video-jav.net

Święta Noc. Przełamać ciemność

13 grudnia 1981 roku świat się zawalił, zapadła noc. Tego roku w Wigilię Bożego Narodzenia, w mroźne i pełne strachu ulice Warszawy ks. Jerzy ruszył z walizką opłatków.

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wigilia 1981 roku była bardzo mroźna.

Na pustych ulicach i placach Warszawy przy dymiących koksownikach grzali się żołnierze zwiezieni z poligonów i koszar całej Polski. Głównie młodzi, często ze wsi. Był Stan Wojenny – czyli w sumie wojna domowa bo żaden wróg przecież nie przekroczył polskich granic.

Więzienia i ośrodki internowania pełne były ludzi, którzy uwierzyli w Solidarność. Tej nocy ważniejsze jednak było to, że byli mężami, ojcami i synami a puste miejsca przy wigilijnych stołach w ich domach były puste przeraźliwie. Była noc.

Z jednej z warszawskich plebanii wyszedł na ulicę ksiądz, drobny, owinięty szalikiem. W ręku trzymał walizeczkę… Wyszedł w trakcie wigilii, zostawiając proboszcza, siostry zakonne i wikarych. Ruszył w stronę wojskowych koksowników.

* * *

Ks. Jerzy na pierwszej placówce w Ząbkach w parafii Świętej Trójcy – fot. Jadwiga Klimek

Jurek miał 33 lata, pochodził ze wsi na Białostocczyźnie. Nie był wybitny, był nieśmiały. Po skończeniu warszawskiego seminarium ciężko zachorował. Zdrowie nadszarpnął w wojsku, gdzie spędził dwa lata w specjalnej jednostce dla kleryków. Był tam poniżany i upokarzany za noszenie krzyżyka i za publiczną modlitwę. Nigdy jednak się nie poddał, nie umiał i płacił za to wysoką cenę. Z powodu słabego zdrowia nie mógł być w parafii „pełnoetatowym wikarym”, był więc rezydentem. Do warszawskiej parafii Św. Stanisława Kostki trafił w maju w 1980.

Trzy miesiące później, w sierpniu 1980, Polska zastrajkowała. 29 sierpnia stanęła Huta Warszawa. Robotnicy, którzy okupowali zakład, niepewni losu, chcieli, żeby jakiś ksiądz odprawił im mszę świętą. Ich niepewność miała podstawy, kilkukrotnie robotnicze niezadowolenie wobec postępowania komunistycznej władzy kończyło się w Polsce agresją wojska, milicji, ZOMO i pogrzebami a w najlepszym razie aresztowaniami i zwolnieniami z pracy.

Jurek akurat miał czas. Pojechał. Zaczął od spowiedzi. Siedział na terenie huty na starym krześle, wśród żelastwa, ludzie klęczeli na asfalcie. Mówili prosto, szczerze, zrozumiał ich a oni jego. Podczas kazania powiedział, że strajkując ujmują się za innymi i że to jest właśnie solidarność. Nie wiadomo co dokładnie rozumiał przez to słowo… ale wypowiedział je bardzo świadomie.

Już pierwsza wizyta w hucie przyniosła mu nowych przyjaciół. Taki był. Wtapiał się w społeczność ale nie tracił osobowości, przeciwnie, wnosił cos bezcennego – wartości, szacunek, sens. Kiedyś wchodząc do huty, na bramie zdjął koloratkę. Może chciał być jak inni. Tak też był postrzegany – jak swój. Zaraz potem jednak koloratkę założył – był przecież księdzem. Robotnicy mu ufali więc pomagał im określać hutnicze postulaty.

Kiedy Solidarność wygrała, komisja zakładowa uznała go za honorowego członka zarządu zakładowego związku i kapelana Huty Warszawa. Poświęcił też hutniczy, solidarnościowy sztandar. Oprowadzał potem jednego z biskupów po zakładzie jak po swoim domu. Organizował dla przyjaciół z huty wycieczki autokarowe podczas których nie piło się alkoholu i nie przeklinało. Więcej, robotnicy podpisywali krucjaty i przyrzekali długoterminową trzeźwość. Inspirując się Chrześcijańskim Uniwersytetem Robotniczym Kardynała Wyszyńskiego, Jurek założył dla nich szkołę robotniczą. Organizował też pokazy filmów. Przede wszystkim jednak chrzcił dzieci i udzielał ślubów. Ilość chrztów i ślubów w parafii św. Stanisława Kostki w tym okresie znacznie wzrosła.

Jeździł także do Gdańska. Na zjazd Solidarności w hali Olivii zabrał egzemplarze pierwszej papieskiej encykliki społecznej Laborem Exercens. Rozdawał je ludziom. Na odsłonięciu pomnika ofiar Grudnia 70’ w Gdańsku i Gdyni jakiś młody człowiek powiedział do niego „Proszę księży, dlaczego nikt nie zapyta, gdzie są mordercy naszych ojców?”. Nie wiedział co odpowiedzieć. Jego też ściskało w gardle bo nie rozumiał istoty przemocy i nienawiści. Powiedział potem, że przeżył ten moment bardziej niż papieską pielgrzymkę do Polski.

W listopadzie roku 1981 atmosfera zaczęła się zagęszczać i rosło napięcie. Zaczęto pacyfikować społeczne wystąpienia. Tak stało się na przykład wobec strajku w Wyższej Szkole Pożarniczej. Kiedy trwał strajk wciągnięto Jerzego przez okno, żeby spowiadał i odprawiał msze.

Wobec ryzyka aresztowań, Solidarność Regionu wypłaciła z banku środki związkowe – 10 milionów ówczesnych złotych. Szukano kogoś zaufanego, kto mógłby przechować pieniądze, było to oczywiście poważne ryzyko. Pytano kilku księży. Zgodził się dopiero Jerzy.

* * *

13 grudnia 1981 roku świat się zawalił, zapadła noc. Słowo „Solidarność” zaczęło brzmieć jak paragraf. Na ulice wyjechało 1750 czołgów i 1900 pojazdów bojowych i opancerzonych. Do miast wkroczyło 70 tys. żołnierzy i 30 tys. funkcjonariuszy milicji. Pod broń postawiono też rezerwistów. Więzienia zapełniały się internowanymi. Ludzie znikali bez wieści z domów i ulic. Po Jurka również przyszli ubecy, ochronił go proboszcz, człowiek silny i przenikliwy. Telefony nie działały, żony i rodziny przyjaciół z huty zgłaszały się na plebanię po pomoc. W małym mieszkaniu Jerzego spali ukrywający się przed internowaniem. Rozdawał wszystko co miał. Szły w końcu święta.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko nigdy nie walczył z żadną władzą. Nie walczył z nikim. Walczył z nienawiścią w sobie samym i w innych. Walczył też o godność, którą dostrzegał w każdym człowieku.

Tamtej nocy, w Wigilię Bożego Narodzenia, w mroźne i pełne strachu ulice Warszawy ruszył z walizką opłatków. Podchodził do żołnierzy grzejących się przy koksownikach, stojących przy czołgach i przy wozach bojowych. Chudy, chorowity, w szaliku. Jedni płakali inni odpędzali, jeszcze inni zaczynali rozmawiać. Przełamywał ciemność…


Tekst dzięki uprzejmości Muzeum ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie

 

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >
KS. JERZY POPIEŁUSZKO

Stan wojenny. Ks. Jerzy: uciekłem przed nienawiścią

Krótka historia z jednej z niesprawiedliwych rozpraw podczas stanu wojennego

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

– W pewnym momencie ksiądz siedzący koło mnie wybiegł z sali. Wybiegł tak szybko, że zwróciło to uwagę wszystkich, a mnie zaniepokoiło bardzo. Wyszłam za nim. Stał na korytarzu sam. Pytam się:

– Co się księdzu stało?

– Nic się nie stało.

– Czy ksiądz się źle czuje?

– Nie

– Może trzeba księdzu pomóc?

– Nie, proszę pani. Proszę iść spokojnie, nic mi nie jest

– Może ksiądz mógłby mi jednak powiedzieć, czemu ksiądz wybiegł tak szybko

– Nie zwykłem spowiadać się przed osobami świeckimi płci żeńskiej

– Jeden wyjąteczek, dla spokoju

– Mogę pani powiedzieć – rzekł nagle – uciekłem przed nienawiścią, przed uczuciem nienawiści.

 

Roma Szczepkowska o jednej z rozpraw sądowych stanu wojennego

 

13 grudnia 1981 w Polsce został wprowadzony stan wojenny. Był to czas szczególnie trudny, podczas którego wielu ludzi doznało licznych represji, więzienia i prześladowania. Tylko w pierwszym tygodniu stanu wojennego internowanych zostało 5000 osób. Ks. Jerzy od samego początku wspierał ofiary tego okrutnego czasu, wspierał ich także podczas niesprawiedliwych procesów. 

 
 

 

Wpis oraz zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości:

Muzeum Ks. Jerzego Popiełuszki


Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >