video-jav.net

Amoris Laetitia. Adhortacja mediów

Ogromna siła oddziaływania mediów na poszczególne społeczeństwa to niepodlegający dyskusji truizm. Nie jest to mechanizm całkowicie pozbawiony zalet, ale zdarza się, że owa siła wykorzystywana jest raczej w służbie dezinformacji niż rzetelnego dziennikarstwa. A wtedy konsekwencje bywają opłakane

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W kontekście Soboru Watykańskiego II głośnym echem długo rezonował komentarz Benedykta XVI, który zestawił ze sobą dwie rzeczywistości: Sobór Ojców, ilustrujący intencje uczestników soboru i jego ustalenia oraz Sobór Mediów, czyli wypadkową wszystkich stereotypów i doniesień komentatorów, która znacznie różniła się od tego, co postanowiono za Spiżową Bramą, a która – co w tym wszystkim najistotniejsze! – dla przeciętnego odbiorcy stanowiła niemal nowy dogmat. Ta papieska diagnoza naświetlała jeden z większych problemów, z jakimi mierzy się Kościół współcześnie – powszechność przekłamań co do autentycznej nauki Kościoła.

 

Słuszność tego komentarza i wciąż trwające skutki mechanizmu zakłamań łatwo dostrzec również dziś i to niekoniecznie w perspektywie dokumentów Soboru Watykańskiego II. Analogiczny proces widać bowiem np. w przypadku ostatniej adhortacji papieża Franciszka – Amoris Laetitia.

 

Kard. Antonio Cañizares Llovera, arcybiskup metropolita Walencji, były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, w zeszłym miesiącu wygłosił kazanie broniące tradycyjnych wartości. Oprócz pochwały rodziny mówił także o zagrożeniu, jakie stanowi dla niej “ideologia gender”, co spowodowało w Hiszpanii reakcje medialne graniczące z furią. I nie byłaby to historia warta szczegółowego prześledzenia, gdyby nie argumentacja związana z kwietniowym dokumentem podsumowującym ostatnie synody o rodzinie.

 

Okazuje się bowiem, że część hiszpańskich komentatorów w swojej krytyce kardynała odwołuje się do nauczania i “niepotępiającej” postawy papieża. Przesłanką jest tu nauczanie Kościoła za sprawą Franciszka rzekomo ewoluujące od hermetycznie zamkniętego, doktrynalnego formalizmu do troskliwej, duszpasterskiej wyrozumiałości, która z perspektywy tego, co Kościół głosi od zarania, przybiera formę raczej indyferentyzmu niż troski. Jak się okazuje, opinia publiczna przekonana jest o słuszności takiego postawienia sprawy i domaga się odwołania “kontrowersyjnego” – tak, na takie miano można zasłużyć prezentując jako biskup nauczanie Kościoła – hierarchy.

 

Pope Francis leads the morning session of the Synod

 

Choć absurdalność tego zjawiska nie przestaje zadziwiać, dla człowieka obserwującego polską debatę nad sprawami okołokościelnymi nie jest to mechanizm nowy. Aby nie być gołosłownym wystarczy przypomnieć, że podobne głosy podnosiły się w Polsce przeciwko biskupom i księżom, tłumaczącym, że wystosowany we wrześniu papieski apel o przyjmowanie uchodźców przez parafie nie jest kategorycznym rozkazem i podlega dyskusji. Wtedy dla statystycznego odbiorcy medialnych komentarzy sprawa wydawała się prosta: papież Franciszek kierowany miłosierdziem apeluje do katolików, a polscy biskupi i konserwatywni politycy są mu nieposłuszni. Taka narracja funkcjonuje do dziś, mimo, że w zeszłym miesiącu papież Franciszek w wywiadzie dla francuskiej agencji La Croix dookreślił swoje stanowisko, przestrzegając przed “nierozważnym otwieraniem drzwi za szeroko”.

 

Podobnie jest zatem w sprawie kard. Llovery. Wystąpienie przeciwko dogmatyzowaniu kulturowości płci i prezentowanie tego zjawiska w charakterze zagrożenia dla współczesnej rodziny ściąga czarne chmury nad głowę hierarchy, którego chłosta się papieżem Franciszkiem, mającego na ten temat identyczne zdanie! “Inne wyzwanie wyłania się z różnych form ideologii, ogólnie zwanej „gender”, która „zaprzecza różnicy i naturalnej komplementarności mężczyzny i kobiety. Ukazuje ona społeczeństwo bez różnic płciowych i banalizuje podstawy antropologiczne rodziny” (AL 56) – pisze Wikariusz Chrystusa w dokumencie podsumowującym synodalne dyskusje.

 

Rzecz w tym, że dla zwykłego obserwatora, który ostatnie kościelne wydarzenia oraz prezentację adhortacji śledził za pośrednictwem mediów, temat “gender” nie pojawia się w dokumencie w tonie innym niż aprobujący. A jest tak dlatego, że wśród wszystkich treści, które pojawiają się w ramach wniosków po biskupich i eksperckich dyskusjach nagłaśniany był jedynie margines dotyczący sytuacji nieuregulowanych.

 

Trudno o większą skalę dezinformacji.

 

Problem, zasygnalizowany we wspomnianym już wyżej komentarzu Benedykta XVI, nie jest ani nowy, ani prosty do zażegnania. W życiu przeciętnego Kowalskiego na jedno niedzielne kazanie przypada bowiem kilka dni na lekturę nierzetelnych komentarzy, zakłamujących rzeczywistość. Jednak przypadek hiszpańskiego kardynała pokazuje, że warto znaleźć zaufane źródło informacji o Kościele – w przeciwnym wypadku można nieświadomie długo żyć w mydlanej bańce niedoinformowania.

 

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Papież „nie znosi polityki”? Nic bardziej mylnego

Czy katolik może wziąć rozwód z polityką?

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kościół i polityka to temat tak stary, jak samo chrześcijaństwo.

Polityczne aspiracje wiązano już z osobą Jezusa, a przez całe stulecia władza świecka przenikała się z sakralną. Ostatecznie po Soborze Watykańskim II ustalono rozsądne granice współistnienia, rozumiane jako rozdział Kościoła od państwa. Czy oznacza to, że katolik może wziąć rozwód z polityką? Bynajmniej. I nawet kiedy słyszymy, że papież Franciszek „nie znosi polityki” – musimy sobie zadać pytanie – jak właściwie rozumieć te słowa?

 

francis_ue

fot. European Parliament / WikimediaCommons

 

Tydzień temu 10 czerwca na warszawskiej debacie „Czy Kościół potrzebuje miłosierdzia” redaktor naczelny dziennika “L’Osservatore Romano” prof. Giovanni Maria Vian wypowiedział bardzo intrygujące słowa. Papież Franciszek nie znosi polityki. Jego ‘polityką’ jest troska o każdego i wszystkich – usłyszeliśmy z ust watykanisty. Co faktycznie oznacza tak sformułowane stanowisko? Czy jak chcieliby niektórzy lewicowo-liberalni politycy i publicyści, Kościół powinien całkowicie zaprzestać aktywności społecznej? Czy papież z dezaprobatą zerka na poczynania ludzi władzy, uważa tę profesję za gorszą, a przez to niegodną człowieka wiary? Oczywiście nie. Niemniej jednak tego typu słowa wyjęte z kontekstu mogą posłużyć do wyciągnięcia błędnych wniosków, utożsamiających „politykę” z „politykowaniem”, bądź „partyjnością”, o której w rzeczywistości mówił szef “L’Osservatore Romano”. Dlatego aby odpowiedzieć na pytanie, jakiego rodzaju polityki „nie znosi Franciszek”, musimy wiedzieć jak w kontrze do wykładni potocznej definiuje ją chrześcijaństwo.

 

Polityka po Bożemu?

Zgodnie z wykładnią Kościoła, polityka to odpowiedzialna troska o dobro wspólne. Katechizm Kościoła Katolickiego głosi, że do jego misji należy stawianie (…) oceny moralnej nawet w kwestiach dotyczących spraw politycznych, kiedy domagają się tego podstawowe prawa osoby lub zbawienie dusz, stosując wszystkie i wyłącznie te środki, które zgodne są z Ewangelią i dobrem powszechnym według różnorodności czasu i warunków. Podobnie Sobór Watykański II w Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym postuluje posiadanie przez Kościół niezmąconej wolności w kwestii (…) wydawania oceny moralnej nawet w kwestiach dotyczących spraw politycznych, kiedy domagają się tego podstawowe prawa osoby lub zbawienie dusz. Choć dalej w dokumentach soborowych widnieje zapis o niezależności i autonomiczności obu wspólnot i porządków, a prawo kanoniczne jasno określa, że duchowni nie mogą przynależeć do partii, swoboda działania okołopolitycznego osób wierzących i Kościoła jako instytucji i tak jest stosunkowo obszerna.

 

francis

fot. UK in Holy See / flickr.com

 

Niestety jak dobrze nie zdefiniowalibyśmy zagadnień, granica między wiarą i polityką rozumianą w kontekście doczesności była i pozostanie nieostra. Świadczy o tym choćby sam proces Chrystusa, które de facto oskarżony został nie tylko w charakterze świętokradczym (podawał się za Mesjasza), ale również politycznym (podawał się za króla, który mógł zagrażać Cezarowi). Tej dwoistej natury Jezusa, który niewątpliwie działając społecznie nie był jednak elementem ówczesnej gry wpływów i nie przyszedł „wyzwolić Izraela” spod rzymskiej okupacji, do tej pory nie da się zrozumieć stosując kryteria nowożytnie rozumianej polityki. Te zostały bowiem najlepiej zdefiniowana przez niemieckiego socjologa Maksa Webera jako dążenie do zdobycia władzy, a następnie jej sprawowanie. Dlatego właśnie Jan Paweł II przemawiając w Sejmie w 1999 roku podkreślił, że w katolickiej wykładni polityczności nie może być mowy o jej autonomii od zasad etycznych. Władza sama dla siebie nigdy nie jest celem osoby wierzącej.

 

Gra o tron

Problem ten i niechęć ludzi wiary do polityki rozumianej jako bezwzględna gra o władzę zaczyna się już jednak znacznie wcześniej, ale w pełni ujawnił się najpierw w renesansie, a później na przełomie XIX i XX wieku. Wcześniej, zanim wyodrębniły się państwa narodowe, a Europa trwała w pozornej jedności „Christianitas”, papież i Państwo Kościelne pełnili rolę zarówno klasycznych władców, jak i następców św. Piotra. Politykę, z lepszym i gorszym skutkiem sprawowano zatem zgodnie z arystotelesowską wykładnią, definiującą te słowo jako „etykę społeczną”. Niestety, przynajmniej od XVI wieku i pism Machiavellego, etyka została wyjęta z polityki, a ta poszła dalej drogą użyteczności (utylitaryzmu), ewoluując w kierunku techniki sprawowania władzy.  Można by pomyśleć, że w tak stworzonym świecie nie ma miejsca na ideały chrześcijańskie, a historia zdecydowanie za często potwierdza tę intuicję. Jak rozumiem, właśnie do tego wymiaru polityczności odnosił się Giovanni Maria Vian. Pozbawionej zasad, nacechowanej na wynik, prowadzonej w horyzoncie gier partyjnych. Z walki o cele społeczne prowadzonej na gruncie aktualnej polityki Kościół wycofać się bowiem nie może, co z resztą podkreślił naczelny watykańskiego dziennika, dodając: Papież nie znosi polityki w znaczeniu bieżącej walki o władzę. Wedle Franciszka chrześcijanie mają uprawiać politykę wielkich idei, wielkich pragnień, wielkiej pasji a nie polityki ‘niskiej’.

 

W podobnym tonie pisał również jego poprzednik, Benedykt XVI w encyklice „Deus caritas est”. Czytamy w niej, że: Kościół nie może i nie powinien podejmować walki politycznej (…). Nie może i nie powinien stawiać się na miejscu państwa. Nie może też jednak i nie powinien pozostawać na marginesie w walce o sprawiedliwość. W istocie rozdział Kościoła od państwa nie jest kapitulacją w kwestiach promowania etyki i sprawiedliwości społecznej w życiu doczesnym, ale oddzieleniem się od aktualnych walk stronnictw politycznych, prowadzonych innymi metodami, co do których słusznie można czuć ową papieską niechęć.

 

Od polityki nie ma odwrotu

Jak zatem katolik i Kościół powinien kreować swoją relację z bieżącą polityką tak, aby nie osłabić swojego autorytetu i nie przekroczyć cienkiej granicy swojego posłannictwa, którego celem jest łączenie ludzi w drodze do zbawienia? Po pierwsze ludzie wiary nie mogą milczeć w sytuacji, w której polityka prowadzona jest nieludzkimi metodami. Takie świadectwo dali papieże epoki nazizmu i komunizmu, z Piusem XI na czele. Gdyby uznał on, że polityka jest rzeczywistością, z którą nie przystoi się zmierzyć, nie powstałyby encykliki „Mit brennender Sorge” i „Divini Redemptoris”, w którym wyraźnie potępiono oba totalitaryzmy. Takie postępowanie wynika wprost ze słów Jezusa, który w Ewangelii św. Łukasza stwierdził „Oto bowiem królestwo Boże jest pośród was”. A jeśli tak, również sprawy doczesne powinny być tak kierowane, aby przybliżały człowieka do Boga, i na tym m.in. polega dziejowa misja Kościoła, aby w świecie utylitaryzmu i bezpardonowej walki o władzę, był jak latarnia etyczności.

 

francis-polska

fot. Aleteia Image Department / WikimediaCommons

 

Zapominając o tym dziwić mogą słowa zarówno Viana, jak też list kurii białostockiej, wystosowany po Mszy Świętej dla członków i sympatyków ONR, która odbyła się w tamtejszej katedrze. „Kościół jest apolityczny” – napisali jego sygnatariusze, ale w istocie chodziło o podkreślone już przeze mnie rozróżnienie, mianowicie – Kościół jest apartyjny. Polityczność jako owa troska o dobro wspólne musi być bowiem na jego sztandarach. Z resztą jak powiedział sam Franciszek we wrześniu 2013 na początku swojego pontyfikatu w kaplicy Domu Świętej Marty: Nikt z nas nie może powiedzieć: ‘Ja w to nie wchodzę, to oni rządzą…’. Ależ nie, odpowiadam za to jak rządzą, i muszę uczynić wszystko, co w moich siłach, aby rządzili dobrze, starając się jak najpełniej uczestniczyć w życiu politycznym. Na koniec papież dodał jeszcze: Dobry katolik miesza się do polityki, dając z siebie to, co najlepsze, aby rządzący mógł rządzić. (…) Chrześcijanin, który nie modli się za rządzących nie jest dobrym chrześcijaninem!. To chyba najlepsze podsumowanie tego, w jaki sposób powinniśmy postrzegać aktualne spory oraz naszą rolę w doczesnej polityce. A tą zawsze można sprawować z czystym sumieniem, jeśli tylko spojrzy się szerzej, poza partyjne potyczki o władzę, która w końcu i tak zawsze prędzej czy później przemija.

 

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz tygodnika "Do Rzeczy", publicysta Wirtualnej Polski, współpracownik "Dziennika Gazety Prawnej" - wcześniej wydawca w portalu Deon. Pisał do Onetu, Forward, "Rzeczpospolitej", "Tygodnika Powszechnego" i Stacji7. Prowadzi program "Nocna Zmiana" w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016) oraz Stefana Myczkowskiego (2017) nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017).

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >