video-jav.net

Niemcy. Chrześcijaństwo poza sceną?

Zdaje się, że o kryzysie Kościoła Katolickiego w Niemczech napisano i powiedziano już wszystko, ale w obliczu ostatnich raportów fala diagnoz ruszyła na nowo.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Coś skrajnie złego wisi nad niemieckim Kościołem. Pogańska mitologia nazwałaby to prawdopodobnie jakimś rodzajem fatum, nie ośmielę się jednak diagnozować, jakiemu terminowi przyporządkowałaby to katolicka teologia. W połowie ubiegłego wieku plaga zrzuconych sutann, których pokłosie Niemcy zbierają do dziś, następnie związana ze skandalami i łapczywa jak szarańcza powszechna apostazja sprzed kilku lat, a dziś ogłoszenie rekordowej utraty wiernych w minionym roku. 218 tysięcy osób zniknęło z kościelnych wykazów. To mniej więcej tak, jakby opustoszał cały Magdeburg (albo w Polsce Radom). Tragedia.

Gwoli uczciwości warto zaznaczyć, że mówimy tu tylko o oficjalnej płaszczyźnie zagadnienia – być może część wiernych de facto wypisujących się z Kościoła robi to jedynie dla zwolnienia z podatku kościelnego (8-10%), ale wiarę ma zamiar ciągle pielęgnować. Jednak w kontekście bardzo sformalizowanego Kościoła niemieckiego trudno wierzyć w spory odsetek takich pozornych apostatów jedynie lawirujących między przepisami.

Liczby – choć oczywiście zatrważające – nie są w tym wszystkim najgroźniejsze. Ten epitet należy raczej zachować dla opisania bezspornego faktu, że Konferencja Biskupów Niemieckich zdaje się nie mieć cienia pomysłu, jak ten rekordowy kryzys przezwyciężyć, odwrócić lub przynajmniej przyhamować, a jedyne, co zdaje się proponować to… brak zmian! Arcybiskup Ludwig Schick zabłysnął nawet diagnozą, że wszystkim zajmie się tzw. efekt Franciszka, co pokazuje, że nie tylko lewicowe media uczyniły sobie z papieża artefaktyczny amulet zmian na lepsze, ale że ten kierunek myślenia pojawia się nawet wśród hierarchów.

Niemcy. Chrześcijaństwo poza sceną?

Inną karkołomną metodę zdaje się proponować kard. Marx, którego działania od dłuższego czasu wskazują na chęć przyspieszenia postulowanych przez siebie reform bez jakiejkolwiek korekty kierunku, w którym zmierzają.

W ten sposób spadek po równi pochyłej przypomina sytuację tonącego, któremu brak sił, aby wypłynąć na powierzchnię, więc płynie w dół, żeby jak najsilniej się odbić. Taka gra o życie jest jednak bardzo ryzykowna, bo dno, do którego dąży niemiecki Kościół zdaje się być z rodzaju tych grząskich, które raczej zatrzymują, niż odbijają.

Niemieccy hierarchowie zdają się tego nie dostrzegać i zarzucają ewangeliczne sieci z każdym połowem coraz dalej, z coraz większą nadzieją na skuteczną akcję, ale nie przychodzi im na myśl, że sieć, której używają, jest zepsuta. Zniszczyło ją przekonanie o konieczności płynięcia w głównym nurcie, w awangardzie usprawiedliwiania człowieka i wynajdywania kolejnych wymówek dla braku wymagań, bo te mogłyby się dla współczesnego człowieka okazać krzyżem nie do uniesienia. Niemieckim biskupom brak wiary w skuteczność radykalnego przyjęcia Ewangelii, więc za kard. Kasperem każdy jej wymóg traktują jako nieosiągalny wzór.

I tylko wypływa mi z tyłu głowy to skrajnie cyniczne zawołanie Pascala: Oto ojcowie, którzy gładzą grzechy świata!

Niemcy. Chrześcijaństwo poza sceną?

Tak się składa, że byłem niedawno u naszych zachodnich sąsiadów na niedzielnej mszy. W jednej z mniejszych świątyń diecezji o najniższym odsetku dominicantes w kraju. Obok pięknych, starych witraży sztandar z jednorożcem i tęczą, obok kaznodziei polifonia świeckich animatorek, a obok ambony ten sam kaznodzieja opowiadający dyrdymały, że Bóg to tylko Bóg, taki komputer, który – aby cokolwiek sensownego na nim zrobić – trzeba podłączyć do wi-fi, czyli Ducha Świętego. Kazanie jak widać do poprawki informatycznej i dogmatycznej, ale świetnie nadaje się jako symbol tego, jaką drogę obrał niemiecki Kościół – wyboistą drogę inwestycji w młodych, którym nie ma do zaproponowania nic poza mizdrzeniem się i pozowaniem na młodzieżowość, przegranego już na starcie stawania w szranki z rozrywkowością oraz nadziei, że tak wychowane pokolenie będzie mu tę wątpliwą przysługę pamiętało w swojej dorosłości.

I nie da się przy tej okazji nie wspomnieć genialnej diagnozy papieża Benedykta XVI. Po pierwsze dlatego, że w trzech zdaniach tłumaczy ona cały problem w sposób najbardziej głęboki, po drugie dlatego, że Joseph Ratzinger jest Niemcem. Wymowne. W swoich Szkicach do teologii fundamentalnej pisał: Żeby służyć światu, trzeba go krytykować, trzeba go zmieniać. Chrześcijaństwo, które swoje zadanie widzi tylko w nabożnym pozostawaniu zawsze na czasie, nic nie ma do powiedzenia i straciło wszelkie znaczenie. Może spokojnie zejść ze sceny.

Oby Niemcy nie były już dziś pierwszym państwem, któremu niechciany prorok zapowiedział tę nieciekawą przyszłość.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Komu służą “Minionki”?

Nie należę do tych, którym zależy, by antykościelna strona barykady chwaliła na każdym kroku katolików za rozsądek czy umiarkowanie, bo póki trwa atak, póty wiem, że katolicyzm coś znaczy i może jeszcze komuś pomóc. Ale czasami przestaję się dziwić, że Kościół jest powszechnie uznanym synonimem palenia na stosach, ostracyzmu i opresyjności

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Posłużę się tu przykładem z pozoru błahym, ale obnażającym dość dokładnie genezę tego myślenia. Niedawno na ekrany polskich kin wyszedł nieszczególny, choć dzięki porządnym akcjom marketingowym często oglądany film pt. Minionki o małych, żółtych, niezidentyfikowanych stworkach. Wydawałoby się, że z katolickiego punktu widzenia film jest równie znaczący jak pochwały Krytyki Politycznej dla papieża Franciszka. Ale to błędne myślenie.

Nie jest moim zamiarem obrona filmu. Osobiście wynudziłem się jak mops, pod nosem uśmiechałem się może raz na kwadrans i jeśli miałbym atakować film, robiłbym to właśnie z perspektywy zwykłego niedomagania amerykańskiej produkcji. Ale w Polsce krytyka musi wskoczyć poziom wyżej. Otóż, ponoć tkwi w tym filmie drugie lub trzecie ideologiczne dno, które całkiem rozsądne do niedawna media postanowiły zdemaskować.

Komu służą minionki? – zapytuje jeden z portali co najmniej jakby chodziło o uśpionych agentów z czasów zimnej wojny. Inny nazywa film amoralną, gejowską propagandą, a gdy dochodzi do zobrazowania przykładu ręce mi opadają jak powieki przy skrajnym zmęczeniu.

W skrócie: film niszczy hierarchię wartości zachodniej cywilizacji, ponieważ stara się przekonać małych chłopców do powielania, w ramach zabaw, zachowań homoseksualnych. Tym samym propaguje wzorce odległe od chrześcijańskich korzeni. Skąd taki pomysł? Ano, fryzjer jest zniewieściały, policjant piszczy jak dziewczyna, a kilku zahipnotyzowanych, skąpo ubranych strażników rytmicznie się buja w stylu plasującym się pomiędzy konwulsjami a tradycyjnym hawajskim tańcem hula.

Komu służą

Zacznijmy od tego, że jeśli mamy wobec współczesnego kina wymagać bliskości chrześcijańskich korzeni, to wizyty w multipleksach uczciwy katolik powinien wykreślić z listy opcji spędzania wolnego czasu pozwalając sobie na wyjątek średnio raz na półtorej dekady. Druga sprawa jest taka, że jeżeli obawiamy się, iż nawet taki film może przeszkodzić w kształtowaniu się dziecięcego spojrzenia na płciowość, to pozostaje nam zamknięcie go w złotej klatce i ograniczenie jego obcowania ze światem zewnętrznym do internetowych grafik z tekstami z Pisma św. Jednak rozsądek podpowiada, że mądremu (!) rodzicowi obejrzenie z dzieckiem Minionków nie jest w stanie zakłócić wychowania zgodnego z jego systemem wartości.

Prawdą jest, że antykultura zadomowiła się w przestrzeni publicznej jako jej istotny składnik i bliska jest osiągnięcia statusu wszechobecności. Ale właśnie dlatego chrześcijański obowiązek brania się z nią za bary musi być przemyślany i nie może przybierać kształtów opresyjnego chowania się przed wszystkim, co choćby pozornie jest nieprzystające do wartości ewangelicznych. Taka postawa – a wypowiadanie wojny Minionkom jest jej jaskrawym przykładem – sprowadzi nas do katakumb i uczyni pośmiewiskiem. W imię Jezusa można i trzeba to z dumą przyjąć, ale w imię ideologicznych wojenek zwyczajnie nie warto.

Tym bardziej, że gdyby bajki mogły wśród kilkulatków wywoływać takie efekty, o jakie obawiają się cytowane portale, ja akceptowałbym poligamię (Bolek i Lolek), poliamorię (Smerfetka), publiczną nagość (Kaczor Donald) i substancje psychoaktywne (Muminki). Ale nie akceptuję. Miejmy nadzieję, że dzieci młodsze o dwie dekady oraz ich rodzice nie są ode mnie głupsi.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >