fot. wikimedia commons
Nie musisz być Matką Teresą. Ale możesz!
Nie czekała na wielkie zrywy serca, na okazje. Nie miała ambicji zmiany świata. Widziała człowieka, który cierpiał, i po prostu próbowała zrobić dla niego wszystko to, co w danej chwili było możliwe.
Ksiądz Pawlukiewicz, powiedział kiedyś taką anegdotę, która zapadła mi w pamięć: co to jest niezręczna sytuacja? To ta, kiedy stoisz w kolejce do nieba za Matką Teresą z Kalkuty i słyszysz, jak św. Piotr mówi do niej: „Mogłaś się bardziej postarać!”
Trudno sobie wyobrazić lepsze zasługi na ziemi, niż te, które miała wobec nieba Matka Teresa. Znamy takie powiedzonka: „nie zgrywaj Matki Teresy”, „co ty nagle taka Matka Teresa sie zrobiłaś”. Nie ma „obawy”, raczej nikt z nas, czytających ten tekst nie stanie się Matką Teresą. Jest ona dla całego świata symbolem dobroci, pomocy innym. I to pomocy tam, gdzie nawet natura człowieka już przeciwstawia się wobec takiego ciężaru i wymagania. Czy dziś można stać się Matką Teresą a przynajmniej choć trochę do niej aspirować?
ZOBACZ TAKŻE >>> Matka Teresa z Kalkuty – dar dla Kościoła i świata
Czegoś w życiu wciąż szukamy?
Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Śmiem twierdzić, że większość z nas ma poczucie jakiegoś braku. Można mieć pracę, rodzinę, mieszkanie, pieniądze na wakacje, telefon pełen kontaktów i media społecznościowe pełne ludzi, a mimo to wieczorem usiąść i pomyśleć: „Po co właściwie to wszystko?”. I chyba większości z nas kołaczą jakieś myśli w głowie, że jednym z największych problemów naszych czasów nie jest brak możliwości. Jest nim brak poczucia sensu.
Całe życie uczymy się, jak coś zdobyć. Jak dobrze wykształcić dzieci, jak osiągnąć sukces, jak więcej zarabiać, jak mieć wygodniejsze życie, jak zadbać o siebie. I oczywiście nie ma w tym nic złego. Problem zaczyna się wtedy, kiedy tak na chwilę się zatrzymamy i zastanowimy po co to wszystko?
Przeczytaj również
Człowiek potrzebuje być potrzebny
W każdym z nas, gdzieś tam pod sercem, czasem bardzo głęboko, drzemie pragnienie „bycia Matką Teresą”, tak choć trochę. Dlaczego? Bo chyba każdy człowiek potrzebuje mieć poczucie, że jego życie jest dla kogoś ważne. Że jest komuś potrzebny. Że jego obecność coś zmienia. Że dzięki niemu komuś jest choć odrobinę łatwiej.
ZOBACZ TAKŻE >>> Matka Teresa – Święta „od ciemności”
W tym miejscu dobroczynność spotyka się z naszym własnym szczęściem. Nie chodzi oczywiście o to, żeby pomagając innym poczuć się lepiej, albo co gorsze, poczuć się lepszym. Chodzi o znalezienie ścieżki do prawdziwego spełnienia. Chodzi o zaspokojenie tej tęsknoty, tego pragnienia, tego „posiadania” czego nie da się kupić za pieniądze.
Kiedy robimy coś tylko dla siebie, efekt często szybko przestaje nas cieszyć. Nowa rzecz się nudzi. Sukces staje się czymś normalnym. Kolejny cel zostaje zastąpiony następnym. Tymczasem dobro zrobione dla drugiego człowieka potrafi zostać w nas znacznie dłużej.
Może dlatego plagą naszych czasów jest samotność, pustka i brak poczucia sensu, ponieważ większość naszych potrzeb materialnych możemy zaspokoić. Nie możemy jednak mimo wszystko zaspokoić tego wewnętrznego poczucia pustki.
Matka Teresa nie czekała na wielkie porywy serca
Można powiedzieć o niej bardzo wiele. Można przypominać jej biografię, działalność zgromadzenia, które założyła, Nagrodę Nobla czy tysiące ludzi, którym pomogła. Ale najbardziej inspirujące jest to, że Matka Teresa nie czekała na wielkie zrywy swojego serca, na okazje, żeby zrobić coś dobrego. Nie miała ambicji zmiany świata w spektakularny sposób. Widziała po prostu człowieka, który cierpiał, i próbowała zrobić dla niego wszystko to, co w danej chwili było możliwe.
A zaczęło się od jednego człowieka. W 1946 roku, podczas podróży pociągiem z Kalkuty do Darjeeling, doświadczyła szczególnego wezwania, by opuścić dotychczasową pracę i poświęcić się najbiedniejszym z biednych.
Była nauczycielką, po wstąpieniu do Zakonu Sióstr Loreto (loretanek), podjęła pracę w Indiach. Przez wiele lat uczyła geografii i historii w szkole dla dziewcząt (St. Mary’s School) w Kalkucie. Z czasem została nawet dyrektorką tej placówki. Szkoła była bezpiecznym miejscem, przeznaczonym głównie dla dziewcząt z zamożnych rodzin. Wiodła spokojne życie zakonne. Spędziła w tym zgromadzeniu niemal 20 lat. Żyła w bezpiecznych, klasztornych murach, ciesząc się szacunkiem i stabilizacją.
Jednak kiedy w pociągu usłyszała to wezwanie do opuszczenia bezpiecznego klasztoru, by zamieszkać w slumsach i służyć „najuboższym z ubogich”. Szybko uzyskała oficjalną zgodę od władz kościelnych, zamieniła loretański habit na charakterystyczne białe sari z niebieskimi paskami i wyszła na ulice Kalkuty.
Zaczęła opiekować się ludźmi umierającymi na ulicach, trędowatymi, porzuconymi dziećmi i żebrakami, których ówczesne społeczeństwo wolało nie dostrzegać.
Kalkuta nie była miejscem, które można było łatwo pokochać. Bieda, choroby, głód, bezdomność, umierający ludzie pozostawieni na ulicach. Matka Teresa nie miała pieniędzy, wpływów ani instytucji, która mogłaby jej zapewnić zaplecze. Jedyne co miała to przekonanie, że jeśli człowiek leży na ulicy i umiera, to nie można przejść obok niego obojętnie.
Nie zmieniła całego świata. Zmieniła świat konkretnych ludzi
Matka Teresa nie uratowała Kalkuty przed biedą. Nie zlikwidowała głodu na świecie. Nie sprawiła, że zniknęły choroby i samotność. A jednak trudno znaleźć drugą osobę, której imię tak mocno kojarzyłoby się z pomocą najbardziej potrzebującym.
W 1950 roku założyła zgromadzenie Misjonarek Miłości. Z czasem siostry zaczęły zakładać domy dla umierających, sierocińce, ośrodki dla osób chorych i porzuconych. Docierały także do ludzi dotkniętych trądem, których w tamtych czasach szczególnie często odsuwano na margines. Matka Teresa chciała przede wszystkim przywrócić człowiekowi coś, co bieda, choroba i samotność bardzo łatwo odbierają – godność.
Nie chodziło wyłącznie o to, żeby ktoś dostał miskę jedzenia. Chodziło o to, żeby ktoś poczuł, że nie jest nikim. Że jego życie ma wartość. Że nawet jeśli jest chory, bezdomny, umierający i opuszczony przez wszystkich, nadal jest człowiekiem, którego można dotknąć, któremu można spojrzeć w oczy, którego można nazwać po imieniu.
Pod koniec jej życia, kiedy usłyszała od dziennikarza pytanie: „Czy te wszystkie starania i wysiłki, które z takim zapałem podejmuje od lat, mają w ogóle jakiś sens, czy mogą cokolwiek zmienić?” Spoglądając na niego odpowiedziała: „Nigdy nie myślałam, że mogę zmienić świat! Starałam się jedynie być kroplą czystej, przejrzystej wody, w której mogłaby znaleźć swe odbicie cała miłość, którą Bóg nas obdarował. Czy Pana zdaniem to mało?”.
Najbiedniejszy nie zawsze potrzebuje pieniędzy
Dzisiaj, kiedy mówimy o dobroczynności, bardzo szybko myślimy o pieniądzach. Zbiórka, przelew, fundacja, akcja pomocowa. I oczywiście pieniądze są potrzebne. Bez nich nie da się prowadzić szpitali, domów pomocy czy sierocińców. Matka Teresa pokazała jednak, że istnieje także inny rodzaj biedy. Odrzucenie.
ZOBACZ TAKŻE >>> „Poślij mi kogoś spragnionego miłości”. Piękna modlitwa Matki Teresy z Kalkuty
Kiedy patrzymy dzisiaj na dzieło Matki Teresy, łatwo zapomnieć, że przez długi czas była po prostu jedną kobietą, która zrobiła pierwszy krok. Potem pojawiły się kolejne kobiety. I kolejne. Zgromadzenie zaczęło się rozrastać, a Misjonarki Miłości pojawiały się w kolejnych krajach. W pewnym momencie dzieło, które rozpoczęło się od kilku osób w Kalkucie, stało się światową wspólnotą. Siostry zaczęły pracować nie tylko w Indiach, ale również w Europie, Afryce, obu Amerykach i Australii. Ich domy powstawały tam, gdzie byli ludzie najbardziej potrzebujący – wśród bezdomnych, chorych, dzieci pozbawionych opieki i osób umierających.
W 1979 roku Matka Teresa otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. Miała wtedy 69 lat i była już jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób na świecie. Kiedy odbierała nagrodę, upomniała się najbardziej o dzieci nienarodzone. Chciała wykorzystać okazję i miejsce, aby zaapelować do świata i pokazać, gdzie leży problem. Mówiła podczas przemówienia: „dla mnie te narody, które zalegalizowały aborcję, są najbiedniejsze ze wszystkich. Boją się małych dzieci, lękają się jeszcze nie narodzonych. I dziecko musi ginąć, dlatego że go nie chcą… Błagam was w imieniu tego dziecka: uratuj nienarodzone dziecko, rozpoznaj w nim obecność Chrystusa! W Indiach walczymy z aborcją przez adopcję. Z Bożą łaską możemy zwyciężyć. On błogosławi naszą pracę. Uratowaliśmy tysiące ludzkich istnień.”
Stała się światową sławą, ponieważ całe życie poświęciła ludziom, których świat nawet nie chciał oglądać.
Czy możemy „być Matką Teresą?
Oczywiście nie. Każdy z nas ma inne życie, inne możliwości, inne zobowiązania. Nie musimy wyjeżdżać do Indii, zakładać zgromadzeń ani poświęcać całego życia pracy z najbiedniejszymi. Chyba nie o to chodzi. Możemy jednak zadać sobie pytanie: czy w moim życiu jest miejsce na dobro, na myślenie o innych?
Pierwszy krok to chyba zdać sobie z tego sprawę, czy w ogóle w życiu nad tym się zastanawiamy. Czy życie nas prowadzi tak, że zabezpieczamy tylko swoje potrzeby i cieszymy się, że nam się to udaje?
Kiedy już zdamy sobie sprawę, że w naszym sercu jest jakaś pustka, że coś tam głęboko nas kłuje i nie daje spokoju, możemy sobie pomyśleć, że to właśnie to. Ta wielka potrzeba jakiegoś daru od siebie. Wtedy łatwiej nam będzie zauważyć drugiego człowieka. I to nie tego, trędowatego, biednego z Kalkuty ale tego, który jest obok. W rodzinie, wśród przyjaciół, sąsiadów, w szkole, w pracy. Ludzi potrzebujących nie musimy szukać w odległych zakamarkach świata. Są obok nas.
Jeśli więc jednak chcesz być „Matką Teresą z Kalkuty” to najlepiej zrób tak jak sama mówiła: „Jeżeli chcesz zmienić świat idź do domu i kochaj swoją Rodzinę”.
To co, zmieniamy ten świat?







