video-jav.net

Kogo zabolało kazanie arcybiskupa?

Mocne kazanie arcybiskupa Jędraszewskiego z 1 sierpnia odbiło się w mediach echem szerokim, prawie tak mocnym jak brawa wiernych po zakończeniu homilii. Nie trzeba być entuzjastą takich reakcji, ale spontaniczne owacje po kazaniu zawsze pokazują, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W 71 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego łódzki arcybiskup nie ograniczył swojego słowa do prostego komentarza Ewangelii, ale pokusił się o wyłożenie szerszego historycznego kontekstu 1 sierpnia '44. Najważniejszą myśl stanowiły zobowiązania moralne, jakie płyną z tego wydarzenia i wyrażenie wątpliwości, czy władze w Polsce potrafią im podołać. Kazanie okraszone jest kilkoma wierszami powstańców, z których najważniejsza jest Czerwona zaraza Szczepańskiego piętnująca cynizm wojsk radzieckich, czekających na wykrwawienie się Warszawy.

To w skrócie, choć zachęcam do lekturycałego kazania dostępnego tutaj.

A co z tego wszystkiego wyniosła Gazeta Wyborcza? Tu cytat: Że my wszyscy – walczący z biciem kobiet, popierający prawa transseksualistów i niepłodnych małżeństw – jesteśmy jak stalinowcy. Tak podobno rzekł arcybiskup, choć nikt z obecnych w katedrze wiernych tego nie usłyszał, a – jak widać po reakcji – procent osób przysypiających plasował się wybitnie poniżej średniej.

Wszystko rozbija się o to, że zaraza czerwona została zaktualizowana przez arcybiskupa do zarazy lewackiej. Publicysta Wyborczej, Tomasz Piątek, odniósł te słowa do siebie i zatonął w obawach. Oni z coraz większym zapałem wykluczają, piętnują i potępiają swoich bliźnich. Robią to w sposób jednoznacznie zapowiadający pogrom, terror, może nawet wojnę domową – konstatuje dziennikarz i tytułuje swój tekst: Arcybiskup co pachnie krwią, ale to nie ma oczywiście nic wspólnego z piętnowaniem. Uroczo też wypada cyniczne nazywanie się bliźnim, choć rzucanie oszczerstw o katolickim pogromie Romów w Mławie (katolickim, bo powszechnym, czy o co chodzi?) lub przez nikogo nie odnotowanych katolickich atakach na dom dzieci zarażonych wirusem HIV przychodzi mu wybitnie łatwo.

I dla zobrazowania grozy sytuacji przytacza wypowiedzi anonimowych hejterów z internetu, życzących śmierci homoseksualistom, bo oni żyją w grzechu i są "zarazą", więc prawo do życia im nie przysługuje. Na jakiej podstawie pogląd ten utożsamia z nauczaniem Kościoła, niestety nie wyjaśnia.

Kogo zabolało kazanie arcybiskupa?

Tu zresztą warto się na krótką chwilę zatrzymać i dostrzec tę chroniczną niekonsekwencję środowiska redaktora, które otwiera szampana za każdym razem, gdy CBOS oznajmia, że w ostatnim kwartale o ćwierć osoby mniej uczęszczało w niedzielę do świątyni i dla którego szkolna katechizacja to zło wcielone, a które w takich sytuacjach załamuje ręce nad słabym katolickim wykształceniem wiernych. Zabraniaj lekcji religii, odradzaj chodzenie do kościoła i dziw się, że są w internecie głosy nienawiści podpierające się katolicką nauką – oto logiczny plan Wyborczej.

Bogu dzięki jest też łyżka miodu w beczce dziegciu, która nie umknęła czujnej uwadze redaktora. Oczywiście, wiem, że katolicyzm to nie tylko to. To także Franciszek z Asyżu i Franciszek w Rzymie – cieszy się, choć trudno złośliwie nie zauważyć, że jakby poznać Franciszka (tego z Rzymu) z innych łamów niż Wyborcza, to już jego nauka trochę "trąca krwią", a Franciszek (ten z Asyżu) niekoniecznie odpowiada czerskiej wizji Kościoła ubogiego.

To nie jest tak, że katolicyzm słabo chroni umysły katolików przed nienawiścią. Katolicyzm w katolickich umysłach tę nienawiść nieustannie zaszczepia – i to coraz bardziej zawzięcie – stwierdza dziennikarz i nie przeszkadza mu to, że w tym samym tekście robi identycznie te złe rzeczy, które przypisuje katolicyzmowi. Ale to właśnie w kościele (…) straszy ksiądz Oko przypisujący homoseksualistom cechy nieludzkie, a ateistom – mordercze. I jest to oczywiście złe. W przeciwieństwie do straszenia katolickimi mordami, religijnym pogromem, rzezią na kształt kryształowej nocy, której początek mają dać homilie takie, jak ta z 1 sierpnia.

Podwójne standardy w pigułce.

Czemu nie wystąpicie z polskiego Kościoła katolickiego, który coraz mniej godny jest miana Kościoła? – pyta wreszcie otwartych katolików nie zauważając, jak śmiesznie wygląda w roli wyroczni, rozdającej glejty godności. Ale pytaniu nie dziwię się ani trochę. Jeżeli w oczach redaktora katolicyzm jest choć po części tak tragicznie zły, znak zapytania wydaje się zasadny. I przykry.

Bo redaktor się boi i sam o tym pisze. Ale w zasadzie trudno się dziwić przerażeniu, bo na potrzeby horroru w poczet "kato-nienawistników" zaliczony jest nawet Janusz Korwin-Mikke, zadeklarowany deista, który modlitwę utożsamia z uznaniem Boga za partacza. Ale gdyby zapytać w Wyborczej, to stoją Państwo (zadeklarowani katolicy) z nim w jednym szeregu. Takim to rozpoznaniem nastrojów społecznych może się pochwalić najbardziej opiniotwórczy tytuł w kraju.

Oczywiście w ślad za Wyborczą poszły inne media, w tym portal natemat.pl, który gdyby był wydawnictwem papierowym skopiowałby z Czerskiej nawet słabnące wyniki sprzedaży. Ale nie ma sensu przytaczać ich oburzenia. Doskonałym i wystarczającym wyrazicielem ich zabobonnej paniki jest red. Piątek.

A to wszystko tylko dlatego, że arcybiskup przeczytał ze zrozumieniem powstańczy wiersz, czyli zrobił to, czego Wyborcza nie potrafiła zrobić z jego kazaniem.

1:0 dla Kościoła.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Niemcy. Chrześcijaństwo poza sceną?

Zdaje się, że o kryzysie Kościoła Katolickiego w Niemczech napisano i powiedziano już wszystko, ale w obliczu ostatnich raportów fala diagnoz ruszyła na nowo.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Coś skrajnie złego wisi nad niemieckim Kościołem. Pogańska mitologia nazwałaby to prawdopodobnie jakimś rodzajem fatum, nie ośmielę się jednak diagnozować, jakiemu terminowi przyporządkowałaby to katolicka teologia. W połowie ubiegłego wieku plaga zrzuconych sutann, których pokłosie Niemcy zbierają do dziś, następnie związana ze skandalami i łapczywa jak szarańcza powszechna apostazja sprzed kilku lat, a dziś ogłoszenie rekordowej utraty wiernych w minionym roku. 218 tysięcy osób zniknęło z kościelnych wykazów. To mniej więcej tak, jakby opustoszał cały Magdeburg (albo w Polsce Radom). Tragedia.

Gwoli uczciwości warto zaznaczyć, że mówimy tu tylko o oficjalnej płaszczyźnie zagadnienia – być może część wiernych de facto wypisujących się z Kościoła robi to jedynie dla zwolnienia z podatku kościelnego (8-10%), ale wiarę ma zamiar ciągle pielęgnować. Jednak w kontekście bardzo sformalizowanego Kościoła niemieckiego trudno wierzyć w spory odsetek takich pozornych apostatów jedynie lawirujących między przepisami.

Liczby – choć oczywiście zatrważające – nie są w tym wszystkim najgroźniejsze. Ten epitet należy raczej zachować dla opisania bezspornego faktu, że Konferencja Biskupów Niemieckich zdaje się nie mieć cienia pomysłu, jak ten rekordowy kryzys przezwyciężyć, odwrócić lub przynajmniej przyhamować, a jedyne, co zdaje się proponować to… brak zmian! Arcybiskup Ludwig Schick zabłysnął nawet diagnozą, że wszystkim zajmie się tzw. efekt Franciszka, co pokazuje, że nie tylko lewicowe media uczyniły sobie z papieża artefaktyczny amulet zmian na lepsze, ale że ten kierunek myślenia pojawia się nawet wśród hierarchów.

Niemcy. Chrześcijaństwo poza sceną?

Inną karkołomną metodę zdaje się proponować kard. Marx, którego działania od dłuższego czasu wskazują na chęć przyspieszenia postulowanych przez siebie reform bez jakiejkolwiek korekty kierunku, w którym zmierzają.

W ten sposób spadek po równi pochyłej przypomina sytuację tonącego, któremu brak sił, aby wypłynąć na powierzchnię, więc płynie w dół, żeby jak najsilniej się odbić. Taka gra o życie jest jednak bardzo ryzykowna, bo dno, do którego dąży niemiecki Kościół zdaje się być z rodzaju tych grząskich, które raczej zatrzymują, niż odbijają.

Niemieccy hierarchowie zdają się tego nie dostrzegać i zarzucają ewangeliczne sieci z każdym połowem coraz dalej, z coraz większą nadzieją na skuteczną akcję, ale nie przychodzi im na myśl, że sieć, której używają, jest zepsuta. Zniszczyło ją przekonanie o konieczności płynięcia w głównym nurcie, w awangardzie usprawiedliwiania człowieka i wynajdywania kolejnych wymówek dla braku wymagań, bo te mogłyby się dla współczesnego człowieka okazać krzyżem nie do uniesienia. Niemieckim biskupom brak wiary w skuteczność radykalnego przyjęcia Ewangelii, więc za kard. Kasperem każdy jej wymóg traktują jako nieosiągalny wzór.

I tylko wypływa mi z tyłu głowy to skrajnie cyniczne zawołanie Pascala: Oto ojcowie, którzy gładzą grzechy świata!

Niemcy. Chrześcijaństwo poza sceną?

Tak się składa, że byłem niedawno u naszych zachodnich sąsiadów na niedzielnej mszy. W jednej z mniejszych świątyń diecezji o najniższym odsetku dominicantes w kraju. Obok pięknych, starych witraży sztandar z jednorożcem i tęczą, obok kaznodziei polifonia świeckich animatorek, a obok ambony ten sam kaznodzieja opowiadający dyrdymały, że Bóg to tylko Bóg, taki komputer, który – aby cokolwiek sensownego na nim zrobić – trzeba podłączyć do wi-fi, czyli Ducha Świętego. Kazanie jak widać do poprawki informatycznej i dogmatycznej, ale świetnie nadaje się jako symbol tego, jaką drogę obrał niemiecki Kościół – wyboistą drogę inwestycji w młodych, którym nie ma do zaproponowania nic poza mizdrzeniem się i pozowaniem na młodzieżowość, przegranego już na starcie stawania w szranki z rozrywkowością oraz nadziei, że tak wychowane pokolenie będzie mu tę wątpliwą przysługę pamiętało w swojej dorosłości.

I nie da się przy tej okazji nie wspomnieć genialnej diagnozy papieża Benedykta XVI. Po pierwsze dlatego, że w trzech zdaniach tłumaczy ona cały problem w sposób najbardziej głęboki, po drugie dlatego, że Joseph Ratzinger jest Niemcem. Wymowne. W swoich Szkicach do teologii fundamentalnej pisał: Żeby służyć światu, trzeba go krytykować, trzeba go zmieniać. Chrześcijaństwo, które swoje zadanie widzi tylko w nabożnym pozostawaniu zawsze na czasie, nic nie ma do powiedzenia i straciło wszelkie znaczenie. Może spokojnie zejść ze sceny.

Oby Niemcy nie były już dziś pierwszym państwem, któremu niechciany prorok zapowiedział tę nieciekawą przyszłość.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >