Księgi Objawienia, Księgi Objawienia się Kamieni, które budują (…). I to chyba mówi do nas Duch Święty: „Źródło Jego światła było podobne do kamienia drogocennego, jakby do jaspisu o przejrzystości kryształu”. Dwa fakty – przeskakuję teraz – chyba nie jest trudno śledzić. Budowa kościoła w Nowej Hucie. W murach tego kościoła ponad dwa miliony kamieni przyniesionych przez ludzi. Bez nakazu, nie w ramach żadnych takich czy innych, może najlepszych czynów, po prostu przynieśli. To były i są kamienie żywe. Żywe kamienie wmurowane w kościół Najświętszej Marii Panny Królowej Polski w Nowej Hucie. Za godzinę będzie poświęcenie tego kościoła. Czego? Żywych kamieni. Dwa miliony. To jest potęga. Pozornie martwy kamień – wmurowany, nieruchomy, a jednak woła: Kto stanie w głębokim milczeniu, zasłucha się w głos krwi i w wołanie żywych kamieni. Czy trzeba to bardzo tłumaczyć? Chyba nie! To jest mit? Chyba nie – to jest prawda! To jest fakt! Realizm prawdy chrześcijańskiej: krew i kamień. (…) A teraz student Stanisław. Nie znałem go, nie byłem przy jego śmierci, nie byłem przy jego życiu. W tej chwili milczy. Ale chyba każdy powie, że głośno woła. Bardzo głośno! Do tego stopnia głośno woła, że tu, w tym kościele, jest pełno ludzi. Znacznie więcej niż w takie niedziele, kiedy on nie wołał. Znacznie więcej. To jest mur. Mur ludzi, żywy mur wokół ołtarza; o tym murze mówi się: mur drogocenny, mur z żywych kamieni, w którym każdy jest jakimś cennym kamieniem, bezcennym, unikatowym kamieniem, no, nie powiem: jubilerskim, ale czymś, co nie da się wyrazić; jaka jest wartość kamienia, którym jest żywy człowiek? Jako budulca, jako czegoś, co będzie budować? Ktoś powie: „Dobrze, cóż buduje kościół w Nowej Hucie, cóż buduje student Stanisław?”. Można powiedzieć: Po co się umiera? Po co to wszystko? Bądźmy trzeźwi, bądźmy raczej rozsądni, czyli obojętni, czyli spokojni, zajmujmy się tylko zabawą, zajmujmy się takimi czy innymi, skądinąd kiedy indziej bardzo pięknymi korowodami tradycyjnymi, tym się zajmujmy! Tym się chrońmy może przed prawdą. Przed kamieniem prawdy! To jest pierwszy aspekt. Jaki jest drugi? Drugi jest taki, że dla nas, wierzących, gdy człowiek umiera, staje się budowniczym życia. Paradoks! Dialektyka! Że człowiek im bardziej świadomie, im bardziej z przekonania umiera, tym bardziej swoją śmiercią buduje. Kogo? Nas! Tak było z Chrystusem. Śmiercią przyjętą z całym przekonaniem, z całą świadomością, swoją śmiercią na krzyżu zbudował Kościół, a myśmy zbudowali rękoma ludzkimi, żywymi kamieniami kościół w Nowej Hucie, by wokół niego i w nim się tam zbierać. (…) A co zbudował student Stanisław?

Chyba nie kościół w tym sensie gmachu kościelnego w Nowej Hucie. Zbudował coś innego. A co zbudował, można widzieć w tej chwili w was, w tym żywym Kościele na „dziewiątce” zebranym, i można było widzieć wczoraj w tych czy innych miejscach naszego miasta, gdzie stali ludzie młodzi, którzy prawem młodości – tak by się powiedziało – mogli się bawić, przebierać, szaleć; młodość! Maj! Wiosna! Ci ludzie jednak stali nieruchomo.

fot. zbiory IPN

Stanisław Pyjas

Mocą żywych kamieni zbudowani… śmiercią studenta Stanisława. Stali nieruchomo i głosili to, co było ich najgłębszym, osobistym, przez nikogo nie narzuconym przekonaniem. Kamienie mówiły wczoraj głośno! Kamienny spokój ludzi mówił głośno! (…) to był spokój kamienia w sensie: spokój odwagi, męstwa. (…)

To jest mówiący kamień. Mówiące kamienie – bo nie był jeden oczywiście – które zbudował student Stanisław. Bez swojej świadomej wiedzy! Swoją śmiercią! I w tej chwili dalej buduje, w tej chwili z nas tu obecnych wszystkich zbudował ten mur wokół ołtarza, potężny, zwarty, spokojny.

A więc budujmy, tak, budujmy, nie tylko to, co jest materialne, ale to, co jest w nas duchowe, a to jest męstwo, odwaga, wewnętrzna wolność. To budujemy. I to budujemy w Chrystusie, tą mszą świętą – swoją własną, wewnętrzną, chrześcijańską i polską wolność opartą na mocy przekonań religijnych i oczywiście polskich. Te rzeczy są ze sobą tak ściśle związane, że nie można wypreparować z mas polskich tych dwu milionów zaniesionych na kościół Nowej Huty. Możemy tylko budować mocą i prawdą, żywymi kamieniami, siłą własnych przekonań, naszą postawą. Może wbrew różnym osobom, które by na to patrzyły niechętnie, może wrogo.

To jest właśnie maj i młodość. Budzi się świat wbrew zimie, budzi się człowiek młody wbrew przyzwyczajeniom, wbrew obojętności, wbrew konwenansom, wbrew temu, co się ciągle, ciągle słyszy i mówi, wbrew wszystkiemu. Protest! Wielki protest! Bardzo spokojny! Milczący mową żywych kamieni i wołający krwią zabitego!

Słowa duszpasterzy dodały ogromnej siły młodym ludziom, którzy po zakończeniu mszy świętej wyszli z kościoła, uformowali pochód i nie zwracając uwagi na ORMO, przeszli przez Rynek na Szewską 7, niosąc w rękach czarne flagi.

W pochodzie szła studentka filologii polskiej Danuta Sotwin (obecnie Skóra). Dostaliśmy wsparcie od osób stojących przy ołtarzu – wspomina – a to było bardzo ważne dla nas. Nie chcę używać wielkich określeń, ale myślę, że słowa ojca Joachima były wezwaniem do rewolucji. Jestem przekonana, że gdyby nie jego homilia, która była pochwałą naszej aktywności i odwagi, na jaką się wtedy zdobyliśmy, nie stać by nas było na poranny marsz i ten wieczorny – już nie taki przyjemny, bo otaczały nas zwarte kordony milicji, zomowców, ORMO. Ale donieśliśmy tę naszą odwagę, którą pochwalił ojciec Joachim, pod Wawel i założyliśmy tam Studencki Komitet Solidarności. Każdy młody człowiek bardzo intensywnie czuje, kiedy ktoś jest odważny. Homilia ojca Badeniego to była ta nieskazitelna odwaga: prawdomówność i spójność między słowem i czynem.

Ojciec Pawłowski dzisiaj rzadko wspomina tamten czas. Siedzi w swojej zakonnej celi na ulubionym fotelu i chętniej opowiada, jak wprowadzał zmiany posoborowe w polskim Kościele. Obok fotela stoi stolik z różańcem, na nim brewiarz, dookoła puste półki, na których powinny stać książki, i łóżko – to wszystko, co posiada. Do tamtych wydarzeń dodaje tylko krótki komentarz: Były liczne pogróżki, telefony: „Zginiesz”, „Wykończymy cię”… To były takie „serdeczne” życzenia, które nie doszły do skutku. Udało się jakoś. A msza święta? Głównym twórcą był Chrystus, my tylko odtwarzaliśmy ten nastrój krwi przelanej za wolność, Staszka świętej pamięci.


Książka “Nie bój się żyć. Biografia Ojca Joachima Badeniego” autorstwa Judyty Syrek ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

Potomek rycerza spod Grunwaldu i szwedzkiego pirata, oczko w głowie matki – Kazio Badeni. Był temperamentnym dzieckiem, guwernantki miały z nim wiele kłopotów. Podczas studiów w Krakowie, jak na arystokratę przystało, miał pieniądze, własny apartament, lokaja i samochód. A w tańcu uwodził niczym Fred Astaire.

Żył beztrosko i towarzysko. Aż do pewnego czerwcowego wieczoru, kiedy to poczuł na plecach łagodny dotyk. Pod jego wpływem zamiast do klubu nocnego, poszedł do kościoła. Kilka lat później wstąpił do dominikanów.

Z książki wyłania się czarujący arystokrata, zakonnik z ogromnym poczuciem humoru, fan Biblii i Tolkiena, ale też mistyk, który uzdrawiał przez telefon. Do końca życia kontrowersyjny i pełen sprzeczności, ale uwielbiany i szanowany.


Wschód i Zachód się potrzebują – rozmowa z bp Michałem Janochą

W demokracji pojawiają się zjawiska, które grożą nowym totalitaryzmem - ocenia biskup-nominat Michał Janocha. Wyzwaniem dla Kościoła w Polsce jest więc łączenie radykalizmu nauczania z otwarciem na to, co przychodzi do nas dobrego

Polub nas na Facebooku!

W rozmowie z KAI doktor habilitowany historii sztuki opowiada o wschodnich wyprawach ze studentami, miłości do ikon, różnicach pomiędzy chrześcijaństwem Wschodu i Zachodu oraz o swoich duchowych mistrzach.

Tomasz Królak, KAI: Czy to studiowanie historii sztuki zadecydowało o wstąpieniu do seminarium?

– To bardzo złożona sprawa. W tej pierwszej, najważniejszej decyzji odgrywała rolę zupełnie inna historia, związana z moim przyjacielem, który utonął podczas wspólnego spływu w 1977 roku. Zamierzał iść do seminarium, o czym nikt nie wiedział, poza mną i księdzem, który wtedy nam towarzyszył. Nigdy wcześniej nie myślałem o kapłaństwie, a śmierć Konrada była dla mnie ważnym wydarzeniem, bo on także bardzo interesował się historią sztuki.

Pokażę panu szczególną książkę: to drugi tom "Historii sztuki" Ałpatowa, który w ostatnią Wigilię przed śmiercią, w 1976 r., Konrad dostał od swojego ojca. W dedykacji napisał mu: "Kochanemu Konradowi z życzeniami, Niech sztuka stanie się Twoim najwierniejszym przyjacielem, Ojciec. Wigilia 1976".

Kiedy Konrad utonął, jego ojciec, który nic nie wiedział o zamiarze wstąpienia syna do seminarium (zresztą, nie żył wtedy z żoną) i przekonany, że Konrad pójdzie na historię sztuki, tę książkę przekazał mnie. Pod dedykacja dla Konrada dopisał nową, jakby w imieniu syna: "Michałowi, Zrealizuj to, czego nie zdążyłem uczynić na ziemi. Przyjaźń moja do Ciebie trwa, ona jest niematerialna, pomaga Tobie na planie duchowym. Konrad, 18 lipca 1978".

Ważną rolę w mojej decyzji odegrał wspomniany ksiądz Leon Firlej, dzięki któremu w ogóle zacząłem odkrywać Kościół po okresie pewnego buntu. Niemniej próbowałem "przechytrzyć" tę dedykację, bo śmierć przyjaciela była dla mnie, nie ukrywam, wydarzeniem przełomowym. Pomyślałem sobie tak: Konrad chciał iść na historię sztuki, więc ja też na nią pójdę. I tak zrobiłem. W tym sensie historia sztuki oddziaływała na moje powołanie, zresztą sam także wcześniej interesowałem się sztuką, ks. Firlej też rozbudził we mnie tę pasję. Ojciec z kolei jest architektem, więc zamiłowanie do sztuki wyniosłem z domu.

W trakcie studiów na ATK, zresztą szalenie pasjonujących, m.in. u ks. prof. Pasierba, zaczynałem czuć, że to nie o to chodziło w tekście, który odebrałem jako przesłanie od samego Konrada. I ostatecznie pod koniec studiów zdecydowałem się pójść do seminarium i rzeczywiście zrealizować to, czego on nie zdążył. Tak się złożyło, że byłem wyświęcony 10 lat po śmierci Konrada, w 1987 r. wraz z Mirkiem Krzeszewskim, który tonął razem z Konradem, ale jego wyłowili. Tak jak ja poszedł do seminarium.

A to jest obrazek prymicyjny upamiętniający Mszę, jaką odprawiliśmy nad Nettą, w której utonął Konrad. Wymyśliliśmy napis z Listu do Rzymian: "Nikt z nas nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie". A pod naszymi podpisami wydrukowana jest adnotacja: "Nad rzeką Nettą w 10. rocznicę śmierci Konrada". Tak więc sztuka, poprzez zainteresowania mojego przyjaciela, miała udział w moim powołaniu.

KAI: Co jest najtrudniejsze w kapłańskim życiu? Jakie wyzwanie?

– Być całym dla Boga i całym dla ludzi. Wiem, że brzmi to bardzo górnolotnie, ale w gruncie rzeczy o to właśnie chodzi. Dlatego nie zakładamy rodziny i rezygnujemy z bycia z kimś, żeby być z Nim, a przez Niego – dla wszystkich. A tymczasem "stary" człowiek w nas mówi: zostaw coś dla siebie. To, co nieoddane jest Panu Bogu, jest też nieoddane ludziom. Największa chyba trudność to ciągle oddawać. Przypomina się hasło Jana Pawła II: Totus Tuus.

Wschód i Zachód się potrzebują - rozmowa z bp Michałem Janochą

KAI: A na ile "siedzący" w Księdzu historyk sztuki wpływa, tak na co dzień, na to, jakim Ksiądz jest księdzem?

– Idąc do seminarium, praktycznie już po historii sztuki, którą kończyłem jeszcze tutaj, w seminarium, byłem przekonany, że ten rozdział za sobą zamykam, że zaczyna się coś zupełnie innego. A potem ta sztuka zaczęła do mnie jakoś wracać i to, co mi się wydawało nie do pogodzenia z kapłaństwem, zaczęło się jakoś godzić.

Nie był to chyba do końca akt świadomej decyzji, raczej jakaś intuicja związana w dużym stopniu z osobą ks. Pasierba, który był jednym z moich mistrzów. Gdy umierał – a śmiertelna choroba przyszła do niego, gdy był w sile wieku – byłem jedną z osób, którym chciał zostawić to, czym się zajmował. Pracowałem wówczas jako kapelan w Zakładzie dla Ociemniałych w Laskach. Żyłem więc w świecie, do którego sztuka, zwłaszcza szuka wizualna, nie ma dostępu albo ma ograniczony. To było trudne, a jednocześnie jakoś pociągające. Zacząłem pisać doktorat u ks. Pasierba i zdążyłem go jeszcze obronić przed jego śmiercią. Historię sztuki traktowałem dotąd jako pasję czy hobby, ale w okresie odchodzenia ks. Pasierba poczułem ją jako pewne wezwanie. Dlatego pozostałem na uczelni, a raczej powróciłem na nią, tyle że już jako asystent, a następnie adiunkt. A później cały czas próbowałem jakoś łączyć sztukę i kapłaństwo.

Czy to się udało do końca? Nie wiem, bo to jest zawsze jakieś rozdarcie. Ale z jednej strony kapłaństwo jest sztuką i życie jest sztuką, z drugiej zaś – sztuka, zwłaszcza ta najgłębsza sztuka sakralna, wyrasta z kultu i prowadzi do Boga, jest jedną z dróg do Niego. Sztuka była dla mnie ważną drogą, ale zobaczyłem to dopiero później.

KAI: Tymczasem będzie Ksiądz tworzył historię sztuki bycia biskupem.

– (śmiech) Zaczynam ją pisać. Nie wiem, na czym polega, ale będę się jej uczył.

KAI: A co tak mocno pociąga Księdza na Wschodzie? Mam na myśli nie tylko studiowanie sztuki bizantyjskiej i prawosławnej, ale wędrówki, by nie powiedzieć włóczęgi ze studentami po Północnej Rosji, Turcji, Mołdawii. Czy na tym Wschodzie jest coś, czego nie ma na Zachodzie?

KAI: Po ludzku biorąc, to też trochę przypadek. Po upadku Sowietów, kiedy Kościół zaczął się odradzać, rozpocząłem wykłady na Ukrainie. Powstawały seminaria, brakowało kadry i księży z Polski. Kadra tamtejszego seminarium składała się wtedy głównie z Polaków. Zaprosiła mnie diecezja kamieniecko-podolska, która potrzebowała historyka sztuki. To był dla mnie kontakt ze Wschodem, który zawsze mnie jakoś fascynował, ale chyba dość powierzchownie. Odebrałem bowiem edukację taką jak wszyscy wokół, skoncentrowaną jednak na kulturze zachodniej, do której przynależymy.

Zainteresowanie Wschodem pogłębili poznawani ludzie, fascynujący i bardzo ciekawi, na przykład Irina Tatarova, która przyjechała z Petersburga z jakąś niesamowitą wiedzą i wrażliwością. Potem były inne osoby i nowe przyjaźnie. Zacząłem odkrywać, że to nie jest obca mi tradycja, lecz że i to jest moje. Co więcej, zacząłem odkrywać, że w tej tradycji nigdy się nie nastąpiło rozejście się piękna z dobrem i prawdą – w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie do tego "rozstania" jednak doszło. Katolicyzm jest bardzo etyczny, skoncentrowany na dobru i prawdzie. Co prawda od czasów scholastyki piękno zawsze było obecne w sztuce i w Kościele Zachodu, ale przestało być istotne w teologii i estetyce. Na Wschodzie to się nigdy nie rozeszło.

Zobaczyłem, że w ikonie tworzonej w tradycji bizantyńskiej i ruskiej zbiega się doświadczenie wiary i doświadczenie artystyczne. I to mnie pociągało. Jak zawsze starając się łączyć oba brzegi, czułem rozdarcie, a jednocześnie coraz bardziej fascynując się Wschodem, coraz wyraźniej odczuwałem moją przynależność do Kościoła katolickiego. Czułem, że ten Kościół katolicki jest powszechny, a więc że jest on również prawosławny, czyli ortodoksyjny. Wiem, że teraz mówię w innym porządku niż ścisłe rozgraniczenie konfesyjne, ale – nie tylko od etymologicznej strony – cały Kościół jest powszechny, czyli katolicki, i cały jest ortodoksyjny. To są te dwa płuca, przez wieki podzielone. Myślę, że wielkie osoby z naszego Kościoła: kard. Martini, św. Jan Paweł II, kard. Schönborn i wielu, wielu innych, odkrywały ów wymiar Wschodu jako komplementarny i potrzebny.

KAI: Co starał się Ksiądz "zaszczepić" swoim studentom, organizując dla nich te wschodnie wyprawy?

– Po pierwsze doświadczenie Wschodu w jego rozmaitych wymiarach. Mówię o chrześcijańskim Wschodzie – historycznym, artystycznym, mentalnościowym, kulturowym, zupełnie odmiennym od naszego świata.

Te nasze wyprawy miały bardzo specyficzny charakter. Uprzednio ustalaliśmy, oczywiście, co chcemy zobaczyć (choć nigdy nie było to nazbyt rygorystyczne), natomiast nigdy nie planowaliśmy takich rzeczy jak noclegi i tym podobne. Tak się nie da jeździć po Francji, Hiszpanii czy nawet po Polsce, natomiast po Ukrainie, Bułgarii, Rosji – wciąż jak najbardziej tak. Nikogo tam nie zdziwi, jeśli grupa ludzi wychodzi sobie z autobusu i rozbija namioty gdzieś nad jeziorem albo – bo i taka konieczność nastąpiła – przy skrzyżowaniu ruchliwych ulic. Było to także doświadczenie wolności, która nam zabiera uporządkowanie i nadmierne przeakcentowanie przepisów życia publicznego.

KAI: A zgodziłby się Ksiądz z myślą, wypowiedzianą bodaj przez śp. bp. Jeża, że im bardziej na Wschód, tym więcej ducha?

Wschód i Zachód się potrzebują - rozmowa z bp Michałem Janochą

– To sformułowanie wymagałoby wielu dopełnień. Powiedziałbym, że potrzebujemy Wschodu z jego poczuciem misterium, z innym poczuciem czasu i poczuciem całościowości, które nie definiuje wszystkiego do końca, bo wie, że tego się określić nie da.

KAI: Nie racjonalizuje wszystkiego na siłę?

– Tak, co jest pokusą Zachodu. Z kolei także Wschód mógłby od Zachodu wiele dla siebie przejąć, choćby poszanowanie dla prawa czy też mądrego (bo może być i głupi) rozdziału tego, co świeckie i święte, a więc rozdziału państwa i Kościoła.

Krótko mówiąc: Wschód i Zachód to rzeczywistości jakoś komplementarne. Porównajmy dwa krzyże: zachodni i wschodni. Spójrzmy choćby na krzyż z katedry warszawskiej, przedstawiający w ekspresyjny sposób cierpiącego, umierającego Chrystusa. Ten krzyż pokazuje Chrystusa historycznego, uzmysławia, jak to było wtedy, jak wyglądało ukrzyżowanie. Krzyż wschodni patrzy już w perspektywie zmartwychwstania: to Chrystus, który triumfuje. To są dwa wymiary tego samego Chrystusa.

Tak więc nam grozi takie przywiązanie do historyczności, że tracimy z oczu wieczność, zaś chrześcijaństwu wschodniemu grozi takie wpatrzenie w wieczność, w którym zaczyna się lekceważyć doczesność. Myślę, że obydwa wymiary wzajemnie się potrzebują.

KAI: Wiem, że to obszerny temat, ale zapytam: jak ocenia Ksiądz kondycję kultury chrześcijańskiej w Polsce? Czy nie odnosi Ksiądz wrażenia, że w tzw. kulturze wysokiej – literaturze, muzyce, malarstwie – inspiracje chrześcijańskie nie odgrywają dziś takiej roli, jaką powinny odgrywać w chrześcijańskim kraju?

– Rzeka kultury ma wiele nurtów. Jest ten nurt głęboki, czysty i wartościowy, który na pewno nie jest nurtem wiodącym, ale jest. Jeśli popatrzymy na muzykę, to jest Górecki, Penderecki i naprawdę wiele innych nazwisk. W poezji: Pasierb, Twardowski, Kamieńska, Brandstaetter – choć rzeczywiście trzeba by zapytać, czy są ich kontynuatorzy. Z drugiej zaś strony mamy do czynienia z bardzo szerokim i płytkim nurtem kultury masowej, banalnej, tandetnej, z którego nic nie pozostanie.

Oczywiście, istnieje rozłam, ale nie powstał on dzisiaj. Jego korzenie tkwią w już w renesansie. Nieco paradoksalnie, bo renesans stworzył genialne dzieła artystyczne. Niemniej drogi wiary i sztuki zaczęły się rozchodzić właśnie wtedy. Rozłam ten poszerzyło i zupełnie już ugruntowało oświecenie, a po nim różne awangardy i postmodernizm.

Wierzę jednak, że istnieje ów nurt kultury głębokiej, czego dowodzi na przykład współczesna fascynacja ikoną. Kultura głęboka też ma wiele nurtów i poziomów, ale w tym najgłębszym nurcie powstają dzieła wartościowe, takie, które przetrwają.

KAI: Czy Kościół w Polsce – myślę o całej wspólnocie – potrafi zrozumieć współczesną kulturę i prowadzić dialog także z tymi nurtami czy kręgami, które nie identyfikują się z Kościołem czy jakąkolwiek religią?

– To złożony problem. Ktoś powiedział złośliwie, że niewiedzę teologów o kulturze można porównać tylko z niewiedzą ludzi kultury o teologii. Oczywiście istnieją pomosty i to na najwyższych wierzchołkach. Takim pomostem był Paweł VI, bardzo wrażliwy intelektualista – pierwszy taki spośród papieży w bliższym nam horyzoncie czasowym; takim pomostem był Jan Paweł II, który wyrastał na Norwidzie, Teatrze Rapsodycznym i sztuce słowa; był nim także Benedykt XVI, którego ukształtowała niemiecka i europejska kultury muzyczna i literacka.

KAI: No tak, ale co z tą Polską?

– Wspomnę po raz kolejny ks. prof. Pasierba. Pamiętajmy też, że Jan Paweł II wyrósł na polskiej glebie, w Krakowie zwłaszcza. Polska dała światu to, co najpiękniejsze.

Mamy też ciekawy, oddolny ruch, który znam wycinkowo, ludzi, którzy szukają jakiegoś powrotu do sakralności, metafizyki. Niekiedy odwiedzają mnie artyści z Akademii Sztuk Pięknych, przynosząc swoje prace magisterskie o sztuce sakralnej. Powstaje całe środowisko malarzy zafascynowanych ikoną, którzy zaczynają tworzyć dla kościołów. Wiążę z tym zjawiskiem pewną nadzieję na jakieś odrodzenie.

KAI: Czy nie odnosi Ksiądz wrażenia, że wspomniana triada: prawda, dobro, piękno nie znajduje przystani w większości polskich świątyń? Myślę o architekturze i wyposażeniu kościołów; o tym, jak się w nich gra i co śpiewa…

– Zdecydowanie tak. Myślę, że to jest kwestia, o której warto mówić i nad którą warto się zastanawiać. Z jednej strony mamy ogromny potencjał duchowy, wspaniałe wspólnoty i naprawdę gorliwych duszpasterzy. Dzieje się bardzo dużo w sensie duchowym, ale często ta wiara nie znajduje adekwatnego wyrazu w dziełach sztuki. Paradoksalnie może, na Zachodzie bywa odwrotnie: znam w Niemczech dużo ciekawych, posoborowych kościołów, bardzo dobrze zaprojektowanych, z niezłą plastyką. Ale one są puste.

KAI: Podobnie jak we Francji?

– Francja jest pod tym względem interesującym zjawiskiem, bo tam powstaje bardzo dużo ciekawych wspólnot, które łącza pewną tradycję życia monastycznego ze współczesnością, a jednocześnie z jakby wrodzoną Francuzom tendencją do estetyzacji i łączenia piękna z życiem. Myślę tu np. o obecnych także w Warszawie Wspólnotach Jerozolimskich.

KAI: Czy jedną z dróg nie byłoby położenie większego nacisku na kulturę w programach polskich seminariów? Ks. prof. Starowieyski od lat ubolewa, że pod względem literatury i sztuki w tych programach widać galopujący wręcz regres.

– Nie byłbym aż tak radykalny w ocenie. Po pierwsze mamy coraz więcej powołań z różnych środowisk, w tym także także z Ukrainy czy Białorusi, które same wnoszą pewne doświadczenie piękna. Po drugie sami wykładowcy, zwłaszcza ci nowi, dostrzegają potrzebę łączenia teologii z pięknem i odnalezienia wspomnianej triady, którą, powiedzmy sobie szczerze, trochę w Polsce zagubiliśmy.

Natomiast sądzę, że brakuje rozwiązań strukturalnych, żeby w to ratio studiorum, czyli w porządek studiów seminaryjnych, w większym stopniu włączyć elementy refleksji humanistycznej. Wiem, że to jest strasznie trudne, bo programy seminaryjne są przeładowane, niemniej sytuacja wymaga głębokiego namysłu.

Wschód i Zachód się potrzebują - rozmowa z bp Michałem Janochą

KAI: Czym powinny się dziś zajmować duszpasterstwa środowisk twórczych, tak zasłużone w czasie stanu wojennego i w latach 80.? Czy mają jakąś konkretną, sprecyzowana misję w wolnej Polsce?

– Mamy w Polsce bardzo dużo ciekawych ośrodków duszpasterstwa twórców. Najlepiej oczywiście znam Warszawę i środowisko gromadzące się w kościele przy Placu Teatralnym wokół ks. Grzegorza Michalczyka. Jest też nieformalne duszpasterstwo ludzi, którzy są artystami z profesji lub usposobienia, u ks. Drozdowicza na warszawskich Bielanach. To są niewątpliwie miejsca, które przyciągają twórców. Warto się takim miejscom przyglądać.

Nie mam natomiast prostej odpowiedzi na pytanie, jak powinny wyglądać duszpasterstwa twórców w ogóle. Jedno jednak jest pewne (to jest zresztą myśl Benedykta): przyszłość Kościoła w dużym stopniu będzie się rozstrzygać w liturgii, która musi być powiązana z pięknem. Skoro zaś serce sztuki jest jednak w sztuce sakralnej, sprawę tę uważam za szalenie ważną dla przyszłości Kościoła w Polsce.

KAI: A jakie są dziś podstawowe wyzwania dla Kościoła w naszym kraju?

– Pierwsza kwestia to chyba odnalezienie się Kościoła w demokracji. Nauczyliśmy się żyć w systemie opresyjnym i Kościół zdawał egzamin – był domem dla tych, którym zabierano dom, ojczyznę, język, kulturę. Ale w sytuacjach opresyjnych bardzo łatwo o stworzenie sytuacji czarno-białej. Nasz Kościół od dwóch wieków kształtował się w modelu zwarcia. Z tej próby wyszedł zwycięsko: obronił wiarę i tożsamość narodową.

KAI: Ale czy ma świadomość, że zwarcie minęło?

– No właśnie, to jest ten problem. Nauczyliśmy się jakoś funkcjonować w demokracji, ale w demokracji, powiedzmy to sobie szczerze, ciężko jednak chorej. Pojawiają się w niej zjawiska, które papież Benedykt określił jako groźbę nowego totalitaryzmu, przychodzącego w sposób nieoczekiwany, bo z Zachodu, wobec którego mamy kompleks, i ze strony demokracji liberalnej, do której przez tyle pokoleń tęskniliśmy. I tu mamy problem polegający na zderzeniu z "cywilizacją śmierci".

Dostrzegam zatem ważną kwestię łączenia radykalizmu nauczania z otwarciem na to, co przychodzi do nas dobrego. Inaczej mówiąc: rozdzielania i nieustannego rozeznawania tego, co ma duszę chrześcijańską i co się da – nawet z zastrzeżeniami – zaakceptować, od tego, czego przyjąć nie można.

Następny problem także ma wymiar ogólnoeuropejski. Na zasadzie odbitego wahadła mieliśmy epokę mocnego przywiązania do tradycji narodowych, historycznie ukształtowaną, przekształcającą się niekiedy w nacjonalizmy. Dziś natomiast mamy nową formę internacjonalizmu w nowym przebraniu, czyli kosmopolityzmu, który zagraża utratą tożsamości narodowej. I znów: znajdowanie równowagi między tym, co narodowe, a tym, co ogólnoeuropejskie i ogólnoludzkie, stanowi zadanie i wyzwanie dla nas wszystkich.

KAI: Także dla Kościoła?

– Zdecydowanie. Generalnie historia ukształtowała nas w taki sposób, że Kościół, będąc z natury rzeczywistością powszechną, wnosi pierwiastek uniwersalizmu, a jednocześnie historia tak się od średniowiecza ukształtowała, że Kościół powszechny wyraża się w Kościołach lokalnych, które bardzo często mają charakter narodowy. I to jest dziedzictwo Europy – dziedzictwo, które jest skarbem. Do tego dochodzi problem, którego w Polsce jeszcze nie mamy, ale zaczyna się już pojawiać, a mianowicie wielkich migracji mniejszości etnicznych.

KAI: I będzie nas to dotyczyć zdecydowanie bardziej aniżeli w minionych dziesięcioleciach?

– Oczywiście. Z tego wszystkiego wynika więc, że problemy Kościoła w Polsce są też, w dużym stopniu, problemami Kościoła w Europie. Wraz z "cywilizacją śmierci" przychodzi bardzo wiele konkretnych postulatów o charakterze etycznym, które dążą do pewnej przebudowy antropologicznej, wręcz do rewolucji. Także w tej dziedzinie konieczne jest mądre rozeznawanie, a jednocześnie pewna odwaga.

Kolejny problem, także o charakterze europejskim, który do nas przychodzi, to laicyzacja czy raczej taki model życia, jakby Boga nie było. Jeden z kluczowych, już wspomnianych problemów, to stosunek do kultury masowej. Ma ona różne poziomy, ale na tym najniższym jest bardzo często dehumanizacją. Na ile Kościół ma przyjmować elementy tej kultury, a na ile – i jak – ma się przed nimi bronić? Dużo jest tych pytań, na które nie mamy gotowych odpowiedzi.

Myślę, że mamy to wielkie szczęście, jakiego być może nie miały poprzednie stulecia: mianowicie śmiem twierdzić, że od końca XIX wieku mamy wielkich papieży – intelektualnie, moralnie, duchowo. Każdy jest inny, ale te pontyfikaty to jest wręcz niesłychana rzecz.

KAI: Trochę mniej teraz będzie miał Ksiądz czasu na zachwyty nad kulturą bizantyjską, prawosławną, nad ikonami. Żal?

– Trochę żal. Nie mam jakichś wizji biskupstwa, będę się tego uczył od starszych współbraci. Ale to jedno już wiem i czuję, bo tego nauczyłem się w seminarium: trzeba walczyć o jakąś przestrzeń ciszy, samotności. Bo, paradoksalnie, ja mam problem nie z nadmiarem samotności, tylko z jej odnajdywaniem. Nie ja sam zresztą – to zapewne problem wszystkich księży zanurzonych w pracę w wielkim mieście. Im więcej spraw "zewnętrznych", tym większa potrzeba medytacji, adoracji, ciszy.

KAI: A w tej ciszy kogo będzie sobie Ksiądz podczytywał oprócz brewiarza, rzecz jasna, i ukochanego Norwida? Kim są ci duchowi przyjaciele?

– Wielcy święci, greccy i łacińscy ojcowie Kościoła, Ewagriusz z Pontu, Augustyn, mistycy, zakonodawcy, w tym Benedykt.

KAI: No, to jako biskup nie będzie Ksiądz sam.

– To jest wielka nadzieja i radość naszej wiary, że mamy tylu świętych i aniołów, dzięki czemu nigdy nie jesteśmy sami. Obyśmy tylko pozwalali im mówić i słuchali ich, a nie siebie.

***

Michał Janocha urodził się 27 października 1959 roku w Warszawie. W latach 1978-1982 studiował historię sztuki na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Po ukończeniu studiów, w 1983 roku wstąpił do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie.

Święcenia kapłańskie przyjął w 28 maja 1987 r. W 1994 r. obronił pracę doktorską w zakresie historii sztuki, a w 2002 roku uzyskał habilitację. W latach 1994-2010 pracował w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (wcześniej ATK) jako adiunkt, a następnie profesor, kierownik Katedry Historii Kultury Chrześcijańskiego Wschodu. Od 2010 roku pracuje na Uniwersytecie Warszawskim, na Wydziale Artes Liberales, w komisji Speculum Byzantinum.

W latach 2009-2013 był ojcem duchownym w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie.

Święcenia biskupie przyjmie w archikatedrze warszawskiej, 14 czerwca.


rozmawiał Tomasz Królak / Warszawa