video-jav.net

Czas zadawania fundamentalnych pytań

Na studia nie idzie się tylko po wpis do CV. To czas na zadawanie fundamentalnych pytań

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Krzysztofem Mazurem, doktorem politologii, filozofem, prezesem Klubu Jagiellońskiego, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego, członkiem Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP, rozmawia Marcin Makowski.

 

Marcin Makowski: Kim z Twojej perspektywy jest dzisiejszy student? Jakie ma potrzeby, czego szuka na uczelni i jak widzi swoją przyszłość?

Krzysztof Mazur: Współczesny student coraz częściej jest konsumentem, a jego relacja z uczelnią przypomina relację biznesową. On dostaje dyplom potrzebny do CV, uczelnia dofinansowanie. Wystarczy spojrzeć na związek między studentem a wykładowcą, który już nie odbywa się w typologii mistrz-uczeń, ale raczej „ja tu przychodzę po zaliczenie, pan po prostu wykłada, nikomu nie jest na rękę wchodzenie sobie w drogę – dogadajmy się”. Taki sposób myślenia dominował kiedyś na uczelniach prywatnych. Dziś przenosi się nawet na najbardziej renomowane uczelnie publiczne.

 

Czyli studia stają się rodzajem szukania kompromisu, a nie etosu akademickiego? Kiedy kończyłem historię sześć lat temu, nie widziałem powszechnie zachowania, o którym mówisz. Zmiana pokoleniowa przyszła tak szybko?

Myślę, że to jednak idealizacja. Faktycznie, na początku lat dwutysięcznych było przekonanie, że dyplom wiąże się z określoną wiedzą przydatną w życiu zawodowym. Traktowano wiedzę merkantylnie – coś za nią można było załatwić, dostać lepszą pracę. Czuję podskórnie, że dzisiaj nie chodzi już nawet o wykształcenie, ale o sam “papier”, o kolejny wpis do CV. Uniwersytet ląduje w tej logice gdzieś między stażem w zagranicznej korporacji, a szkoleniem z obsługi programu AutoCAD. Jednak ta  zmiana nie nastąpiła nagle, bo odchodzenie od etosu uniwersytetu trwa nieustannie przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Ze swoich studiów na filozofii  pamiętam, jak profesor zapytał studentów: „Czy w ostatnim miesiącu słyszeliście od rodziców, że marnujecie czas studiując filozofię?”. Odpowiedzieliśmy zgodnie: „tak”. „To po co ją studiujecie?” – rzucił wykładowca i zapanowała cisza. Do dziś pamiętam, że przyszła mi wtedy do głowy tylko jedna odpowiedź, że robimy to z pasji i chęci poznania prawdy. Nie miałem jednak odwagi powiedzieć tego głośno, bo wydało mi się to naiwne i śmieszne. Już raczej wolałem rzucić, że agencje PR-owe cenią sobie wykształcenie filozoficzne (śmiech).

 

W każdej większej grupie znajdą się chyba ci ambitni, którzy nadadzą ton reszcie roku?

Oczywiście, to nie jest tak, że nagle wszyscy stracili wiarę w uniwersytet. Nie umiem oszacować jak spory jest odsetek procentowy osób zainteresowanych przedmiotem – szczególnie na studiach humanistycznych na jakich wykładam – ale zaryzykuję stwierdzenie, że on proporcjonalnie rośnie. Problem jest jednak inny, ci najlepsi studenci coraz częściej przenoszą swoją aktywność poza zajęcia i uczelnie. Głównie w Warszawie etos pracy intelektualnej wypierany bywa przez etos pracy zawodowej.

 

 

Więcej nauczę się w korporacji niż na wykładach?

Chyba takie są ich motywacje, ale to nie jest moim zdaniem dobra droga, bo za pięć lat zabraknie im podstawy intelektualnej do bycia kimś więcej, niż specjalistą w jednym zawodzie. Jeśli ktoś zbyt szybko pójdzie drogą specjalizacji, to potem może mieć problem z odnalezieniem się na dynamicznie zmieniającym się rynku pracy. Co więcej, może mieć problem ze zdefiniowaniem siebie w dorosłym życiu.

 

Nazwałbyś tę ścieżkę kariery drogą na skróty? Z perspektywy studentów to raczej dobry wybór – studia jakoś skończą, a na starcie mają kilka lat doświadczenia, którego nie ma ich kolega czy koleżanka, siedzący w książkach.

Nie wiem czy da się zalety “nie pragmatycznego” studiowania wyjaśnić teoretycznie, na pewno można to zrobić na przykładach. Mam dobrego kolegę, który poza studiowaniem prawa chodził na zajęcia z filozofii. Oczywiście wszyscy mówili mu, że to fanaberia, ale on się zawziął i ukończył dwa kierunki. Teraz 10 lat po ich zakończeniu jest najmłodszym partnerem w jednej z renomowanych kancelarii w Warszawie, głównie dlatego, że poza kompetencjami prawniczymi jego szef ceni sobie fakt, że jest ciekawym człowiekiem – co widzą również klienci. W swojej kancelarii zbudował specjalistyczny zespół zajmujący się nowymi technologiami. Szerokie horyzonty pozwalają mu zrozumieć nieraz tak abstrakcyjne idee, jak wirtualne waluty (Bitcoiny), z którymi mógłby mieć problemy otrzaskany wyłącznie z kodeksami prawnik. Być może to nie przekona żadnego studenta, ale jego kariera pokazuje, że warto myśleć o studiach nie tylko jako o fachu, ale jako o bardzo ważnym okresie w życiu, kiedy kształtujemy sami siebie. I nie chodzi tylko o rozwój intelektualny, ale szeroko rozumiany rozwój osobisty. To jest właśnie misja uniwersytetów – pomagać studentom, by stawali się lepszymi i ciekawszymi ludźmi!

 

Można zaryzykować stwierdzenie, że dzisiaj mamy nadprodukcję specjalistów, dlatego na rynku wyróżni się ten, który będzie oferował interdyscyplinarność?

Steve Jobs miał słynną przemowę na Uniwersytecie Stanforda w 2005 roku, w której wymienił trzy kluczowe doświadczenia ze swojego życia, pomocne dla każdego studenta. Po pierwsze: moment studiowania nie powinien być czasem, w którym zastanawia się nad praktycznością tego, co się studiuje. Należy iść za tym, co się kocha i przynosi autentyczną satysfakcję. To okres na zadawanie sobie fundamentalnych pytań. Później podał banalny przykład kursu kaligrafii, w którym uczestniczył jako student, a który sprawił, że w komputerach Apple po latach jako pierwszy wprowadził tak oczywistą dzisiaj rzecz, jak różne kroje czcionek. To wyróżniało jego komputer od całej konkurencji, dopóki Windows tego nie skopiował (śmiech). Nie planuje się tego, ale życie zaskakuje przydatnością z pozoru nieprzydatnych rzeczy, jeśli idzie się za swoją intuicją. Po drugie: trzeba pamiętać o tym, że umrzemy i zastanawiać się, czy z tej ostatecznej perspektywy to co robię, ma większy sens. Czy przygotowywanie kawy na stażu faktycznie nas rozwija? A może istotniejsze jest przeczytanie w tym czasie kilku ważnych książek? To pomaga dobrze poukładać priorytety, wyjść z myślenia o wiedzy jako o czymś wyłącznie merkantylnym. Po trzecie: nie można się bać porażek. Czasami największe niepowodzenia mogą się okazać motorem do zmian. Na studiach można i czasami trzeba sobie pozwolić na przywilej błądzenia. Okazuje się zatem, że Steve Jobs – guru współczesnych “kapłanów innowacji” – miał bardzo tradycyjne w istocie podejście do uniwersytetu. “Nie patrzcie na ten czas, jak na kurs zawodowy, ale kluczowy okres definiowania samych siebie”, przekonywał studentów Stanforda.

 

 

Myślisz, że takie „filozofowanie” trafiłoby do polskich studentów? Miałeś okazję gościć na Uniwersytecie Notre Dame w USA. Czy przepaść między naszymi uczelniami jest tak wielka jak się sądzi?

Tak, to są dwa światy. W Stanach o uczelni myśli się jak o osobnym ekosystemie – kampusy, biblioteki, akademiki. Jak mamy ten etos budować w Polsce, gdy wszystko rozsiane jest po całym mieście? Zamiast rozmawiać z profesorami w stołówce w trakcie obiadu, siedzi się w autobusie jadąc z jednych zajęć na drugie?

 

Czyli dobra uczelnia powinna przypominać grecką akademię?

Owszem, również w kontekście zaniedbanej w naszym kraju kultury fizycznej na studiach. Tam właściwie każdy – od studenta po profesora – uprawia jakiś sport, który jest integralną częścią życia akademickiego. Na kształcenie patrzy się jak na proces holistyczny – ćwiczy się i ciało, i umysł. Drużyny uniwersyteckie – futbolowe czy koszykarskie – pozwalają również identyfikować się ze swoją uczelnią także po zakończeniu studiów. Jeśli bierzesz swoje dzieci regularnie na mecze Buldogów z Yale, gdzie spotykasz swoich przyjaciół ze studiów, to nie musisz ich potem specjalnie zachęcać do nauki. Same chcą dostać się kiedyś do Yale, by zagrać w ukochanych “Buldogach”.

 

Marzysz o takim stopniu unifikacji uniwersytetów w Polsce?

Oczywiście. Idziesz na  siłownię i po jednej stronie widzisz swojego dziekana, a po drugiej studenta chodzącego na twoje zajęcia. To buduje niezwykłe poczucie wspólnoty.

 

 

Czy sądzisz, że można tak zreformować system szkolnictwa wyższego, aby najlepsi studenci zostawali po studiach w naszym kraju? A może w globalnym społeczeństwie to po prostu niewykonalne?

Obawiam się, że tak, ale cieszę się, że minister Gowin planuje do tego zagadnienia podejść ambitnie. Wszystko rozbija się jednak o pieniądze i brutalną prawdą jest, że jeżeli chcielibyśmy mieć w Polsce topowe uniwersytety, musiałoby ich być dosłownie kilka. I musiałyby otrzymywać zdecydowanie wyższe dofinansowanie, niż cała reszta. Obecnie mamy spłaszczenie dotacji publicznych, a nas po prostu nie stać, żeby w każdym powiatowym mieście mieć uniwersytet, który będzie w pierwszej setce listy szanghajskiej. W związku z czym nie mamy żadnego.

 

Gdybyś jutro został Ministrem Nauki i Szkolnictwa Wyższego, zacząłbyś właśnie od takich niepopularnych reform?

Obawiam się, że tak, ponieważ do wyboru mamy albo mierność wszystkich, albo próbę przebicia się do elity nielicznych. Pytanie natomiast jak duże byłyby koszty polityczne i społeczne takich reform. Tutaj obawiam się, że łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Podniosłyby się głosy: dlaczego znowu Kraków i Warszawa, a nie dać szansy np. Rzeszowowi? Błędne koło małych, regionalnych interesów może być w przypadku tej koniecznej reformy barierą nie do przejścia. Ale czy mamy inne wyjście?

 

Czy to jedno rozwiązanie wystarczy?

Drugi kluczowy problem związany jest ze sposobem wyboru władz. Jeżeli rektor wybierany jest przez swoich pracowników, to w naturalny sposób nie będzie chciał dokonywać zbyt gwałtowanych zmian, ale raczej bronić status quo. To po ludzku zrozumiałe, ale konsekwencje widzimy wszyscy. Moim zdaniem powinniśmy zmierzać do zwiększenia roli absolwentów w rozwoju uniwersytetu. Oni są „poza układem”, zależy im na tym aby wartość ich dyplomu rosła, a zatem niektórzy z nich, na przykład działający z biznesie, chętnie zaangażowaliby się w rozwój swojej alma mater. Niestety, w przeciwieństwie do USA, nie mamy gotowego modelu współpracy z takich przypadkach. Wszystko robione jest doraźnie, a przez to nieskutecznie.

 

 

Jaki kierunek studiów poleciłbyś dzisiaj świeżo upieczonemu maturzyście? A może wręcz przeciwnie, próbowałbyś mu wytłumaczyć, że studia nie są jedyną drogą na zdobycie wykształcenia i doskonalenie się w tym, co nas autentycznie pasjonuje?

Myślę, że kluczem jest ta ostatnia rzecz, o której zresztą wspominał Jobs. Jeśli kochasz gotować, idź do szkoły gastronomicznej. Jeśli kochasz politykę, idź na politologię. Trendy i tak trudno przewidzieć. Za moich czasów wszyscy szli na marketing i zarządzanie…

 

… za moich na europeistykę.

No właśnie, i co z tego zostało? Dzisiaj widzimy, jak szybko zdewaluowały się te dyplomy. W tym samym czasie dobry kucharz nie będzie miał problemu ze znalezieniem pracy. Dlatego nie ma łatwych odpowiedzi, intuicja powinna nam podpowiadać drogę. Specjalista w każdej dziedzinie zawsze sobie poradzi. Zachęcałbym też przyszłego studenta, aby potraktował ten czas szerzej, aby zmagał się z ważnymi problemami, przestał być dzieckiem. Jeśli ktoś jest wierzący, to świetny moment na duszpasterstwa akademickie. Poza samym kierunkiem studiów, istotne jest przecież, kim się przez te pięć lat staniemy, a tego nie da się zaprogramować wyborem tych czy innych fakultetów.

 

Krzysztof Mazur. Doktor politologii, filozof, działacz społeczny; prezes Klubu Jagiellońskiego, członek redakcji Pressji; pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego; członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP.

 

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz tygodnika "Do Rzeczy", publicysta Wirtualnej Polski, współpracownik "Dziennika Gazety Prawnej" - wcześniej wydawca w portalu Deon. Pisał do Onetu, Forward, "Rzeczpospolitej", "Tygodnika Powszechnego" i Stacji7. Prowadzi program "Nocna Zmiana" w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016) oraz Stefana Myczkowskiego (2017) nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017).

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

“Chcemy obudzić sumienia Rosjan!” (WYWIAD)

- O drodze do kapłaństwa w ZSRR, rosyjskim prawosławiu oraz Akcji Narodowej Pokuty z okazji 100-lecia rewolucji październikowej - opowiada KAI o. Gieorgij Koczetkow, duszpasterz moskiewskiej inteligencji, rektor Prawosławno-Chrześcijańskiego Instytutu im. Św. Filareta i duchowy opiekun Bractwa Przemienienia Pańskiego

Polub nas na Facebooku!

KAI: Jak wyglądała droga Ojca do Boga i Cerkwi? W czasach komunistycznych wymagało to olbrzymich osobistych ofiar.

Ojciec Gieorgij Koczetkow: Pierwsze osobiste spotkanie z Bogiem miało miejsce jeszcze w latach 60. XX wieku, kiedy kończyłem szkołę średnią. Po prostu nie dawało się normalnie żyć w atmosferze, jaką stworzył Związek Radziecki. Zawsze czułem, że system komunistyczny narzuca drastyczne ograniczenie wolności, a wręcz tworzy współczesną formę niewolnictwa. Tak naprawdę to niewiele wtedy wiedziałem o otaczającej mnie rzeczywistości, co zmusiło mnie do poszukiwań. Począwszy od ósmej klasy szkoły średniej, aż do klasy dziesiątej chodziłem do cerkwi. Chociaż byłem wtedy komsomolcem to idee komunizmu były mi obce. Moją pasją była kultura i sztuka, w szczególności sztuka epoki Odrodzenia. Interesowało mnie również Średniowiecze. Byłem zafascynowany rosyjskimi ikonami.

Gdzieś tak około 1967-68 roku zrozumiałem, że za sprawą jakiejś cudownej przemiany stałem się człowiekiem wiary. Nie było w tym czasie obok mnie nikogo z kim mógłbym o tym porozmawiać. Nie miałem książek o chrześcijaństwie, nie miałem przyjaciół i znajomych z kręgu ludzi biorących czynny udział w życiu cerkiewnym. Jednak Bóg mi cały czas pomagał.

Razem z kolegami z klasy, z rówieśnikami, którzy potem studiowali ze mną na Rosyjskim Ekonomicznym Uniwersytecie omawialiśmy często nurtujące nas problemy związane z religią i wiarą. Okazało się, że dla młodzieży rosyjskiej były to bardzo ciekawe tematy. W latach 60. i na początku lat 70. XX wieku prawie nikt nic na temat religii, prawosławia i innych wyznań nie wiedział. Jednak wielu młodych z wielką radością chodziło ze mną to do cerkwi prawosławnej, to do kościoła katolickiego, bywaliśmy nawet w synagodze.

 

KAI: Czyli stanął Ojciec przed wyborem religii, wyznania?

– Ostatecznie wybraliśmy prawosławie przy zachowaniu bardzo przyjacielskich stosunków z katolikami. Osobiście mam szczególnie braterski stosunek do Kościoła katolickiego. Dlatego, że głęboko odczuwałem i odczuwam do dziś dar Bożej Miłości zarówno w Kościele katolickim, jak i w naszej prawosławnej Cerkwi. Wtedy zrozumiałem, że Boża Miłość jest najważniejsza a dopiero w następnej kolejności znajdują się zawiłości dogmatów, czy obrządków.

W ten sposób zbliżyliśmy się do Boga, Chrystusa i Cerkwi. Od razu zaczęliśmy tworzyć krąg przyjaciół połączonych wiarą. Na samym początku spotykaliśmy się raz w tygodniu i czytaliśmy Ewangelię i od tego wszystko się zaczęło. Później uświadomiłem sobie, że Bóg mnie powołał bym został duchownym. Zrozumiałem, że chcę wstąpić do seminarium duchownego, chociaż to było niemożliwe, ponieważ moja mama pracowała w Radzie Ministrów ZSRR. Powiedziała mi od razu, że jeżeli ktoś się dowie, że chodzę do cerkwi to wyrzucą ją z pracy. I tak by się stało.

Dlatego musiałem najpierw ukończyć uniwersytet a potem rozpocząłem studia doktoranckie w Akademii Nauk. Po ich ukończeniu, w roku 1980, mogłem wstąpić do Akademii Duchownej. Miałem dużo czasu na przygotowanie się i nie był to czas stracony. Przyjaźń, obcowanie z bardzo różnymi ludźmi, otwarcie na ludzi, w tym i na niewierzących i na nieprawosławnych, było dla mnie ważnym doświadczeniem. Także spotkania z katolikami i protestantami były wielkim bogactwem.

 

KAI: Powołanie kapłańskie cały czas dojrzewało…

– Gdzieś w połowie lat 70. zrozumiałem, że ograniczając się wyłącznie do oficjalnej struktury cerkiewnej nie da się odnaleźć pełnego życia chrześcijańskiego, ponieważ życie wiernych i Cerkwi było całkowicie kontrolowane przez władze radzieckie. A przecież Kościół Chrystusa powinien być wolny.

Dlatego wstąpiłem w 1980 roku do Akademii Duchownej, której rektorem był ks. Władimir Michajłowicz Gundiajew czyli obecny patriarcha Moskwy i Całej Rusi – Cyryl. Nie był to łatwy okres w moim życiu. Na ostatnim roku studiów zostałem wydalony z Akademii, ponieważ moja działalność nie podobała się KGB.

Byłem już po święceniach kapłańskich. Wraz z kolegami prowadziliśmy działania misyjne i myśleliśmy o utworzeniu bractwa, wspólnoty. Wtedy pewien doświadczony i mądry człowiek powiedział mi: „Tam, gdzie są bracia – jest bractwo. Tam gdzie ludzie się spotykają – jest wspólnota”.

Pragnęliśmy więc nawiązać prawdziwie braterskie stosunki z których powstałaby wspólnota. Tak powstawał pierwotny Kościół i życie monastyczne. A w XX wieku po zwycięstwie bolszewików, patriarcha Tichon wezwał w 1918 roku całą Cerkiew do powoływania bractw i wspólnot.

Aby nikt nie musiał stanąć przed sądem i nikt nie został osadzony w więzieniu bardzo starannie przygotowywaliśmy się – od połowy lat 80. – do zawiązania struktur bractwa. Najpierw utworzyliśmy bibliotekę, a później, w 1988 roku powołaliśmy nielegalny prawosławny Instytut Chrześcijański – będący uniwersytetem, ale w podziemiu. Wiedzieliśmy, że w Związku Radzieckim nic nie może istnieć i działać oficjalnie bez kontroli władz. Nie może istnieć ani bractwo, ani wspólnota, a normalne kształcenie duchownych nie ma prawa bytu. Byliśmy przekonani, że jeżeli władze radzieckie aresztują wszystkich biskupów i duchownych, jeżeli zamkną seminaria duchowne, to coś musi pozostać. Byliśmy wspierani przez licznych wiernych a pomagali nam najznakomitsi duchowni i teolodzy. Mogliśmy się z nimi swobodnie konsultować i wspólnie pracować. Tak powstał i działa do dzisiaj Prawosławny Instytut imienia Świętego Filareta w Moskwie oraz liczne jego filie.

 

KAI: Kto w nich się uczy?

– Uczą się ludzie z różnych krajów i studenci z całej Rosji. Działa Bractwo Przemienienia Pańskiego, które skupia już tysiąc osób z całego kraju i zagranicy. Możemy się nareszcie cieszyć prawem do wolnego uczestnictwa w życiu duchowym, swobodą dyskusji, możliwością organizowaniem różnych spotkań w duchu chrześcijańskim. A także możliwością zorganizowania Akcji Narodowej Pokuty, w związku z setną rocznicą rewolucji październikowej 1917 roku.

Przygotowywaliśmy się do tego wydarzenia już pod koniec ubiegłego roku. Poza nami nikt nie chciał się tym tematem zająć. Dla wielu jest to nadal tragiczny rozdział historii, o którym wolą zapomnieć.

 

KAI: Co oznacza Akcja Narodowej Pokuty?

– Musimy być uczciwi, otwarcie stanąć przed Bogiem i w duchu chrześcijańskim poddać ocenie bolesne wydarzenia związane z 70 latami panowania systemu komunistycznego. W duchu miłości odnieść się do Boga i ludzi, pokonywać przeszkody i utrudnienia we wzajemnych relacjach. Zbyt dużo przestępstw popełniono w XX wieku, zbyt dużo krwi przelano, zbyt dużo było zdrad i wojen. Wszystkie te wydarzenia obciążają nas ponieważ są bezpośrednim następstwem tragicznej przeszłości. Razem musimy nieść ten bagaż spuścizny strasznych czasów.

Co prawda sami w tym nie uczestniczyliśmy, nikogo nie zabijaliśmy, nikogo nie zdradziliśmy ale bezwiednie, niejako automatycznie jesteśmy uwikłani, gdyż wszyscy ludzie są ze sobą powiązani. Dlatego trzeba wziąć się za ręce, żeby grzechy przeszłości, grzechy ojców, zostały odkupione i przebaczone przez Boga. Chcemy rozstać się raz na zawsze ze spuścizną czasów komunistycznych.

 

KAI: Jak Cerkiew prawosławna odnosi się do “Rosyjskiej Katastrofy”, której początkiem przed 100 laty była rewolucji październikowa?

– Nie możemy przejść obojętnie obok tej rocznicy. To co się stało sto lat temu było dla naszego kraju katastrofą narodową. Bolszewicy na potęgę niszczyli, unicestwiali naród rosyjski, tępili wiarę, eliminowali z życia Cerkiew i wypaczyli nasza historię. Musimy teraz zadbać o to, by wszystko powróciło na swoje miejsce.

Wielu ludzi nie rozumie powagi sprawy. Mówią o pojednaniu i miłosierdziu. Chcą zapomnieć o wszystkim co bolesne. Chcą tego byli bolszewicy, a także byli ich przeciwnicy – biali, wierzący i niewierzący. Mówią: “zostawmy to i zacznijmy wszystko od nowa”.

Jako Kościół jesteśmy za pokojem na świecie i pragniemy pojednania. Jednakże, żeby pojednanie stało się realne i trwałe konieczne jest zrozumienie przeszłości. Bo byli męczennicy, ale byli też ludzie, którzy współpracowali z komunistycznym reżimem, byli oprawcy, zdrajcy i siewcy strachu. Byli także ci, którzy prześladowali mieszkańców sąsiednich krajów i narzucali im komunistyczną ideologię.

To wszystko trzeba nazwać po imieniu. Należy modlić się również za wroga ale trzeba wiedzieć, że modlimy się za wroga, a nie za przyjaciela. Chrystus modlił się za wszystkich, także za wrogów. Wiedział jednak kto jest wrogiem a kto przyjacielem.

 

KAI: Po latach milczenia, obojętności wobec straszliwych zbrodni jak przekonać ludzi do pokuty i nawrócenia?

– Bardzo trudno przekazać gorzką prawdę. Ludzie są głęboko przekonani, że to ich nie dotyczy, ponieważ oni tych grzechów nie popełnili. Mówią: to wydarzyło się dawno a my w tym nie uczestniczyliśmy. Ale tak nie jest. Tylko niektórzy są winni, ale wszyscy są odpowiedzialni. Owszem, każdy z nas odpowiada za swoje grzechy ale jednocześnie jesteśmy ze sobą ściśle powiązani, a obok siebie były i ofiary i oprawcy. Aby pomóc to zrozumieć, organizujemy różnego rodzaju spotkania i zachęcamy do refleksji. Muzyka i malarstwo również pomagają w zrozumieniu prawdy. Dlatego tworzymy portrety ludzi, którzy zostali rozstrzelani, wspieramy akcje pod hasłem: “Pora się rozstać”, akcję obalania pomników Lenina i innych rewolucjonistów. Spuścizną rewolucji jest zło, a nie dobro i nie można tak sobie tego pozostawić. Nie wolno nam mieszać świętych z grzesznikami.

Dlatego sami sięgamy do naszych własnych korzeni, do swoich przodków, pytamy kim oni byli, nasi ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie. Musimy przemyśleć, co było dobre a co złe. Ludzie nas słuchają, czasami dziwią się, ale zgadzają się z tym co robimy i rozumieją, że jest taka potrzeba i że to jest bardzo ważne.

 

KAI: Jakie inicjatywy jeszcze podejmujecie w ramach Akcji Pokuty?

– Mamy specjalne modlitwy osobiste i wspólne. Wydajemy książki i prowadzimy prezentacje, szczególnie tych książek, które najlepiej opisują nasze tragiczne czasy. Ludzie często albo nie mają podstawowej wiedzy na ich temat albo się boją i nie chcą wiedzieć. Rozumiemy ich i dlatego wychodzimy im naprzeciw. Chcemy obudzić w nich sumienie, pobudzić rozum i serce. Jeśli ludzie zrozumieją, że przestępstwo to przestępstwo i że nie wolno go więcej już nigdy popełnić, to wtedy właśnie możemy mówić o pokucie i nawróceniu.

 

KAI: Czy widać już jakieś pozytywne rezultaty Waszej pracy?

– Za wcześnie na to, aby mówić o pozytywnych rezultatach, ponieważ cały proces jest w toku i jeszcze się nie zakończył. Przed nami najważniejsze dni. Rocznica rewolucji roku 1917 w październiku i listopadzie. Będą odsłaniane pomniki i tablice pamiątkowe ku czci ofiar. Informujemy o wydarzeniach przez Internet. W różnych miastach organizujemy pokazy filmów o tamtych czasach. Nie zrobimy wszystkiego w ciągu roku. Nie zakończymy procesu pokuty i nawrócenia gdyż przebudzenie dopiero się zaczyna. Ludzie zaczynają otwierać oczy i myśleć. Obserwuję dwie skrajności. Jedni uważają, że jakiekolwiek działania nie mają żadnego sensu, ponieważ to i tak nic niczego nie zmieni i nie pomoże nikomu. Drudzy mówią, że to zamknięta przeszłość, więc zostawmy, zapomnijmy i zacznijmy wszystko od nowa. Najlepiej wyjedźmy stąd do innego kraju.

Uważam, że takie postawy są niewłaściwe. Nie wolno uciekać z pola bitwy. Nie wolno też, znajdując się na polu walki twierdzić, że zwycięstwo jest niemożliwe, że jakiekolwiek działanie jest bezcelowe.

 

KAI: Obchodzimy w tym roku 100-lecie objawień fatimskich, w których Matka Boża mówiła o nawróceniu Rosji….

– Uważamy, że Cud Fatimski był prawdziwym cudem. Byłem w Portugalii, widziałem ludzi, którzy przyjeżdżają z całego świata, aby pokłonić się Matce Boskiej Fatimskiej. Ostrzeżenie, przestroga, że wydarzenia w Rosji będą miały wpływ na wydarzenia na całym świecie miały 100 lat temu w Fatimie ogromną siłę profetyczną.

Większość Rosjan nic nie wie o Cudzie Fatimskim. Chciałbym, żeby to się zmieniło, żeby prawosławni Rosjanie zrozumieli, że Bóg spogląda na wszystkich bez względu na narodowość czy wyznanie, że to co się dzieje w danym konkretnym miejscu za Jego przyczyną czy pozwoleniem ma wpływ na to co dzieje się gdzie indziej.

Matka Boska w Fatimie, w Portugalii, daleko od naszego kraju, przepowiedziała, co się wydarzy w Rosji i te wydarzenia miały wpływ na losy całego świata.

 

KAI: Jakie największe wyzwanie stoi teraz przed Rosją?

– Pokonać największy błąd Rosji jakim było na początku XX wieku to, że ludzie zapomnieli o Bogu, wszyscy, począwszy od prostych chłopów, poprzez inteligencję i arystokrację, a skończywszy na rodzinie carskiej. Więcej było przesądów niż wiary. Ludzie zaczęli odchodzić od wiary, od Boga, od cerkwi a sama cerkiew nie potrafiła nauczyć prawdziwej wiary. Nie potrafiła przeciwstawić się naciskowi ateizmu. Te grzechy trwają nadal i musimy je pokonać.


Rozmawiali: Krzysztof Tomasik i Krzysztof Żurowski.
Krzysztof Tomasik i Krzysztof Żurowski / Moskwa

Katolicka Agencja Informacyjna