кредиты онлайн в Казахстане кредит на карту онлайн кредит наличными

Wywiad z autorem bestsellera „Sprawa Chrystusa”

"Niedługo po wydaniu książki otrzymałem list od ateisty, który poszedł do księgarni, by kupić czasopismo o astronomii. Chciał usiąść na ławce, żeby je przejrzeć, i wtedy poczuł, że na czymś siedzi. Była to Sprawa Chrystusa. Przewertował książkę, pomyślał: „Nie wierzę w to”, i odrzucił ją na bok. Jakiś wewnętrzny głos nagabywał go jednak, aby znów po nią sięgnął, toteż ostatecznie kupił książkę, przeczytał i nawrócił się na wiarę w Chrystusa!"

Polub nas na Facebooku!

Fragment książki Lee Strobla „Sprawa Chrystusa”, DW Rafael 2018.
Więcej o książce znajdziesz TUTAJ. Z kodem SPRAWA-s7 kupisz ją 30% taniej. Kod jest ważny do 30.04.2018r.


Gdy zbliżała się dwudziesta rocznica wydania Sprawy Chrystusa, autor bestsellerowych książek Mark Mittelberg postanowił odwrócić role i zrobić wywiad z Lee Stroblem, poruszając tematy takie jak reakcja czytelników, zarzuty krytyków i zmiany, jakie zaszły przez te lata w życiu dziennikarza. Od 1987 roku Mittelberg, który napisał między innymi „Pytania, jakie chrześcijanie boją się usłyszeć” i  „Niezachwianą wiarę”. Współpracuje z Lee Stroblem w zakresie posługi kościelnej.

 

M. Mittelberg: Czy jesteś zaskoczony tym, co się działo, odkąd w 1998 roku po raz pierwszy wydano Sprawę Chrystusa? Z pewnością nie spodziewałeś się, że książka sprzeda się niemal w  10 milionach egzemplarzy i  że zostanie ona przetłumaczona na dwadzieścia języków?

Lee Strobel: Tak, jestem bardzo zaskoczony. Ponieważ dorastałem jako fan drużyny Chicago Cubs, lubię porównywać tę sytuację z tym, co dzieje się na baseballowym boisku. Czasem pałkarz odbija piłkę, która zostaje złapana przez środkowego zawodnika pola. Czasem jednak, jeśli odpowiednio zawieje wiatr, podmuch potrafi przenieść piłkę daleko poza środek boiska. Pałkarz wcale nie uderzył piłki mocniej niż zwykle, ale sprzyjające okoliczności sprawiły, że jego drużyna zdobyła punkt. Tak właśnie było ze Sprawą Chrystusa. Odbiłem piłkę – czyli poczyniłem stosowne przygotowania i napisałem książkę najlepiej, jak potrafiłem – lecz to Bóg wziął ją i poniósł dalej, niż mógłbym tego dokonać własnymi siłami.

 

Wiem, że znasz wiele ciekawych świadectw ludzi, na których ta publikacja wywarła ogromny wpływ. Czy możesz przytoczyć kilka z nich?

Te historie mnie onieśmielają, a  zarazem umacniają. Przez te lata odebrałem mnóstwo maili, wiadomości na Tweeterze, listów i telefonów od ludzi, którzy po przeczytaniu tej książki nawrócili się na wiarę w Jezusa. Niektórzy z nich poszli nawet na studia teologiczne i zaczęli posługę w Kościele. Kilku skutecznie zaangażowało się w obronę wiary, gdyż była to pierwsza publikacja, która zainteresowała ich chrześcijańską apologetyką.

Pamiętam, że niedługo po wydaniu książki otrzymałem list od ateisty, który poszedł do księgarni, by kupić czasopismo o astronomii. Chciał usiąść na ławce, żeby je przejrzeć, i wtedy poczuł, że na czymś siedzi. Była to Sprawa Chrystusa. Przewertował książkę, pomyślał: „Nie wierzę w to”, i odrzucił ją na bok. Jakiś wewnętrzny głos nagabywał go jednak, aby znów po nią sięgnął, toteż ostatecznie kupił książkę, przeczytał i nawrócił się na wiarę w Chrystusa! Później otrzymałem od niego drugi list – człowiek ten nadal trwał w wierze.

Ostatnio pewien chrześcijanin powiedział mi, że zamówił Sprawę Chrystusa w księgarni internetowej. Gdy kurier przyniósł przesyłkę, w domu akurat był ojciec zamawiającego – sceptyk jak chodzi o chrześcijaństwo. Ojciec myślał, że paczka jest dla niego, więc ją otworzył. Zobaczył książkę i już miał ją odłożyć, gdy pomyślał, że tytuł jest bardzo intrygujący. Następnie przeczytał ją od deski do deski i… uwierzył w Chrystusa. 

Pewien informatyk, ateista z Kolorado przeczytał Sprawę Chrystusa, bo chciał ją zdyskredytować. Sprawdził wszystkie przypisy, przestudiował źródła dodatkowe, po czym stwierdził, że nie ma się do czego przyczepić. Uwierzył w Jezusa i w najbliższą niedzielę udał się do pobliskiego kościoła. Gdy w trakcie nabożeństwa przyszedł czas na przekazanie sobie znaku pokoju, człowiek ten odwrócił się do tyłu i wyciągnął rękę… do mnie. Niedługo przed tym wydarzeniem przeprowadziłem się do Kolorado i  akurat odwiedzałem jeden z tamtejszych kościołów. Tak się złożyło, że usiadłem dokładnie za tym informatykiem. Gdy opowiedział mi swoją historię, oboje byliśmy zaskoczeni tym „zbiegiem okoliczności”. Od tamtej pory Doug i ja jesteśmy kumplami.

Mógłbym opisać jeszcze wiele podobnych historii. Za każdym razem, gdy głoszę konferencje, ludzie opowiadają mi, jak Bóg posłużył się moją książką, by zmienić życie ich, ich ojca, przyjaciela czy innej znajomej osoby. To dla mnie wielka radość. Lubię myśleć o tym, że nawet gdy śpię, ktoś w  Chinach, Indiach czy Indonezji może czytać tę książkę i prowadzić własne śledztwo w sprawie chrześcijaństwa.

 

Był jeszcze Evel Knievel…

Tak. Kaskader, pasjonat skoków na motorze, ikona popkultury, człowiek prowadzący ryzykowny i bardzo narcystyczny styl życia. Pewnego dnia, gdy był na plaży, nagle i niespodziewanie przemówił do niego Bóg: „Robercie, uratowałem ci życie niezliczoną ilość razy. Teraz proszę, abyś do mnie przyszedł poprzez mojego Syna – Jezusa”. Kaskader był zdumiony. Zadzwonił do jedynych chrześcijan, których znał, a oni polecili mu Sprawę Chrystusa. Po przeczytaniu książki stwierdził, że Bóg posłużył się nią, by wzbudzić w nim wiarę w Jezusa. 

Bóg radykalnie zmienił jego wartości, charakter i system moralny. Zaprzyjaźniłem się z nim; często do mnie dzwonił i rozmawialiśmy na tematy historyczne i teologiczne. Kilka lat później zmarł. Na jego nagrobku – zgodnie z życzeniem zmarłego – wyryto słowa: „Uwierz w Jezusa”.

 

Książka została bardzo dobrze przyjęta przez bardzo różnych czytelników – mężczyzn, kobiety, wierzących, wątpiących, ludzi różnych ras i kultur. Jak zareagowali młodzi czytelnicy?

To zadziwiło mnie najbardziej. Gdy przeprowadzałem wywiad z jednym z profesorów wypowiadających się w tej książce…

 

Z którym?

Wolałbym nie ujawniać. Ale podczas przerwy w rozmowie, gdy wkładałem do dyktafonu nową taśmę, powiedział on: „Obawiam się, że nikt nie przeczyta pańskiej książki”. „Dlaczego?” –  zapytałem zdziwiony. „Bo żyjemy w  kulturze postmodernistycznej –  odparł. –  Historyczne dowody na prawdziwość chrześcijaństwa nikogo już nie interesują, a zwłaszcza młodych ludzi”. Pamiętam, że w domu żaliłem się żonie: „Zobaczysz, nikt nie będzie chciał tego czytać”.

 

I co się później okazało?

Gdy książka się ukazała, byliśmy w szoku, bo najlepsze recenzje zebrałem wśród czytelników w  wieku 16-24 lat. Wśród tych młodych ludzi było najwięcej osób, które po jej przeczytaniu nawróciły się na wiarę w Chrystusa. Okazuje się zatem, że młodzi są bardzo zainteresowani dowodami na prawdziwość wiary. Prawdę mówiąc, zainspirowało mnie to do współpracy z Jane Vogel, z którą napisaliśmy specjalną, studencką wersję tej książki.

 

Książka „Sprawa Chrystusa” jest już dostępna w sprzedaży.

Wejdź tutaj i dowiedz się więcej!Po dodaniu książki do koszyka wpisz kod rabatowy SPRAWA-s7
Otrzymasz 30% zniżki na zakup tej książki!
Kod jest ważny do 30.04.2018r.

 

Nasz wspólny przyjaciel, Cliffe Knechtle, mawia: „Osoba, która dochodzi do wiary, jest jak łańcuch z wieloma ogniwami. Jest w nim ogniwo początkowe, środkowe i końcowe”. Co mówisz czytelnikom, dla których Sprawa Chrystusa jest dopiero początkiem duchowej podróży, a  może kolejnym krokiem na długiej drodze do wiary?

Dobrze wiem, jak to jest być poszukującym. Duchowa podróż jest fascynująca, pochłaniająca, pełna wyzwań, ale bywa też frustrująca i  momentami bardzo zagmatwana. Ostatecznie jednak warto w nią wyruszyć. Wszystkim radzę, by w niej trwali, stale próbowali odrzucać wszelkie uprzedzenia, szli w kierunku, w którym prowadzą dowody, i ciągle zadawali pytania. I jeszcze, aby prosili Boga – nawet jeśli nie są pewni Jego istnienia – o prowadzenie ku prawdzie. A gdy mają już wszystkie dowody – żeby odważnie wydali własny werdykt.

 

Czy któreś z  argumentów przedstawionych w Sprawie Chrystusa uległy wzmocnieniu, odkąd książka została wydana?

Jednym z trendów jest to, że uczeni traktują dziś Nowy Testament znacznie bardziej poważnie. Mark D. Roberts, który zrobił doktorat z Nowego Testamentu na Harvardzie, powiedział, że „najwybitniejsi i najbardziej wpływowi badacze Nowego Testamentu uznają, iż Ewangelie stanowią rzetelne źródło historycznych danych o Jezusie”. Dodał też: „Jeśli uczciwie spojrzymy na powszechnie uznawane fakty i nie zniekształcimy ich negatywnymi uprzedzeniami czy ateistycznymi założeniami, to rozum podpowie nam, że Ewangelie naprawdę są godne zaufania”.

Jednym z  najwybitniejszych uczonych zajmujących się Nowym Testamentem jest Craig A. Evans, który napisał lub zredagował 50 książek i wykładał na uniwersytetach Cambridge, Oxford i Yale. Profesor ten powiedział mi kiedyś: „Osobiście uważam, że zasadniczo Ewangelie są wiarygodne, przy czym z  tą opinią zgadza się wielu innych uczonych. Mamy wszelkie powody, by sądzić, że Ewangelie w sposób rzetelny i adekwatny przekazują nam najważniejsze zagadnienia dotyczące nauczania, życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Są to teksty wystarczająco wczesne, zakorzenione w  tradycji sięgającej czasów samego Jezusa i  innych opisywanych osób, cechują się ciągłością, zgodnością i wewnętrzną logiką, a niektóre z zawartych w nich danych potwierdzone są w  odkryciach archeologicznych i innych dokumentach”.

Poczyniono też postępy w badaniach nad zmartwychwstaniem. Kilka lat temu Michael Licona napisał przełomową książkę: „Zmartwychwstanie Jezusa: nowe podejście historiograficzne”, a  N.T. Wright stworzył ambitne dzieło zatytułowane „Zmartwychwstanie Syna Bożego”. Wraz z  rozwojem nauki w tym obszarze, siła argumentów przemawiających za chrześcijaństwem wzrosła.

 

Od czasu publikacji twojej książki zmieniła się też z pewnością apologetyka, czyli obrona wiary.

Tak, i to bardzo. Gdy pisałem Sprawę Chrystusa, na rynku wydawniczym nie było zbyt wielu popularnych książek opisujących dowody przemawiające za wiarą. Dziś jest na ten temat mnóstwo świetnych publikacji, projektów akademickich, stron internetowych, blogów, filmów i programów nauczania. Coraz częściej mówi się też o tym w kościołach.

 

Czy sądzisz, że twoja książka do tego się przyczyniła?

Sądzę, że wynika to głównie ze zmian kulturowych, które powodują coraz większe zapotrzebowanie na odpowiedzi formułowane przez chrześcijańską apologetykę. Paradoksalnie, mimo coraz większej liczby dowodów przemawiających na korzyść chrześcijaństwa, mamy coraz więcej ludzi wątpiących. W 2014 roku zleciłem przeprowadzenie krajowej ankiety, która wykazała, że choć w grupie osób z wyżu demograficznego (w wieku 50-68 lat) 82 procent ma pewność co do istnienia Boga, to już w następnym pokoleniu (ludzie w przedziale wiekowym 18-30 lat) uważa tak zaledwie 62 procent . Badacz David Kinnaman odkrył, że trzy z  sześciu powodów, dla których młodzi ludzie odchodzą z Kościoła, to kwestie związane z pytaniami i wątpliwościami natury intelektualnej . Apologetyka jest więc bardzo potrzebna i cieszę się, że w odpowiedzi na tę potrzebę powstaje coraz więcej ciekawych materiałów.

 

Ze względu na udział szanowanych uczonych, Sprawa Chrystusa przyciągnęła uwagę szerokiego grona czytelników, w tym krytyków chrześcijaństwa.

Prawdę mówiąc, opinie większości sceptyków na temat tej książki wręcz mnie podbudowały, gdyż ich zarzuty są bardzo nieprzekonujące. Jeden z krytyków nazwał ekspertów, z którymi robiłem wywiady, „rzekomymi specjalistami”, jak gdyby Bruce Metzger, William Lane Craig, D.A. Carson, Ben Witherington III, Craig Blomberg, Edwin Yamauchi, J.P. Moreland i inni – uczeni z doktoratami z uniwersytetów takich jak Cambridge, Princeton, Brandeis i autorzy setek naukowych publikacji – byli co najmniej niekompetentni. Inni krytycy są pod tym względem bardziej rozsądni, choć z ulgą stwierdzam, że także ich zarzuty okazują się zwykle łatwe do obalenia.

 

Niektórzy zarzucają ci, że gdy pisałeś tę książkę, nie byłeś tak naprawdę ateistą.

I mają rację! Nigdy nie twierdziłem, że było inaczej. Prawdą jest, że byłem ateistą do momentu, gdy moja żona Leslie nawróciła się i  zainspirowała mnie do tego, by wykorzystać dziennikarskie i prawnicze wykształcenie do zbadania wiarygodności chrześcijaństwa lub innej światowej religii. To badanie zajęło mi rok i dziewięć miesięcy.

 

Co było potem?

8 listopada 1981 roku siedziałem w pokoju i analizowałem wszystkie „za” i „przeciw” chrześcijaństwu, wypisując argumenty na kartce. Pod ciężarem dowodów, które tak mocno przeważały szalę na korzyść Jezusa, doszedłem do wniosku, że więcej wiary wymagałoby ode mnie pozostanie przy ateizmie niż przyjęcie chrześcijaństwa. Właśnie wtedy wypowiedziałem modlitwę, w  której przyjąłem Chrystusa jako Zbawiciela i Mistrza. Wiele lat później, pod koniec lat dziewięćdziesiątych napisałem Sprawę Chrystusa. Jak wspomniałem we wstępie, chciałem w  niej prześledzić i  opisać duchową drogę, jaką przebyłem w  ramach pierwotnego śledztwa.

 

Jak zrodziło się to pragnienie?

Gdy prowadziłem swoje własne dochodzenie w sprawie Chrystusa, nie zamierzałem pisać o tym książki. Moje notatki nie były robione zbyt starannie – prawdę mówiąc, do dziś nie mogę znaleźć kartki, na której wypisywałem argumenty „za” i  „przeciw” chrześcijaństwu! Czytałem książki prezentujące argumenty zwolenników i sceptyków, pytałem ekspertów o  opinie, zagłębiałem się w  starożytną historię i  archeologię, ale robiłem to wszystko z czystej ciekawości. Lata później, gdy przyszło mi do głowy, by napisać Sprawę Chrystusa, postanowiłem zabrać się za to w sposób bardziej zorganizowany. Przeprowadziłem więc całkowicie udokumentowane wywiady ze światowej sławy uczonymi, którzy pomogli mi w zdobyciu najbardziej aktualnych i przekonujących dowodów dotyczących różnych aspektów chrześcijaństwa. Tym sposobem mogłem zaprezentować czytelnikom fakty w logicznej i zrozumiałej formie. 

 

Skoro nie zamierzałeś pisać książki, gdy prowadziłeś własne dochodzenie, to jak doszło do tego, że ona ostatecznie powstała?

Po tym, jak w 1981 roku się nawróciłem, jeszcze przez jakiś czas zajmowałem się dziennikarstwem. Potem rzuciłem to i przyłączyłem się do zespołu prowadzącego kościół Willow Creek, gdzie cię poznałem. Posługując tam, zdobyłem wykształcenie teologiczne, przeszedłem odpowiednie szkolenia i zacząłem działać jako pastor. Pewnego dnia wyznaczono mnie do wygłoszenia trzytygodniowej serii kazań, którą nazwałem Sprawa Chrystusa. Ustawiłem na scenie meble przypominające wyposażenie sali sądowej i „powoływałem ekspertów na świadków”, czyli pokazywałem widzom filmy z nagraniami wywiadów.

Kilka miesięcy później, podczas spaceru, moja żona rzuciła pomysł, bym przekształcił te kazania w  książkę. Początkowo stwierdziłem, że to się nie uda, bo wywiady są w formie nagrań wideo. Potem jednak zatrzymałem się nagle – do dziś pamiętam, w którym dokładnie miejscu na chodniku – i powiedziałem: „Zaraz, zaraz… a może się jednak uda!”. Postanowiłem, że przedstawię koncepcję publikacji wydawnictwu Zondervan. Myślałem, że ją odrzucą, bo w tamtym okresie książki apologetyczne nie były zbyt popularne, ale – ku memu zaskoczeniu – dali mi zielone światło.

 

Czy uzasadnili swoją decyzję?

Powiedzieli, że zaraziłem ich entuzjazmem. Zapewne pomyśleli też, że książka prezentować będzie temat z wyjątkowej perspektywy, biorąc pod uwagę moje doświadczenie zarówno ateisty, jak i dziennikarza.

 

Czy trudno było umówić się na wywiad z tymi wszystkimi profesorami?

Dziwne, ale wcale nie było to trudne. Każdy uczony, do którego zadzwoniłem, chętnie zgodził się na rozmowę, mimo że większość z nich mnie wcześniej nie znała. Ci ludzie całe życie poświęcają badaniom naukowym i – prawdę mówiąc –często bardzo się cieszą, gdy ktoś uważnie przeczyta ich książkę i chce o niej rozmawiać. Gdy już zebrałem wszystkie materiały z  wywiadów, w  ciągu pięciu miesięcy –  pracując także w  weekendy, wieczorami i  w wakacje –przygotowałem Sprawę Chrystusa.

 

Szybko!

Gdy patrzę na to z  perspektywy czasu, coraz bardziej przekonuję się, że była w tym ręka Boga. Inaczej nie umiem wytłumaczyć, jakim sposobem zrobiłem to tak szybko.

 

Czy podczas pisania książki stanąłeś przed jakimiś wyzwaniami?

Tak, stanąłem przed poważnym wyzwaniem. Pierwotnie planowałem, że w książce będą tylko pytania i odpowiedzi, bez dodatkowych tekstów opisowych. Niemniej mój redaktor John Sloan zasugerował, żebym posłużył się narracją, niejako zabierając czytelnika ze sobą na każdy wywiad. Chciał, abym opisywał otoczenie, w którym odbywały się rozmowy, bym dzielił się emocjami i ukazywał czytelnikowi, w jaki sposób rozwija się dana przygoda.

 

Świetny pomysł! Spodobał ci się?

Zdecydowanie nie. Miałem już gotowy pierwszy rozdział w formie suchego dialogu – tylko pytanie-odpowiedź – i chciałem zachować ten styl. Sloan uparł się jednak, bym przeredagował fragment tekstu zgodnie z  jego koncepcją. Pokazałem obie wersje żonie i zapytałem: „Która ci się bardziej podoba?”. „Jego” –  oznajmiła Leslie. W  głębi duszy wiedziałem, że ma rację, ale wątpiłem, czy wystarczy mi zdolności literackich, żeby napisać książkę w takiej formie. Dziś jestem ogromnie wdzięczny Sloanowi, że pomógł mi zrealizować ten cel.

 

Nie zrobiłeś wywiadu z  żadnym ze sceptyków wymienionych w książce. Niektórzy cię za to mocno krytykują.

Myślę, że nie rozumieją mojego podejścia. Kiedyś sam byłem sceptykiem. Ta książka to osobista dziennikarska analiza dowodów potwierdzających prawdziwość Jezusa. Zadawałem ekspertom pytania, które sam miałem, będąc ateistą. Oczywiście – co odzwierciedlają przypisy i niektóre z moich pytań – przeczytałem najważniejsze dzieła sceptycznie nastawionych uczonych. Następnie przedstawiałem chrześcijańskim specjalistom ich największe zarzuty, które niegdyś były też moimi osobistymi zarzutami, i  sprawdzałem, czy są mi oni w stanie udzielić logicznych i przekonujących odpowiedzi. Na koniec pozostawiałem z tymi odpowiedziami czytelników, by mogli wydać własny werdykt.

 

(…)

Kilka osób skrytykowało twoją książkę za to, że zbyt łatwo dawałeś się przekonać swym rozmówcom. Najwyraźniej nie zadawałeś im dodatkowych pytań, jakich oczekiwali czytelnicy.

Każdy podchodzi do tematu Jezusa z  własnym zestawem pytań czy zarzutów. W jednej książce nie sposób omówić wszelkich możliwych kwestii. Można powiedzieć: „Trzeba było drążyć temat głębiej”, ale weźmy pod uwagę, że wydanie Sprawy Chrystusa i tak liczyło aż 400 stron. Dlatego zdecydowałem, że ograniczę się do tych aspektów, które najbardziej mnie interesują. Mam nadzieję, że są to jednocześnie tematy interesujące większość czytelników, choć wiem, że inni mogą być ciekawi czegoś innego, i w pełni to akceptuję. 

Dla tych, którzy potrzebują więcej informacji, uaktualniłem listę polecanych lektur załączoną na końcu każdego rozdziału. Przeczytanie ich może być doskonałym dalszym etapem duchowej podróży. Także druga moja książka – „Sprawa prawdziwego Jezusa”, wydana teraz pod zmienionym tytułem: „W obronie Jezusa”, jeszcze bardziej zagłębia się w tematy takie jak zmartwychwstanie, mitologia i wiarygodność tekstów Nowego Testamentu.

 

Czy sądzisz, że niektórzy celowo wznoszą przeciwko chrześcijaństwu mury, choć nie robią tego w innych dziedzinach życia?

Większość osób poszukujących, które spotykam, to ludzie szczerzy i autentycznie zainteresowani znalezieniem odpowiedzi na swoje pytania, co uważam za dobre. Zdarzają się jednak tacy, którzy wydają się celowo szukać okazji do wzmocnienia własnego sceptycyzmu. Czasem, gdy ktoś zadaje mi szczególnie złośliwe pytanie, mam ochotę powiedzieć: „Przede wszystkim udowodnij mi, kim jesteś. Nie pokazuj prawa jazdy – wiadomo, że można je sfałszować. Nie chcę też aktu urodzenia – skąd miałbym wiedzieć, czy jest autentyczne? Nie przyprowadzaj mi przyjaciół ani członków rodziny, którzy mogliby poświadczyć twoją tożsamość, bo – jak wiadomo – ci ludzie mogą kłamać”.

Łatwo jest się uprzeć i wznieść na wyżyny sceptycyzmu, ale prawda jest taka, że w większości dziedzin życia wcale się tak nie zachowujemy. Jeśli użyjemy zdrowego rozsądku i ocenimy dowody na słuszność chrześcijaństwa tak samo, jak robimy to wobec innych rzeczy, z pewnością przekonamy się do wiary.

 

Z pewnością cieszy cię, że Sprawa Chrystusa została przetłumaczona na język arabski.

Tak. Mam nadzieję, że przeczyta ją wielu muzułmanów. W końcu prezentuję w  niej mocne dowody na poparcie prawd, którym islam zaprzecza – że Jezus jest jedynym Synem Bożym, że zmarł na skutek ukrzyżowania i że powstał z martwych. Być może zachęci to muzułmanów do poszukiwania tego, na co rzeczywiście wskazują fakty historyczne. 

 

Na przykładzie mojego własnego przyjaciela Fayza przekonałem się, że Sprawa Chrystusa rzeczywiście może pomóc muzułmanom odnaleźć prawdziwego Jezusa. Czy zamierzasz napisać kolejne książki?

Jak wiesz, jest już kilka książek z tej serii. „Sprawa Stwórcy” prezentuje naukowe dowody wskazujące na istnienie Stwórcy, który bardzo przypomina Boga opisanego w Biblii. „Sprawa wiary”, która zaczyna się od wywiadu z zatwardziałym ateistą, analizuje osiem największych zarzutów wobec chrześcijaństwa. We wspomnianej już „Sprawie prawdziwego Jezusa” poruszam kwestię najbardziej aktualnych zarzutów dotyczących wypowiedzi Chrystusa. Ostatnio wydano tę książkę pod zmienionym tytułem: „W obronie Jezusa”. Jest też „Sprawa łaski”, gdzie opisuję doświadczenie ludzi, których życie zmieniło się tak radykalnie, że można to wytłumaczyć jedynie działaniem Boga. Wydałem też „Biblijne studium sprawy Chrystusa” i  książki upominkowe o tytułach „Sprawa nadziei” i „Odpowiedzi do sprawy chrześcijaństwa”. Pracuję nad kilkoma nowymi projektami, ale nie chcę jeszcze zdradzać, co to takiego.

 

Jak zmieniło się twoje życie od wydania Sprawy Chrystusa?

Razem z tobą napisałem książkę „Nieoczekiwana przygoda”, w  której dość dokładnie opisaliśmy, co się u mnie przez ten czas działo. Między innymi miałem przyjemność prowadzić cykl programów telewizyjnych emitowanych w całym kraju. Miał on tytuł „Wiara pod ostrzałem”. Występowałem w  nim jako moderator debat pomiędzy chrześcijanami, ateistami, muzułmanami, hindusami, bahaitami i  przedstawicielami innych religii. Dyskusje te dotyczyły przeróżnych kwestii –zarówno religijnych, jak i społecznych. Poza tym wygłaszałem przemówienia podczas różnorodnych konferencji, seminariów i wydarzeń kościelnych na całym świecie.

 

W swych wystąpieniach otwarcie mówisz o tym, że twój ateizm wywarł bardzo zły wpływ na twoje dzieci, gdy były jeszcze małe. Przyznajesz się też do prowadzenia niemoralnego, pijackiego i narcystycznego stylu życia.

Nie sugeruję, że wszyscy sceptycy prowadzą takie życie. Większości z nich to z pewnością nie dotyczy. Jednak jeśli o mnie chodzi, to gdyby nie było Boga lub innego moralnego punktu odniesienia, to najbardziej logiczną alternatywą byłoby dla mnie życie hedonisty, czyli kogoś, kto dąży jednie do przyjemności. Właśnie takie życie prowadziłem, naruszając dobro mojej rodziny i samego siebie.

 

Jak zmieniło się życie twoich dzieci po tym, jak się nawróciłeś?

Na pewno dostrzegły wielką zmianę w moim charakterze, wartościach i moralności. Cieszę się, że dziś także one są oddanymi czcicielami Jezusa. Córka Alison jest autorką kilku powieści o przesłaniu chrześcijańskim, a wraz z mężem Danem, który ma dyplom z apologetyki, napisała dwie książki o Bogu dla dzieci.

Mój syn Kyle zrobił doktorat z teologii na Uniwersytecie Aberdeen, a teraz wykłada w Talbot School of Theology na Uniwersytecie Biola. Jest autorem książek naukowych i popularnych, a jego artykuły publikowane są między innymi w  „Harvard Theological Review” [„Harwardzkim Przeglądzie Teologicznym”]. Mam też trzy wspaniałe wnuczki i wnuka – Olivera Lee.

 

(…)

 

W Sprawie Chrystusa napisałeś, że po zakończeniu śledztwa więcej wiary wymagałoby od ciebie pozostanie przy ateizmie niż przyjęcie chrześcijaństwa. Czy czasem jeszcze zmagasz się z jakimiś wątpliwościami?

Jasne, że zdarzają się trudne chwile, gdy kwestionuję pewne aspekty wiary, ale są to chwilowe zawirowania. Ostatecznie zawsze powracam do dowodów naukowych. Kosmologia, fizyka, biochemia, genetyka i  ludzka psychika wyraźnie wskazują na istnienie Stwórcy. Wracam też do dowodów historycznych – Jezus podawał się za Boga, co potwierdziło się w tym, że zmartwychwstał. Dowody te nie są jednak wszystkim, na czym opiera się moja wiara.

 

Co masz na myśli?

William Lane Craig pomógł mi to zrozumieć. Powiedział: „Ostatecznie tym, co sprawia, że chrześcijaństwo jest dla chrześcijanina prawdą, jest osobiste doświadczenie świadectwa Ducha Bożego. To Duch Święty mówi naszemu duchowi, że należymy do Boga. Taka jest jedna z Jego ról. Inne dowody, choć ważne, są jedynie tego potwierdzeniem”.

Uczony ten zilustrował to w sposób następujący: „Przypuśćmy, że idziesz do biura, by sprawdzić, czy jest tam szef. Widzisz na parkingu jego samochód. Pytasz sekretarkę, czy zastałeś szefa, a ona mówi: «Tak, przed chwilą z nim rozmawiałam». W  szparze pod drzwiami jego gabinetu widzisz zapalone światło. Słyszysz, jak rozmawia przez telefon. W oparciu o te wszystkie dowody możesz wyciągnąć wniosek, że szef na pewno jest w biurze.

Możesz jednak postąpić inaczej. Możesz zapukać do drzwi i spotkać się z szefem twarzą w twarz. W tym momencie dowody, takie jak samochód na parkingu, świadectwo sekretarki, światło pod drzwiami, głos rozmowy telefonicznej, nadal są istotne, ale schodzą na dalszy plan, gdyż teraz widzisz się z szefem osobiście.

Na podobnej zasadzie, jeśli naprawdę spotkamy Boga – że tak powiem – twarzą w twarz, to wszystkie argumenty i dowody przemawiające za Jego istnieniem, choć nadal ważne, stają się drugorzędne. Teraz są one jedynie potwierdzeniem tego, co Bóg osobiście objawił nam w sposób nadprzyrodzony poprzez świadectwo Ducha Świętego w naszym sercu”.

Dlatego jestem wdzięczny za dowody, które opisałem w  Sprawie Chrystusa, gdyż okazały się one kluczowe dla zniesienia bariery pomiędzy Jezusem a  mną. Ale gdybyś mnie dziś zapytał, skąd wiem, że Jezus żyje i jest Synem Bożym, to odpowiedziałbym: „Ponieważ znam Go osobiście i jest On moim przyjacielem”. Jest to coś, czego może doświadczyć każdy, kto przyjdzie do Niego, żałując za grzechy i  pragnąc łaski wiary. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że będzie tak z każdym, kto przeczyta moją książkę


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Show comments
KSIĄŻKI

“Wierzę, że jesteś blisko”. List Teresy Kmieć do Helenki

"Oj, Helen, Helen, narobiłaś Ty rabanu... Nie tylko w moim sercu. Chyba się nie spodziewałaś tego, co się zaczęło na świecie dziać po tym, jak ten świat o Tobie usłyszał. Wiesz, jaka jestem z Ciebie dumna?" Przeczytajcie wzruszający list Teresy Kmieć do Helenki.

Polub nas na Facebooku!

Fragment książki “Helenka poszła do nieba”, Małgorzaty Pabis, DW Rafael 2018



Lublin, dwieście dziewięćdziesiąty piąty dzień bez Ciebie

Kochana Siostrzyczko!

 

Długo się zastanawiałam, jak zacząć ten list. Zazwyczaj mówiłam do Ciebie „Helen” albo „Helcia”, kiedy opowiadałam o Tobie innym, byłaś „Helenką”, a w telefonie mam cały czas zapisany numer, pod który już nigdy nie zadzwonię, pod który wysłałam tyle SMS-ów – numer podpisany „Sis”. I mój numer w Twoim telefonie też chyba jest tak zapisany.

Za parę godzin minie mój dwieście dziewięćdziesiąty piąty dzień bez Ciebie. To dwieście dziewięćdziesiąt pięć zachodów słońca bez Ciebie i dwieście dziewięćdziesiąt pięć wschodów bez Ciebie. Czym są te liczby wobec nieprzeliczonych zachodów i wschodów przeżytych razem, nawet na odległość? A jednak każdy kolejny dzień muszę sobie uświadamiać, że wielu rzeczy nie zrobię „już nigdy”.

Już nigdy nie pójdziemy razem na roraty.

Już nigdy nie zaśpiewamy razem na głosy, nawet Wód Jordanu, których chyba miałaś już dość, bo proponowałam tę pieśń zawsze, jak miałyśmy coś razem śpiewać. A nie, jeszcze było Tomorrow.

Już nigdy nie pojedziemy we dwie samochodem, już nigdzie – ani na lotnisko, ani na zakupy, ani do domu. (Czy ja Ci kiedykolwiek powiedziałam, jak dobrze się z Tobą jeździ, jakim jesteś świetnym kierowcą, jak bezpiecznie się czuję, gdy siedzisz za kierownicą? Pewnie nie. Jak wielu rzeczy, których nie zdążyłam Ci powiedzieć).

Już nigdy nie oglądniemy razem żadnego skeczu Kabaretu Młodych Panów, już nigdy nie będziesz mi tłumaczyć tych śląskich żartów.

Już nigdy nie będziemy płakać na filmie do jednej chusteczki, jak na Karolu, papieżu, który pozostał człowiekiem. (Wiesz, że ja rzadko płaczę na filmach, a raczej – płakałam. Ostatnio coś się zmieniło, ktoś chyba Cię musi godnie zastępować).

Już nigdy nie zadzwonisz do mnie z życzeniami.

Już nigdy nie będę się zastanawiać nad prezentem dla Ciebie.

Już nigdy nie posiedzimy w kuchni, nie zrobimy sobie nawzajem jajecznicy, herbaty, nie zagramy w Quizowanie, nie pogadamy, nie opowiemy sobie, co nowego w Lublinie i w Gliwicach.

Już nigdy nie wymienimy porozumiewawczych spojrzeń w kościele (zdarzało się, przyznaj…).

Już nigdy…

Ciężko to zrozumieć, zresztą – co tu jest do rozumienia? Stało się i już, niby dawno, jakiś czas temu – a dla mnie to wciąż niepojęte. No bo jak to? Już Cię nie zobaczę? Nie przytulę? Nie pośmiejemy się? Nie odpiszesz na SMS-a? Nie odbierzesz telefonu? Jak to się mogło wszystko skończyć – tak nagle, bez uprzedzenia? Nikt mnie nie przygotował? Nie zapytał, jakie jest moje zdanie? Nie powiedział, że właśnie przeżywamy razem, Ty i ja, ostatnie spotkanie? Ostatnie święta? Ostatni miesiąc? Ostatni rok?

Jak przeżyłabym ten rok, gdybym wiedziała, że jest naszym wspólnym ostatnim?

Pewnie inaczej. Wiele mam sobie do zarzucenia, tyle razy mogłam być dla Ciebie lepsza, milsza, bardziej akceptująca, bardziej wspierająca. Chyba zbyt mało się starałam być taką dobrą starszą siostrą, taką wymarzoną, taką, na jaką zasłużyłaś. Mam nadzieję, że mi to wszystko wybaczyłaś.

 

Wiesz… dużo się nauczyłam przez ten czas, te samotne dwieście dziewięćdziesiąt pięć dni. Wiele zrozumiałam, wiele zobaczyłam: że mam wokół tylu życzliwych ludzi; że z tragedią nie zostałam sama; że muszę wciąż być lepsza dla innych, bo potem będę żałować, żałować tych wszystkich wypowiedzianych niepotrzebnie słów; że nie można odkładać miłości na potem.

 

Oj, Helen, Helen, narobiłaś Ty rabanu… Nie tylko w moim sercu. Chyba się nie spodziewałaś tego, co się zaczęło na świecie dziać po tym, jak ten świat o Tobie usłyszał. Wiesz, jaka jestem z Ciebie dumna?

Ale ja zawsze byłam z Ciebie dumna. Dumna tak, jak tylko może być dumna starsza siostra ze swojej mądrej, pięknej, uroczej i kochanej młodszej siostrzyczki. Która zawsze pozostała młodszą siostrzyczką, nawet jak z dziewczynki zmieniła się w kobietę, zrobiła prawo jazdy i zaczęła nosić szpilki.

I dumą napawa mnie myśl, że zawsze było w sercu tej mądrej, pięknej i dobrej kobiety specjalne miejsce dla mnie. Miejsce dla starszej siostry. Dla jedynej siostry.

 

Za parę godzin w telefonie z Twoim zdjęciem zadzwoni budzik. Wstanę, a Twoje zdjęcie będzie pierwszym, jakie zobaczę. Pójdę do łazienki, gdzie spojrzę na zegarek, który przywiozłaś mi z Londynu. W kuchni zrobię sobie herbatę w kubku, który dostałam od Ciebie na dwudzieste pierwsze urodziny. Włożę buty, które Ci się podobały, płaszcz, który razem kupowałyśmy, owinę się szalem przywiezionym ze wspólnej wyprawy do Jerozolimy. Twój rower, który mi parę lat temu pożyczyłaś, zostanie dziś wyjątkowo w garażu, a ja otworzę drzwi kluczami z breloczkiem, który przywiozłaś mi z Majorki, posmaruję usta balsamem, który kiedyś dostałam od Ciebie – i zacznę dwieście dziewięćdziesiąty szósty dzień bez Ciebie.

Ale czy tak naprawdę bez Ciebie? Przecież jesteś gdzieś blisko. Wierzę w to.

Kocham Cię i tęsknię

Do zobaczenia

Sis



Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Show comments