Nasze projekty

Nigdy niepublikowana rozmowa z ks. Mieczysławem Malińskim

Fragmenty niepublikowanego dotąd wywiadu z ks. Mieczysławem Malińskim przeprowadzonego w nadmorskich Dębkach latem 1997 roku, gdzie przez ponad 50 lat spędzał urlop i prowadził wakacyjne rekolekcje, na które w okresie PRL przyjeżdżało wiele znanych osób, w tym ks. Jerzy Popiełuszko

Reklama

Z ks. Mieczysławem Malińskim rozmawiają Anna Kisiel i Dariusz Kwiecień

Kiedy ksiądz po raz pierwszy trafił do Dębek?

Reklama
Reklama

Ks. M. Maliński: Zacząłem tu jeździć w latach 1951-52. Wtedy nie było drogi do samych Dębek. Dojeżdżało się drogą wzdłuż wybrzeża, lasem. To była droga piaszczysta, trudno przejezdna. Ja się „urządzałem” w ten sposób, że przyjeżdżałem pociągiem z Lambrettą – miałem taki skuter wtedy. Wysiadałem na dworcu w Karwi, wypychałem Lambrettę przez wydmy do morza i brzegiem „pyr, pyr, pyr” dojeżdżałem do Dębek.

Ksiądz miał tu już wtedy jakiś dom?

Reklama
Reklama

Nie. Przed wojną pan prof. Wrzosek odstąpił część swojej działki księżom Zmartwychwstańcom. Został na niej wybudowany dom z kościółkiem. Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, zastałem ten dom. Nie było sieci elektrycznej, wody wodociągowej też nie. Świeciliśmy świeczkami lub lampą naftową długie lata, nie tylko w 1951 czy 1952 roku. Plaża wyglądała w ten sposób, że do dyspozycji był wyłącznie wąski odcinek, tzw. księżowe wyjście, jak się je wtedy nazywało. Nawet na ten jeden, krótki odcinek oddany do dyspozycji turystów musiało się mieć specjalne pismo, bo to były tereny wojskowe. Kłębiaste zasieki z drutu kolczastego broniły przejścia na dalsze tereny na wschód i na zachód. Co wieczór wojskowi bronowali całą plażę patrząc, czy amerykański desant wojskowy przypadkiem nie wyląduje i nie zostawi śladów na piasku. Nam również nie wolno było poruszać się na tym terenie, tylko ten krótki odcinek mieliśmy do dyspozycji. Ludzi nie było. Może parę rodzin, „grajdoły” dwa, czy trzy,  to wszystko. Kompletna pustka. Żadnego namiotu, nic kompletnie.

Dębki,_Kaplica_Księży_Zmartwychwstańców
Kaplica i dom zakonny Księży Zmartwychwstańców w Dębkach | fot. Henryk Bielamowicz / WikimediaCommons

Reklama

Czyli pierwsze lata to była taka enklawa, samotnia?

Pustelnia kompletna. Ja przyjeżdżałem tutaj ze względu na tę pustelnię oraz księdza dyrektora Grzybowskiego. To był człowiek-fenomen, człowiek uroczy. Starszy pan, siwa czupryna. Już wtedy, gdy go poznałem, był niebywale przyjazny, uroczy, serdeczny, uczynny. Posiadał wszystkie zalety człowieka, który prowadzi taki dom wypoczynkowy. I jak zawsze mówiłem, przyjeżdżam tu z dwóch powodów: w 50% ze względu na Dąbki, a w 50% księdza Grzybowskiego.

Księża Zmartwychwstańcy i brat zakonny przyjeżdżali tu Landroverem, dżipem ruskim, czy polskim, wszystko jedno, tylko na sezon – miesiąc, czy dwa, a ten kościół stał pusty przez resztę roku. Rybaków było tylu, ilu było, jakieś pięć czy sześć chałup, z którymi ksiądz Grzybowski również żył znakomicie. Pech chciał, że umarł po paru latach. I ja straciłem serce do tego miejsca. Może bym nawet przestał tu przyjeżdżać, ale zobaczyłem razu pewnego taką plakietkę: sprzedam parcelę. Pani Wernerowa była pod nią podpisana. Zgłosiłem się i kupiłem tę parcelę. Ksiądz biskup Jan Pietraszko (od autora: ówczesny biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej), również chciał coś podobnego kupić. Powiedział: To, Mietek, podzielmy się na pół. Ty pół, ja pół. Zgodziłem się.

Biskup Pietraszko postawił jedną chałupinę. Ja nie miałem i szukałem jakiejś okazji. Okazało się, że taki kiosk z jarzynami sprzedawali. Kupiłem go i postawiłem na swojej działce.

Na ochotnika przeprowadził się tutaj ksiądz Antoni Duszyk z diecezji krakowskiej. W diecezjach zachodnich brakowało księży. Tutejsi biskupi zwrócili się do Episkopatu Polski, żeby im pomóc. Hierarchowie napisali do księży z innych diecezji pytanie: Kto chce jechać z pomocą i pracować na tych terenach? Jeśli później będzie chciał wrócić, będzie bardzo mile widziany. Tak ks. Antek Duszyk znalazł się Choczewie. Dowiedział się, że ja tu jestem, że przyjeżdżam i powiedział: Mietek ratuj mnie, bo ja mam tu pięć kościołów do obsłużenia w niedzielę, i nie ma mi kto pomóc. To mówię: klawo, no to ja wezmę dwa kościoły, a ty trzy i będziemy tak jeździć. Miał trabanta. Ja przyjeżdżałem do Choczewa swoją lambrettą (skuter), a później tym trabancikiem jeździliśmy po kościołach. Msze święte były tak godzinowo ustalone, że można było „przeskoczyć” od jednej do drugiej.

Miałem kontakt z duszpasterstwem wśród tych ludzi: niektórzy byli autochtonami, a inni pochodzili „zza Buga”. Trzeba było urządzić im współżycie.

Ksiądz tu odpoczywał, ale jednocześnie pomagał w parafii?

Tak. Najpierw głosiliśmy ludziom kazania, a potem szliśmy do nich na obiad. On (ks. Duszyk) mówił, że może do restauracji pójść, ale restauracji tu właściwie nie było. Tak więc szliśmy do ludzi, raz jedliśmy u jednych, raz u drugich. Przy stole oczywiście rozmawialiśmy.

no headline

Rozumiem, że do Dębek powoli zaczęli przyjeżdżać turyści?

Przyjeżdżali głównie księża, bo to był dom księży.

Później poświęciłem się studiowaniu, bo arcybiskup Eugeniusz Baziak zmusił mnie do zrobienia doktoratu. Chciałem wyjechać do Monachium, ale UB mnie nie puściło. Podobno za to, że chodziłem na wycieczki z młodzieżą (uczyłem długie lata w szkole podstawowej i średniej w Rabce). Obiecali mi, że do śmierci nie pojadę na Zachód, nie puszczą. Jak mnie nie puścili, to mnie nie puścili. Poszedłem na KUL. Skończyłem najpierw filozofię. Zaprzyjaźniłem z Jerzym Zawieyskim i Staszkiem Stommą. Staszek Stomma to mój kolega jeszcze z seminarium duchownego. Obydwaj byli posłami. I oni jakoś mi „wystukali” tę wizę. Wyjechałem do Rzymu na cztery lata. Siedziałem tam, robiłem doktorat. Mówię to, bo to była przerwa w moim życiorysie „dębkowskim”.

Po powrocie do Polski od razu zameldowałem się w  Dębkach. Już się tu trochę zmieniło, ale nadal nie było drogi, żadnego namiotu, ani domku kempingowego.

Z zagranicy wróciłem volkswagenem, którym dojeżdżałem na uniwersytet do Monachium, gdzie pomagałem, bo akurat tam również księży nie było. Pracowałem w parafii św. Marcina na przedmieściu. Żeby nie tracić czasu na dojazd do centrum, kupiłem garbusa. Kiedy wróciłem do kraju i jechałem nad morze, tym garbusem „pchałem” się leśną drogą z Karwi do Dębek. Musiałem mieć saperkę, bo się zawsze zakopałem. Czasem się udawało, ale zdarzało się, że dwa, trzy razy odkopywałem się po drodze z piachu.

Aż wreszcie zrobili do Dębek drogę. Przyjechał ks. doktor Maliński i zaczęli się pojawiać ludzie w kaplicy.

W kaplicy to wciąż jacyś ludzie byli.

Dębki,_kaplica_na_Łąkach_Dębkowskich
Kaplica na Łąkach Dębkowskich | fot. Henryk Bielamowicz / WikimediaCommons

Intryguje mnie, jak to się stało, że obecnie się tu dwumiesięcznie rekolekcje odbywają?

Tak było od zawsze.

Ale w latach 50-tych jeszcze nie?

Wtedy jeszcze nie. Tu wypoczywali głównie biskupi. Tu przyjeżdżał zawsze arcybiskup Baraniak ordynariusz poznański, Tokarczuk, ordynariusz przemyski. UB za nim chodziło tak, że i stąd go „gonili”. Ubecy też przyjeżdżali „na odpoczynek”, żeby go obserwować. Dokuczali mu.

Rekolekcje się jeszcze nie rozkręcały, ale ustaliło się, że o 19.00 ja odprawiam i mówię parę słów.

Ksiądz miał już wtedy miał taką lokalną sławę? Już jakieś książki ksiądz wydał.

Ja zacząłem dość wcześnie pisać, bo pisałem już w Rabce. Zaczęło się tak, że pewnego razu nie istniejący już od dawna Wrocławski Tygodnik Katolicki, ogłosił konkurs na artykuł dla młodzieży. Coś mnie napadło, wziąłem mój konspekt, którym przygotowywałem się do lekcji w szkole średniej o etyce, dogmatyce i historii Kościoła, „podciągnąłem to” i wysłałem trzy artykuły, na wszelki wypadek. Po paru miesiącach otwarłem gazetę. Znalazłem wydrukowane te trzy artykuły. Otrzymałem pierwszą nagrodę i propozycję współpracy, żebym pisał. Później ten tygodnik zamknięto, ale „wypatrzył” mnie Przewodnik Katolicki i zaproponował serię krótkich rozważań (mówiłem wtedy takie krótkie kazania). W Dębkach, tak jak w Rabce, mówiłem kazania parosekundowe.

Wakacyjne rekolekcje były księdza pomysłem?

Nie. Ja tego tak nie nazwałem. Ktoś mi to nazwał: to są rekolekcje, które ks. Maliński prowadzi przez dwa miesiące. Na końcu, w środku, czy na koniec można „w nie wskoczyć”. I już się słucha, tak leci jak trzeba. Rzeczy do przemyślenia…

W Polskę poszła wiadomość i zaczęli przyjeżdżać ludzie?

Tutaj sezon trwa od 15 lipca do 15 sierpnia, najwięcej jest wtedy ludzi. Jest ich dużo. Przyjeżdżają tacy moi przyjaciele. Kiedyś wzięli ten kiosk, o którym na początku mówiłem na dźwig samochodowy i postawili go na pakę. W zamian przywieźli i postawili mi domek.

Dębki,_ujście_Piaśnicy_do_Bałtyku
Ujście rzeki Piaśnicy do Bałtyku w Dębkach | fot. Henryk Bielamowicz / WikimediaCommons

Jak to się stało, że zaczęli tu przyjeżdżać artyści, intelektualiści?

Wieść o tych rekolekcjach rozeszła się w środowisku krakowskim, a przez profesora Kazimierza Gumińskiego po Wrocławiu. Po Warszawie również, bo zawsze ktoś „zahaczy”. Młynarski zawsze jest z Atą, Olbrychski, Maja Komorowska… Bardzo się przyjaźnimy.

Najwięcej działo się w stanie wojennym. Tu polityka odchodziła tak, że aż trzeszczało.

U księdza w kiosku?

Nie, „po ludziach”. Przeważnie u pani Wolskiej. Ksiądz Popiełuszko przyjeżdżał przez parę sezonów. Ostatni raz był tutaj we wrześniu, a zginął w październiku. Mieszkał w domu rodziny pana mecenasa Edwarda Wende. Chętnie przychodził na tę moja mszę i albo mnie zastępował, albo odprawialiśmy wspólnie. W tym tragicznym roku, w którym został zamordowany, przyszedłem kiedyś rano na plażę (zawsze wychodzę o wpół do ósmej, bo jest pusto, nikogo nie ma) i zobaczyłem klęczącego faceta twarzą do morza, tyłem do mnie. Klęczał na piachu, w takim brązowym, sztruksowym ubranku. To był ksiądz Popiełuszko. Nie przeszkadzałem mu. On lubił przychodzić na plażę przede mną. Miał taki kapelusik okrągły. Bardzo dobrze chwytał słońce, był cały czarny, spalony. Później, w ostatnich tygodniach życia jak już się zrobiło wokół niego „gorąco”, nigdy nie chodził sam, ale zawsze chodził z ludźmi. Czasem towarzyszył mu mecenas Wende, czasem ktoś inny. Bywało, że kilka osób chodziło obok niego, bo obawiali się, że coś mu się stanie. Ze względu na groźby, które dostawał sam również bał się, że może do czegoś dojść i nie wychodził samotnie.

U pani Wolskiej odbywały się te wieczorne „posiady” i gadanie. Wszyscy mówili to, o czym wiedzieli. Ksiądz Popiełuszko zawsze siedział cicho i nic nie gadał. Myślałem sobie: jak to jest, że facet z tak ogromną popularnością, taki, że tak powiem „wódz”, nic nie mówi, tylko siedzi? Kiedy mówił krótkie przemówienia w kościele, to mówił, takim cichym, spokojnym głosem. Ja się rozedrę tam i ówdzie, a on nie. Zawsze spokojnie.

O czym mówił ksiądz Popiełuszko? O polityce?

Nie, nie. Prawdziwe homilie, takie jak trzeba. Spokojnym, cichym głosem. Z takimi „oczami sarny”, inaczej trudno je nazwać. Tak to wyglądało: spokojne, bezbronne oczy.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite