video-jav.net

Katecheza parafialna – świetny krok abpa Górzyńskiego

Decyzję arcybiskupa Górzyńskiego, Koadiutora Archidiecezji Warmińskiej w sprawie szkolnej i parafialnej katechezy oceniam ze wszech miar pozytywnie i z optymizmem kibicuję jej realizacji

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Przypomnę, że Kuria Diecezjalna opublikowała komunikat, który ma być odczytany podczas mszy św. 30 sierpnia, a w którym arcybiskup informuje o nowej formule katechizacji szkolnej. Według tego programu uczniowie oprócz katechezy szkolnej w standardowym wymiarze godzin będą zobowiązani do pojawiania się na parafialnych spotkaniach. Na pytanie po co, odpowiada podział zasygnalizowany w zawiadomieniu.

Od 1 września szkolne lekcje religii w podstawówkach, gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych mają się skupiać na przekazywaniu wiedzy, na nauce treści. Formowanie religijne, liturgiczne, a przede wszystkim przygotowanie do przyjęcia sakramentów świętych ma zostać ze szkolnym nauczaniem zintegrowane przez proboszcza oraz przejęte przez duszpasterzy i parafialnych animatorów. Jak czytamy w komunikacie: Chodzi zatem nie tylko o przekazanie wiedzy o religii, co ma miejsce w szkole, ale i o wychowanie w wierze Kościoła oraz wtajemniczenie w jego istotę. Autor dodaje: Preferowane powinny być metody, które nie koncentrują się na przekazie treści intelektualnych, lecz na kształtowaniu umiejętności oraz wychowaniu liturgicznym i modlitewnym.

Lecz droga obrana przez I Synod Archidiecezji Warmińskiej, który zasugerował takie rozwiązanie, jest trudna. Z dwóch powodów.

Katecheza parafialna - świetny krok abpa Górzyńskiego

Po pierwsze, spotkania parafialne będą bardzo odległe od lekcji – nie będą mogły mieć wpływu na szkolną ocenę (nie prowadzą ich ci sami katecheci), co pomoże bagatelizować dyscyplinę. Ponadto skład grup personalnie będzie odbiegał od składu klas i – co szczególnie ważne na ponadgimnazjalnym etapie nauczania – będzie się odbywał w parafii zamieszkania, a nie jak szkolne rekolekcje, blisko szkoły. Synchronizacja z poszczególnymi placówkami może więc stanowić dla proboszcza – lub tego, na kogo sceduje on swój obowiązek – twardy orzech do zgryzienia. Tym bardziej, że jeśli sprowadzi się do comiesięcznych wieczornych spotkań, może spowodować, że grupa katechetyczna dubluje przyparafialne grupy formacyjne. Wtedy pojawi się na nich jedynie młodzież służąca już przy ołtarzu, należąca do oazy i innych grup. I nikt z zewnątrz.

Po drugie, problem mogą stanowić świeccy animatorzy – nieprzygotowani, bez misji kanonicznej mogą (choć oczywiście nie muszą) w krótkim czasie uczynić takie spotkanie stratą czasu i przykrym obowiązkiem. Piszę to z perspektywy doświadczeń Archidiecezji Katowickiej, gdzie od kilku lat w takiej formie funkcjonuje przygotowanie do sakramentu bierzmowania. I – pozostając delikatnym – nie wszędzie rozwiązanie to jest fortunne.

Widzę jednak powody, dla których taka decyzja arcybiskupa jest krokiem jak najbardziej pożądanym.

Po pierwsze – zmianie ulegnie poziom. Jeżeli duszpasterze potraktują swój obowiązek poważnie, nie zrzucą jego realizacji na dobroduszną młodzież i nie powtórzą patologii, w których podręczniki do religii zastępują filmy lub zabawy na pobliskim boisku, szkolne lekcje religii zyskają cenną alternatywę. Odpowiedzialność jest jednak o wiele większa, bo w takich okolicznościach łatwiej ucznia zrazić do Kościoła. Ponadto rezygnacja z uczestnictwa z religii przyparafialnej jest łatwiejsza oraz praktycznie pozbawiona formalnych konsekwencji.

Katecheza parafialna - świetny krok abpa Górzyńskiego

Po drugie, ważniejsze – wierzę, że odpowiedzialne przeprowadzenie ucznia przez kilkanaście lat takiej katechizacji, poza wiedzą i umiejętnościami przekaże młodemu człowiekowi rzecz, wydaje mi się, kluczową: przekonanie, że wiara chrześcijańska nie wyraża się w hermetycznie zamkniętych czterech ścianach własnego poglądu, nie jest sprawą prywatną i ściśle wiąże się z Kościołem. Wiara wymaga, obliguje i nie ogranicza się do dwóch lekcji tygodniowo, a katolikiem nie jest się na pokaz lub z przymusu. To być może najcenniejsza lekcja.

Wreszcie po trzecie, najważniejsze i co – nie ukrywam – najmocniej mnie cieszy. Jeśli podział wykazany w komunikacie zostanie potraktowany przez twórców programu radykalnie, żadne utyskiwania na klerykalizację oświaty, propagandę i religijną indoktrynację dzieci nie będą miały logicznej racji bytu. W szkole przekazywana będzie sucha, szeroka wiedza o chociaż jednym z najważniejszych filarów europejskiej cywilizacji (filozofii greckiej i rzymskiego prawa wszak powszechnie się nie uczy), do czego przyszły wykształcony Europejczyk ma pełne prawo. Z kolei kształtowanie moralne, liturgiczne i ogólna formacja religijna zostaną przeniesione do salek. Dlatego ci, którzy chcą lekcje religii całkowicie wykluczyć z programu nauczania, stracą główny cel ataków.

I przy tej okazji warto się chwilę zatrzymać. Arcybiskup Górzyński przypomina fakt, który portale lewicowe nieszczególnie chętnie cytują – nauczanie religii w Polsce zawsze znajdowało się w wykazie szkolnych przedmiotów, nawet podczas zaborów.

Jedynym wyjątkiem były czasy rządów komunistycznych, kiedy przez ponad 30lat nie było katechezy szkolnej.  W tym kontekście daje sporo do myślenia.

Jak będzie, zobaczymy. Ale na papierze warmińskie rozwiązanie wygląda wcale nieźle i liczę, że jeśli poligon doświadczalny pozytywnie zweryfikuje pierwsze próby, na podobne regulacje zdobędą się inne diecezje.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Mitologia rozdziału

Straszenia ciąg dalszy. Od kilku miesięcy słuchamy i czytamy, że Polsce grozi państwo wyznaniowe, cofnięcie się do średniowiecza, iranizacja i kilka innych przykrości. Dziś tę samą melodię gra się oktawę wyżej - na strunach rozdziału państwa od Kościoła

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ostatnio egzaminu z demokracji nie zdał – przynajmniej w oczach czcicieli bożka świeckości – poseł Sellin, który wyraził zdziwienie, że współczesna polityka chce od odpowiedzialności za dobro wspólne odseparować Kościół. Nie widzę powodu, dla którego Kościół i jego ludzie nie mogliby uczestniczyć w polityce – powiedział i jak można się domyśleć, natychmiast stał się terrorystą numer jeden.

Bodaj najbardziej emocjonalny komentarz wyszedł spod klawiatury Elizy Michalik z natemat.pl i ukazał się pod wiele mówiącym tytułem: Wara wam politycy i księża od rozdziału kościoła od państwa (pisownia oryginalna). Niestety nie daje on odpowiedzi, kto ten rozdział ma realizować, skoro przedstawiciele obu separowanych stron nie są przy tej czynności mile widziani.

Mitologia rozdziału

Polemika publicystki jest oczywista, czyli biegunowo odległa od stwierdzenia posła Sellina i nie byłaby warta dalszego komentowania, gdyby nie to, że niejako na marginesie głównego tematu odsłania kilka dodatkowych problemów.

W telegraficznym skrócie: według dziennikarki należy nauczanie Kościoła ograniczyć do murów świątyń i poddać kontroli sprawdzającej, czy nie namawia do rzeczy sprzecznych z prawem. Przykładowo: rząd uznający dyskryminację homoseksualistów za karalną i ustanawiający ich małżeństwa jednocześnie rykoszetem zabraniałby głoszenia z ambon katolickiej nauki o seksualności. Oczywiście to wszystko w imię wolności od jakiejkolwiek dyskryminacji. Ponadto Kościół albo łamie równość obywateli wobec prawa ustanawiając kapłanami tylko mężczyzn (jeśli traktujemy go jako instytucję prywatną) albo kradnie pieniądze Polakom reprezentując obce mocarstwo Watykan (jeśli traktujemy go jako instytucję państwową). Publicystka pisze, że rozdział kościoła od państwa służy interesom obywateli i po to go ustanowiono, ale zapomina przy okazji wskazać miejsce tego ustanowienia, bo że nie jest nim konstytucja wie każdy, kto choćby pobieżnie przeczytał preambułę. Polityczne zakneblowanie Kościoła jest zatem kamieniem węgielnym, warunkiem sine qua non naszej demokracji. Wszak Kościół potrafi wzywać jedynie do nienawiści ustami biskupów i niektórych księży zamiast krzewić wartości chrześcijańskie, na które tak lubi się powoływać, jak miłość bliźniego, tolerancja, współczucie i miłosierdzie. Tak to jest, gdy znajomość katolicyzmu ograniczymy do nadstawiania drugiego policzka i nierzucania kamieniami, do biernego przyglądania się rzeczywistości dryfującej do bezwartościowego nikąd.

Mitologia rozdziału

Jest tego oczywiście wiele więcej, ale nie ma potrzeby dalszego cytowania. Nie ulega wątpliwości, że poglądy zaprezentowane przy okazji oburzenia na posła niewiele mają wspólnego z równością, demokracją, czy tolerancją, bo są jawnie wymierzone w konkretny podmiot życia społecznego. Zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Podobnie jak do tego, że jawne bycie anty- można przystrajać w odświętne szaty bycia pro- i dyskryminując, zyskiwać status walczącego z dyskryminacją.

Problem polega na tym, że Kościół nie tyle nie ma prawa angażować się w politykę, co nie ma prawa tego nie robić! Chrześcijaństwo ma moc przemiany świata, na co wskazuje historia i współczesność. Zapytajcie Chińczyków, dlaczego wykpiwane w Polsce oazy cieszą się w ich zniewolonym kraju popularnością lub Afrykańczyków o standardy leczenia w katolickich szpitalach.

Zresztą historia pokazuje nam o wiele więcej. Kościół, który ugnie się i da się zagonić do kruchty będzie Kościołem, którego za sto lat nikt nie będzie szanował. Oczywiście należy w tym porównaniu zachować proporcje, ale dziwnym trafem ci sami publicyści, którzy grzmią, że Kościół nie ma prawa angażować się w politykę mają do Kościoła pretensje, że nie powstrzymał np. nazistowskiego totalitaryzmu. Historia rozlicza Kościół, bo (podobno) zrobił dokładnie to, czego współczesność od niego oczekuje.

Pomieszanie z poplątaniem.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >