video-jav.net

Seminarium. Lot nad kukułczym gniazdem?

Pisałem niedawno o medialnych ekspertach od Kościoła, co to nie odróżniają suspensy od dyspensy, a standardowe działanie Watykanu odczytują jako wyraz rewolucji. Jak się okazuje, nie tylko głośne działania Stolicy Apostolskiej są przez nich tak nieudolnie monitorowane, ale również te najcichsze.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Konrad skończył seminarium i jest księdzem. Dawid nie skończył seminarium i jest ojcem. Gdyby pisali dzienniki, wyglądałyby one tak – takim wstępem został opatrzony tekst pt. Intymny dziennik kleryka, który znalazłem w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej. Po lekturze tekstu nawet nie wiem jak reagować.

fot.  MaZzuk

Już samo określenie gdyby pisali dzienniki pokazuje, jak wielkie jest pole do manipulacji wypowiedziami – autentycznymi bądź nie – byłych kleryków. Wyborcza chciała nam pokazać ich intymny dziennik, a zafundowała lot nad kukułczym gniazdem, wspomnienia z psychuszki, nową Sodomę i Gomorę. Stężenie niedorzeczności jest tutaj śmiertelne. Albo raczej: śmiertelnie śmieszne.

W skrócie: seminaria – bo przecież wniosek jest ogólny – prowadzone są przez duchownych, nie potrafiących wytłumaczyć celowości całej litanii wprowadzonych zakazów, a sami klerycy to albo ludzie inteligentni, którzy prędzej czy później stamtąd uciekają albo łamagi i skrajni fideiści, dla których kolor swetra ubranego przez kolegę jest znakiem problemów duchowych, a Bóg przemawia do nich przez wrzody. Oczywiście księżmi zostają tylko ci drudzy.

Można mieć różne poglądy na temat kształcenia seminaryjnego, może trudno być bezkrytycznym, ale jaki stopień naiwności trzeba prezentować, by nakreślić taki obraz?

Oto i kilka przygód kleryckich.

Za sześciominutowe spóźnienie ze spaceru należy streścić pisemnie encyklikę Evangelium Vitae – bodaj najdłuższą z dorobku Jana Pawła II. Gdy jeden z kleryków zbyt mocno przejął się swoją rolą posługującego kard. Macharskiemu podczas mszy św., pomylił się przy wręczaniu ampułek. W odpowiedzi Książę Kościoła rzucił mu w twarz ręczniczkiem. Oczywiście pozostało to ich słodką tajemnicą, o którą nikt nie robił afery. Również media. Dalej: wyrzucono kleryka za oglądanie Kilera na laptopie, a podczas ciszy nocnej (Święta Cisza) można współlokatora zapytać o pożyczenie pasty do zębów tylko pisemnie. Nie można wtedy nawet szeptać. Za odezwanie się do dziewczyny pracującej na terenie seminarium trafia się na rozmowę wychowawczą do rektora. Jeśli z inicjatywą wyjdzie dziewczyna – traci pracę. Oczywiście wszyscy klerycy muszą znać nuty, nie wystarczą neumy wykorzystane w mszale. Modlitwy to forma zapełniania czasu, by nie wystarczyło go na naukę, co pozwala wyeliminować najsłabszych. Aha, i wszyscy się masturbują!

fot. fot. David Goehring

Jeśli ten naprawdę skromny wybór bzdur nie generuje jeszcze wrażenia skrajnej niedorzeczności, zapewniam, że nie wypisałem tu nawet połowy. Tekst podesłałem znajomemu klerykowi (zaznaczam, że odczytał go na laptopie i nie bał się wyrzucenia z seminarium!). Nie wytrzymał do końca.

Artykuł wskazuje albo na radykalną głupotę albo skrajnie złą wolę piszącego. Stawiam na to drugie i jest mi autentycznie przykro, że nie dostrzegam innej diagnozy. Inna sprawa, że przestałem się dziwić paru rzeczom, w tym medialnej kanonizacji ks. Lemańskiego. Jeśli wg tych środowisk każdy, kto ma inne zdanie musi przechodzić bosymi stopami po piekielnej lawie tak jak Tomek – jeden z bohaterów tekstu, który miał wiele pytań, ale każde kończyło się sugestią opiekuna, że brak mu powołania, wtedy nie mam więcej pytań. Dziw, że aureola się nie świeci.

Jestem zdania, że tekst jest celową próbą dezinformacji. Autor świadomy, że prawie żaden z czytelników nigdy żadnego kleryka nie spotkał, a jedyny jego kontakt z Kościołem to wielkosobotnie święcenie koszyków i lektura Wyborczej, postanowił to wykorzystać. A że zdradził się z kompletnym brakiem wyczucia w kompilowaniu i naraził się na śmieszność? Cóż, to zauważą tylko klerycy, o ile rektor pozwoli im to przeczytać.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Alergia na „nie wolno”

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że mamy coraz większe trudności z rozumieniem idei zakazu. Pełzająca powszechnie moda na bezstresowość, ogólnodostępność i prawo do realizacji wszystkich pragnień nie pomaga w poprawieniu stanu rzeczy. Czy jednak system zakazów jest zły?

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z pewnością nie. Co najwyżej bywa nieskuteczny. A wszystko przez mechanizm, który zwykło się nazywać zakazanym owocem. Taki ponoć najlepiej smakuje, więc wśród osób bardziej przekornych świadomość obwarowania czynności lub rzeczy wielkim, czerwonym znakiem STOP pełni funkcję pikantnej przyprawy, która zachęca zamiast odstraszać.

Wyznawców – mniej lub bardziej świadomych – takiego podejścia spotykamy na każdym kroku. Widzimy ich przebiegających na czerwonym świetle, ściągających w szkołach, zatrzymujących samochód byle gdzie na awaryjnych światłach, czy na totalnie innym gruncie: podejmujących współżycie seksualne przed ślubem.

Alergia na „nie wolno”

Tymczasem wiele zakazów wydanych jest najzwyczajniej w świecie z troski, którą trzeba docenić. Małemu dziecku zabraniający najprzyjemniejszych rzeczy rodzic jawi się jako tyran, ale wystarczy odrobina refleksji, aby zobaczyć, że zakaz spożywania słodyczy w nadmiarze może uchronić je przed bolesną wizytą u dentysty. Trzeba po prostu zaufać, że ktoś wie więcej niż ja.

Powszechna opinia o szkodliwości jakiegoś procederu nie spadła przecież z nieba. A przynajmniej nie dosłownie.

Często wynika ona bowiem z tego, co z nieba nam wręczono, co spisano na kamiennych tablicach i podano, by uwierzyć, że tak jest lepiej. Bóg, który zna nas jak nikt inny, bo po pierwsze naszą naturę stworzył, a po drugie jej doświadczył, wie doskonale, co jest dla nas najlepsze. Niestety człowiek nakręcił spiralę: nie wolno jeść owocu z drzewa, bo stanie się tak, a nie inaczej, ale i tak zjem. I tak do dziś.

Już samo utożsamienie słowa zakaz z terminem ograniczenie pokazuje, jak niewiele rozumiemy. Zakazy niekoniecznie nas ograniczają – bywa, że jest zupełnie odwrotnie.

Zresztą opresyjność przykazań jest chyba najczęstszym powodem odrzucenia chrześcijańskiego orędzia. Znamy to wszyscy: opowiadamy o Jezusie, odbiorca z uśmiechem przytakuje, aż przechodzimy do wymagań moralnych. Sielanka kończy się, gdy z indykatywu przechodzimy w imperatyw, z opowiadania w nakaz. Alergia na konsekwencje.

Alergia na „nie wolno”

Czyżby tak trudno było pojąć, że są rzeczy złe ze swej natury lub przewidywanych następstw i że nie zakazuje się ich dla własnej przyjemności lub napompowania ego? A może to zwykłe wygodnictwo i próba przymknięcia oczu na coś, co jest oczywiste?

Zresztą krytykowany wcześniej przeze mnie prof. Hartman spektakularnie odwrócił naturalną kolejność celem ukazania pięknej twarzy kazirodztwa. Felietonista Polityki uważa, że miłość fizyczna między osobami spokrewnionymi dotychczas była uważana za złą, bo była zakazana. To klasyczny przykład odwrócenia ciągu przyczynowo-skutkowego. Jest bowiem dokładnie odwrotnie.

Co ważne, fanów takiego przekraczania granic nie brakuje również w naszym życiu religijnym!

To ci, którzy lubią czasami przystroić nauczanie Kościoła, uprzystępnić je, udzisiejszyć, choć z soborowym aggiornamento ma to tyle wspólnego, co pierogi ruskie z Rosją. I nie widzą konsekwencji. Widzimy ich na mszy św., gdy jako celebransi celem zbliżenia się do wiernych wprowadzają własne zwyczaje, a zamiast głosić kazania, nawracać, panicznie śmieszkują i nie widzą konsekwencji. To ci, którzy w liturgicznym życiu kierują się aksjomatem Bóg się nie obrazi albo ogólnie w imię własnoręcznie zdiagnozowanego dobra uważają, że mogą stanąć powyżej liturgicznego prawa. I konsekwencji oczywiście nie widzą.

Tym czynnościom – nie sposób zaprzeczyć – częstokroć towarzyszą szlachetne intencje. Człowiek chce dobrze, a wychodzi jak zwykle. Ale będzie tak, dopóki nie zrozumiemy zbawiennej natury zakazu.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >