7 racji, dla których odstawiamy Kościół na bok

Gdyby zebrać wszystkie głupstwa, fakty, statystyki i opinie na temat polskiego Kościoła, wyszłaby absurdalna mieszanka, niemająca logicznej spójności (nawet gdybyśmy pominęli głupstwa). Nie moją rolą jest zgłębianie socjo czy psychologicznych powodów odejść czy raczej zaniechania chodzenia – bo o to chodzi w większości przypadków – do kościoła.

Wojciech
Werhun SJ
zobacz artykuly tego autora >

Siedem racji, dla których część ludzi wybiera to drugie „DO” formułuję na podstawie licznych rozmów z ludźmi wierzącymi i nie tylko. Jeżeli spytasz kogoś: „dlaczego odstawiłeś Kościół na bok?”, prawdopodobnie uzyskasz odpowiedź, która łatwo zmieści się w jednej z tych siedmiu kategorii.

7 racji, dla których odstawiamy Kościół na bok

Racja 1

Quasi pasterze

Najczęściej podawaną racją jest jakość naszych pasterzy – czyli księży. Długie, nudne i niezrozumiałe kazania, których musimy słuchać. Spotykamy księży aroganckich, lekceważących nas, trzymających nieludzki dystans, sztywnych, nieżyciowych, wścibskich, nie potrafiących po ludzku porozmawiać z drugim człowiekiem. Czasem postrzegamy ich jako egoistycznych i chamskich. Czujemy się przez nich osądzani, ganieni i obwiniani. Jakby tego było mało, mamy wrażenie, że czują się kimś większym od nas. Kimś, kto ma monopol na prawdę i władzę w parafii. Czujemy się traktowani jak „intelektualne karzełki”. To wszystko składa się w wielką wewnętrzną torturę, gdy zmuszamy się do słuchania i posłuszeństwa podczas gdy wszystko w nas krzyczy, że to jedna wielka hipokryzja!

Jeżeli wydaje ci się to znajome i przeżywasz czasem taką torturę – to dobrze. To znaczy, że myślisz.

Powiedzmy sobie wprost: my – jako wierni – potrzebujemy na miły Bóg! „prowadzenia na drogach wiary” – jak to się ładnie mówi na kazaniu. Potrzebujemy wskazówek, jakiegoś zrozumienia, odniesienia do życia. Czegoś co by pomogło nam żyć z Panem Jezusem w naszych konkretnych warunkach. Jeżeli nie dostaniemy tego w czasie kazania – to kiedy? Gdzie? Po drugie potrzebujemy przykładów życia chrześcijańskiego, życia miłością. Bardzo potrzebujemy takich przykładów. Mamy nadzieję znaleźć je u księży, a sytuacja wygląda często tak, jak wygląda. Potrzebujemy również kogoś, kto nas zrozumie, kto nam wytłumaczy, kto nam wskaże kierunek czy pocieszy, kiedy jesteśmy na zakręcie. Jesteśmy wtedy szczególnie delikatni, niezdolni do przyjęcia kolejnego uderzenia pseudo bożego gniewu.

I co z tym wszystkim począć? Dzięki Bogu jest dobra nowina (zawsze jakaś jest). Po pierwsze – ksiądz jest człowiekiem. A to znaczy, że tak samo jak wszyscy inni nie zawsze radzi sobie ze swoim życiem. Ty też, drogi czytelniku, czyż nie? Żyjemy w „czasach eleganckich”, gdzie tylko fajne się akceptuje, a wszystko co słabe i wybrakowane się rozdmuchuje, miesza z błotem i w końcu wyrzuca do śmieci wraz z ostatnim numerem jakiegoś brukowca. Tak robimy z innymi, tak robimy też z sobą. Jak mówił Pan Jezus – kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. Czy twoje powołanie jako ojca, matki, dziecka czy powołanie zawodowe wypełniasz bardziej wiernie niż twój proboszcz? To takie odwrócenie dla zmiany perspektywy, nie żeby odwracać kota ogonem. Ale przecież wspomniałem coś o dobrej nowinie.

Potrzebujemy prowadzenia, przykładów i towarzyszenia. Może twoim nieszczęściem jest to, że od dziecka nie spotkałeś tzw. „fajnego księdza” i wydaje ci się, że tak jest wszędzie.

Uwaga: tak nie jest wszędzie. Jest mnóstwo wiernych kapłanów, mądrych, bardzo oddanych Panu Bogu. Tylko… musisz takiego poszukać!

Jeśli masz słabego nauczyciela angielskiego, zmieniasz go na lepszego. Może w sąsiedniej parafii, może w centrum miasta, może w jakimś zakonnym kościele znajdziesz, kogo szukasz. Są tacy kapłani. Jeżeli potrzebujesz prawdziwego księdza, który by cię poprowadził, zainspirował i wsparł – czemu nie inwestować w to coniedzielnej rodzinnej wycieczki? Druga dobra nowina przychodzi wraz z Internetem. Jak się dobrze rozejrzeć, w sieci aż kipi od inspirujących kazań, konferencji, filmików z modlitwami, itd. Potrzebujesz prowadzenia, przykładu i wsparcia w wierze? To wszystko masz w zasięgu ręki!

7 racji, dla których odstawiamy Kościół na bok

Racja 2

Boże coś Polskę

Wchodzimy do kościoła i widzimy ludzi, którzy przyszli poplotkować, pokazać się proboszczowi, albo „odsiedzieć wyrok”. Patrzymy po twarzach, na których maluje się bezrefleksyjność, może cierpienie, które może kiedyś wypuści pączki pod tytułem: „co ja tu robię?”. Organista rozchwianym głosem próbuje wstrzelić się w melodię „Wesel się Nieba Królowo”, która w jego wykonaniu przypomina raczej marsz pogrzebowy. W kulminacyjnym momencie proboszcz odczytuje list pasterski, w którym biskupi nawołują, że „trzeba nam się radować”. Na dodatek czujemy się pod presją nieformalnego lobby starszych pań, które jak trzeba, krzyczą głośniej od księdza i traktują nas jak ludzi drugiej kategorii. O co chodzi?! Trudno oprzeć się wrażeniu, że ci ludzie żyją w jakimś zakłamaniu.

Odpycha nas pusta i bezmyślna schematyczność. Męczy nas „staroświeckość”, ciasne myślenie i dziwne tradycje, których nie rozumiemy. Myślę, że wszyscy chcemy przeżyć coś fajnego w kościele, chcemy czuć, że to jest żywe i nas obchodzi. Żeby miało to sens i coś wnosiło do naszego życia. Chcielibyśmy spotkać w kościele bliskich nam ludzi, życzliwych pracowników, zaangażowanych parafian, którzy budują razem „po prostu ludzką” wspólnotę parafialną. Zależy nam na tym, żebyśmy po Mszy czy innym nabożeństwie wrócili naprawdę „ubogaceni” – jak to się często mówi, cokolwiek by to miało znaczyć. Chcemy, żeby radość paschalna naprawdę „stała się NASZYM udziałem” a nie tylko udziałem jednego akapitu listu pasterskiego.

Jaka jest dobra nowina tutaj? Nie różni się wiele od poprzedniego punktu. Kościół dwoi się i troi w prowadzeniu najróżniejszych współczesnych dzieł i spotkań katolickich. Koncerty naprawdę dobrych zespołów chrześcijańskich (od metalu, reggae, przez rap aż po gospel); spotkania modlitewne, na których można naprawdę doświadczyć Boga; wspólnoty szczerze modlące się razem i pełne ludzi znających się, przyjaźniących i wspierających; kursy, sesje, warsztaty dotykające niemal każdego tematu z dziedziny życia duchowego, psychologii, itd. Jest nowe pokolenie chrześcijan, które nie tylko pragnie, ale i  ożywia Kościół. Jeżeli drażni cię, drogi czytelniku, obraz Polskiego Kościoła, to znaczy że nie miałeś do tej pory szczęścia spotkać takich ludzi. Może więc warto się rozejrzeć i zaryzykować wycieczkę tu i tam? To również znaczy, że zaliczasz się do grona tych, którzy mogą odmienić oblicze Kościoła. Możesz. Ale możesz się też sfrustrować i rzucić to wszystko…

7 racji, dla których odstawiamy Kościół na bok

Racja trzecia

Sprawy Płciowe

Ostatnio jeden z najbardziej gorących tematów. Mamy wrażenie, że Kościół trzyma się kurczowo pewnych zasad, które są przeciw szczęściu człowieka. W dodatku nie rozumiemy na jakiej podstawie mielibyśmy te zasady w ogóle akceptować. Nie chcemy się zgodzić, że seks przedmałżeński, mieszkanie ze sobą przed ślubem czy antykoncepcja są czymś złym. Buntujemy się, gdy słyszymy, że związki niesakramentalne lub ludzie po rozwodzie nie mogą w pełni uczestniczyć we wspólnocie Kościoła (tzn. osoby w nich pozostające nie mogą przyjmować Komunii św.). Nie rozumiemy dlaczego osoby homoseksualne nie mogą zawierać małżeństw według swoich upodobań. Boli  surowe traktowanie kobiet, które chcą usunąć dziecko. Wydaje nam się niesłuszne potępienie metody in vitro. Do tego dochodzą tematy celibatu, święcenia kobiet, ponownego zawierania związków małżeńskich, itd.

Bardzo fajnie, że zależy nam na dobru i szczęściu innych i te wszystkie troski pewnie z tego wynikają. Problemy te pojawiają się nie tylko w Kościele, ale w ogóle w świecie. Nagły skok w rozwoju medycyny i technologii otworzył mnóstwo możliwości. Cały świat dywaguje na temat współczesnej etyki – odpowiedzi nigdy nie są jednoznaczne. Ale dlaczego nam się wydaje, że kierunek jest jasny i trzeba na wszystko pozwolić, a to „staroświecki” Kościół żyje w innym świecie?

Myślenie na zasadzie „wszystko co nowe jest lepsze” jest śmiesznie proste i bezrefleksyjne. Myślę, że przede wszystkim musimy wrócić do fundamentu. Porządnie zastanowić nad tym, o co tak na prawdę chodzi i co jest najlepsze. Naprawdę „porządnie”. Nie na podstawie gorących dyskusji w internecie, ale jakichś sesji, konferencji, spotkań, itd. Znowu – dużo jest propozycji z tej dziedziny, wystarczy się rozejrzeć. Zechcieć pójść głębiej, nie ślizgać po powierzchni.

7 racji, dla których odstawiamy Kościół na bok

Racja czwarta

Łaska na kartki

Żeby ochrzcić dziecko trzeba przeprowadzić swoich bliskich przez jakiś proces spotkań, rytuałów i zebrać ileś podpisów. Podobnie ze ślubem, choć wtedy więcej nerwów. Ale prawdziwa jazda zaczyna się przy Pierwszej Komunii a tym bardziej przy Bierzmowaniu. Trzy lata kursu, egzamin jak do prawa jazdy (no bo z reguły pytania i odpowiedzi są wcześniej podane), kilka wierszy do wyrecytowania. Do tego kolekcjonowanie podpisów różnych księży z diecezji w ramach akcji „odwiedzamy kościół na różne okazje.” Pieczątka za spowiedź, kolekcja pierwszych piątków, dwunasty odpust zupełny za babcię (tak na wszelki wypadek), karteczki, obrazki, itd., itp. Za pogrzeb stówka, bo za pięć dyszek to może pomyli drzwi i nie trafi do Nieba. Jak karnet na opłatek w kościele się przeterminował, to trzeba go jeszcze raz podbić w konfesjonale. Jedna, wielka, przenajświętsza biurokracja.

Nasze życie jest mocno przeładowane sprawami urzędowymi. Może nawet chcielibyśmy żyć w Kościele i żeby zależało nam na wierze. Ale kiedy nakładają na nas różne wymagania i warunki, „robią nam problemy” i wykorzystują swoją władzę, żeby nas zmusić do chodzenia do kościoła – serdecznie nam się wszystkiego odechciewa. Kościelna biurokracja jest zmorą zarówno ludzi zaangażowanych w Kościele jak i tych, którzy tylko korzystają z różnych jego „usług” (tj. ślub, pogrzeb, itd.).

Wszyscy gdzieś tam czujemy, że biurokracja zabija ducha. Że liczy się człowiek a nie prawo. I słusznie.

Chciałem jednak wskazać dwa inne punkty spojrzenia na tę sprawę. Po pierwsze ta cała biurokracja wyrosła z czegoś, co było w historii Kościoła bardzo ważne. Na przykład misją kapłana jest pomoc duchowa dla ludzi, którymi się opiekuje. Ma ich pocieszać, wspierać, pomagać odnaleźć Boga w trudnych sytuacjach, pojednać z Bogiem i bliskimi, itd. Jeżeli ktoś autentycznie jest pochłonięty taką misją – nie ma czasu ani sił na dodatkową pracę, z której mógłby się utrzymać. A taka misja dochodów żadnych nie przynosi. Dlatego wspólnota ludzi sama utrzymywała swojego kapłana, jego dom, kościół, itd. Przy dzisiejszej liczebności parafian taki mechanizm jest możliwy tylko przy pomocy biurokracji.

Nie czujemy się odpowiedzialni za Kościół i nie zależy nam tak bardzo na nim. Wewnątrz wspólnoty parafialnej panuje duża anonimowość.

Nie czujemy się związani z księdzem. Po co go utrzymywać? Podobnie jest z kursami. Pierwotna zasada jest prosta: Komunia święta, bierzmowanie, ślub – to kolejne etapy wtajemniczenia w życie chrześcijańskie. Jak można w nie wejść bez przygotowania? Skąd ksiądz ma wiedzieć, jakie życie duchowe prowadzą ludzie, którzy proszą o przyjęcie tych sakramentów? Jedynym narzędziem, które pomaga to zweryfikować, jest biurokracja. To przykre. Ale w takim świecie żyjemy. Kiedyś czyn miłosierdzia polegał na przyjęciu chorego, bezdomnego i nakarmieniu go. Dziś to jest przelanie kilku cyfr z konta na konto, bez jakiejkolwiek świadomości pomocy komukolwiek. Wszyscy jesteśmy sobie anonimowi. Tylko nasze papiery mówią coś o nas. A co mówią to inna sprawa – sami wiemy jak to wygląda na maturze.

Nie dajmy się zniechęcić biurokracji ale sami czujmy się odpowiedzialni za to, żeby nasz Kościół wyglądał inaczej. Zastanówmy się jak wprowadzić pierwotne idee chrześcijańskie we współczesne realia.

7 racji, dla których odstawiamy Kościół na bok

Racja piąta

Tajemne praktyki Mnichów

Liturgia, nabożeństwa, Sakramenty, katechezy – o co, po co i dlaczego? Wielu z nas te wszystkie nazwy nie tylko się mieszają, ale i nie widzimy sensu praktyk, jakie za nimi się kryją. Msza jest nudna. Piątkowy post to takie coś, co zwykle się odzywa po tym, jak już zamówimy kebaba. Chrzest to okazja, żeby cała rodzinka i znajomi zobaczyli, jakie śliczne jest nasze dziecko. Ślub kościelny to taki piękny „nasz start”, najlepiej w barokowym wnętrzu.  Spowiedź to chwila upokorzenia i gwałtu psychicznego, którą trzeba po prostu przetrwać, żeby móc potem przyjąć biały wafelek. Problem pojawia się, bo te praktyki nas dużo kosztują, a nie wiemy w ogóle po co ktoś każe nam robić dziwne, nudne i męczące rzeczy, których sensu nie widzimy.

I znowu nasz bunt pojawia się jak najbardziej słusznie. Napotykamy na pewną trudność, bo wchodzimy w pewne propozycje, których po prostu nie rozumiemy, i do których nikt nas nigdy nie wprowadził. A jeżeli nawet wprowadzał to w taki sposób, jaki już dyskutowaliśmy przy pierwszej racji. Myślę, że mamy trudność z połączeniem naszego wewnętrznego przeżywania relacji z Bogiem z zewnętrznymi formami wyrażania wiary, proponowanymi przez Kościół. Mogę czuć żal za grzechy i potrzebę przebaczenia, ale nie potrafię się z tym odnaleźć w sakramencie pokuty.

Mogę czuć, że Bóg jest dla mnie ważny, ale nie potrafię tego połączyć z coniedzielną Eucharystią. Mogę współczuć Chrystusowi, który umarł na krzyżu – ale co to ma wspólnego z mięsem w piątek?

Oczywiście możesz to wszystko przekreślić i wyrzucić przez okno. To jest jedna z opcji. Łatwo coś zakwestionować, zwłaszcza wtedy, gdy nie potrafimy tego ogarnąć. Ale czemu nie spróbować trochę się wysilić, poszukać i zastanowić na czym to wszystko polega? Jak ma mi to pomóc w wyrażaniu mojej wiary? W jaki sposób to wszystko przeżywać? Dlaczego taka a nie inna forma jest przyjęta? Przecież gros ludzi z tego korzysta i, co najlepsze, okazuje się, że pomaga im to w bardzo głębokim przeżywaniu swojej wiary. Ba! Pomaga im w stawaniu się lepszymi ludźmi, kochać bardziej i budować prawdziwie szczęśliwe życie.

7 racji, dla których odstawiamy Kościół na bok

Racja szósta

Pieniądze i władza

Wkurza nas, że księża są zamieszani w politykę i że kładą duży nacisk na kasę. Politycy, którzy utożsamiają swoje poglądy z Kościołem katolickim, księża, którzy na swoich kazaniach wałkują w kółko te same polityczne tematy, o których słyszymy na co dzień we wszystkich mediach. Nie chcemy tego słuchać w kościele, nie po to tu przychodzimy.

Dalej, drażni nas ksiądz, który ma dużo w portfelu. Mamy wrażenie, że „im” zależy tylko na forsie i każde ich działanie (pogrzeb, kazanko, święcenie jajek) zmierza do jednego: dać więcej na tacę, do skarbony lub jakiegoś innego nośnika gotówki. Mamy wrażenie, że finanse Kościoła to jakaś tajemnicza, zagmatwana i niejasna sfera.

Po raz kolejny – mamy rację. Wiara to rzecz relacji mojej, mojej rodziny, mojej wspólnoty do Pana Boga. Wiara jest i musi być poza opcjami politycznymi, subkulturami, klubami piłkarskimi i różnymi innymi preferencjami. Chrześcijaństwo ma jednoczyć, uczyć kochać i szanować. Wszyscy doskonale to czujemy, bo tak się wychowaliśmy. Podobnie z finansami. Chcemy, żeby Kościół był dla nas przykładem i kierunkowskazem w życiu moralnym. Chcemy, żeby był strukturą przejrzystą finansowo, sprawiedliwą, charytatywną, której członkowie potrafią dzielić się tym, co mają z innymi, szczególnie z ubogimi.

Nic dziwnego, że boli nas każdy skandal w tej dziedzinie.

Ale co z tym zrobić? Po pierwsze sami wiemy, że nie to jest najważniejsze w wierze. Dlaczego więc i my tak bardzo się na tym skupiamy? Te sprawy i tak są w świetle reflektorów, dużo się o nich słyszy, ale to nie znaczy, że cały Kościół żyje tylko tymi tematami. Znowu, podobnie jak w poprzednich punktach: masz możliwość żyć innymi treściami Kościoła, doświadczyć innej wspólnoty ludzi, spotkać innego kapłana – takiego, który nie żyje polityką a Słowem Bożym, który nie szuka kasy, ale służy bezinteresownie dając wszystko, co ma. Po raz kolejny – to jest w zasięgu reki. Chcesz poznać prawdziwy, duchowy Kościół czy wolisz z tego zrezygnować, dając się zniechęcić?

7 racji, dla których odstawiamy Kościół na bok

Racja siódma

Wielki Brat słucha

Już wspominałem wcześniej o spowiedzi w ramach tajemnych praktyk, ale myślę, że temat jest na tyle ważny, że warto się mu jeszcze przyjrzeć. Spowiedź czyli chwila gwałtu i kolejna konieczna formalność przed świętami, ślubem czy innymi miłymi wydarzeniami. W dodatku wielkie koło fortuny. Zbliżasz się do pudełka i nie wiesz co się stanie. Może wyskoczy smok i zmiesza cię z błotem, może jakiś śpioch, który zignoruje wszystkie twoje problemy. Otworzysz się i powiesz o kilku swoich świństwach i sam nie wiesz, czy ksiądz w ogóle to słyszał i czy przypadkiem nikt inny obok nie podsłuchiwał. Potem moment na kalkulator i otrzymujesz paragon na odpuszczenie grzechów. Czasami nie dosłyszysz co masz zrobić albo usłyszysz coś w stylu „odmów hymn Veni Sanctus Spiritus”. Po czym wytężasz wszystkie swoje siły żeby zapamiętać ten zlepek słów i znaleźć odpowiedni tekst w książeczce. I oczywiście chyba go tam nie ma. A może pomyliłeś nazwę? I co teraz? Pokuta ważna? Grzechy odpuszczone?

Sami czujemy, że otwieranie serca, zwierzanie się ze swoich porażek to sprawa bardzo delikatna i ważna. Wymaga szczególnych warunków, szczególnego podejścia i jakiegoś komfortu psychicznego. A już na pewno zaufania. To tak jak z bólem zęba – nie chcemy zabiegu w warsztacie samochodowym tylko na wygodnym, dentystycznym fotelu.

Ponadto czujemy, że wyrecytowanie stałej listy grzechów i odklepanie zdrowasiek trochę mija się z celem. No bo się mija.

Najchętniej wyrzucilibyśmy z kościoła drewniane pudła i zapomnieli o tych stresujących i gwałcących psychikę rytuałach.

W średniowieczu był taki zwyczaj, że żołnierze podczas bitwy (jeżeli nie mieli w pobliżu żadnego kapłana) – zwierzali się swojemu towarzyszowi broni, kumplowi z oddziału, ze wszystkich swoich grzechów i świństw. Jeżeli potrafimy sobie wyobrazić taką sytuację, to chyba czujemy różnicę, że taka forma – rozmowy – ma większy sens. Teraz chwila na świadectwo: pamiętam jak kiedyś byłem na jakimś czuwaniu modlitewnym. Takie klasyczne: ciemno, świeczki, smętne piosenki, i inne takie. Ale w czasie tego czuwania poczułem tak po prostu, że mistrzem świata to ja nie jestem. Że coś mi jednak kiepsko idzie z niektórymi sprawami. I tak spontanicznie postanowiłem iść do spowiedzi.

Nie było konfesjonału, więc usiedliśmy z księdzem w małym pokoju na podłodze. Wtedy poczułem się jak taki żołnierz przed bitwą. Powiedziałem, co myślałem. Bez formułek.

Ot – szczerze, dlaczego mistrzem świata to ja jednak nie jestem. To był dla mnie taki „turning point” w sakramencie pokuty.

Myślę, że każdy z nas prędzej czy później poczuje, że sam nie ma siły nosić swojego bagażu świństw i warto go gdzieś wyrzucić. Spowiedź może być dla nas uwalniająca.

Co więcej, jest to sakrament i działa tam sam Jezus. To najlepszy towarzysz broni, przed którym można wszystko wypowiedzieć. Twoja spowiedź jest w twoich rękach

– możesz ją wyrzucić razem z konfesjonałem. Ale możesz też znaleźć takiego księdza i miejsce, które pomogą Ci odnaleźć to COŚ i dać siłę, by z tym coś sensownego zrobić.

I co z tego wynika? Wniosek, jaki się na koniec nasuwa: warto o swoją wiarę zawalczyć. Można dość łatwo przełamać stereotypy i doświadczyć prawdziwego, duchowego Kościoła, który jest wsparciem, przewodnikiem i pomaga znaleźć sens.

 

 

Wesprzyj nas

Wojciech Werhun SJ

Zobacz inne artykuły tego autora >
Wojciech
Werhun SJ
zobacz artykuly tego autora >
WIARA

Maryja i koniec świata

Co znaczy Niepokalane Poczęcie, dlaczego Kościół ogłosił taki dogmat i co wspólnego z tym ma koniec świata, tłumaczy brat Piotr Owczarz, kapucyn, w rozmowie z Judytą Syrek i Martą Arbatowską.

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Co to znaczy, że Maryja jest Niepokalanie Poczęta?

To znaczy, że w momencie poczęcia została zachowana od grzechu pierworodnego i także w czasie całego swojego życia nie popełniła żadnego grzechu.

 

Skąd ta pewność? Czy Biblia mówi coś na ten temat?

Tak. Ten dogmat zawiera się w słowach, które Anioł Gabriel skierował do Matki Bożej w momencie Zwiastowania: Bądź pozdrowiona, łaski pełna. Pismo Święte to ważne źródło, ale nie można ignorować pobożności ludzi i tradycji. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu był przez wiele lat kwestią sporną w Kościele. Zakon franciszkanów rozwijał przede wszystkim ludową pobożność Maryjną, ale przyczyniliśmy się także do rozwoju nauki, między innymi właśnie o Niepokalanym Poczęciu. Prowadziliśmy na ten temat żarliwe dyskusje z dominikanami. My byliśmy na tak, oni zachowywali sceptycyzm. Po latach dysput, które trwały od średniowiecza, racja została po stronie franciszkanów. Kościół katolicki przyjął dogmat o Niepokalanym Poczęciu w 1854 roku, a cztery lata później Matka Boża  potwierdziła go w objawieniu z Lourdes. Mała dziewczynka, Bernadetta Soubirous – dzisiaj święta – przechodząc przez strumyk, zobaczyła piękną Panią. Nie wiedziała, kim Ona jest. Opowiedziała o tym objawieniu swojemu proboszczowi, ten polecił, aby przy kolejnym spotkaniu zapytała Ją: Kim jesteś? Bernadetta uczyniła tak i usłyszała odpowiedź: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. Ta mała prosta dziewczynka nie potrafiła nawet wymówić tych słów, a już na pewno nie znała dogmatu o Niepokalanym Poczęciu. Można różnie podchodzić do objawień prywatnych, ale nie ulega wątpliwości, że Pan Bóg potwierdza prawdy wiary za sprawą ludzi prostych.

 

Niepokalana i koniec świata

Sanktuarium w Lourdes | fot. ks. Krzysztof Syrek SAC

 

Co dla nas oznacza Niepokalane Poczęcie? Jaki jest sens tego dogmatu?

Niepokalana oznacza: „niezniszczona”, „niedotknięta”, „czysta”. Każdy z nas rodzi się w grzechu pierworodnym. Nasza natura jest zraniona. To trudna do przyjęcia tajemnica.   Wynika z niej cała dyskusja na temat pochodzenia zła i cierpienia w świecie. Można powiedzieć kolokwialnie: chcieliśmy dobrze, wyszło jak zwykle. Kościół za pomocą tego dogmatu pomaga zrozumieć naturę człowieka i pokazuje, że każdy potrzebuje Bożej pomocy. Maryja została zachowana od grzechu pierworodnego, ale nie była to Jej zasługa lecz dar od Pana Boga. Niepokalane Poczęcie uczy, że nasza natura nie jest skazana na potępienie, a my – podobnie jak Maryja – możemy żyć życiem Bożym, bo Ona pokazała nam co to znaczy. Nie rodzimy się bezgrzeszni, jednak przez chrzest, grzech pierworodny zostaje zgładzony. Jego skutki pozostają, ale nasza droga może być piękna, niepokalana.

 

Czy w takim razie nastoletnia Miriam była kimś lepszym niż my? Czy ten dogmat nas od Niej nie oddala?

Wyobraźcie sobie, że popełniacie ogromny grzech, robicie coś strasznie złego. Do kogo  pójdziecie po pomoc? Do człowieka świętego czy do kogoś, kto zrobił podobne głupstwo jak Wy? Maryja przez Niepokalanie Poczęcie może jeszcze lepiej zrozumieć człowieka grzesznego. Dlaczego? Bo Ona również ponosi skutki tego grzechu. Kiedy towarzyszyła Jezusowi, cierpiała razem z Nim. A to znaczy, że wspomaga Kościół od samego początku. Może pomóc, ponieważ jest w Niej życie Boże. Potrzebujemy ludzi nie tyle lepszych, co takich, którzy są bliżej Pana Boga i mogą ukazać drogę do Niego.

 

Jeśli Matka Boża jest Niepokalanie Poczęta, dlaczego Pan Bóg nie zachował Jej od cierpienia? Przecież cierpienie jest skutkiem grzechu.

Pewien Żyd mówił, że kiedy stoisz przed człowiekiem cierpiącym, to milcz, ponieważ stoisz przed tajemnicą świętości Boga. Cierpienie nie jest wyłącznie zawinione: zgrzeszyłem – cierpię. To nie jest takie proste. Kiedy Jezus spotyka niewidomego od urodzenia, ludzie pytają Go: „Kto zgrzeszył, on czy Jego rodzice?”. Jezus odpowiada: ani on, ani jego rodzice. W tym człowieku mają się objawić wielkie dzieła Boże. Patrząc na Maryję, na Jej uczestnictwo w cierpieniu, widzimy, że jest to jedność z całym rodzajem ludzkim. W Niebie nie będzie ani cierpienia, ani łez. Maryja już tę drogę przeszła i pokazuje, że pomimo cierpienia można być szczęśliwym. Papież Benedykt XVI wyjaśnia, że Pan Bóg nie zabiera człowiekowi cierpienia, ale jest w tym trudnym doświadczeniu razem z nim. Ze strony Pana Boga był to bardzo konkretny krok: posłał swojego Syna, aby cierpiał razem z nami. Chrystus staje się przez to bliski człowiekowi. Maryja jako Matka Chrystusa także uczestniczy w tym działaniu Pana Boga. Dlatego czcimy Ją również jako Matkę Boleści.

 

Jak mamy dzisiaj opowiadać ludziom o Niepokalanym Poczęciu? Jak ich przekonać, że to ważny dogmat?

Można ulec złudzeniu, że Maryja jest niedoścignionym wzorem, jest lepsza, bo nigdy nie będziemy tak czyści i idealni jak Ona. A tymczasem Matka Boża była zwykłą dziewczyną, nie wiadomo nawet czy umiała czytać i pisać. To daje nadzieję…

 

Niepokalana i koniec świata

fot. ks. Krzysztof Syrek SAC

Nadzieję na co?

Na to, że nasze życie ma sens, że nie tylko Maryja jest oddana sprawom Bożym, ale my także możemy przylgnąć do Jezusa, bo mamy taką łaskę od momentu Chrztu Świętego. Zaczyna ona działać, kiedy odpowiadamy Bogu „tak”. Gabriel także czekał na odpowiedź Maryi. Jedna ze starożytnych homilii mówi, że całe niebo zadrżało w oczekiwaniu na odpowiedź: „Niech mi się stanie według Twego Słowa”. Ale Niepokalane Poczęcie nie jest skierowane tylko do ludzi, którym brakuje nadziei. Chodzi także o to, aby wraz z Panem Bogiem cieszyć się łaską, życiem, otaczającymi nas ludźmi. Ten dogmat odzwierciedla również radość. „Raduj się Maryjo” – mówił Anioł. W życiu z Bogiem nie chodzi o powierzchowność, o wrażenia, ale o trwałą, żywą relację. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu to radosna nowina o tym, że istnieje możliwość powrotu do łaski. Czasami wystarczy prosta spowiedź.

 

Dlaczego to święto poprzedza Boże Narodzenie?

Adwent to początek roku liturgicznego. A Maryja znajduje się na samym początku naszej duchowej drogi, aby pomóc nam przygotować się na powtórne przyjście Chrystusa. W czasie Adwentu nie tylko z radością oczekujemy na Boże Narodzenie, ale także przygotowujemy się na Paruzję czyli powtórne przyjście Chrystusa. Maryja przeszła już tę drogę i jest dla nas dzisiaj, jako Niepokalanie Poczęta, Gwiazdą Przewodnią.

 

W przygotowywaniu się na koniec świata?

Końca nie będzie! Świat się tylko zmieni, bo nastąpi Paruzja. Może nawet dzisiaj. To jest piękne, że Chrystus ponownie przyjdzie. Dużo się mówi o końcu świata, ale szkoda, że tak niewiele o samym Chrystusie…

 

Czyli dogmat o Niepokalanym Poczęciu mówi nam o tym, że przed końcem świata,  możemy wrócić do łaski…

Łaska Pana Boga jest całkowicie darmowa. Inne religie pokazują co trzeba zrobić, aby dojść do Boga, zasłużyć na Jego miłość. W chrześcijaństwie mamy do czynienia z odwróconym porządkiem. Chrześcijaństwo mówi o tym, co Bóg zrobił, aby przyjść do człowieka. Człowiek może to przyjąć albo odrzucić. Matka Boża nie była skazana na zwiastowanie. Ona mogła wybierać. Można wybrać życie z Bogiem, ale można też je odrzucić. Możesz dzisiaj powiedzieć Chrystusowi „nie”, ale w takim razie komu i czemu powiesz „tak”?

 


Wesprzyj nas
Judyta Syrek

Judyta Syrek

PR Manager i z-ca dyrektora portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Ma głowę pełną pomysłów i... anegdotek z zakonnikami w tle. Niekiedy mamy wrażenie, że za jej plecami widać cień śp. o. Joachima Badeniego OP, który nawet po śmierci wspiera ją w zmaganiach zawodowych i prywatnych.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >