O, narodzie katolicki niepiśmienny!

Czyż nie do wiary, że kłamcy łżą?

Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >

Przeczytałem w tekście publicystki portalu fronda.pl takie oto zdanie: „Publikacje „Dużego Formatu” miały otworzyć poważną debatę na temat kondycji polskich seminariów duchownychpoziomu formacji przyszłych księży.” Pomyślałem sobie: O, narodzie katolicki niepiśmienny!

Pomijam główny wątek skandalu medialnego – którego to już? – urządzonego przez Gazetę, najbardziej przeraziła mnie stylistyka myślenia katolickiej publicystki. Ona naprawdę do tego jednego zdania po chwili dodała następne: „wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że w ubiegły czwartek gazeta opublikowała skandaliczny...” i tak dalej. Naprawdę „wszystko byłoby dobrze”? Co znaczy „wszystko” i co znaczy „dobrze”? Gazeciane środowisko z ulicy Czerskiej w Warszawie oczywiście debatuje, urządza, zagarnia i wiele innych rzeczy robi…, ale żeby poważną debatę? I to na jaki temat: Poziomu formacji przyszłych księży?

Sam nie wiem, czy to naprawdę tak ciężko spotkać w Polsce czytelników prasy, którzy nawet bez sięgania po pracę Artura Dmochowskiego „Kościół Wyborczej” są zmuszeni albo śmiertelnie zblednąć albo śmiać się do rozpuku już na sam widok zdania: „Gazeta na poważnie o kondycji polskich seminariów duchownych…

O, narodzie katolicki niepiśmienny!

Może dziennikarz/dziennikarka/publicysta katolicki zechciałby zanurzyć się, choć na chwilę, w przestrzeni internetu i zasięgnął informacji, wystarczy zupełnie wyrywkowych, o autorze tego gazecianego skandalu, w który wciągnięto i krakowskiego biskupa i takiego jezuitę, że o jego stylu też warto więcej podumać. Tam, w sieci, dowiedzieć się może każdy, że postać powiązana przez Gazetę imieniem i nazwiskiem z całym tym zamętem jest gwarancją, że nic w tej sprawie, ani przez chwilę, nie mogło być ani na poważnie, ani uczciwie, ani Boże broń o jakości seminariów duchownych.

Gazeciany autor urodził się i wychował w beskidzkiej wiosce. To ważne – tak mi się wydaje. Przez kilka lat był klerykiem krakowskiego seminarium duchownego. To wydaje mi się w tej akurat sprawie najważniejsze. Jak się to poważnie określa: po rozeznaniu, że jego życiowe powołanie jest inne – zdjął klerycką sutannę i odszedł. Trafił do redakcji „Gościa Niedzielnego” i tam zbierał przez klika lat szlify dziennikarskie. Wolty, publicystycznej i życiowej niestety, najbardziej przerażającej z możliwych w polskiej debacie publicznej, dokonał w zeszłym roku, w sposób wielce oryginalny: materiały zbierał i rozmawiał z człowiekiem jako wysłannik katolickiego tygodnika, po to by już w dodatku do wiadomej Gazety umieścić reportaż tak zaopiniowany przez zadziwionego rozmówcę – bohatera skandalicznego teksu:

Większość moich rzekomych wypowiedzi użytych w tekście jest w rzeczywistości zmanipulowanymi, nieobiektywnie oraz złośliwie przetworzonymi i wyrwanymi z kontekstu komentarzami oraz własnymi złośliwymi, wulgarnymi wstawkami autora poczynionymi na podstawie naszej rozmowy i dołączonymi do moich wypowiedzi.

Moje bezpośrednie wypowiedzi nagrane przez redaktora zostały zmanipulowane i przekształcone w autokompromitację. Dziennikarz nadał im również w tekście wulgarny i prymitywny charakter w celu ośmieszenia mnie i odebrania wiarygodności w oczach wyborców. (To i więcej: http://niezalezna.pl/43502-gosc-niedzielny-ujawnia-skandaliczne-praktyki-dziennikarza-wyborczej)

Czy wystarczy? I czy może robić za aktualny komentarz do kolejnego głośnego właśnie teraz tekstu, zatytułowanego „Intymne życie kleryka”? Nie. Uważam, że nie wystarczy. Recydywa domaga się skutecznych działań. Trzeba próbować ratować tego człowieka. I czytelników jego tekstów.



Ks. Krzysztof Cebula

Ks. Krzysztof Cebula

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >

Zmysłowy akt miłości

„Pokazujemy życie, nic więcej. Przykro nam, jeśli kogoś uraziło oglądanie zmysłowego aktu miłości, który ukazał się ostatnio na bilbordach. Tak jak WY kochamy życie i ono nas inspiruje do tworzenia fajnych rzeczy.”

Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >

To fragment odpowiedzi jakiej doczekało się Stowarzyszenie Twoje Sprawa od firmy LPP, właściciel marki House. Korespondencja jest wynikiem protestu przeciwko pornografizacji przestrzeni publicznej w wielkich miastach, które wspomniane stowarzyszenie prowadzi. (polecam: http://twojasprawa.org.pl/)

Ów „zmysłowy akt miłości” rozzuchwalił się na plakatach także w wielu miejscach Krakowa. Chociaż według autorów projektu jest on znakiem stopnia odwagi reklamowanej firmy, to jednak na zdrowy rozum powinien podlegać karze – natychmiastowemu zdjęciu – spaleniu na pniu – przeniesieniu w formie tapety do gabinetu szefa firmy na jego koszt.

Przestrzeń publiczna, zdaje się, nie została na razie przez rządzących ani porzucona, ani zwinięta, ani wyjęta spod prawa. Na takie wybryki z pewnością istnieje prawo. Jeszcze nie zamieniono miejsc wspólnych dla ludzi w koczowiska barbarzyńców. Odczucie przykrości znoszone przez autorów reklamy w wyniku protestu nie ma tu nic do rzeczy. W ogóle cała odpowiedź LPP brzmi jak wymiociny powstałe w wyniku poważnego schorzenia lub kiepski żart dla potrafiącej jedynie rechotać gawiedzi. Ludzie poranieni lub przeciwnie cynicznie raniący innych nie mogą dominować w wolnym państwie. A  tymczasowo dominują.

Jedno pytanie narzuca się bardzo mocno: Czy Polskie miasta mają jakichś władających gospodarzy? (władających, bo nominalnych znamy). Do gospodarskich zajęć musi należeć sprzątanie i ogarnianie miejskich ulic i placów przynajmniej w takim stopniu, żeby sprawiały wrażenie umytych i czystych, minimalnie kulturalnych. Kompletnie nie chodzi tu o gust czy odczucia jakiegoś opętanego przez chore libido środowiska tylko właśnie o kulturę, w stopniu minimalnym chociaż. Idzie o rzecz wspólną, przestrzeń normalną dla oczu, uszu, ludzkiego rozumu.

Sprawa ma poważne konsekwencje. Zwracają na nie uwagę specjaliści. Jeśli nie krakowski magistrat to może jakiś kulturalny attache Niemiec, USA lub Francji weźmie sprawę w swoje ręce. Choćby wtedy, gdy w czasie jesiennego spaceru jego własne dziecko zada mu w rodzimym języku pytanie: „Tato, a dlaczego ta pani tak cierpi na tym plakacie? I co ten pan z nią robi… bo raczej nie muzykę!”


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Ks. Krzysztof Cebula

Ks. Krzysztof Cebula

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >