video-jav.net

Jogging między grobami

Czy tak powinniśmy oddawać cześć zmarłym?

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

verdun

fot. youtube.com

Grupa młodych Niemców i Francuzów w ramach „performansu” uczciła pamięć żołnierzy poległych pod Verdun biegając po ich grobach. Być może idea była szczytna, ale zamieniając cmentarze w miejsca eksperymentów artystycznych, naruszamy jedną z ostatnich świętości kultury Zachodu – godne oddanie czci zmarłym. Kiedy tego typu rzeczy dzieją się przy oficjalnym poparciu władzy, rodzi się zasadne pytanie: ile chrześcijańskiego etosu zostało dzisiaj w Europie?


W połowie maja miałem okazję uczestniczyć w obchodach rocznicy bitwy o Monte Cassino. Ceremonia, która się tam odbyła z udziałem weteranów i prezydenta, wyraźnie poruszyła również obecnych Włochów, którzy przywykli przecież do podobnych uroczystości. Pomiędzy rzędami białych krzyży, na baczność stały poczty sztandarowe, reprezentacje wszystkich rodzajów sił zbrojnych, harcerze oraz przedstawiciele szkół im. generała Władysława Andersa. Odbyła się msza święta, wygłoszono przemówienia, odśpiewano „Czerwone maki” i oddano salwę honorową, której echo poniosło się aż do klasztoru. Była w tym wszystkim szlachetna prostota, okazanie honoru poległym i świadomość powagi miejsca, w którym się przebywa. Nie zaburzyło jej nawet przybycie jednostki rekonstrukcji historycznej na amerykańskich jeepach Willisach, której przedstawiciele ubrani w polskie mundury z epoki, brali udział w ceremonii. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ 29 maja we Francuskim Verdun miało miejsce podobne, a jednocześnie w warstwie symbolicznej diametralnie odmienne wydarzenie – setna rocznica jednej z najkrwawszych bitew świata.

 

nagrobki

 

Od lutego do grudnia 1916 roku w brutalnym starciu o kawałek nieistotnej z punktu widzenia strategicznego ziemi, śmierć poniosło prawie 700 tys. Niemców i Francuzów, w armiach których służyli również Polacy. Aby zrozumieć skalę tego konfliktu, wystarczy sobie uzmysłowić, że każdego dnia bitwy w męczarniach konało ponad 2300 żołnierzy. Nic dziwnego, że okrągła rocznica tego wydarzenia musiała był również okazją do spotkania na szczeblu politycznym. Do bardzo wymownego gestu między prezydentem Francji Francoisem Hollandem i kanclerz Niemiec Angelą Merkel doszło w mauzoleum w Douamont, poświęconemu pamięci 130 tys. ofiar, których zwłok nie udało się zidentyfikować. Właśnie tam przedstawiciele dwóch niegdyś zwaśnionych krajów zapalili znicze i uścisnęli sobie dłonie mówiąc o bezsensie wojny. Gdyby cała historia zakończyła się w tym miejscu, nie byłoby właściwie o czym pisać. I dobrze, bo wspomnienia o wojnie nie są miejscem na skandale. Niestety poza częścią oficjalną, uroczystości w Douamont miały jeszcze swoją oprawę „artystyczną”, która oglądana z boku budziła niesmak dużego grona komentatorów i francuskich polityków konserwatywnych.

Aby uzmysłowić chaos konfliktu, niemiecki reżyser Volker Schlöndorff przy aprobacie władz obu krajów zorganizował widowisko, polegające na bezładnym bieganie po grobach poległych. Wraz z szaleńczym akompaniamentem kilkunastu bębniarzy, grupa prawie 3,5 tys. nastolatków ruszyła na siebie z obu stron cmentarza, uprawiając przedziwny jogging między krzyżami. Do całego przedsięwzięcia pierwotnie zaangażowany był również czarnoskóry raper „Black M”, którego występ w ostatniej chwili odwołano, kiedy okazało się, że w jednej ze swoich piosenek nazywa Francuzów „niewiernymi”.


Jeszcze w dniu uroczystości gromy na organizatorów posypały się nie tylko ze strony polityków Frontu Narodowego czy Republikanów, ale również samych Niemców. Jeden z bardziej znanych dziennikarzy naszych zachodnich sąsiadów Thomas Schmid, dosadnie skomentował całą sytuację w niedzielnym „Die Welt”: Cmentarze nie są zwykłym miejscem, nie są ani boiskiem sportowym, tym bardziej nie stanowią przestrzeni rozrywki, jak dodał Schmid Udawany pojedynek kolorowo ubranych młodych biegaczy nie ma niczego wspólnego z agonią i śmiercią setek tysięcy żołnierzy, która dokonała się sto lat temu. Nie wszyscy widzą jednak rzeczywistość w ten sposób. Dla polskiego pisarza Jacka Dehnela, widowisko Schlöndorff’a było bowiem udaną próbą obnażenia absurdu całego konfliktu. Jak napisał dobitnie na swoim Facebooku: (…) wojna to nie jest złota trąbka i idealnie wyprasowana francuska flaga, jak to sobie wyobraża pani Le Pen, to nie są wypolerowane buty, tylko ta gnijąca ciecz, wylewająca się z worków [rozmieszczonych przy okopach – przyp. MM]: ciała, gnój i wszy. Chaos prawdziwego starcia w jego mniemaniu usprawiedliwia zatem chaotyczność „widowiska artystycznego”. Sądzę, że trudno o lepsze podsumowanie kryzysu tożsamości, z którym zmaga się obecnie niemal cała Europa. Żyjemy w całkowitym pomieszaniu porządków, a mylenie cmentarzy ze sceną teatralną jest o tyle symboliczne, co przerażające.

 

krzyż

 

Chrześcijaństwo od zawsze otaczało czcią nekropolie, groby traktowało z szacunkiem a o zmarłych wspominało w modlitwach. Czy naprawdę musimy to zmieniać? Aby uświadomić sobie absurd „joggingu między krzyżami”, który mogliśmy zaobserwować pod Verdun, wystarczy zadać jedno prowokacyjne pytanie: jak byśmy zareagowali, gdyby w podobny sposób uczczono jedną z rocznic wyzwolenia Auschwitz-Birkenau? Jak zareagowałby świat na półmaraton między barakami i komorami gazowymi obozu koncentracyjnego? Gdzieś istnieje granica przesuwania porządków i szukania nowych form wyrazu. Nekropolie nie są miejscem na eksperymenty, to przestrzeń powagi i refleksji. I niech tak zostanie.

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz tygodnika "Do Rzeczy", publicysta Wirtualnej Polski, współpracownik "Dziennika Gazety Prawnej" - wcześniej wydawca w portalu Deon. Pisał do Onetu, Forward, "Rzeczpospolitej", "Tygodnika Powszechnego" i Stacji7. Prowadzi program "Nocna Zmiana" w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016) oraz Stefana Myczkowskiego (2017) nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017).

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Spoczynek. W Duchu Świętym?

Zjawisko tak zwanego spoczynku w Duchu Świętym wciąż budzi wiele kontrowersji, tematowi towarzyszy fascynacja lub przeciwnie – uprzedzenia i lęki. Jak poznać, czy mamy do czynienia z działaniem Ducha Świętego?

Dawid Gospodarek
Dawid
Gospodarek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Już sama nazwa spoczynek w Duchu Świętym pełna jest niejasności, dlatego kard. Suenens analizując tę kwestię zachęcał, by unikać opisu „w Duchu Świętym”. Tym, co może dziwić, jest fakt, iż mimo że w Polsce mamy tyle wydziałów teologicznych, a o omawianym zjawisku co jakiś czas przypominają nawet zaniepokojeni dziennikarze (bo występuje np. podczas „charyzmatycznych” rekolekcji dla młodzieży szkolnej), nie poświęcono mu do tej pory poważniejszego i pełnego opracowania. Najciekawszą analizę problemu znalazłem w pracy ks. dr. Włodzimierza Cyrana „Spoczynek w Duchu Świętym. Refleksja teologiczna i świadectwa”. Autor jest biblistą i pracownikiem naukowym, a jednocześnie założycielem i moderatorem wspólnoty „Mamre”, w której podczas modlitw występują omawiane spoczynki. W swojej książce wykorzystuje nie tylko teologię i własne doświadczenie, ale również wiedzę psychologiczną i socjologiczną.

 

Czym jest spoczynek?

Dość powszechne jest mylne zaliczanie spoczynku do charyzmatów. Sama jednak znajomość definicji charyzmatu wystarczy, by nie popełniać tego błędu. Zjawisko nazwać można przejawem mocy Bożej, mocy Ducha Świętego. Dla zewnętrznego obserwatora wygląda tak, że osoba doświadczająca spoczynku nagle (np. podczas modlitwy wstawienniczej) bezwładnie upada na ziemię, leżąc tak dłuższą czy krótszą chwilę, jakby nieprzytomnie. O wewnętrznym przeżywaniu upadku wiemy ze świadectw, zawartych również we wspomnianej książce ks. Cyrana. Istotnym przejawem jest deklarowany przez doświadczających upadku brak bólu fizycznego i oznak stłuczenia czy zranień, które normalnie powinny towarzyszyć takim upadkom, szczególnie gdy ktoś uderzy głową o kamienny stopień czy kościelną ławę.

 

spoczynek

 

Hipnoza, szamanizm czy Duch Święty?

Problematyczną kwestią jest fakt, że zjawisko takie (nagły niekontrolowany upadek) występuje w kultach niechrześcijańskich, może towarzyszyć wchodzeniu w trans czy być wywołane hipnotyczną sugestią lub nawet (niekoniecznie świadomą) autohipnozą. Sam byłem świadkiem sytuacji, w której mężczyźnie poddanemu hipnozie przypalano dłoń ogniem. Nie odczuwał bólu, ani na jego skórze nie było widać żadnych oznak kontaktu z płomieniem zapalonej świecy. Innej osobie natomiast podczas sesji hipnotyzer opowiadał, że do jej dłoni przykładana jest gorąca moneta, po czym na skórze dostrzec było można zaczerwienienie wielkości dwuzłotówki. Ludzki umysł potrafi działać zadziwiająco (nota bene z katolickiego punktu widzenia poddawanie się hipnozie i stanom, gdzie oddajemy komuś kontrolę nad naszą nieświadomością, jest moralnie niedopuszczalne, szczególnie że wykorzystane to może być również przez duchy nieczyste). Z pewnością zdarza się też, że część spoczynków to efekt świadomej reakcji na sytuację, chęci (nawet w dobrej woli) poddania się działaniu Bożemu tak, jak go doświadczają inni, etc. Ten problem jest uwzględniany przez prowadzących modlitwy wstawiennicze, którzy angażują tzw. „łapaczy” (zadaniem ich jest złagodzenie upadku, by nikomu nie stała się krzywda). Niepokojące może być prowokowanie spoczynku przez prowadzących modlitwę np. kołysaniem czy po prostu popchnięciem, ks. Cyran przestrzega przed takimi zachowaniami. Wreszcie zjawiska takie mogą mieć podłoże demoniczne wprost lub jako udawanie czy parodiowanie działania Bożego, np. żeby potęgować pychę lub wprowadzać zamęt. Tu trzeba być ostrożnym i czujnym, oraz prosić o dar rozeznania. Z Dziejów Apostolskich wiemy, że szatan potrafi kryć swoje działanie nawet za treściami prawdziwymi i dobrymi (Dz 16, 17) – może zawsze przybrać postać anioła światłości (2Kor 11,14)..

 

Duch usypia?

Niepokojące byłoby, gdyby takie spoczynki działy się wbrew woli człowieka. Ze świadectw wynika, że u doświadczających spoczynku zazwyczaj występuje wewnętrzna zgoda na takie działanie Boże. Zdarza się jednak, że Bóg działa inaczej, wbrew oczekiwaniom, zaskakująco. Szawła przecież nikt nie pytał, czy chce by go poraziło niebiańskie światło…

Jak jednak poznać, czy mamy do czynienia z działaniem Ducha Świętego? Po prostu – po owocach. Jeśli wydarzenie przyczynia się do nawrócenia, uzdrowienia, zawierzenia Bogu, zmiany życia, rozwoju owoców Ducha, spotęgowania miłości, wydaje się, że można odnaleźć w tym Bożą moc.

 

Po co spoczynek?

Spoczynek może mieć przede wszystkim dwa cele. Po pierwsze służyć może nawróceniu – doświadczenie mocy Bożej stanowi często wystarczający impuls do zwrócenia się ku Stwórcy. Przy spoczynku (jako ufnemu poddaniu się Bożej mocy) często występują uzdrowienia (fizyczne, duchowe, rozbudzenie zaufania, dostrzeżenia działania Boga we własnej historii…). Warto jednak przypominać, szczególnie w kręgach „charyzmatycznych”, że niedoświadczenie spoczynku to nic złego! Nie musi świadczyć o trwaniu w grzechu, braku zaufania czy otwartości, a już w ogóle nie świadczy o byciu niegodnym, gorszym, o pobożności. Autor wspomnianej książki sam w niej przyznaje, że osobiście spoczynku nigdy nie doświadczył. Omawiane zjawisko nie może być traktowane jako cel w życiu duchowym.

 

worship

 

Teologiczne uzasadnienie

Spoczynek stanowi problem dla teologów i wspólnot, w których występuje, ponieważ ciężko go opisać, korzystając z narzędzi teologicznej metodologii. Magisterium Kościoła nie poświęciło mu wciąż uwagi w oficjalnych wypowiedziach. Nie występuje w Biblii ani Tradycji (można się odwoływać co najwyżej do luźnych skojarzeń), nie wspominają o nim ojcowie i doktorzy Kościoła ani mistycy (można szukać podobieństw, np. do lewitacji), nawet biskupi są podzieleni [sceptyczna wypowiedź abp. Życińskiego https://youtu.be/smaTmvOdx5c i doświadczenie bp. Dajczaka: http://gosc.pl/doc/1167244.We-mnie-wszystko-popekalo]. Kolejnym problemem, który napotykamy, a niestety jest pomijany przez osoby zajmujące się tą kwestią, jest fakt, że spoczynek pojawił się dopiero w doświadczeniu wspólnot protestanckich w XX wieku. Rodzą się tu pytania: jeśli spoczynek tam występujący pochodzi od Ducha Świętego, dlaczego wraz z rozprzestrzenianiem się go tam, nie nastąpiła fala nawróceń na katolicyzm, a niestety „charyzmatyczne przebudzenie” nie tylko utwierdzało w błędzie, ale i wspomagało protestancki prozelityzm skierowany w stronę katolików?

 

Pewną wskazówką może być fakt Bożego działania poza widzialnymi granicami Kościoła. Bóg nie ma rąk  związanych sakramentami. Sam św. Tomasz nawet w przedchrześcijańskich religijnych poszukiwaniach człowieka dostrzegał „sakramenty natury”. Tym bardziej działać może wśród ochrzczonych chrześcijan, mimo ich oderwania od jedności Kościoła (za co przecież osobiście raczej nie ponoszą odpowiedzialności). Drugi sobór watykański w dekrecie „Unitatis redintegratio” stwierdził: „Ponadto wśród elementów albo dóbr, z których razem wziętych buduje się i ożywia sam Kościół, niektóre, i to liczne i ważne, mogą istnieć poza widzialnym obrębem Kościoła katolickiego; są to: spisane słowo Boże, życie w łasce, wiara, nadzieja i miłość oraz inne wewnętrzne dary Ducha Świętego, a także elementy widzialne; to wszystko, co pochodzi od Chrystusa i prowadzi do Niego, słusznie należy do jedynego Kościoła Chrystusowego. (…) Nie można pomijać faktu, że wszystko, co łaska Ducha Świętego sprawia w braciach odłączonych, może posłużyć również do naszego zbudowania.” (UR 3,4). Czyli mimo iż np. dane zjawisko pojawiło się poza widzialnymi granicami Kościoła, jeśli wypływa z łaski i prowadzi do osobistego nawrócenia i zwrócenia się ku Chrystusowi, należy do Kościoła.

 

kosciol

 

Osobiste doświadczenie

Mimo teoretycznych wątpliwości, osobiście jestem pewien, że spoczynek miewa źródło w Bożej mocy. Sam doświadczyłem go dwa razy. Pierwszy raz, gdy parę lat temu modlili się nade mną ojcowie Enrique i Antonello. Byłem sceptycznie nastawiony do zjawiska, miałem wątpliwości teologiczne i po prostu wydawało mi się ono krępujące, dziwne. Podszedłem jednak do modlitwy z wewnętrznym otwarciem na działanie Boga tak, jak chce. Podczas modlitwy w pewnym momencie poczułem się „lekki” i czułem, że upadam, jednak nie towarzyszył temu lęk ani opór. Cały czas byłem w pełni świadomy; czułem się wolny, bezpieczny, miałem w sercu pokój. Poczułem przyjemne ciepło, i po chwili sam wstałem. Owocami doświadczenia było fizyczne uzdrowienie pewnego schorzenia (o co się nie modliłem i czego się nie spodziewałem) oraz „jakościowa” zmiana w mojej modlitwie, przymnożenie zaufania Bogu i Jego prowadzeniu.

Drugie doświadczenie miało miejsce kilka lat później, podczas Mszy z modlitwą o uzdrowienie. Wtedy nie chciałem doświadczyć spoczynku z bardziej płytkich, emocjonalnych przyczyn: z racji pełnionej posługi stałem na widoku, na podwyższonym prezbiterium, znany byłem ze sceptycyzmu w tych kwestiach, oraz – delikatnie mówiąc – nie darzyłem wielką sympatią ojca, który prowadził modlitwę. To nastawienie nie przeszkadzało mocy Boga, który chciał działać właśnie tak. Gdy leżałem – znów w pełnej świadomości i ze wspomnianymi wyżej uczuciami – w moim umyśle pojawił się pewien alegoryczny obraz, który stanowił wyjaśnienie dla życiowej sytuacji, w jakiej się wówczas znajdowałem. Przyszedł pokój, zrozumienie, konkretne postanowienia, przy okazji w jakimś stopniu wzrost zaufania i pokory.

 

Byłem też świadkiem spoczynków, towarzyszących mojej modlitwie. Tu najważniejsze jest dla mnie pierwsze takie doświadczenie. W ramach ewangelizacji na Przystanku Woodstock rozmawiałem z pewnym punkiem będącym pod lekkim wpływem alkoholu. Mój rozmówca miał pewnie prawie 40 lat, był dobrze zbudowany. Wypowiadał się z dużą agresją skierowaną w stronę Kościoła. Nie dostrzegając otwartości na dialog, zaproponowałem mu po prostu, że się za niego pomodlę. Zaskoczony mężczyzna zgodził się. Siedzieliśmy obok siebie, nie kładłem na nim rąk. Wypowiadałem na głos słowa modlitwy, dziękując Bogu za Jego obecność w życiu tego człowieka. W pewnym momencie zauważyłem, że mój towarzysz upada na plecy. Nie przyszło mi do głowy, że to może być spoczynek. Kontynuowałem modlitwę, po chwili on znów usiadł i zaczął szlochać. Zanim był w stanie wydusić z siebie jakieś słowo, minęła dłuższa chwila. Opowiedział, że poczuł ciepło na sercu, które go lekko pchało do tyłu, a jak się położył, po prostu miał świadomość obecności Boga i Jego miłości. Po krótkiej rozmowie poprosił o zaprowadzenie go do spowiednika.

Inne spoczynki miały miejsce, gdy w grupach posługiwałem modlitwą wstawienniczą podczas większych wydarzeń, w których uczestniczyli ludzie zaznajomieni z ich występowaniem. Tu często miałem wrażenie, że upadki wynikają z emocjonalnego nastawienia czy innych, nienadprzyrodzonych przyczyn. Nie mnie jednak to oceniać, rozeznanie należy do tych osób, które same mają świadomość tego, co się działo i doświadczają jakichś owoców. Jak zwykle ważne jest, by nie generalizować i nie osądzać.

 

wklejka2016kwiecien

Dawid Gospodarek

Dawid Gospodarek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dawid Gospodarek
Dawid
Gospodarek
zobacz artykuly tego autora >