video-jav.net

Nigdy niepublikowana rozmowa z ks. Mieczysławem Malińskim

Fragmenty niepublikowanego dotąd wywiadu z ks. Mieczysławem Malińskim przeprowadzonego w nadmorskich Dębkach latem 1997 roku, gdzie przez ponad 50 lat spędzał urlop i prowadził wakacyjne rekolekcje, na które w okresie PRL przyjeżdżało wiele znanych osób, w tym ks. Jerzy Popiełuszko

Polub nas na Facebooku!

Z ks. Mieczysławem Malińskim rozmawiają Anna Kisiel i Dariusz Kwiecień

 

Kiedy ksiądz po raz pierwszy trafił do Dębek?

Ks. M. Maliński: Zacząłem tu jeździć w latach 1951-52. Wtedy nie było drogi do samych Dębek. Dojeżdżało się drogą wzdłuż wybrzeża, lasem. To była droga piaszczysta, trudno przejezdna. Ja się „urządzałem” w ten sposób, że przyjeżdżałem pociągiem z Lambrettą – miałem taki skuter wtedy. Wysiadałem na dworcu w Karwi, wypychałem Lambrettę przez wydmy do morza i brzegiem „pyr, pyr, pyr” dojeżdżałem do Dębek.

 

Ksiądz miał tu już wtedy jakiś dom?

Nie. Przed wojną pan prof. Wrzosek odstąpił część swojej działki księżom Zmartwychwstańcom. Został na niej wybudowany dom z kościółkiem. Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, zastałem ten dom. Nie było sieci elektrycznej, wody wodociągowej też nie. Świeciliśmy świeczkami lub lampą naftową długie lata, nie tylko w 1951 czy 1952 roku. Plaża wyglądała w ten sposób, że do dyspozycji był wyłącznie wąski odcinek, tzw. księżowe wyjście, jak się je wtedy nazywało. Nawet na ten jeden, krótki odcinek oddany do dyspozycji turystów musiało się mieć specjalne pismo, bo to były tereny wojskowe. Kłębiaste zasieki z drutu kolczastego broniły przejścia na dalsze tereny na wschód i na zachód. Co wieczór wojskowi bronowali całą plażę patrząc, czy amerykański desant wojskowy przypadkiem nie wyląduje i nie zostawi śladów na piasku. Nam również nie wolno było poruszać się na tym terenie, tylko ten krótki odcinek mieliśmy do dyspozycji. Ludzi nie było. Może parę rodzin, „grajdoły” dwa, czy trzy,  to wszystko. Kompletna pustka. Żadnego namiotu, nic kompletnie.

 

Dębki,_Kaplica_Księży_Zmartwychwstańców

Kaplica i dom zakonny Księży Zmartwychwstańców w Dębkach | fot. Henryk Bielamowicz / WikimediaCommons

 

Czyli pierwsze lata to była taka enklawa, samotnia?

Pustelnia kompletna. Ja przyjeżdżałem tutaj ze względu na tę pustelnię oraz księdza dyrektora Grzybowskiego. To był człowiek-fenomen, człowiek uroczy. Starszy pan, siwa czupryna. Już wtedy, gdy go poznałem, był niebywale przyjazny, uroczy, serdeczny, uczynny. Posiadał wszystkie zalety człowieka, który prowadzi taki dom wypoczynkowy. I jak zawsze mówiłem, przyjeżdżam tu z dwóch powodów: w 50% ze względu na Dąbki, a w 50% księdza Grzybowskiego.

Księża Zmartwychwstańcy i brat zakonny przyjeżdżali tu Landroverem, dżipem ruskim, czy polskim, wszystko jedno, tylko na sezon – miesiąc, czy dwa, a ten kościół stał pusty przez resztę roku. Rybaków było tylu, ilu było, jakieś pięć czy sześć chałup, z którymi ksiądz Grzybowski również żył znakomicie. Pech chciał, że umarł po paru latach. I ja straciłem serce do tego miejsca. Może bym nawet przestał tu przyjeżdżać, ale zobaczyłem razu pewnego taką plakietkę: sprzedam parcelę. Pani Wernerowa była pod nią podpisana. Zgłosiłem się i kupiłem tę parcelę. Ksiądz biskup Jan Pietraszko (od autora: ówczesny biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej), również chciał coś podobnego kupić. Powiedział: To, Mietek, podzielmy się na pół. Ty pół, ja pół. Zgodziłem się.

Biskup Pietraszko postawił jedną chałupinę. Ja nie miałem i szukałem jakiejś okazji. Okazało się, że taki kiosk z jarzynami sprzedawali. Kupiłem go i postawiłem na swojej działce.

 

Na ochotnika przeprowadził się tutaj ksiądz Antoni Duszyk z diecezji krakowskiej. W diecezjach zachodnich brakowało księży. Tutejsi biskupi zwrócili się do Episkopatu Polski, żeby im pomóc. Hierarchowie napisali do księży z innych diecezji pytanie: Kto chce jechać z pomocą i pracować na tych terenach? Jeśli później będzie chciał wrócić, będzie bardzo mile widziany. Tak ks. Antek Duszyk znalazł się Choczewie. Dowiedział się, że ja tu jestem, że przyjeżdżam i powiedział: Mietek ratuj mnie, bo ja mam tu pięć kościołów do obsłużenia w niedzielę, i nie ma mi kto pomóc. To mówię: klawo, no to ja wezmę dwa kościoły, a ty trzy i będziemy tak jeździć. Miał trabanta. Ja przyjeżdżałem do Choczewa swoją lambrettą (skuter), a później tym trabancikiem jeździliśmy po kościołach. Msze święte były tak godzinowo ustalone, że można było „przeskoczyć” od jednej do drugiej.

Miałem kontakt z duszpasterstwem wśród tych ludzi: niektórzy byli autochtonami, a inni pochodzili „zza Buga”. Trzeba było urządzić im współżycie.

 

Ksiądz tu odpoczywał, ale jednocześnie pomagał w parafii?

Tak. Najpierw głosiliśmy ludziom kazania, a potem szliśmy do nich na obiad. On (ks. Duszyk) mówił, że może do restauracji pójść, ale restauracji tu właściwie nie było. Tak więc szliśmy do ludzi, raz jedliśmy u jednych, raz u drugich. Przy stole oczywiście rozmawialiśmy.

 

no headline

 

Rozumiem, że do Dębek powoli zaczęli przyjeżdżać turyści?

Przyjeżdżali głównie księża, bo to był dom księży.

Później poświęciłem się studiowaniu, bo arcybiskup Eugeniusz Baziak zmusił mnie do zrobienia doktoratu. Chciałem wyjechać do Monachium, ale UB mnie nie puściło. Podobno za to, że chodziłem na wycieczki z młodzieżą (uczyłem długie lata w szkole podstawowej i średniej w Rabce). Obiecali mi, że do śmierci nie pojadę na Zachód, nie puszczą. Jak mnie nie puścili, to mnie nie puścili. Poszedłem na KUL. Skończyłem najpierw filozofię. Zaprzyjaźniłem z Jerzym Zawieyskim i Staszkiem Stommą. Staszek Stomma to mój kolega jeszcze z seminarium duchownego. Obydwaj byli posłami. I oni jakoś mi „wystukali” tę wizę. Wyjechałem do Rzymu na cztery lata. Siedziałem tam, robiłem doktorat. Mówię to, bo to była przerwa w moim życiorysie „dębkowskim”.

 

Po powrocie do Polski od razu zameldowałem się w  Dębkach. Już się tu trochę zmieniło, ale nadal nie było drogi, żadnego namiotu, ani domku kempingowego.

Z zagranicy wróciłem volkswagenem, którym dojeżdżałem na uniwersytet do Monachium, gdzie pomagałem, bo akurat tam również księży nie było. Pracowałem w parafii św. Marcina na przedmieściu. Żeby nie tracić czasu na dojazd do centrum, kupiłem garbusa. Kiedy wróciłem do kraju i jechałem nad morze, tym garbusem „pchałem” się leśną drogą z Karwi do Dębek. Musiałem mieć saperkę, bo się zawsze zakopałem. Czasem się udawało, ale zdarzało się, że dwa, trzy razy odkopywałem się po drodze z piachu.

 

Aż wreszcie zrobili do Dębek drogę. Przyjechał ks. doktor Maliński i zaczęli się pojawiać ludzie w kaplicy.

W kaplicy to wciąż jacyś ludzie byli.

 

Dębki,_kaplica_na_Łąkach_Dębkowskich

Kaplica na Łąkach Dębkowskich | fot. Henryk Bielamowicz / WikimediaCommons

 

Intryguje mnie, jak to się stało, że obecnie się tu dwumiesięcznie rekolekcje odbywają?

Tak było od zawsze.

 

Ale w latach 50-tych jeszcze nie?

Wtedy jeszcze nie. Tu wypoczywali głównie biskupi. Tu przyjeżdżał zawsze arcybiskup Baraniak ordynariusz poznański, Tokarczuk, ordynariusz przemyski. UB za nim chodziło tak, że i stąd go „gonili”. Ubecy też przyjeżdżali „na odpoczynek”, żeby go obserwować. Dokuczali mu.

Rekolekcje się jeszcze nie rozkręcały, ale ustaliło się, że o 19.00 ja odprawiam i mówię parę słów.

 

Ksiądz miał już wtedy miał taką lokalną sławę? Już jakieś książki ksiądz wydał.

Ja zacząłem dość wcześnie pisać, bo pisałem już w Rabce. Zaczęło się tak, że pewnego razu nie istniejący już od dawna Wrocławski Tygodnik Katolicki, ogłosił konkurs na artykuł dla młodzieży. Coś mnie napadło, wziąłem mój konspekt, którym przygotowywałem się do lekcji w szkole średniej o etyce, dogmatyce i historii Kościoła, „podciągnąłem to” i wysłałem trzy artykuły, na wszelki wypadek. Po paru miesiącach otwarłem gazetę. Znalazłem wydrukowane te trzy artykuły. Otrzymałem pierwszą nagrodę i propozycję współpracy, żebym pisał. Później ten tygodnik zamknięto, ale „wypatrzył” mnie Przewodnik Katolicki i zaproponował serię krótkich rozważań (mówiłem wtedy takie krótkie kazania). W Dębkach, tak jak w Rabce, mówiłem kazania parosekundowe.

 

Wakacyjne rekolekcje były księdza pomysłem?

Nie. Ja tego tak nie nazwałem. Ktoś mi to nazwał: to są rekolekcje, które ks. Maliński prowadzi przez dwa miesiące. Na końcu, w środku, czy na koniec można „w nie wskoczyć”. I już się słucha, tak leci jak trzeba. Rzeczy do przemyślenia…

 

W Polskę poszła wiadomość i zaczęli przyjeżdżać ludzie?

Tutaj sezon trwa od 15 lipca do 15 sierpnia, najwięcej jest wtedy ludzi. Jest ich dużo. Przyjeżdżają tacy moi przyjaciele. Kiedyś wzięli ten kiosk, o którym na początku mówiłem na dźwig samochodowy i postawili go na pakę. W zamian przywieźli i postawili mi domek.

 

Dębki,_ujście_Piaśnicy_do_Bałtyku

Ujście rzeki Piaśnicy do Bałtyku w Dębkach | fot. Henryk Bielamowicz / WikimediaCommons

 

Jak to się stało, że zaczęli tu przyjeżdżać artyści, intelektualiści?

Wieść o tych rekolekcjach rozeszła się w środowisku krakowskim, a przez profesora Kazimierza Gumińskiego po Wrocławiu. Po Warszawie również, bo zawsze ktoś „zahaczy”. Młynarski zawsze jest z Atą, Olbrychski, Maja Komorowska… Bardzo się przyjaźnimy.

Najwięcej działo się w stanie wojennym. Tu polityka odchodziła tak, że aż trzeszczało.

 

U księdza w kiosku?

Nie, „po ludziach”. Przeważnie u pani Wolskiej. Ksiądz Popiełuszko przyjeżdżał przez parę sezonów. Ostatni raz był tutaj we wrześniu, a zginął w październiku. Mieszkał w domu rodziny pana mecenasa Edwarda Wende. Chętnie przychodził na tę moja mszę i albo mnie zastępował, albo odprawialiśmy wspólnie. W tym tragicznym roku, w którym został zamordowany, przyszedłem kiedyś rano na plażę (zawsze wychodzę o wpół do ósmej, bo jest pusto, nikogo nie ma) i zobaczyłem klęczącego faceta twarzą do morza, tyłem do mnie. Klęczał na piachu, w takim brązowym, sztruksowym ubranku. To był ksiądz Popiełuszko. Nie przeszkadzałem mu. On lubił przychodzić na plażę przede mną. Miał taki kapelusik okrągły. Bardzo dobrze chwytał słońce, był cały czarny, spalony. Później, w ostatnich tygodniach życia jak już się zrobiło wokół niego „gorąco”, nigdy nie chodził sam, ale zawsze chodził z ludźmi. Czasem towarzyszył mu mecenas Wende, czasem ktoś inny. Bywało, że kilka osób chodziło obok niego, bo obawiali się, że coś mu się stanie. Ze względu na groźby, które dostawał sam również bał się, że może do czegoś dojść i nie wychodził samotnie.

U pani Wolskiej odbywały się te wieczorne „posiady” i gadanie. Wszyscy mówili to, o czym wiedzieli. Ksiądz Popiełuszko zawsze siedział cicho i nic nie gadał. Myślałem sobie: jak to jest, że facet z tak ogromną popularnością, taki, że tak powiem „wódz”, nic nie mówi, tylko siedzi? Kiedy mówił krótkie przemówienia w kościele, to mówił, takim cichym, spokojnym głosem. Ja się rozedrę tam i ówdzie, a on nie. Zawsze spokojnie.

 

O czym mówił ksiądz Popiełuszko? O polityce?

Nie, nie. Prawdziwe homilie, takie jak trzeba. Spokojnym, cichym głosem. Z takimi „oczami sarny”, inaczej trudno je nazwać. Tak to wyglądało: spokojne, bezbronne oczy.

 

Papież był zachwycony polskimi krajobrazami

– Ojciec Święty podczas Światowych Dni Młodzieży ewangelizował nas nie swoją funkcją, ale sobą. Był księdzem ‘od a do z’. Był człowiekiem bez udawania, bez wiary w to co zewnętrzne, ale z ufnością w moc bliskości – powiedział w rozmowie z KAI ks. Robert Woźniak, doktor habilitowany teologii dogmatycznej z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, który podczas Światowych Dni Młodzieży pełnił funkcję osobistego tłumacza Ojca Świętego.

Polub nas na Facebooku!

Łukasz Kaczyński: Od ŚDM minęło już prawie pół roku. Jakie najbardziej żywe wspomnienia pozostały w księdzu z tamtego okresu?

Ks. Robert Woźniak: Moim najżywszym i najmocniejszym wspomnieniem ze Światowych Dni Młodzieży jest osoba papieża. Często powtarzam, że wspomnienia z samych ŚDM są jedynie cząstkowe. Natomiast nieustannie powracam pamięcią, w zasadzie sama pamięć powraca do papieża Franciszka. Mam wrażenie jakby cały czas był obok. W całej tej swojej ujmującej prostocie, delikatności i wrażliwości na drugiego człowieka. Powiem szczerze: nie mogę przestać myśleć o wyjątkowym świadectwie jakie pozostawił.

 

Jakie uczucia towarzyszą pełnieniu tak ważnej funkcji – tłumacza Ojca Świętego podczas spotkania z młodymi z całego świata?

Uczuciem, które dominowało były radość i wewnętrzny pokój. Papież swoim stylem bycia nie wprowadzał żadnego stresu. Wręcz odwrotnie tworzył wokół siebie atmosferę domową, która wszystkim domownikom krakowskiej kurii szybko się udzieliła. Poza tym tłumaczenia tekstów oficjalnych były przygotowane wcześniej. Ja tłumaczyłem jedynie te mniej oficjalne, często prywatne spotkania papieża. Jednak i podczas nich serdeczność i skromność papieża decydowały o miłej atmosferze. Poza tym papież uczy skromności i pokory – trudno przy nim przesadzać z odczuciami powagi swojej posługi. Akcent nie padał na perfekcję, ale na religijne przeżycie poszczególnych spotkań i wydarzeń. Papież liczył przede wszystkim na pomoc w spotkaniu drugiego człowieka. Niejednokrotnie dopuszczał nawet, ze tłumaczenie przekształcało się bardziej w formę rozmowy.

 

Jak papież zareagował na Polskę i Polaków – na co zwracał szczególną uwagę, gdy gasły światła kamer i kończyły się transmisję telewizyjne?

Na najprostsze rzeczy. Wspominał entuzjazm tłumów, szczery żar modlitwy i szlachetną wiarę tych, których spotykał. Czasami dzielił się swoimi zmartwieniami, przemyśleniami. Również zadawał pytania. Mam wrażenie, że był bardziej nastawiony na słuchanie niż mówienie. Zwracał uwagę na dużą ilość zieleni w Polsce, na piękno krajobrazu naszego kraju, który niejednokrotnie kontemplował przez okno samochodu. To niewątpliwie kontemplatyk, człowiek niezwykle wrażliwy na piękno.

 

Czy papież mówił co najbardziej podobało mu się podczas ŚDM w Polsce? Może był czymś zaskoczony, poruszony?

Był poruszony rozmachem i głębią centralnych wydarzeń. Doceniał często ogrom włożonej pracy. Wizyta w Oświęcimiu wywarła na nim duże wrażenie. W drodze powrotnej wielokrotnie wracał do zadziwienia jak mogło dojść do tak masowej zagłady i pogardy człowieka. Obserwując z bliska mogę również opisać jak dotknęło go pewne, dość przypadkowe spotkanie z młodym człowiekiem, chyba Brazylijczykiem. Biegł on w totalnej euforii za papamobile między sanktuariami Bożego Miłosierdzia i św. Jana Pawła II. Bardzo głośno krzyczał imię papieża, który w pewnej chwili poprosił, aby zatrzymać papamobile. Wymienili serdeczności, a kiedy odjechaliśmy papież odwrócił się do kard. Dziwisza i do mnie, żeby z ogromna radością stwierdzić, iż to właśnie teraz Pan Jezus nauczył go całej prawdy swojej ewangelicznej zachęty do nieustępliwej modlitwy.

 

Odnosząc się do wspomnianej wizyty w Auschwitz – często zarzucano, że papież nie miał tam nic do powiedzenia. Że tylko milczał. Jak to rozumieć i czy Ojciec Święty mówił coś po opuszczeniu obozu?

W samochodzie mówił o tragiczności zbrodni nazistowskiej, o niezliczonych i wielowarstwowych dramatach ludzkich oraz o współodpowiedzialności milczących. Jego własne milczenie nie było wyrazem nie posiadania niczego do powiedzenia. Przypomnijmy sobie chociażby przemówienie Franciszka z Jad Vashem, chyba jedno z najpiękniejszych i najmocniejszych przemówień papieskich. W Oświęcimiu papież wybrał milczenie, bo chciał zachować pokutny charakter tej wizyty. Mogę z pewnością zaświadczyć, że chciał zniknąć, żeby pozostawić miejsce na refleksje i przebłagalną modlitwę do Boga.

Papież przykładał ogromną wagę do tego, żeby ów piątek był przeżyty w atmosferze pokutnej i refleksyjnej. Chciał, żeby Bóg i tajemnica Jego zranionej miłości stanowiła sedno przeżyć tamtego dnia. Trzeba tu dodać, że w ten sposób papież zamanifestował swoją zwyczajną wiarę w Boga, która wyraża się w tym, ze widzi on potrzebę milczenia, słuchania i oddania głosu Bogu. Papież nie ma, wbrew temu co mówią niektórzy, przysłowiowego „parcia na ekrany”. Jemu w prosty sposób zależy na Bogu i na bosko-ludzkim spotkaniu. Traktuje swoją misję jako posługę. Franciszek bardzo dba o to, żeby nie być centrum, ale aby na żywe centrum w Bogu nieustannie wskazywać.

 

Media często komentowały, że Ojciec Święty wyglądał na zmęczonego podczas święta młodych w Polsce. Czy rzeczywiście tak było?

Tak, wydaje mi się, że przyjechał zmęczony. Ale to zmieniało się szybko. Unosił go wyraźnie entuzjazm wiary ludzi, którzy pokonywali tyle przeszkód i podejmowali tyle trudów, aby spotkać się z papieżem i ze sobą nawzajem. Miałem wrażenie, że Papież odzyskał wiele sił podczas wizyty w Częstochowie. Po modlitwie przed cudownym obrazem i Mszy świętej zdawał się być zupełnie wypoczętym, pełnym jeszcze głębszego pokoju. W tym wszystkim jedno jest ogromnie ważne: nie widziałem przed te cztery wyczerpujące dni, żeby papież myślał o sobie, o swojej wygodzie. Dla niego ważny jest Bóg i człowiek. On sam traktuje się dość marginalnie. Nie troszczy się o siebie. Jest wolny od siebie. Ten wymiar jego osobowości i duchowości jest wręcz heroiczny i nadprzyrodzony. Wiara przezwycięża zmęczenie.

 

Co tak naprawdę stało się w Częstochowie, kiedy papież upadł podczas Mszy św. w jasnogórskim sanktuarium?

Jak sam to opisał, zapatrzył się w Jej oczy, w których dojrzał miedzy innymi naszą Polską historię. To było wydarzenie z rodzaju mistycznych. Papież, jak wyznał, nie bronił się przed tym upadkiem, ale spokojnie osunął się na podłogę, a w zasadzie bardziej w ręce ceremoniarza. Z rozmowy po Mszy św. wnioskuję, że właśnie to wydarzenie zostawiło w nim ślad jakiegoś pogłębionego pokoju. Przyjął je tak naturalnie, bez troski, bez resentymentu, bez przejmowania się tym, co powiedzą inni, jak zareagują media. Tak jakby nic się nie stało, albo jakby coś innego w tym upadku przyciągało jego uwagę i wdzięczność.

 

Papież mówił wtedy na Jasnej Górze o tym, że Kościół powinien być jak Maryja – pokorny, pełen miłości i konkretnego dotyku. Czy podczas 4-dniowego przebywania z Ojcem Świętem dało się odczuć, że papież jest właśnie człowiekiem niezwykle maryjnym?

Powiedziałbym, że jego pobożność maryjna nie jest manifestacyjna, ale prawdziwa i głęboka. Jest częścią jego osobistej przygody z Bogiem. On bardzo ufa, że Maryja jest przewodniczką na naszej drodze. Jednak cała duchowość papieska jest w swojej istocie mocno teocentryczna.

 

Ten konkretny dotyk miłości papież pokazał chyba najbardziej wyraźnie odwiedzając przebywającego w szpitalu kard. Franciszka Macharskiego?

Tak, już dzień wcześniej poruszył serca obecnych w katedrze wawelskiej, kiedy poprosił o modlitwę za zmarłego abp. Zimowskiego i chorego kard. Macharskiego. Wyraził wtedy w ogromnej prostocie chęć odwiedzenia, jeśli będzie taka możliwość, szpitala, w którym przebywał kardynał. Kiedy weszliśmy do pokoju szpitalnego, papież delikatnie dotknął ręki kardynała Macharskiego, a następnie długo w ciszy się modlił.

 

Drugie takie świadectwo i zarazem jasne pokazanie, że to praktyczna miłość i bycie przy cierpiących powinno być drogą wierzących to wizyta Ojca Świętego w Szpitalu na Prokocimiu?

Ta wizyta była egzystencjalnie mocna. Papież mówił, że kto pełni dzieła miłosierdzia ten nie musi się bać śmierci. Moim skromnym zdaniem to jedna z najpiękniejszych wypowiedzi papieża w Polsce. Papież był ogromnie czuły i delikatny w stosunku do dzieciaków i ich rodziców. Widać było, że nie tyle chce tłumaczyć, co chociaż przez chwile być razem z nimi.

 

Czy zdarzyło się jakieś istotne wydarzenie, którego media nie pokazały, a o którym trzeba by było opowiedzieć? Coś co poprzez tak niezwykle bliskie przebywania z papieżem księdza poruszyło?

Chociażby obiad z młodymi reprezentantami wszystkich kontynentów. Rozmawiano wtedy o modlitwie, muzyce, papieskim powołaniu, więźniach i wielu innych sprawach. Papież był szczęśliwy przy stole, wyraźnie poruszony, odmłodzony… To spotkanie przebiegło bez poczucia żadnego dystansu. Jak papież się modli? Rozmawiam z Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Co by papież powiedział spotkanemu więźniowi? Że go kocham. We wszystkich spotkaniach z papieżem poruszała mnie wiara ludzi w posługę piotrową. Muszę wyznać, ze po raz pierwszy w życiu doświadczyłem tak wyraźnie jak głęboko Kościół wrasta w głębie człowieka, jak dalece ludzie wierzą w obecność Jezusa w posłudze papieskiej. Te spotkania tętniły Kościołem i przylgnięciem do niego. Powiem jeszcze coś – wzruszał mnie pewien zwyczaj papieża: w spotkaniach z matkami oczekującymi potomstwa papież zawsze wręczał dwa różańce i dwa obrazki!

 

Czy podczas tłumaczeń, a więc pewnie i swobodnym rozmów, papież Franciszek powiedział księdzu coś, co było dla księdza duchowo ważne, a czym może ksiądz podzielić się z innymi?

Całe cztery dni to dar rekolekcji dla mnie. Najważniejsze co papież mi dał to sposób w jaki mnie traktował, jak słuchał, jak nie bal się być bratem, nie tylko ojcem. Dawał odczuć, przy posiłku, w samochodzie, ramię w ramię, że najważniejsze jest to, co nas łączy: Chrystus i kapłaństwo. Nie stał kilka stopni wyżej ode mnie, nie zależało mu na tym, nie chciał. Ojciec Święty ewangelizował nas nie swoją funkcją, ale sobą. Był księdzem ‘od a do z’. Był człowiekiem bez udawania, bez wiary w to co zewnętrzne, ale z ufnością w moc bliskości. Tym wszystkim, Papież Franciszek nauczył mnie na nowo zaufania Bogu.

 

Tłumaczył ksiądz wiele prywatnych wypowiedzi Ojca Świętego. Co utkwiło księdzu jednak najbardziej z jego oficjalnych wypowiedzi?

Wspomniane już homilia o pokorze Maryi w Częstochowie i przemówienie w szpitalu dziecięcym. Fantastyczna była również rozmowa z biskupami w katedrze, szczególnie tej jej moment, kiedy papież prosił, aby parafie nadal były podstawową przestrzenią naszej duszpasterskiej działalności, aby nie przedkładać nad nie tzw. nowych ruchów. Fascynuje mnie także z jaką mocą papież krytykuje współczesny konformizm. Jego wizja życia duchowego jest w tym względzie bardzo ewangeliczna. Papież Franciszek, wbrew temu co niejednokrotnie można o nim usłyszeć, zachęca, aby chrześcijanie nie upodabniali się do ducha swoich czasów, krytykuje tym samym mentalność świeckiego chrześcijaństwa. Te watki były mocno obecne w przemówieniach na ŚDM. Dziwi mnie, że tak mało się je zauważa.

 

Jak ksiądz myśli, jak nie stracić duchowych owoców ŚDM?

To złożona i długofalowa praca. Myślę jednak, że jej centrum może się stać duchowa walka o, proszę wybaczyć, adopcję papieża i jego nauczania. Musimy mu zaufać. Modlić się za niego. Głębiej go zaakceptować duchowo. Poznać. Przejąć się tą wizją Kościoła, o jakiej mówi i jaką żyje. Owoc ŚDM może być tylko jeden: powrót do ewangelii, umocnienie w pragnieniu jej realizowania na serio. W tym względzie papież Franciszek ma nam wszystkim wiele do powiedzenia. Nie dlatego, że jest doskonały i perfekcyjnie jednoznaczny, ale dlatego, że prawdziwie wierzy w moc i prawdę Jezusa oraz że w istocie rzeczy ma tylko jedną rzecz do powiedzenia. Chodzi o bezwzględne i nieodwołalne zaufanie Bogu i jego prowadzeniu. W tym względzie Papież jest ideowcem, jak mawia pewien mój znajomy ksiądz. Niezachwianie wierzy, ze Kościół jest nie tylko w naszych ludzkich rękach, ale przede wszystkim w boskich. Myślę, że duchowe zbliżenie do papieża Franciszka i jego intuicji duchowych pomoże nam wszystkim przeżywać Kościół takim jakim on się ujawnił w Krakowie podczas ŚDM.


Rozmawał Łukasz Kaczyński (KAI) / Kraków