Nasze projekty
Mateusz Ochman

Je suis Niewidzialna Ręka Rynku

Trochę się działo w ciągu ostatnich siedmiu dni.

Reklama

W półfinale Mistrzostw Świata w Piłce Ręcznej nasi zawodnicy przegrali z tak zwanymi gospodarzami – reprezentacją Kataru. "Tak zwanymi", ponieważ katarskiego pochodzenia u tych szczypiornistów można szukać z takim samym powodzeniem, co świętego Graala. W Polsce (i nie tylko) po tym meczu pojawiły się głosy oburzenia: a to, że katarska reprezentacja nakupowała sobie gwiazdek, a to, że sędziowie przytulili niezłą sumkę srebrników za pozytywne rozpatrzenie wniosku o awans gospodarzy do finału. Nie wiem o co tyle krzyku. Przecież w przypadku piłki RĘCZNEJ można wywnioskować, że najważniejsza w niej jest ręka. No i tutaj ona zadziałała: niewidzialna ręka rynku.


Polakom jednak po dramatycznym meczu udało się wywalczyć brąz. W kraju wybuchła euforia – w końcu to wielki sukces. Niektóre telewizje zaczęły nawet emitować z tej okazji okolicznościowe programy. Ich motywem przewodnim były słowa "Okradli nas przynajmniej ze srebra". Tyle słońca w całym mieście!


27 stycznia odbyły się uroczyste obchody upamiętniające wyzwolenie niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Wzięli w nich udział przedstawiciele pięćdziesięciu państw i trzystu byłych więźniów, którzy przetrwali ten horror. Ten sam horror przetrwał 75 lat temu rotmistrz Witold Pilecki (w 2013 roku pośmiertnie awansowany do stopnia pułkownika), który udał się do obozu na ochotnika, aby stworzyć tam ruch oporu, dokonać ucieczki i poinformować świat o zbrodniach, które mają tam miejsce. Jego potomstwa na uroczystości nie zaproszono, w odróżnieniu od wnuka Rudolfa Hessa – komendanta KL Auschwitz. I jakkolwiek w moim systemie wartości nie istnieje coś takiego jak odpowiedzialność za czyny ojca czy dziadka, tak muszę stwierdzić, że mamy do czynienia z maleńkim faux pas. Maleńkim jak odległość pomiędzy Krakowem a Jowiszem.

Reklama
Reklama

 

Je suis Niewidzialna Ręka Rynku


Dziennikarze tygodnika "wSieci" z przyczajki obserwowali życie codzienne posłanki Grodzkiej. Pani Ania podobno nie jest tym, za kogo się podaje. Mówiąc szczerze jestem w szoku. Nie podejrzewałem.

Reklama
Reklama

Dzięki Bogu jest internet, w którym raz na jakiś czas (czytaj: co drugi dzień) można się spontanicznie zebrać w grupę i oburzyć. Tak stało się i tym razem. Na Facebooku powstała grupa, która staje w obronie pani Anny Grodzkiej, której "godność została zaatakowana". Nawiązując do akcji "Jestem Charlie" skrzyknęli się i utworzyli własną pod nazwą "Jestem Ania". Tak, wydarzenie, którego celem miała być walka o wolność słowa stała się pierwowzorem akcji ograniczającej wolność słowa. Są na tym świecie miejsca, gdzie logika mówi "dobranoc".


 

Reklama
Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite