Oczyszczanie Kościoła. Kilka uwag o metodzie

Nasz problem polega na wybieraniu łatwych rozwiązań. Zaś zbawienie bliźniego boli.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Oczyszczanie Kościoła. Kilka uwag o metodzie
Nasz problem polega na wybieraniu łatwych rozwiązań. Zaś zbawienie bliźniego boli.

Kolejny film braci Sekielskich o pedofilii wśród księży, wywiad Agnieszki Bugały z ks. Isakowiczem-Zaleskim na ten sam temat, usunięcie tekstu ze stron wrocławskiej edycji Niedzieli i przywrócenie go – wszystko to sprawiło, że ponownie rozgorzała dyskusja, czy Kościół jako wspólnota potrafi oczyścić się i odciąć od zbrodni na tle seksualnym, których dopuścili się niektórzy księża.

Część osób, zaangażowanych w ową sanację, nie ma złudzeń – siłami wewnętrznymi ludzie Kościoła niezbędnego oczyszczenia nie dokonają, muszą zaangażować się w to osoby świeckie, świeckie media i środowiska pozakościelne, gdyż, wobec oporu biskupów, działających na zasadzie korporacyjnej solidarności i powodowanych źle pojętym interesem Kościoła, ten proces nigdy nie zostanie przeprowadzony i dokończony.

Muszę przyznać, że przychylam się do tej opinii, gdyż dostrzegam nie tylko brak lub niedostateczną reakcję ze strony niektórych biskupów, ale też nietrudno nie brać pod uwagę ogromnego bagażu i zaszłości, kształtujących mentalność przełożonych Kościoła. A jest ta mentalność sumą trojakiego dziedzictwa – złych praktyk, pochodzących z odległych czasów, polegających na przeświadczeniu, że niegodziwości ludzi Kościoła, szczególnie księży, należy ukrywać, tuszować, zamiatać, po to, by nie zaszkodzić dobremu imieniu instytucji, nie zgorszyć maluczkich i nie odstręczyć ich od wspólnoty wiary. Historia Kościoła pokazuje dostatecznie wiele takich przypadków i ta zła praktyka utrwaliła się i wzmocniła w czasach PRL, gdy każdy ujawniony grzech duchownych był wykorzystywany dla niszczenia ideologicznego „konkurenta” i obniżania jego prestiżu. Stąd przeniesienia do innych parafii, zamiatanie. Skądinąd wiem, że niektórzy przełożeni prowadzili poważne rozmowy z przestępcami, przysięgającymi poprawę, ale przeniesienia i ukrywanie były chyba ogólną strategią w tamtym okresie… I ta linia utrzymała się także po upadku komunizmu, w nowej rzeczywistości, gdy na całego rozpętała się wojna kulturowa, w której środowiska liberalne, pragnące zbudować swój nowy, wspaniały świat, podjęły atak na chrześcijaństwo i Kościół, uznając je za główną przeszkodę w realizacji swych planów. I znów był powód, by swoje ciemne sprawy kryć przed opinią publiczną, zamiatać, prać brudy w domu…

Te zaszłości i sytuacja obecna wiele tłumaczy, choć nie usprawiedliwia. Gdyż, należy być tego świadomym, Kościół zawsze, od początku swego istnienia, był i jest oblężoną twierdzą. Jest atakowany, gdyż jest sakramentem zbawienia świata, a wszelkie złe moce będą tę twierdzę spróbować zniszczyć w każdych warunkach i okolicznościach.

I tu dochodzimy do kluczowego problemu – co robić, by ta twierdza była mocna, by nie ulegała atakom, by dawała umocnienie i nadzieję na zbawienie? Otóż trzeba tę twierdzę wzmocnić, a najlepiej to zrobić oczyszczając ją od wewnątrz, usuwając z niej brud, niegodziwość i przestępstwa, pokutować za grzechy własne i współbraci. Jednak wielu obserwatorów życia kościelnego jest zdania, a ja się do niego przychylam, że wiele ze spraw, które powinny być załatwione (a są jednoznaczne, nie budzą wątpliwości), nie zostały załatwione, co więcej, budzą sprzeciw i rozgoryczenie, poczucie bezsilności z powodu braku lub złej reakcji biskupów.

Tak więc powinny w ten proces włączyć się osoby świeckie, o czym w wywiadzie mówi ks. Isakowicz-Zaleski. Trudno się z tą opinią nie zgodzić, ale godząc się, warto przypomnieć, że trzeba do tego niezwykłej ostrożności, roztropności i świadomości stąpania po cienkim lodzie, że w każdej chwili można przekroczyć cienką, czerwoną linię, powodującą niezawinione cierpienie innego człowieka.

 

 

Niewydawanie łatwych osądów powinno więc towarzyszyć wszystkim zaangażowanym w proces oczyszczenia, gdyż łatwe wpadanie w stereotypy zniekształca obraz, jest kłamstwem.

Angażując się w te szlachetne działania, warto mieć w pamięci fundamentalną zasadę prawną – człowiek jest niewinny do czasu, gdy nie zostanie mu udowodniona wina. Zaś atmosfera „polowania na pedofila” wśród duchownych, prowadzona także przez środowiska niesprzyjające Kościołowi sprawia, że orzeczenia zapadają błyskawicznie, są bezlitosne i przypominają polowania na czarownice. Kilka lat temu zdarzył się wypadek drogowy z udziałem księdza, któremu wypadł telefon, a na policji odkryto, że w komórce są zdjęcia kilkuletniego chłopca na plaży. Pedofil! – zapadł błyskawiczny wyrok. Na szczęście ksiądz udowodnił, że to zdjęcie jego kilkuletniego siostrzeńca, nie było też śladu podobnych zdjęć w komórce i komputerze duchownego. Zastanawiam się, czy wyrok zapadłby tak błyskawicznie, gdyby dotyczyło to mechanika samochodowego czy pracownika korporacji? – Przypuszczam, że nie, gdyż kilkuletnie ujawnianie przestępstw seksualnych właśnie księży, doprowadziło do utożsamiania ich z pedofilią. W powszechnej świadomości ta zbitka ksiądz – pedofil już funkcjonuje, proszę zajrzeć na komentarze jakiejkolwiek strony internetowej, dotyczącej życia Kościoła. Niewydawanie łatwych osądów powinno więc towarzyszyć wszystkim zaangażowanym w proces oczyszczenia, gdyż łatwe wpadanie w stereotypy zniekształca obraz, jest kłamstwem.

Ale warto przypomnieć tu przypadek kard. Georga Pella, oskarżonego o wykorzystanie seksualne dwóch ministrantów, w ciągu sześciu minut, w zakrystii katedry w Melbourne. Sąd w pierwszej instancji uznał go winnym, skazał na sześć lat więzienia, kardynał został zamknięty w więzieniu o zaostrzonym rygorze, w którym nie wolno mu było odprawiać Mszy św. Stało się tak mimo licznych wątpliwości i dopiero Sąd Najwyższy uchylił wyrok i uznał, że kard. Pell jest niewinny. Ta cała historia pokazuje, że zbrodnie pedofilii i innych przestępstw seksualnych, można użyć do zwalczania ludzi Kościoła, w tym wypadku jednego z najwybitniejszych hierarchów. Policja w stanie Wiktoria publikowała ogłoszenia w mediach o poszukiwaniu informacji o niewygodnym z jakichś względu kardynale. W Polsce ucierpiał mniej znany duchowny – oskarżył go o molestowanie Marek Lisiński, „twarz” ofiar kleru, prezes Fundacji „Nie lękajcie się”. Jak wiemy, zupełnie bezpodstawnie, gdyż był oszczercą, wyłudzającym pieniądze, który „jedynie” zniszczył dobre imię duchownego. Co robić w sytuacji, gdy słowo jest przeciwko słowu, niewinność trzeba udowodnić, a to praktycznie niemożliwe? Uznać, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą? Nie można się z tym pogodzić, z wydaniem wyroku trzeba czekać, nim rzeczywiście nie dotrze się do prawdy.

Jednak jedna sprawa niepokoi mnie bardzo po przeczytaniu wywiadu z ks. Isakowiczem-Zaleskim. Dziennikarka pyta go o pedofilię w innych środowiskach. Ksiądz odpowiada, że koncentruje się na tym, co dzieje się w Kościele. Z jednej strony – słusznie. Trzeba robić porządki we własnym domu, w najbliższym otoczeniu. Poza tym Kościół, który głosi Ewangelię, ma być wzorem, miejscem bezpiecznym dla każdego, ma być zalążkiem Królestwa. Ale widzę w tej postawie pokusę zamknięcia się w kręgu własnych problemów i zranień, odwrócenia się od obszarów, które też mają być uleczone, choć nie są w naszym „obejściu”. Gdyż zbrodnia pedofilii i wykorzystywanie seksualne jest powszechna, występuje we wszystkich środowiskach, jest ponurym znamieniem upadku naszej cywilizacji. Powinniśmy sobie uświadomić, że w Kościele, w środowiskach muzyków, celebrytów, prawników, wszędzie, w Tajlandii i w Polsce cierpią niewinne dzieci, a ich cierpień nie wolno pomijać. Jest to wspólny problem i dramat i owszem, zgadzam się, niech Kościół stanie się wzorem i pokaże, jak ten problem rozwiązać, jak otoczyć ofiary opieką, jak ukarać winnych, ale troska o uzdrowienie powinna objąć wszystkie środowiska. Gdyż cały czas słyszy się, że najważniejsze są ofiary. Ale czy są ofiary lepsze i gorsze? Dlaczego pomijać dramat czternastolatki, która po zgwałceniu rzuca się pod pociąg, jeśli można pomóc swoim doświadczeniem? Trudno to pojąć.

Przeglądając liczne strony internetowe, zwłaszcza katolickich portali, można odnieść wrażenie, że pedofilia jest głównym problemem Kościoła. Otóż nie. Jest znacznie gorzej. Stosunek do tych przestępstw jedynie obnaża trudną prawdę o nas – w ilu wypadkach nie jesteśmy wspólnotą.

Przeglądając liczne strony internetowe, zwłaszcza katolickich portali, można odnieść wrażenie, że pedofilia jest głównym problemem Kościoła. Otóż nie. Jest znacznie gorzej. Stosunek do tych przestępstw jedynie obnaża trudną prawdę o nas – w ilu wypadkach nie jesteśmy wspólnotą. Wspólnotę stworzył z nas Jezus Chrystus biorąc grzechy każdego z nas na Siebie. Grzechy, ujrzane w prawdzie, bez taryfy ulgowej i złagodzonych wersji. Bez taniego miłosierdzia, jak określił postawę niektórych przełożonych red. Zbigniew Nosowski. Jeżeli we wspólnocie dzieje się zło, nikt nie ma prawa odwrócić się od tego faktu. Ani członkowie wspólnoty, ale zwłaszcza przełożeni, którzy odpowiadają za diecezję. I to nie tylko dlatego, że trzeba zatroszczyć się o ofiarę przestępcy seksualnego, ale też o samego przestępcę, który dramatycznie potrzebuje pokuty i nawrócenia. Odmowa wzięcia krzyża drugiego człowieka, bólu ofiary i grzechu zbrodniarza, stanięcia w prawdzie, czyni z nas miły i przytulny klub, do którego przychodzi się raz w tygodniu, słucha poprawnych kazań i wraca do codzienności. Na tym polega nasz problem – na powierzchownych, łatwych relacjach z innymi i wybierania łatwych rozwiązań. Zaś zbawienie bliźniego boli. Boli, bo jest wzajemnym braniem krzyża współbrata.

I ostatnia uwaga – oczyszczając Kościół warto też się zastanowić, czy należy szukać wszędzie sprzymierzeńców, czy szlachetny cel usprawiedliwia wszelkie sojusze? Ale jest to już temat na odrębne rozważania.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Ile czasu trzeba żeby stracić wiarę?

Ile czasu potrzebujemy żeby stracić wiarę? – Dwustu sześćdziesięciu lat? Sześćdziesięciu? Może czterdziestu pięciu? – Albo może siedemdziesięciu pięciu dni?

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ile czasu trzeba żeby stracić wiarę?
Ile czasu potrzebujemy żeby stracić wiarę? – Dwustu sześćdziesięciu lat? Sześćdziesięciu? Może czterdziestu pięciu? – Albo może siedemdziesięciu pięciu dni?

Pytanie nie jest wzięte “z sufitu”, ostatnio słyszymy je często, wypowiadają je z niepokojem księża i świeccy, ale oni mówią o dwóch i pół miesiącach i wiążą to, rzecz jasna, z epidemią koronawirusa i czasem, gdy katolicy otrzymali dyspensę od uczestniczenia w niedzielnej Mszy św. i przeniesienia życia wiary z realu do wirtualu. Katolicy uczestniczyli więc w transmitowanych Mszach św., rekolekcjach i konferencjach i jak to u nas bywa, dzięki wielkiej kreatywności – powstało mnóstwo możliwości, w końcu można było się modlić nie tylko ze swoim biskupem w katedrze, ale nawet Ojcem Świętym w Rzymie. Oraz we własnej parafii, bo liczne parafie zaczęły transmitować Eucharystię online.

Ale w miarę upływu czasu, po efekcie nowości i oswojeniu się z nadzwyczajnymi okolicznościami, powstało pytanie, podszyte niepokojem: A jeśli ta sytuacja wpłynie na zobojętnienie, jeśli wierni nie wrócą do kościołów? Czy wrócą? Później, gdy zwiększył się dozwolony limit wiernych, którzy mogli uczestniczyć w nabożeństwach, nastąpiły sprawozdania: ludzi na Mszach św. było mniej niż zwykle, czy wszyscy wrócą?

Muszę przyznać: nie rozumiem tego niepokoju. Bo jeśli ktoś „odpadł”, jaka jest lub była jego wiara, której wystarczy siedemdziesiąt pięć dni żeby oziębła, zniknęła, wyparowała bez śladu? Co trzymało tę osobę przy kościele/Kościele? – Przyzwyczajenie? Tradycja? Inercja? Jak przeżyła czas izolacji? Tęskniła za Eucharystią, Komunią św., spowiedzią? A teraz już wie, że może aż nie tak bardzo… i odejdzie?

Czy epidemia nie stała się też czasem odsiewania? To smutne, ale mój smutek pomieszany jest ze spokojem. Bo wiem, że zachowanie wiary nie zależy jedynie od jej praktykowania w kościele.

Odejdą. To bardzo smutne, bo tracą to, co najcenniejsze. Ale czy wobec tego epidemia nie stała się też czasem odsiewania? To smutne, ale mój smutek pomieszany jest ze spokojem. Bo wiem, że zachowanie wiary nie zależy jedynie od jej praktykowania w kościele. I mówię to z pełną świadomością, bo wychowałam się w Bułgarii i spotkałam tam zbyt wielu katolików, którzy dziesiątki lat nie mieli nie tylko transmisji Mszy św. (co to byłaby dla nich za radość!), ale nie mieli niczego – katechezy, księży, modlitewników. Byli mordowani, a gdy reżim złagodniał, byli bici, nie dawano im pracy, byli inwigilowani, a ich dzieci nie miały dostępu do wyższych uczelni. A oni trwali. Modlili się w domach, rodzice, ale zwłaszcza babki, uczyli dzieci pacierza, uczestniczyli w tajnych Mszach św., dzieci posyłali do Komunii, choć było to bardzo ryzykowne, młodzież była “oczkiem w głowie” partyjnych ideologów. I tak dzień po dniu, przez długich czterdzieści pięć lat.

Myślę też o zesłanych na Syberię Polakach, ci mieli jeszcze gorzej, bo nieraz całe dziesięciolecia nie mieli nawet “nielegalnych” Eucharystii, a mimo to modlili się, śpiewali pieśni, w niedzielę i święta zbierali się po domach i odczytywali teksty Mszy św., czytali śmiertelnie wytarte karty modlitewników.

A katolicy japońscy? Przechowali wiarę przez dwieście sześćdziesiąt lat, znieśli potworne prześladowania, tortury, męczeństwo. Modlili się, chrzcili dzieci i wpatrując się w morze, bo większość z nich mieszkała na wyspach, śpiewali pieśń o okręcie papieża, który kiedyś przypłynie, a będzie miał znak Maryi na rufie… I wtedy skończą się prześladowania i nie będą musieli się ukrywać i będą mieli Msze św. Gdy papież Franciszek był w Japonii stwierdził, że japońscy katolicy przechowali wiarę dzięki osobistej więzi z Jezusem.

 

 

W czasie izolacji zdarzały się rzeczy niezwykłe. Spowiedzi po dekadach, błagania o Komunię św. Ten czas dla wielu był odkryciem, jakim skarbem są sakramenty, wspólnota wiary.

I jest to sprawa kluczowa – osobista więź z Jezusem.

Od tego wszystko zależy. Jest – czy jej nie ma? Bo jeśli jest – zniesie wszystko. Jeśli zaś nie – wystarczy siedemdziesiąt pięć dni. I wielu być może odejdzie, niczym bogaty młodzieniec, który miał w zanadrzu alternatywne scenariusze, przywiązania i tyle atrakcji. Być może, to bardzo prawdopodobne, spadnie liczba praktykujących. Patrzę na to ze smutkiem… i spokojem.

Znajomy ksiądz opowiadał, że w czasie izolacji zdarzały się rzeczy niezwykłe. Spowiedzi po dekadach, błagania o Komunię św. Ten czas dla wielu był odkryciem, jakim skarbem są sakramenty, wspólnota wiary. Tym ludziom łatwiej byłoby zrozumieć japońskich czy bułgarskich braci i lepiej docenić to, co zazwyczaj jest na wyciągnięcie ręki. I ci ludzie zostaną, a przed nimi jest wiele zadań. Nie wierzę, że czeka nas scenariusz, opisany w “Opcji Benedykta” Roda Drehera, który jakoś godzi się z faktem zalewu powszechnego pogaństwa, a wobec tego postuluje budowę małych wspólnot wiary, które kiedyś znowu staną się zaczynem odnowy naszej cywilizacji.

Może trochę rozpieścił Pan Bóg, nas, katolików w Polsce, bo nawet za głębokiej komuny mieliśmy dostęp do sakramentów, może to nas rozleniwiło, zwolniło z osobistego wysiłku?

Nie jestem zwolenniczką kapitulacji i pogodzenia się z taką wizją przyszłości. Ta mniej liczna grupa owszem, ma budować małe wspólnoty, ale także wychodzić na zewnątrz – ma wpływać na rodziny, edukację, uniwersytety, kształtowanie prawa, walczyć o życie i nie oddawać instytucji walkowerem, bo instytucje są ważne. Ale nade wszystko najważniejsze są: modlitwa i dawanie świadectwa nawet wtedy, gdy jest to bardzo pod prąd. I jeszcze jedno ważne zadanie – ta grupa ma być depozytariuszem Adresu. W oczekiwaniu na tych, którzy zechcą wrócić i zapytają o drogę. Przypominam sobie spotkanie z rumuńskim księdzem katolickim obrządku wschodniego, Matheim Boilą (gdy komuniści go uwięzili, kopał rozmaite kanały pod Dunajem kilkanaście lat). Mój rozmówca opowiadał, że gdy rozpoczął się bunt Rumunów w 1989 r., na głównym placu w Timiszoarze zebrali się młodzi ludzie, była milicja, która zaczęła strzelać do demonstrantów, zginęło około sześćdziesięciu osób, narastał strach i obawa o życie i ci ludzie spontanicznie zaczęli klękać i… nie wiedzieli co mówić. Był wśród nich także syn o. Mathei z przyjaciółmi i ci przyjaciele, wiedząc, że jest synem księdza, zaczęli krzyczeć: Tudor, co mamy mówić? Naucz nas! – A chłopak zaczął odmawiać “Ojcze nasz” i wszyscy dookoła wraz z nim, choć pierwszy raz słyszeli te słowa. Właśnie o to chodzi z tym Adresem – o szukających domu lub powracających – żeby wiedzieli, do kogo można się udać i pytać o drogę i dostać precyzyjne wskazówki.

Ufam, że w tak dramatycznych okolicznościach jak Japończycy czy Polacy na zesłaniu, nigdy się nie znajdziemy. Może trochę rozpieścił Pan Bóg, nas, katolików w Polsce, bo nawet za głębokiej komuny mieliśmy dostęp do sakramentów, może to nas rozleniwiło, zwolniło z osobistego wysiłku? Może stąd w nas tyle strachu i tak mało ufności, wiary w zwycięstwo Chrystusa?

Osobista więź z Jezusem. Dzięki niej wiara trwa. Mimo okoliczności zewnętrznych. Nie tylko dwa i pół miesiąca, ale dwa i pół roku, dwieście sześćdziesiąt lat, całą wieczność… A to wymaga osobistego wysiłku.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap