fot. Center for American Progress/Flickr/Stacja7
Tomasz Krzyżak: Kto tu naprawdę przekroczył granicę?
Dwaj emerytowani biskupi podsycili emocje. Rząd – zamiast zachować chłodną głowę – odpalił działa dyplomatyczne, wysyłając protest do Watykanu. W sporze o słowa zapomniano o treści Konkordatu i zdrowym rozsądku.
Dwaj biskupi wystąpili na Jasnej Górze. Padły słowa nieprzemyślane, niepotrzebne. Rozpętała się burza. Mowa oczywiście o słowach, które padły z ust biskupów Antoniego Długosza oraz Wiesława Meringa podczas dorocznej pielgrzymki Rodziny Radia Maryja. Obaj hierarchowie w podeszłym wieku, od dawna na emeryturach, ale wciąż aktywni.
Nie ma wątpliwości, że swoimi wystąpieniami obaj biskupi weszli w sam środek politycznego sporu. Temat relacji polsko-niemieckich – a właściwie twierdzeń, że polski rząd robi wszystko pod dyktando Berlina – rozpala emocje. Emocje rozpala też kwestia nielegalnej migracji i rzekome podrzucanie nam przez zachodniego sąsiada niemile widzianych u niego obcokrajowców. Ponieważ – jak uważają niektórzy – państwo nie radzi sobie ze strzeżeniem naszych granic trzeba brać sprawy w swoje ręce. Na granicach ustawiły się zatem samozwańcze patrole, których wspiera część polityków. Spory są polityczne. Stanowią niejako preludium do kampanii wyborczej przed wyborami do parlamentu w roku 2027. Można już dziś powiedzieć, że jednym z filarów tej kampanii będzie strach. Strach przed obcym. Strach podsycany w Polakach mniej więcej od roku 2015.
W ten właśnie kontekst wpisali się biskupi, którzy wprost opowiedzieli się po jednej stronie sporu. Ich wystąpienia to woda na młyn dla tych, którzy na każdym kroku węszą spisek i na podsycaniu strachu oraz antagonizmów budują swój kapitał polityczny. Droga niebezpieczna. Historia nie raz pokazała do czego prowadzi wzbudzanie lęków. Nie, nie mam wcale na myśli tego co narodziło się w latach 30. XX w. u naszego zachodniego sąsiada i doprowadziło do światowego konfliktu. Spoglądam na nasze podwórko, na którym w tym samym czasie – przy wydatnym udziale Kościoła – rodził się antysemityzm. Budowany na strachu, podlewany hasłami nacjonalistycznymi. Źle przerabiamy lekcję historii.
Ale jest tu i druga strona medalu. Oto w reakcji na wystąpienia biskupów Długosza i Meringa polski rząd wysłał naszego ambasadora przy Stolicy Apostolskiej do Szefa Jej Protokołu Dyplomatycznego z démarche, czyli oficjalnym protestem przeciwko słowom hierarchów. Rząd wyraził oburzenie. Stwierdził, że poruszone publicznie przez biskupów sprawy są wewnętrzną sprawą państwa i nie powinny być przedmiotem komentarzy przedstawicieli Kościoła katolickiego. Padły stwierdzenia o „wypaczeniu rzeczywistości” oraz naruszeniu zapisów Konkordatu. Rząd zasugerował, aby wobec duchownych wyciągnąć stosowne konsekwencje, aby „podobnie niefortunne, kłamliwe i nieuzasadnione wypowiedzi nie pojawiały się w przyszłości w dyskursie publicznym, szargając dobre imię Kościoła katolickiego, instytucji tak istotnej i nierozerwalnie związanej z dziejami Państwa Polskiego od jego powstania po dzień dzisiejszy”.
I tu pojawia się problem. Przedstawiciele rządu mogą być oburzeni, ale czy interwencja na poziomie dyplomatycznym nie jest przesadzona? Kontrowersyjne słowa padły z ust biskupów – przedstawicieli Kościoła katolickiego, ale obywateli polskich, a nie Stolicy Apostolskiej. Ani biskup Mering, ani Długosz nie mają paszportu Stolicy Apostolskiej. Gdyby słowa te wyszły z ust nuncjusza apostolskiego w Polsce sytuacja byłaby całkowicie odmienna. On paszport Watykanu ma, no i jest jego oficjalnym przedstawicielem nad Wisłą. Wydaje się zatem, że rząd przesadził. Ale… trzeba ten protest postrzegać w kategoriach politycznych. Oto bowiem rządzący dają sygnał swoim oponentom, że są w stanie wciągnąć do rozgrywki także papieża, do którego w praktyce protest był kierowany. W gruncie rzeczy obu hierarchów można przecież próbować ścigać korzystając z rodzimych przepisów karnych.
Przeczytaj również
O démarche i całej awanturze pewnie szybko zapomnimy. A szkoda… Rząd zagrał Konkordatem. Przywołał art. 1 oraz 7 tego dokumentu. Pierwszy mówi o niezależności i autonomiczności państwa oraz Kościoła, które zobowiązują się do poszanowania tej zasady. Drugi mówi o tym, że Stolica Apostolska ma wyłączną władzę obsadzania stanowisk kościelnych.
Warto jednakże zwrócić uwagę na art. 5, w którym państwo zobowiązało się do zapewnienia Kościołowi swobodnego i publicznego pełnienia jego misji, „łącznie z wykonywaniem jurysdykcji oraz zarządzaniem i administrowaniem jego sprawami na podstawie prawa kanonicznego”. Uwzględniając art. 1, w którym mówi się o niezależności i autonomiczności, Kościół powinien mieć możliwość np. swobodnego prowadzenia swoich procesów sądowych. W wielu sytuacjach jednak nie może tego robić. Uniemożliwia to ingerencja państwowego wymiaru sprawiedliwości, polegająca np. na zajęciu dokumentów postępowania kanonicznego i długotrwałe ich przetrzymywanie co w konsekwencji paraliżuje proces kościelny. Na nic zdają się zapewnienia, że sąd biskupi w każdej chwili konkretne dokumenty udostępni – tu wiary przedstawiciele państwa nie mają.
Konkordat zatem nie działa. Ale jakoś nie słyszałem, by nuncjusz apostolski był w związku z tym wysyłany do MSZ z notami dyplomatycznymi. A w tym wypadku byłoby to akurat sensowne. Wszak np. w sprawach wykorzystywania seksualnego małoletnich opinia publiczna oczekuje ukarania sprawcy tak na forum państwowym, jak i kościelnym. Ale jak to zrobić skoro państwo przeszkadza i nie współpracuje?
Słowa biskupów były niepotrzebne – powiedzmy to raz jeszcze. Ale wciąganie przez rządzących Watykanu w polskie spory także.










