Przed i po, czyli „stary człowiek” w nowych ciuchach

Każdy ma swoje guilty pleasures. Ja na przykład mam słabość do telewizyjnych metamorfoz. Każdego dnia, kiedy patrzę bezradnie w swoją szafę pełną przypadkowych rzeczy, po cichu marzę o tym, że i mnie weźmie kiedyś na warsztat jakiś tvn-owski stylista, który dzięki swojej wiedzy, doświadczeniu i voucherowi do Arkadii zapełni moją garderobę zgrabnymi zestawami na każdą okazję.

Natalia
Schiller
zobacz artykuly tego autora >

Koniec z adidasami, z workowatymi spodniami i zmechaconymi swetrami. A przede wszystkim koniec z nieudanym życiem, bo wbrew nazwie w modowych metamorfozach nie chodzi przecież o modę. Nowa turkusowa spódnica to nie zwyczajny ciuch, ale perspektywa szybszego awansu w pracy, a gustowne ponczo w pepitkę to przepustka do lepszych relacji z dziećmi, które przecież wstydzą się wyjść na ulicę z matką w płaszczu sprzed trzech sezonów.

Niektóre programy, jak choćby znane w Polsce "Trinny i Susannah rozbierają" jawnie aspirują do tego, by stać się formą terapii – w tym przypadku małżeńskiej. Format show zakłada, że za pomocą nowego image'u znudzona para rozwiąże swoje problemy i na nowo zapała do siebie płomiennym uczuciem. Prowadzące przekonują, że nowy strój może zdziałać cuda dla zaniedbywanej od wielu lat relacji, szczęśliwe uczestniczki jak mantrę powtarzają zdania: "Moje życie się zmieniło" i "Jestem inną kobietą", a w głowie skołowanego widza pojawiają się kolejne pytania – czy stary człowiek w nowych ciuchach jest już nowym człowiekiem? Czy ładni nigdy nie miewają kompleksów? Po co chodzimy do psychologa, skoro wystarczy shopping?

Przed i po, czyli „stary człowiek” w nowych ciuchach

Zgubne konsekwencje takiego uproszczonego myślenia widać w programach, takich jak „Extreme Makeover” czy „Łabędziem być”, w których uczestniczka show, chodzący kłębek kompleksów, zwraca się z prośbą o pomoc do grupy rozmaitych specjalistów. Lekarze, terapeuci, trenerzy i styliści naradzają się nad jej przypadkiem, ale wcale nie próbują przekonać ją, że mimo fizycznych niedoskonałości jest wartościowym człowiekiem. Zamiast tego poddają nieszczęsną kobietę dziesiątkom rzeźniczych operacji plastycznych, wybielaniu, przedłużaniu, prostowaniu, falowaniu i obowiązkowemu odchudzaniu, po których już tylko kod genetyczny odróżnia ją od innych łabędzi. "Jestem szczęśliwa", mówi potem biedaczka przez gruby make-up, ustami na zawsze pozbawionymi mimiki przez kwas kiełbasiany.

Przekonanie, że wielka zmiana życiowa przychodzi z zewnątrz, jest prostą konsekwencją kultury "przed i po", która przywędrowała do nas ze Stanów Zjednoczonych. To pochodzący stamtąd mit "od pucybuta do milionera" sprawił, że wszyscy wysyłamy losy Lotto, wierzymy w "pięć minut sławy", "bycie we właściwym miejscu we właściwym czasie" i "pierwszy dzień reszty mojego życia". Wierzymy w "przed i po", które przecina życie na pół, tak jak skalpel przecina powłoki ciała zdeterminowanej brzyduli.

Przed i po, czyli „stary człowiek” w nowych ciuchach

"Przed i po", "Before and After" to nieprzypadkowo także tytuł jednej z warholowskich grafik. Ta czarno-biała praca z 1961 roku składa się z dwóch portretów młodej kobiety. Obrazki różnią się tylko jednym szczegółem – na pierwszym, twarz zwieńczona jest wydatnym nosem o żydowskiej linii, na drugim zastępuje go nieduży i lekko zadarty damski nosek. Różnica jest mała, ale uderzająca, bo nos to przecież nie tylko nos, ale i określony bagaż doświadczeń – strach, wstyd, bezsilność, wykluczenie i ostracyzm. Czy wraz z nosem znika piętno nosa? Dla Warhola odpowiedź jest jasna, choć kultura współczesna jakoś nie może mu uwierzyć.

Wesprzyj nas

Natalia Schiller

Zobacz inne artykuły tego autora >
Natalia
Schiller
zobacz artykuly tego autora >

Krótka historia siłowni

Święta to czas równości. W ubogim żłobie rodzi się Zbawiciel, a biedni, bogaci, młodzi i starzy ocierają się o siebie w centrach handlowych, razem stoją w korkach ulicznych i przy tych samych wigilijnych stołach spożywają pochodne karpia, maku i kapusty. A potem, kiedy duch Świąt powoli mija, a kalorie zostają, wszyscy spotykają się jeszcze raz - tym razem w zaciszu osiedlowej siłowni, gdzie ramię w ramię biegają na stepperach, ćwiczą na aerobach i pedałują na stacjonarnych rowerkach.

Natalia
Schiller
zobacz artykuly tego autora >

Egalitaryzm tego dziwnego miejsca nie ogranicza się zresztą do przełomu grudnia i stycznia. Na siłowniach przez okrągły rok można spotkać całkiem reprezentatywną próbkę populacji – karnety do fitness clubów od dawna mają już nie tylko kulturyści, ale też biznesmeni, licealiści, młode matki i gospodynie domowe. Siłownia stała się naturalną częścią życia dla tak wielu z nas, że nie zastanawiamy się już nad uderzającą sztucznością takiej formy aktywności. A przecież ćwiczenie dla samego ćwiczenia, w całkowitej izolacji od innych, a w dodatku pozbawione elementu rywalizacji, widowiska czy nawet rekreacji, to prawdziwy fenomen wśród innych sportów.

Ale od początku. Pierwowzorem dzisiejszych siłowni były oczywiście starogreckie gimnazjony, gdzie nadzy młodzieńcy kształtować mieli jednocześnie swoje ciała i umysły, ale instytucja sal sportowych na przestrzeni historii była raczej ewenementem. Wcześniej, naszym dalekim przodkom za dostateczny trening służyło polowanie i zbieranie jagód, nie wspominając już o przymusowych ucieczkach przed drapieżnikami. Później, choćby w średniowieczu i renesansie, ruch fizyczny był nieodłączną składową gospodarskich obowiązków. Dlatego, właściwie aż do XIX wieku wszelkie sale do ćwiczeń miały rację bytu wyłącznie w ramach instytucji wychowawczych. Pierwszym odstępstwem od tej normy były lata 30. XX wieku, kiedy to w Stanach Zjednoczonych popularne stały się salki treningowe dla bokserów i zapaśników, takie jak Gramercy Gym Cusa D’Amanto na Manhattanie.

Krótka historia siłowni

Idea aktywności fizycznej wśród osób zawodowo niezwiązanych ze sportem narodziła się jednak znacznie później. Jak podkreślają Lance Dalleck i Len Kravitz, autorzy opracowania "The History of Fitness", swoje dzisiejsze zamiłowanie do sportu zawdzięczamy w dużej mierze dwóm amerykańskim prezydentom – Theodorowi Rooseveltowi i Johnowi F. Kennedy'emu. Ten pierwszy zainspirował świat opowieścią o tym, jak w dzieciństwie pokonał astmę dzięki rygorystycznym ćwiczeniom fizycznym. Temu drugiemu słaba kondycja rodaków tak bardzo leżała na sercu, że napisał dla "Sports Illustrated" artykuł "The Soft American" (ang. miękki Amerykanin), w którym nawoływał, by zamiast oglądać sport w telewizji, zaczęli sami go uprawiać. "Fizyczna doskonałość jest podstawą każdej innej formy doskonałości", mówił prezydent, a jego słowa stały się niewyrażonym mottem ducha fitnessu.

Krótka historia siłowni

"Fitness to coś więcej, niż dobry wygląd, fitness pozytywnie wpływa na nasze zdrowie, dobrostan, jakość życia i obraz siebie", ten nafaszerowany pojęciami z popularnej psychologii tekst, który przeczytać można na stronie znanego trenera Keliego Robertsa, powinien chyba skłonić nas do pytania, czy w swojej pogoni za wysportowanym ciałem nie zapędziliśmy się odrobinę za daleko. W końcu siłownia to tylko siłownia, a sprawne mięśnie chyba nie są warunkiem wartościowego życia. I chyba nie powinny być.

Wesprzyj nas

Natalia Schiller

Zobacz inne artykuły tego autora >
Natalia
Schiller
zobacz artykuly tego autora >