Nasze projekty

Niemcy. Chrześcijaństwo poza sceną?

Zdaje się, że o kryzysie Kościoła Katolickiego w Niemczech napisano i powiedziano już wszystko, ale w obliczu ostatnich raportów fala diagnoz ruszyła na nowo.

Reklama

Coś skrajnie złego wisi nad niemieckim Kościołem. Pogańska mitologia nazwałaby to prawdopodobnie jakimś rodzajem fatum, nie ośmielę się jednak diagnozować, jakiemu terminowi przyporządkowałaby to katolicka teologia. W połowie ubiegłego wieku plaga zrzuconych sutann, których pokłosie Niemcy zbierają do dziś, następnie związana ze skandalami i łapczywa jak szarańcza powszechna apostazja sprzed kilku lat, a dziś ogłoszenie rekordowej utraty wiernych w minionym roku. 218 tysięcy osób zniknęło z kościelnych wykazów. To mniej więcej tak, jakby opustoszał cały Magdeburg (albo w Polsce Radom). Tragedia.

 

Gwoli uczciwości warto zaznaczyć, że mówimy tu tylko o oficjalnej płaszczyźnie zagadnienia – być może część wiernych de facto wypisujących się z Kościoła robi to jedynie dla zwolnienia z podatku kościelnego (8-10%), ale wiarę ma zamiar ciągle pielęgnować. Jednak w kontekście bardzo sformalizowanego Kościoła niemieckiego trudno wierzyć w spory odsetek takich pozornych apostatów jedynie lawirujących między przepisami.

Reklama
Reklama

 

Liczby – choć oczywiście zatrważające – nie są w tym wszystkim najgroźniejsze. Ten epitet należy raczej zachować dla opisania bezspornego faktu, że Konferencja Biskupów Niemieckich zdaje się nie mieć cienia pomysłu, jak ten rekordowy kryzys przezwyciężyć, odwrócić lub przynajmniej przyhamować, a jedyne, co zdaje się proponować to… brak zmian! Arcybiskup Ludwig Schick zabłysnął nawet diagnozą, że wszystkim zajmie się tzw. efekt Franciszka, co pokazuje, że nie tylko lewicowe media uczyniły sobie z papieża artefaktyczny amulet zmian na lepsze, ale że ten kierunek myślenia pojawia się nawet wśród hierarchów.

Przeczytaj również

 

Reklama
Reklama

Niemcy. Chrześcijaństwo poza sceną?

Inną karkołomną metodę zdaje się proponować kard. Marx, którego działania od dłuższego czasu wskazują na chęć przyspieszenia postulowanych przez siebie reform bez jakiejkolwiek korekty kierunku, w którym zmierzają.

 

Reklama

W ten sposób spadek po równi pochyłej przypomina sytuację tonącego, któremu brak sił, aby wypłynąć na powierzchnię, więc płynie w dół, żeby jak najsilniej się odbić. Taka gra o życie jest jednak bardzo ryzykowna, bo dno, do którego dąży niemiecki Kościół zdaje się być z rodzaju tych grząskich, które raczej zatrzymują, niż odbijają.

 

Niemieccy hierarchowie zdają się tego nie dostrzegać i zarzucają ewangeliczne sieci z każdym połowem coraz dalej, z coraz większą nadzieją na skuteczną akcję, ale nie przychodzi im na myśl, że sieć, której używają, jest zepsuta. Zniszczyło ją przekonanie o konieczności płynięcia w głównym nurcie, w awangardzie usprawiedliwiania człowieka i wynajdywania kolejnych wymówek dla braku wymagań, bo te mogłyby się dla współczesnego człowieka okazać krzyżem nie do uniesienia. Niemieckim biskupom brak wiary w skuteczność radykalnego przyjęcia Ewangelii, więc za kard. Kasperem każdy jej wymóg traktują jako nieosiągalny wzór.

 

I tylko wypływa mi z tyłu głowy to skrajnie cyniczne zawołanie Pascala: Oto ojcowie, którzy gładzą grzechy świata!

 

Niemcy. Chrześcijaństwo poza sceną?

Tak się składa, że byłem niedawno u naszych zachodnich sąsiadów na niedzielnej mszy. W jednej z mniejszych świątyń diecezji o najniższym odsetku dominicantes w kraju. Obok pięknych, starych witraży sztandar z jednorożcem i tęczą, obok kaznodziei polifonia świeckich animatorek, a obok ambony ten sam kaznodzieja opowiadający dyrdymały, że Bóg to tylko Bóg, taki komputer, który – aby cokolwiek sensownego na nim zrobić – trzeba podłączyć do wi-fi, czyli Ducha Świętego. Kazanie jak widać do poprawki informatycznej i dogmatycznej, ale świetnie nadaje się jako symbol tego, jaką drogę obrał niemiecki Kościół – wyboistą drogę inwestycji w młodych, którym nie ma do zaproponowania nic poza mizdrzeniem się i pozowaniem na młodzieżowość, przegranego już na starcie stawania w szranki z rozrywkowością oraz nadziei, że tak wychowane pokolenie będzie mu tę wątpliwą przysługę pamiętało w swojej dorosłości.

 

I nie da się przy tej okazji nie wspomnieć genialnej diagnozy papieża Benedykta XVI. Po pierwsze dlatego, że w trzech zdaniach tłumaczy ona cały problem w sposób najbardziej głęboki, po drugie dlatego, że Joseph Ratzinger jest Niemcem. Wymowne. W swoich Szkicach do teologii fundamentalnej pisał: Żeby służyć światu, trzeba go krytykować, trzeba go zmieniać. Chrześcijaństwo, które swoje zadanie widzi tylko w nabożnym pozostawaniu zawsze na czasie, nic nie ma do powiedzenia i straciło wszelkie znaczenie. Może spokojnie zejść ze sceny.

 

Oby Niemcy nie były już dziś pierwszym państwem, któremu niechciany prorok zapowiedział tę nieciekawą przyszłość.

 

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę