Nieprzejednani

Z pokolenia na pokolenie walczyli o wolność

Wojciech
Lada
zobacz artykuly tego autora >
Nieprzejednani

Walery Sławek

11 listopada 1918 roku Polska odzyskała niepodległość. Tego też dnia Polacy, zwyczajni cywile, podchodzili na ulicach do uzbrojonych po zęby i zaprawionych na wojnie żołnierzy niemieckich i odbierali im karabiny. Tak bez obaw? Bez odrobiny strachu? To całkiem możliwe, bo w Królestwie na jesieni 1918 roku tak naprawdę niewielu było zwyczajnych cywili. Większość Polaków była już wówczas całkiem nieźle obyta z bronią i walką.

Walery Sławek, późniejszy trzykrotny premier Polski, współtwórca konstytucji kwietniowej i bodaj jedyny polityk, którego krystaliczną uczciwość potwierdzali nawet przeciwnicy, w pierwszych latach XX wieku miał na rękach całkiem sporo krwi. Podkładał bomby, strzelał ze swojego ulubionego browninga, niemal jak bohater hollywoodzkiego kryminału, uciekał z więzień przerzucając linę przez mur. Brzmi to sensacyjnie, ale w latach poprzedzających rok 1918, zachowania takie były codziennością dla wielu tysięcy Polaków, głównie tych mieszkających na terenie zaboru rosyjskiego.

„W rewolucyjnej atmosferze nastroje pchały ludzi do czynu, czemu i ja uległem – wspominał później. – Jeśli nawet zamachy na Nolkena czy Maksymowicza, jeśli rzucanie bomb w patrole kozackie uznać za mało celowe z punktu widzenia walki, tzn. dążenia do niepodległości, to odpowiadały one nastrojom całego społeczeństwa”.

Wszystko w tamtych latach wrzało. W momencie, kiedy Sławek ciskał kolejne bomby w przedstawicieli caratu, w zaborze pruskim trwał względny spokój, a o polskość dbano głównie metodami oświatowymi, za to w Galicji Piłsudski powoli rozpoczynał konkretną robotę, mającą doprowadzić go, do stworzenia Legionów. Najpierw zupełnie nielegalnie, później na wpół legalnie, w organizacjach „strzeleckich”, szkolił oddziały bojowców, i to na tyle skutecznie, że w momencie wybuchu I wojny światowej, był w stanie wystawić z nich siedmiotysięczną, bardzo sprawną już armię. Drugie tyle dołączyło spontanicznie, by spod Oleandrów dojść z Piłsudskim do przystanku niepodległość.

Nieprzejednani

Józef Piłsudski

Spontaniczność to słowo klucz do zrozumienia postaw ówczesnych Polaków.

Dlaczego w każdym pokoleniu począwszy od końca XVIII wieku do pierwszych dekad wieku XX Polacy tak łatwo, szybko, chętnie i sprawnie sięgali po broń, by walczyć z zaborcami? Jasne. Wrzała cała Europa. To właśnie wtedy rozsypywały się dopiero wielkie średniowieczne monarchie Habsburgów, czy Romanowów, a mapa kontynentu zaczynała przypominać mniej więcej tę dzisiejszą. Niemal każdy naród miał wówczas swoje powstanie – nawet jeśli nie z bronią w ręku, to na pewno pod względem świadomości. Ale przecież nawet na tle europejskim Polacy stanowili awangardę, a powstania listopadowe i styczniowe, były mitami założycielskimi dla wielu innych społeczności kontynentu. Dlaczego? Cóż, prawdopodobnie dlatego, że podsycany w rodzinach etos narodowy zderzył się z poczuciem całkiem osobistej krzywdy.

Wszystkie zrywy narodowe następowały po sobie w tak krótkich odstępach czasu, że niemal w każda rodzina pielęgnowała pamięć o ofierze któregoś z powstań, co w dzieciach i wnukach podsycało potrzebę odwetu. Dobrze ujął to Bronisław Żukowski, jeden z bojowców PPS, gdy wspominał swoje dzieciństwo: „Oto po całych dniach robiłem drewniane szable i bagnety, aby się odpowiednio dozbroić, kiedy przyjdzie znów powstanie, aby się pomścić za stryjka i krzywdę całego ludu i wygnać wroga z Polski”. Stryjek Żukowskiego zginął w powstaniu styczniowym.

Generał Kazimierz Sosnkowski – głównodowodzący Polskich Sił Zbrojnych pod koniec II wojny światowej, wcześniej zaś legionista i twórca Związku Walki Zbrojnej, miał większy bagaż rodzinnych doświadczeń – jego pradziad walczył w insurekcji kościuszkowskiej, a dziadek był weteranem wojen napoleońskich i powstania listopadowego. Nie inaczej było z samym Piłsudskim. Jak wspominał: „Matka, nieprzejednana patriotka, nie starała się nawet ukrywać przed nami bólu i zawodu z powodu upadku powstania, owszem wychowywała nas, robiąc właśnie nacisk na konieczność dalszej walki z wrogiem ojczyzny”.

Piłsudski urodzi się w 1867 roku, nie mógł więc pamiętać samych walk, choć atmosferę popowstaniowych represji na pewno odczuł. Bywało jednak często, że ludzie walczący w powstaniu listopadowym, zaangażowani byli też w styczniowe, ci z powstania styczniowego konspirowali w czasie rewolucji 1905-1907, zaś ówcześni zamachowcy walczyli  w szeregach Armii Krajowej, czego dowodem choćby wspomniany Sosnkowski.

Tak ukształtowani ludzie po prostu nie mogli nie walczyć. I choć sama data 11 listopada 1918 roku wynikła ze splotu wydarzeń o zasięgu globalnym, czyli przebiegu działań na frontach I wojny światowej, na co większego wpływu nie mieliśmy, to fakt, że niepodległość Polski była dla wszystkich ówczesnych mocarstw oczywistością, to już nasza zasługa. Bo przypominaliśmy o tym niemal bez przerwy, w każdym pokoleniu od czasów Kościuszki. A tacy ludzie jak Walery Sławek nie byli nikim wyjątkowym. Tak wyglądał niemal model Polaka w okresie zaborów, typ osobowości, który doprowadził do 11 listopada.

Nieprzejednani


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Wojciech Lada

Zobacz inne artykuły tego autora >
Wojciech
Lada
zobacz artykuly tego autora >

Wielka orkiestra świątecznej żałoby

Jesteśmy w połowie Oktawy Uroczystości Wszystkich Świętych. Na grobach więdną już kwiaty, znicze dogasają, gwar cichnie. Mija już ten szczególny okres paradoksów, w którym ludzie biegający po domach w strojach upiorów i wampirów zarzucają katolikom modlącym się nad grobami popisowość i zabobony

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

O tych wyjątkowych chwilach piszę z perspektywy tego, który Uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego nie spędza na cmentarzach. Nie odwiedzam w ten dzień miejsc pochówku z żadną szczególną emocją, ponieważ moi najbliżsi zmarli są pochowani w znacznej odległości od mojego miejsca zamieszkania, a z roku na rok coraz mniejsze mam możliwości, aby do tych grobów dotrzeć. Odwiedzam ich w innym czasie.

A zatem tylko okiem gościa zza płotu podziwiam cmentarze – miejsca, w których tylko raz do roku więcej jest żywych, aniżeli umarłych.

Być może to właśnie ta bardziej zewnętrzna perspektywa daje mi szanse zaobserwować przykre mechanizmy, które co i rusz zdradzają się w zachowaniu moich ukochanych braci i sióstr. Uczestnictwo w ogólnonarodowym pośpiechu niejednokrotnie przyćmiewa ten punkt widzenia.

Jest w nas jakaś trudna do zdefiniowana siła, która popycha do wykonania rzeczy najprostszych i – co szczególnie ważne w tym wypadku – najcichszych z niewspółmierną pompą, z groteskowo niepasującą do okoliczności majestatycznością. Próbujemy wziąć udział w karykaturalnym wyścigu na zadumę, przekrzykujemy się ciszą. Panicznie przekształcamy święto radości i refleksji w festiwal zniczy.

Czy o to chodzi?

Mam jedno skojarzenie. Poza Uroczystością Wszystkich Świętych i Wielką Sobotą, kiedy naocznie doświadczmy, ilu w Polsce jest katolików, jest jeszcze jeden dzień, w którym okazuje się, ilu mamy w ojczyźnie filantropów. To zestawienie, zdradzone zresztą w tytule tekstu, może być dla niektórych bulwersujące i – powstrzymując się od jakichkolwiek ocen – sądzę, że powinno być.

Uważam, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy odwołuje się do tego samego instynktu rekompensaty czegoś, czego w gruncie rzeczy nie robimy przez cały rok. Na cmentarzach zachowujemy się trochę jak mężczyzna w kryzysie wieku średniego, który postanawia nadrobić czas, jaki uważa za stracony. Bezskutecznie.

Podobnie jak w listopadzie desperacko próbujemy w ciągu jednego dnia zmieścić obowiązki wobec naszych zmarłych, by przez pozostałe dni roku mieć spokój, tak i w styczniu jednego dnia płacimy haracz od wyrzutów sumienia, podatek od dobroczynności i z zagłaskanym sumieniem wracamy do egoizmu dnia codziennego.

Nie tędy droga.

Dobro ma wartość, gdy nie jest doraźne. Modlitwa jest piękna, gdy nie jest okolicznością, dodatkiem do znicza i wieńca. Pamięć jest prawdziwa, gdy nie jest okazjonalna. Jakim mężem jest ten, który o swojej żonie pamięta jedynie w rocznicę ślubu? Jakim synem jest ten, który słucha mamy tylko w jej urodziny?

A jakimi żałobnikami jesteśmy my – cmentarna orkiestra im. 1 listopada?

Oczywiście, że generalizuję. Przy grobach stoją i ci, którzy nieraz zamawiali msze św. gregoriańskie, a do orkiestrowych puszek wrzucają i tacy, którzy działalność charytatywną biorą bardzo na serio. Oni niech uśmiechną się pod nosem i machną ręką, że wyolbrzymiam. Dziękuję im za to, że dzięki nim jest lepiej, niż mogłoby być. A pozostali?

Pozostali niech sobie uświadomią, że pamiętanie o zmarłych tylko 1 listopada jest równie skuteczne, jak pamiętanie o diecie tylko 1 stycznia.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >