кредиты онлайн в Казахстане кредит на карту онлайн кредит наличными

Droga Krzyżowa polskich żołnierzy

Patriotyczna Droga Krzyżowa w intencji wszystkich, którzy polegli w obronie naszej Ojczyzny. Zamiast na Golgotę, wiedzie do Katynia.

Polub nas na Facebooku!


Stacja I – Pan Jezus na śmierć skazany


Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

8 września 1939 roku

Kochana Basiu!

 Zostałem skierowany do obrony Westerplatte. Nie udało nam się. Wczoraj Niemcy wdarli na teren Gdańska. Część moich przyjaciół została wzięta do niewoli, a jeszcze innych zabito na naszych oczach. Ja żyję i wiem, że powinienem to zawdzięczać Opatrzności Bożej. Nieustannie przychodzi mi na myśl Chrystus, który tak jak Polska został skazany na męczeńską śmierć. On uczy pokory i ofiarności zwłaszcza w ciężkich dla nas chwilach. Nie możemy się poddać, nie możemy zwątpić. Miłość i tak zwycięży. Prawda zwycięży. „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle.”

Mam do Ciebie tylko jedną prośbę: módl się. Módl się za mnie, za Polskę, za nas. Wszystko będzie dobrze. Ja wrócę. Obiecuję.

Kocham Cię, Ignacy.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja II – Pan Jezus bierze krzyż na Swoje ramiona


Droga Krzyżowa polskich żołnierzy

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

26 września 1939 roku

Drogi Ignacy!

Jest późno. Krzyś już śpi. Dzisiaj zapytał mnie: „Mamusiu, kiedy tatuś wróci?”. Przytuliłam go i ze łzami w oczach powiedziałam, że już niedługo.

Dowiedzieliśmy się, że wojska radzieckie zaatakowały nas. Boję się coraz bardziej. Wiem, że musimy wziąć na siebie krzyż wojny i nie poddawać się. Czasami tylko zastanawiam się, czy nie jest on dla naszej Ojczyzny zbyt ciężki. Jezus bez słowa sprzeciwu wziął go na swoje ramiona i zamierzał donieść na Golgotę. Ale czy i my damy radę? Tego boję się najbardziej…

 Mam nadzieję, ze niczego Ci nie brakuje. Modlę się i strasznie tęsknię. Odpisz prędko.

Twoja Basia.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja III – Pan Jezus pierwszy raz upada pod krzyżem


Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie.

4 października 1939 roku

Basiu!

 Pytałaś mnie w ostatnim liście, czy niczego mi nie brakuje. Brakuje mi tylko tych wspólnie spędzonych dni, Twojego uśmiechu i tysiąca pytań zadawanych przez Krzysia.

Chcę być z tobą szczery. Nie jest dobrze. Ciągle docierają do nas informacje o kolejnych klęskach polskich żołnierzy. Upadamy. Nie byliśmy przygotowani na taki atak. Dziś na odprawie dowódca powiedział, że Polska zbyt wiele przeszła w swej historii, ażeby teraz po prostu się poddać. Te słowa zapaliły w nas iskierkę nadziei i zagrzały do walki. Powstaniemy. Zresztą sam Chrystus nas tego uczy. Tylko z nim będziemy mogli z powrotem stanąć na nogi.

Wiedz, że ciągle o Tobie myślę. Nie martw się, wrócę.

Całuję Cię mocno, Ignacy.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja IV – Pan Jezus spotyka Swoją Matkę


Droga Krzyżowa polskich żołnierzy

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

20 października 1939 roku

Najdroższy Ignacy!

Z niecierpliwością czekam na każdy list od Ciebie. Modlę się codziennie o to, aby ten koszmar się wreszcie skończył.

Do koperty włożyłam Ci różaniec, który dostałam od księdza proboszcza. Noś go zawsze przy sobie, a Najświętsza Panienka będzie się Tobą opiekowała. Pamiętasz? Ona była z Jezusem do samego końca i zapewniam Cię, że Tobie także będzie towarzyszyła zwłaszcza w trudnych chwilach. Ona jest najlepszą Matką, która nigdy nie zostawia swoich dzieci. Otrze łzy z Twoich oczu i pocieszy kiedy trzeba. My, Polacy, zawdzięczamy Jej naprawdę wiele, chociażby nie tak dawny cud nad Wisłą. Dlaczego teraz nie mogłaby nam pomóc?

Myślę o Tobie, Basia

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja V – Szymon pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi


Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

8 listopada 1939 roku

Kochana Basiu!

Nawet nie wiesz jaką radość sprawiłaś mi ostatnim prezentem. Teraz każdy dzień rozpoczynam od jednego przynajmniej „zdrowaś”. Różaniec zaś noszę w lewej kieszeni munduru, pod sercem.

Wczoraj do naszego oddziału przydzielono nowych żołnierzy. Jest ich chyba siedmiu. W nocy słyszałem, jak jeden z nich płakał i szeptał do drugiego, że martwi się, bo musiał zostawić żonę i dzieci. Nie miał wcale ochoty iść na wojnę, ale zmusili go. Zupełnie tak jak Szymon. Jestem pewien, że dopiero po pewnym czasie odkryje ile są warte jego służba i poświęcenie.

Bardzo żałuję, że nie mogę Ci pokazać jaką piękną mamy tutaj jesień. Ponoć tak niesamowita jest tylko w Polsce.

Wrócę niebawem,  Ignacy.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja VI – Święta Weronika ociera twarz Panu Jezusowi


Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

30 listopada 1939 roku

Ignacy!

Pan Bóg nie rozpieszcza nas. Nie dość, że skończyły nam się już pieniądze, to jeszcze Krzyś zachorował. Ma zapalenie płuc. To już kolejny tydzień, jak nie mogę spać ze zmartwienia. Lekarz przepisał synkowi drogi lek. Nie mogę go wykupić, bo nie mam za co.

Odwiedził nas wczoraj Sanecki – ten aptekarz z naszej kamienicy. Kiedy zobaczył moje zapłakane oczy, obiecał nam pomoc. Nie mam pojęcia jak mogę mu się za to odwdzięczyć. To Pan Bóg postawił na naszej drodze taką św. Weronikę. Ileż to dla nas znaczy!

Za oknem prószy pierwszy śnieg. Właśnie zaczęła się zima. Ciągle myślę o Tobie.

Zawsze Ci wierna, Basia.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

 


Stacja VII – Pan Jezus po raz drugi upada pod krzyżem


Droga Krzyżowa polskich żołnierzy

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

12 grudnia 1939 roku

Basieńko!

Codziennie modlę się na różańcu za Krzysia i za Ciebie. Od dziś będę modlił się także za Saneckiego.

Niestety tutaj też dobrze nie jest. Wczoraj Niemcy zbombardowali nas. Połowa naszego oddziału zginęła. Wielu także jest rannych. Podczas ataku mocno ściskałem w ręku różaniec i nieustannie powtarzałem „Zdrowaś Maryjo”. Może dlatego nic mi nie jest. Może to Ona schowała mnie pod Swoim płaszczem. Na pewno. Wśród zamordowanych jest także ten mężczyzna, którego porównałem do Szymona. Pamiętasz? Upadliśmy po raz kolejny. I choć ciężko będzie się podnieść, damy radę, bo przecież sam Bóg nas tego uczy.

Wrócę niebawem, obiecuję, Ignacy.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja VIII – Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty


Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

10 stycznia 1940 roku

Drogi Ignacy!

Coraz częściej spoglądam w okno z nadzieją, że zobaczę Cię w nim. Ale nie tylko mi jest ciężko. Wczoraj przyszła wiadomość, że Radziszewski został zastrzelony. Byłam dziś u jego żony. Jest strasznie załamana. Córki i syn także. Jakże ciężko było mi ich pocieszać, gdy nie jestem pewna losu naszej rodziny. Obiecałam, że zaopiekuję się ich najmłodszą córką, podczas gdy matka będzie załatwiała formalności.

Nie wiem już skąd mam brać siły, żeby dalej iść. Modlę się i czekam. Tyle mi pozostało.

Tęsknię szalenie, Basia.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja IX – Pan Jezus po raz trzeci upada pod krzyżem


Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

29 stycznia 1940 roku

Najmilsza!

Nie martw się, dasz sobie radę. Damy sobie radę. Ufaj Bogu i nie poddawaj się.

Napisałbym ten list wcześniej, ale zostaliśmy przeniesieni bardziej na wschód. Adres masz na kopercie. Wszędzie jest pełno Sowietów i obawiam się, że dostaliśmy się w ich niewolę. To wielki cios dla Ojczyzny. Teraz Polska jest osłabiona, bo znaczną część oficerów wywieziono razem ze mną. Obawiam się, że Polacy nie dadzą sobie sami rady i to będzie najboleśniejszy upadek. Bo dopóki walczymy, jesteśmy zwycięzcami.

Wszystkie te wydarzenia zapisuję pilnie w moim notatniku. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Nie poddamy się i wywalczymy wolną Polskę.

Czekaj na mnie, Ignacy.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja X – Pan Jezus z szat obnażony


Droga Krzyżowa polskich żołnierzy

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

10 lutego 1940 roku

Kochany mój!

Dziękuję za ostatni list i za adres. Rozpłakałam się, gdy przeczytałam Twoje słowa. Martwię się. Całą naszą korespondencję przechowuję troskliwie w moim biurku.

Dziś rano poszłam do sklepu. W tym czasie na ulicy rozegrała się łapanka. Mnie na szczęście nic nie jest. Tym, którym nie udało się uciec, kazano rozebrać się do naga, po czym rozstrzelano pod murami dawnej biblioteki. Nie dość, że brutalnie zabito niewinnych ludzi, to przed okrutną śmiercią otarto ich z resztek godności. Zupełnie tak jak Chrystusa. Ale On potrafił wybaczyć swoim oprawcom.

Teraz modlę się nie tylko za morderców, ale także za nas, abyśmy wyzbyli się nienawiści. To trudne, wiem, ale przecież mamy doskonałego Nauczyciela. Przepraszam Cię za te mokre plamy na kartce, ale nie potrafię powstrzymać łez. Nie umiem nie płakać, kiedy widzę tyle zła wokół siebie.

Kocham i tęsknię, Basia.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja XI – Pan Jezus do krzyża przybity


Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

29 lutego 1940 roku

Basieńko!

Nie płacz już. Jesteś silna i wiem, że dasz sobie radę.

To dziwne, ale wojna trwa już prawie pół roku, a ja nie zostałem nawet ranny. Wszystko dzieje się tak jakby koło mnie. Ale gdy patrzę na śmierć innych ludzi, to serce boli mnie bardziej niż gdybym to ja cierpiał. Ubiegłej nocy widziałem jak katowano mojego przyjaciela. Wyłem z bólu, a przecież mnie nawet nie dotknięto. Nie mogę sobie wyobrazić jak musiał cierpieć Jezus, gdy Go przybijano do krzyża. On sam jeden wziął na siebie to wszystko, czego teraz doświadczamy. I jeszcze więcej.

Nie martw się, wojna niedługo się skończy. Ja wrócę, przytulę Cię jak dawniej i rozpoczniemy życie od nowa.

Całuję Cię mocno, Ignacy.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja XII – Pan Jezus umiera na krzyżu


Droga Krzyżowa polskich żołnierzy

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

5 marca 1940 roku

Najdroższy Ignacy!

Nie potrafię dłużej tak żyć. Odkąd Cię nie ma, żyję w ciągłym strachu i niepewności. Z niepokojem budzę się każdego ranka i proszę Boga o przynajmniej jeden dzień życia więcej. Powoli tracę nadzieję w to, że jeszcze kiedyś się zobaczymy.

Wiem, że poświęcasz swoje życie dla innych. Tylko egoiści i ludzie bez serca w takiej chwili potrafią postąpić inaczej. Nie mogę mieć pretensji ani do Ciebie ani do siebie. Robisz to, co Ci nakazuje serce. A przecież to jest najważniejsze.

Ufam i kocham, Basia

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


.

Stacja XIII – Pan Jezus z krzyża zdjęty


Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

19 kwietnia 1940 roku

Miły mój!

Nie wiem, co się dzieje, że tak długo nie odpisujesz. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku.

Kwietniowe słońce napełnia mieszkanie. Pomimo tego, że wojna jeszcze trwa, wraca nadzieja na lepsze jutro. Krzyś namalował ogromną laurkę z okazji Twoich urodzin. Jest coraz weselszy i nie może doczekać się spotkania z Tobą. A ja? Wciąż tęsknię. Ofiarowuję Bogu każdy kolejny dzień i modlę się o Twój szybki powrót do nas. Odpisz prędko.

Ciągle czekam, Basia.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Stacja XIV – Pan Jezus do grobu złożony


Droga Krzyżowa polskich żołnierzy

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

15 kwietnia 1943 roku

Drogi Panie Boże!

Ciągle żyłam nadzieją, że to wszystko inaczej się skończy. Ciągle wierzyłam, że on wróci. Ty tego nie chciałeś. To już trzy lata od jego śmierci i mojego ostatniego listu.

Dziś pomimo tego, że nie mogę powstrzymać łez bólu, chcę Ci podziękować za to, że mogłam spędzić z nim dziesięć pięknych lat. Znałeś jego dobre serce. Ufał Ci i powierzył całe swoje życie. Spełnił swój obowiązek – bronił Ojczyzny. Ty powiedziałeś, że nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wierzę, że jego ofiara była tak samo potrzebna nam jak ofiara Twojego Syna. Wiem, że Ignacy ciągle jest przy nas, bo przecież „nieobecni zawsze są najbliżej”. Mam nadzieję, że teraz Tobie będzie wiernie służył w niebie. Proszę Cię, pozwól mu odpocząć po ciężkiej służbie tu na ziemi, a nam dodaj sił do walki z okupantem i pozwól wywalczyć wolność.

Kocham Cię, Basia.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.


Patriotyczna Droga Krzyżowa przygotowana została przez krakowską wspólnotę Ruchu Światło-Życie przy Bazylice św. Franciszka z Asyżu w Krakowie.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Nie bój się żyć

Ojciec Joachim Badeni. Miłośnik pięknych kobiet, uwiedziony przez Boga. Żołnierz i zakonnik całkowicie oddany ludziom. Miłośnik Biblii i Tolkiena, ale też mistyk, który uzdrawiał przez telefon. 11 marca 2015 roku mija piąta rocznica jego odejścia

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Świadectwa


Sylwia Sajuszkiewicz, pielęgniarka opiekująca się ojcem Joachimem


Nie po raz pierwszy opiekowałam się umierającym dominikaninem. Wcześniej zajmowałam się ojcem Feliksem Bednarskim i wtedy właśnie poznałam ojca Joachima Badeniego. Założyliśmy nawet „klub październikowy”, bo wszyscy urodziliśmy się w tym miesiącu.

Badeni i Bednarski to były dwie różne osobowości. Pamiętam, jak się kiedyś przy nich uśmiałam. Byliśmy we troje w celi; ojciec Feliks odczytał intencje modlitewne, które ktoś mu przekazał. Badeni zaproponował: No to pomódlmy się teraz w ciszy. Bednarski się zgodził, po czym zaczął odmawiać na głos Zdrowaś, Mario.

Po śmierci ojca Feliksa, w 2006 roku spotkałam ojca Joachima kilka razy w klasztornych krużgankach, ale nie rozmawialiśmy. W styczniu 2010 roku bracia zadzwonili do mnie i zapytali, co mają robić, bo ojciec Badeni upadł w celi i odniósł kontuzję. Na podstawie ich relacji stwierdziłam, że prawdopodobnie nastąpiło złamanie szyjki kości udowej i trzeba wezwać pogotowie. W szpitalu potwierdzono moje przypuszczenia, ale okazało się też, że złamanie było wtórne, ponieważ ojciec Joachim przewrócił się z powodu zasłabnięcia. Miał niewydolność serca. (…)

Dominikanie poprosili, żebym doglądała ojca i się nim opiekowała, więc przychodziłam najpierw do szpitala, potem do celi klasztornej. Ta opieka była opatrznościowa: od grudnia sama chorowałam, w styczniu próbowałam wrócić do pełnego wymiaru pracy, ale wystąpiły powikłania pogrypowe i było to niemożliwe – dzięki temu mogłam spędzić czas przy Badenim. W szpitalu odwiedzałam ojca Joachima razem z dominikanami. Niestety, doszło już do pierwszych odleżyn i w okolicy kości lędźwiowo-krzyżowej utworzyła się bardzo głęboka rana ze zmianami martwiczymi. Kiedy lekarze pozwolili współbraciom zabrać ojca Joachima do klasztoru, sprowadzono do jego celi specjalne łóżko rehabilitacyjne. Bracia pełnili całodobowe dyżury, a mnie poproszono, żebym kierowała opieką nad pacjentem. Ściągnęliśmy też do klasztoru chirurga, który oczyścił ranę. Opieka nad ojcem Joachimem była naprawdę trudna: obracając pacjenta, trzeba było bardzo uważać, żeby nie przesunęła się złamana kość biodrowa. Wiele czerpałam z doświadczeń w klinice neurologii, gdzie pracuję – tam ustalamy stałe godziny zmiany opatrunków i ułożenia pacjenta. Potrzebna była ogromna sprawność i wytrzymałość braci. A oni przychodzili stale, czuwali, pomagali, karmili ojca Joachima, żartowali i modlili się. (…).

Nie bój się żyć

Pamiętam, że ojciec Joachim wrócił ze szpitala we wspomnienie Marty Robin, czyli 6 lutego. Myślę, że był wtedy szczęśliwy – chory zawsze czuje się lepiej we własnym domu. W klasztorze był spokojniejszy (…). Jednak w Środę Popielcową pobudzenie wróciło. Wiem, że nie miało podłoża farmakologicznego. Nasiliło się u ojca Joachima cierpienie fizyczne, ale też duchowe. Zwołał wszystkich braci. Widać było u niego wewnętrzne poruszenie, które daje niesamowitą siłę. Nie wiem, czy to była siła w sensie pozytywnym, ale tylko tamtego dnia chciał siedzieć – mimo przeciwwskazań lekarskich – i siedział, co nie jest zwyczajne przy złamaniu i tak głębokiej ranie. Nie wiem, jak uzasadnić to zachowanie, na pewno nie zostało wywołane przez środki przeciwbólowe, bo ojciec Badeni relacjonował, co się działo… Prosił o modlitwę…

Nie wiem, w jaki sposób udało mu się zwołać wszystkich braci, ale kiedy weszłam do celi, byli przy nim. Przyszedł też przeor ojciec Adam Sulikowski oraz prowincjał Krzysztof Popławski (trwała właśnie kapituła prowincjalna i wybierano nowych przełożonych). Poproszono mnie o obecność, ponieważ ojciec Joachim chciał, żebym tej nocy została w klasztorze. Wyraziłam ogromne zdziwienie, bo wcześniej – mimo iż długo opiekowałam się ojcem Feliksem – zawsze na noc wracałam do domu. Odpowiedziałam, że nie wiem, czy to jest możliwe. Na co ojciec Joachim, zupełnie świadomy tego, co się dzieje, wiedząc, ilu braci jest w celi, powiedział: Trzeba to z nimi wytargować. Bardzo mnie rozbawił tym stwierdzeniem, no i faktycznie, wyszliśmy z ojcem Krzysztofem na rozmowę. On, wiedząc, że sama nie jestem jeszcze w pełni zdrowa, zapytał, jak się czuję i co myślę na temat nocnego dyżuru. Rozsądek podpowiadał mi, że powinnam wrócić do domu i nie godzić się na całodobową opiekę, ale czułam też przekonanie, że skoro ojciec Joachim prosi, to w tym jest coś więcej. Zdecydowałam się zostać. I rzeczywiście, u ojca Badeniego nastąpiło wtedy ogromne nasilenie bólu fizycznego, które minęło dopiero po północy.

Ojciec wreszcie zasnął spokojny. Obudził się o trzeciej. Był do mnie odwrócony tyłem; siedziałam na krześle. Niespodziewanie zawołał: Sylwia?… Czy u ciebie wszystko w porządku? Przeszły mnie dreszcze. Zastanawiałam się, jak on w chorobie i wycieńczeniu potrafił jeszcze myśleć o kimś innym… Tamtego dnia cierpiał i prosił wszystkich o modlitwę. Kiedy stałam przy jego łóżku, powiedział, że dominikanie mają zdać się na mnie, a ja na Ducha Świętego. To był moment, kiedy stałam i zastanawiałam się, czy wszystko, co się dzieje, jest związane z okresem liturgicznym, czy z tym, że on właśnie tego dnia umrze. Gdy chciał rozmawiać z przełożonymi, pomyślałam, że się żegna…  A bracia przychodzili przez cały Popielec – pielgrzymki trwały do późnych godzin wieczornych.

To, co wyniosłam z celi ojca Joachima, to umiłowanie ciszy. Znałam go krótko, ale wiem, że był wrażliwy na ciszę. Na początku moich wizyt powiedział raz: Sylwia, broń mnie. W pierwszej chwili nie wiedziałam, o czym mówi, ale po chwili zrozumiałam, że chodzi mu o modlitwę. Rozumieliśmy się bez konieczności prowadzenia długich rozmów. On powiedział, ja przyjęłam to do wiadomości. Przez cały czas czułam, że w tej celi i w tej sytuacji jest wielka tajemnica, w którą jestem w pewnym sensie włączona, choć do końca jej nie rozumiałam. Miałam natomiast świadomość, że uczestniczę w sposób pośredni w czymś tajemniczym, czego jeszcze dzisiaj nie potrafię dobrze zwerbalizować…

Zdjęcie pochodzi z książki

Ciekawe było to, że tam czas się rozpływał. Jestem raczej osobą aktywną, żyję w ciągłym ruchu, stale coś załatwiam – nie potrafię inaczej, bo taka jestem i tego wymaga moja praca w pogotowiu i klinice. Lubię działać, kontrolować czas, przebywać w dużych przestrzeniach, a tam byłam zamknięta w małej celi, nie miałam zegarka i wszystko było wyznaczone porami posiłków, mszy, nieszporów. Uczestniczyłam w życiu klasztornym i w ogóle mi się nie dłużyło, choć  choroba ojca Joachima trwała kilka tygodni. Dla mnie samej to było zastanawiające, jak mogę funkcjonować w takich warunkach.

Najważniejsza była właśnie cisza. Zawsze po wykonaniu czynności pielęgnacyjnych miałam pełne przekonanie, że nie chodzi o to, żebym zamęczała teraz ojca Joachima pytaniami czy przedstawiała mu jakieś swoje sprawy, problemy, ale żebym mu zapewniła spokój. Miałam zupełną jasność, że to jest czas, kiedy mam się modlić. Mimo że zawsze miałam problem z modlitwą różańcową, tam ją odmawiałam – na miarę własnych możliwości; czytałam Pismo Święte i modliłam się Koronką do Bożego Miłosierdzia. Wokół takich czynności wszystko się kręciło. Był jednak moment, gdy postanowiłam nadrobić zaległości prasowe – nie będę wchodzić w szczegóły, co czytałam, ale zaczęły się dziać rzeczy, które mnie przestraszyły. Potrząsnęło mną tak, że znowu zaczęłam się modlić… i wszystko puściło.

Nie wiem, jak ojciec Joachim się modlił; nigdy nie słyszałam, żeby używał takich form, z jakich my korzystamy. Dla mnie on był cały zatopiony w Bogu. Trudno o tym opowiedzieć, bo jego nieustanną modlitwę bardziej się czuło, niż słyszało… Myślę, że modlitewne formuły nie były mu już potrzebne.

To może zabrzmieć dziwnie, ale wydaje mi się, że Pan Bóg to nie koronka czy różaniec. Ojciec Joachim miał zupełnie inną relację z Bogiem. Takie jest przynajmniej moje subiektywne odczucie, trudne do przekazania. Nie umiem tego opisać, po prostu byłam przekonana, że jego relacja z Bogiem przebiega na wyższym poziomie.

Nam były i są potrzebne formy, on potrzebował tylko Eucharystii. Odprawiano ją w jego celi codziennie, ale ja brałam w niej udział tylko dwa razy: w dniu wspomnienia świętego Kazimierza i w tej ostatniej. Ojciec Joachim świadomie uczestniczył we mszy. Choć milczał, nie powtarzał słów za kapłanem, to wiedział, co się dzieje, i wyrażał to gestami liturgicznymi. Myślę, że mógł nie słyszeć słów celebransa, ponieważ nie podawaliśmy mu już aparatu słuchowego, nie obserwował też naszych zachowań; miał zamknięte oczy, ale wiedział, kiedy następuje konsekracja, i zawsze podnosił wtedy rękę. To było niesamowite… Wszystko, co się działo w tej celi, przechodziło moje pojęcie…


Zobaczcie pełną rozmowę w wersji video


Brat Andrzej Pastuła, infirmariusz, opiekował się ojcem Joachimem przez cały okres choroby, koordynował wizyty osób świeckich


Odejście ojca Joachima to świadectwo, które pokazuje, że miał on kontakt z Panem Jezusem. Przykładem, który jest niejako pieczęcią, są ostatnie godziny jego życia. Widzieliśmy z panią Sylwią, że coś się dzieje, że moment odejścia może nastąpić już wkrótce. Ojciec Joachim tracił mowę, ale zauważyliśmy, że stara się nam coś przekazać, a jednocześnie denerwuje się, że nie potrafi. Zapytaliśmy więc: Co nam ojciec chce powiedzieć? I usłyszeliśmy tylko: Dzi… dzi… dzi… Słowa były przerywane. Poprosiliśmy, by mówił bardzo powoli. To trwało chyba około czterdziestu minut. Po jednym słowie odkrywaliśmy, co nam przekazuje. Najpierw powiedział: Dzisiaj… A potem, po licznych naszych pytaniach, próbach podpowiedzi, zrozumieliśmy, że mówił, iż nastąpią zaślubiny z Chrystusem. Wszystko przygotowane – powiedział. Takie było jego ostatnie zdanie.

Ojciec Joachim chciał, żebyśmy potwierdzili, że dokładnie wszystko zrozumieliśmy. Powtórzyliśmy jego słowa i wiedzieliśmy, że to prawda, że to wszystko nastąpi. Wiedzieliśmy również, iż coś się jeszcze musi stać. Nie pamiętam już kto, ale ktoś z nas zapytał ojca Badeniego, czy chce, by odprawiono mszę świętą. On kiwnął głową na potwierdzenie. To było przed południem, ale nie pamiętam dokładnego czasu. Pobiegliśmy do ojca Jana Andrzeja Kłoczowskiego z prośbą, żeby wyznaczył kogoś do odprawienia tej mszy.

Najbardziej przekonujące w tym świadectwie życia i umierania ojca Badeniego było to, że nie powiedział już później nic więcej. To były ostatnie jego słowa. Potem były już tylko gesty podczas Eucharystii. Nie wiem nawet, kto był jeszcze w celi, tak mocno skoncentrowałem się na ojcu Joachimie. Pamiętam, że postanowiłem szeptać mu do ucha, jaka część liturgii się odbywa, żeby miał orientację. I mówię cicho: Ojcze, Ofiarowanie. On miał dłonie położone bezwładnie na kołdrze i ku naszemu zdumieniu w chwili konsekracji podniósł rękę. Wiedzieliśmy, że on też konsekruje Ciało i Krew Chrystusa. Staliśmy i zastanawialiśmy się, skąd ma tę siłę…

Nie było tak, że on chciał grać świętością; podczas ostatniej Eucharystii jego ręka sama uniosła się do góry.



„Dzisiaj będą zaślubiny”

Judyta Syrek, fragment ostatniego rozdziału z biografii


17 lutego 2010 roku, Środa Popielcowa. Od rana ojciec Joachim jest niespokojny – to początek trudnej walki z diabłem, oczyszczanie duszy starego zakonnika, który dla jednych był kontrowersyjny, nieopanowany, zbyt gwałtowny, dla drugich – fascynujący, barwny, autentyczny i mądry. Ojciec Badeni bał się zostać sam w celi – diabeł lubił wykorzystywać jego samotność. Zwoływał więc braci i prosił, żeby pomogli mu się modlić. Dominikanin Paweł Pawlikowski zawsze miał duże nabożeństwo do Matki Bożej, ale Jej siłę poczuł dopiero w tej celi. Czuwał przy ojcu Joachimie najwięcej.

18 lutego, drugi dzień Wielkiego Postu. Za oknem sporo śniegu, mróz i malowniczy krajobraz. Stary kasztanowiec, na którym ojciec Joachim przez ostatnie lata „przywieszał” problemy i choroby ludzi, swoją dostojnością przykuwa spojrzenia wchodzących do celi osób. Przez kilka ostatnich zim ojciec, siedząc w wygodnym fotelu, wpatrywał się w to drzewo, modlił i czekał na wiosnę. Brat Andrzej Pastuła, infirmariusz, nieraz też się z nim wpatrywał i słuchał opowieści o tym, jak Bóg prostuje ludzkie problemy. „Żaden problem nie jest martwy” – powtarzał Badeni. Kiedyś zapytał Pastułę: „Widzisz tę gałąź zaplątaną?”. „No, widzę, ojcze”. „Ona się wyprostuje” – powiedział spokojnym, pewnym siebie głosem. „A widzisz tamtą, co ma dużo rozrostów? To nawarstwienie problemów…” Czyich? Nigdy nie dopowiadał szczegółów. W ten sposób próbował ukonkretnić sobie intencje ludzi, którzy dzwonili do niego codziennie, przez wiele lat, i prosili o modlitwę. Po kilku dniach choroby, przykuty do łóżka, ojciec Joachim sam poprosił, żeby ustawić go twarzą do okna…

10 marca. Rano ojciec Joachim wiedział już, że przyjdzie śmierć: „Dziś wieczorem… wszystko przygotowane… Dziś wieczorem będą zaślubiny” – powtarzał do tych, którzy opiekowali się nim od paru tygodni. Początkowo nie mogli zrozumieć, o czym do nich mówi. Próbowali pisać dużymi literami jego słowa na kartce, pokazywali mu i pytali, czy dobrze słyszeli. Stojąca obok łóżka pielęgniarka Sylwia przeczuwała, że zaczyna się dziać coś, co przechodzi jej ludzkie pojęcie. Choć nigdy wcześniej nie wydawała takich poleceń, tym razem powiedziała do braci dominikanów, że muszą się zacząć modlić i zapewnić ojcu Joachimowi spokój. Czuła, że on potrzebuje już tylko ciszy i modlitwy…

Nie bój się żyć

11 marca, godzina pierwsza szesnaście. W celi ojca Joachima zagościł głęboki spokój, skończyła się walka, skończyło się cierpienie. Piętnaście minut wcześniej wyszedł stamtąd młody dominikanin ojciec Tomasz Franc. Przez lata zachodził tam posprzątać, pożartować, porozmawiać. Ten ostatni raz przyszedł potrzymać ojca Joachima za rękę i pogłaskać po głowie – skończyły się słowa, zostały gesty. Chwilę po nim do celi weszła pielęgniarka Sylwia. (…) Tego ostatniego dnia modliła się, żeby nie było jej dane widzieć tej śmierci. I nie było. Śmierć przyszła tuż przed jej powrotem do celi.

Kazimierz Joachim Badeni, dominikanin, zmarł w wieku dziewięćdziesięciu ośmiu lat, po krótkiej, ale ciężkiej chorobie. Po raz pierwszy w historii krakowskiego konwentu umierającemu zakonnikowi towarzyszyli świeccy – przyjaciele, wychowankowie. W zakonie spędził sześćdziesiąt sześć lat. Uważany był za mistyka – jednak nie przez wszystkich. Dominikanie w krakowskim klasztorze po śmierci ojca Joachima napisali, że zmarł w opinii świętości, ale są wśród nich tacy, którzy się z tym nie zgadzają. Pan Bóg oceni, czy był święty – powtarza jeden ze współbraci. Pan Bóg już chyba ocenił? – pytam w rozmowie telefonicznej. Dominikanin nie chce udzielić wywiadu. Niech sobie ludzie budują obraz, że był święty. Nie będę go burzył – rzuca do słuchawki.

Obraz, który zaczęli budować ludzie, ma dwa kolory: czarny i biały.


Książka "Nie bój się żyć. Biografia Ojca Joachima Badeniego" autorstwa Judyty Syrek ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

Potomek rycerza spod Grunwaldu i szwedzkiego pirata, oczko w głowie matki – Kazio Badeni. Był temperamentnym dzieckiem, guwernantki miały z nim wiele kłopotów. Podczas studiów w Krakowie, jak na arystokratę przystało, miał pieniądze, własny apartament, lokaja i samochód. A w tańcu uwodził niczym Fred Astaire.

Żył beztrosko i towarzysko. Aż do pewnego czerwcowego wieczoru, kiedy to poczuł na plecach łagodny dotyk. Pod jego wpływem zamiast do klubu nocnego, poszedł do kościoła. Kilka lat później wstąpił do dominikanów.



Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >