Nasze projekty
Patrycja Michońska-Dynek, Sławomir Dynek

Kończy się ropa i żywność. Misja prosi o pomoc

W nękanej najazadami Seleki kapucyńskiej misji w Ngaoundaye (RCA) kończy się paliwo i żywność. Rano misjonarze dostali kolejny sygnał o zbliżających się selekowcach - ewakuacja z misji do centrum kulturalnego.

Reklama

Nie wiem, ile jeszcze wytrzymamy – wiadomość sprzed 3 minut… seleka jedzie w naszą stronę… Zawiadomiłem siostry, no i co – pewnie trzeba się zbierać – do momentu, kiedy nie będzie wojska, nasze życie będzie tak wyglądało – POWROTY i UCIECZKI – poinformował rano na FB o. Benedykt Pączka.

 

Dzwonimy do polskiego misjonarza. Z rozmowy wyłania się niedobry obraz sytuacji w misji. "Kończy nam się ropa i żywność" – mówi kapucyn. Bez paliwa misja będzie miała odciętą łączność ze światem. W Republice Środkowoafrykańskiej prąd to luksus, który trudno nam sobie wyobrazić. W Polsce prąd jest wszędzie na wyciągnięcie ręki. A tam…? W misji energia jest tylko wtedy, gdy pracują generatory. A generatory są na ropę. Bez paliwa nie ma prądu. Bez niego przestanie działać antena przekaźnikowa. Bez anteny przestanie działać telefon komórkowy. Bez telefonu i internetu – misja straci ostatni kontakt ze światem. Prosta, okrutna zależność.

Reklama

 

Kończy się ropa i żywność. Misja prosi o pomoc

"Paliwo można kupić 20 kilometrów od misji, ale na razie jest zbyt niebezpiecznie, by tam dotrzeć. Kończy się także jedzenie. Wczoraj jedliśmy pomidory z kaszą, którą siostry jeszcze miały. Ale to już resztki zapasów" – opisuje nam całą sytuację o. Benedykt. Na jak długo starczy paliwa do generatorów? Może do południa… Mamy nadzieję, że misjonarze coś wymyślą. Na razie Ngaoundaye musiało się ewakuować.

Reklama

 

Informacja o zbliżającej się grupie selekowców skutecznie "wyludnia" miasteczko. Ludzie wolą nie ryzykować. Czasami wiadomo, że przyjedzie np. 6 samochodów. Ale nie zawsze można być tego pewnym. Ochrona gdzieś zniknęła. "Ciągle to samo… uciekamy wracamy, uciekamy, wracamy, uciekamy, wracamy" – mówi nam kapucyn. "My się pakujemy i zaraz z siostrami także uciekamy" – dodaje. "W samej misji nie ma już naszej ochrony. Przeszli 500-1000 metrów dalej. Zwinęli się, wcale się nie dziwię" – opowiada duchowny.

 

Reklama

Kończy się ropa i żywność. Misja prosi o pomoc

Na razie misjonarze schronią się w centrum edukacyjnym. Gdyby działo się coś bardziej niepokojącego, np. strzały – uciekną w brus, czyli wysoką trawę, która zapewnia dobre schronienie. A w plecakach mają wodę, coś do jedzenia… W brusie przeczekają, czasem dwie, trzy godziny. Kiedy się upewnią, że selekowcy przejechali – wrócą do domów.

 

Gdy rozmawialiśmy z o. Benedyktem, szedł właśnie przez długą i prostą uliczkę miasta. Mijał opustoszałe domostwa, część z nich ograbione z i tak skromnego dobytku. Kilka domów było spalonych. Niestety, wydaje się, że wczorajsze (6 lutego 2014) informacje o możliwym wejściu afrykańskich wojsk pokojowych – to była tylko plotka. Plotka, która na kilkanaście godzin dała nadzieję misjonarzom i mieszkańcom Ngaoundaye.

 

Dzisiaj w MSZ w Warszawie zbiera się kolejny raz grupa robocza, która na bieżąco monitoruje sytuację polskich misjonarzy w RCA. Grupa będzie się zastanawiać, czy można jakoś pomóc. Na razie wciąż obowiązuje najwyższy stan zagrożenia i MSZ nie odwołało apelu o natychmiastowe opuszczanie Republiki Środkowoafrykańskiej. O. Tomasz Grabiec, kapucyn i misjonarz, który działa w tej grupie, powiedział nam dzisiaj, że udało mu się połączyć z misją kapucyńską w Bocaranga. Z relacji wynika, że misja jest doszczętnie splądrowana przez Selekę. To wbrew pozorom może  mieć "dobre" skutki dla misji. Selekowcy wiedzą, że o jakieś wojenne łupy jest tam trudno. Wszystko już zabrali, więc nie mają tam czego szukać.

 

Kończy się ropa i żywność. Misja prosi o pomoc

W Ngaoundaye mieszkańcy niewiele mogą zrobić, by odciąć miasto od selekowców. Kilka dni temu spalili niewielki most, żeby Seleka nie mogła przyjeżdżać do nich samochodami. Po moście zostały tylko metalowe belki. Jednak, według ojca Benedykta Selekowcy znaleźli na to sposób i wożą na samochodach deski, które układają na moście, przejeżdżają i zabierają ze sobą w dalszą drogę.

 

"Staram się uważać. Nie można się narażać, bo spotkanie z rebeliantami mogłoby się zakończyć śmiercią. Nie można się im pokazywać" – mówi o. Benedykt. Droga, którą szedł, była długa i prosta. Zapewniała dobrą widoczność. Gdy zbliżał się do jakiejś zniszczonej zapory, musieliśmy kończyć rozmowę.

 

"Jedzie jakiś motocykl! To ja spadam. Muszę kończyć" – powiedział tylko kapucyn i w słuchawce zaległa cisza.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite