Kościół dla potrzebujących. Komentarz do raportu Episkopatu

Najnowsze informacje raportu Episkopatu dotyczące działalności charytatywnej Kościoła w Polsce są genialną odtrutką dla popularnej narracji, według której Kościół tylko bierze i nic nie daje. Społeczny pasożyt okazuje się być w ogromnej mierze raczej żywicielem

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Przypomnijmy tło: Kościół w materii finansowej jest często przedstawiany jako beneficjent wszelkich ulg. Stereotypowo oznacza to, że zwolniony jest z obowiązkowych, podstawowych opłat, a do tego jest na każdym kroku dotowany przez państwo. Hasłowo to podejście mieści się w ramach sloganu: Księża nie płacą podatków.

 

Wyjaśnianie jego niedorzeczności przypomina poprawianie przedszkolaka, któremu myli się kolejność cyfr. Podstawa, elementarz. Nie ulega bowiem wątpliwości, że księża podatki płacą (choćby w postaci zwykłego VATu) i wszelkie finansowe przywileje duchowieństwa nie charakteryzują się nawet drobną cząstką tej skali, którą powszechnie się prezentuje. Ale dziś nie o tym.

 

Okazuje się bowiem, że Kościół nie tylko potrafi brać, ale i w dawaniu ma całkiem niezłą wprawę. Sęk w tym, że zgodnie ze słowami Jezusa nakazującymi z jałmużny czynić bardziej tajemnicę niż reklamę, podobne raporty publikuje z niechęcią i od wielkiego dzwonu. Między innymi dlatego jego analiza jest tak zadziwiająca.

 

Polecam poświęcenie kilku minut, aby samodzielnie zobaczyć i ocenić graficzne przedstawienie danych, zebranych przez Episkopat, ale ze swej strony proponuję zwrócić uwagę na kilka ważnych faktów. Wybrałem trzy, choć wniosków z raportu jest pełna litania.

 

835 instytucji charytatywnych tworzy 5 tysięcy dzieł, które w 2014 roku pomogły prawie 3 milionom (!) osób i podmiotów. Oznacza to, że – licząc bardzo pobieżnie – średnio co dwudziesty, może co trzydziesty Polak otrzymał od chrześcijańskich instytucji wsparcie w roku 2014. To pokazuje skalę, na jaką zakrojone są działania charytatywne, którym patronuje Kościół.

 

Po drugie: przyjęło się, że są one oparte na pomocy doraźnej przybierającej kształt wsparcia materialnego lub żywieniowego. To oczywiście prawda, bo znakomita część dzieł opisanych w raporcie polega na właśnie takich działaniach, ale – i warto zwrócić na to swoją uwagę – nie są one skupione jedynie na zasobności portfela i zawartości żołądka. Umykają nam dzieła skierowane np. na pomoc medyczną (trzecia pod kątem ilości beneficjentów!) czy terapie dla osób uzależnionych, z których w 2014 r. skorzystało ponad 23 tysiące Polaków.

 

Niejako na marginesie i w związku z burzą, jaka przetoczyła się przez publiczny dyskurs, warto również odnotować pomoc dla migrantów i uchodźców. Zanim kryzys stał się tematem numer jeden, a choćby tylko werbalna troska o bezpieczeństwo uchodźców stała się opłacalną inwestycją we wzrost politycznego kapitału, Kościół – jak to ma w zwyczaju: po cichu, bez rozgłosu – pomógł ponad 5 tysiącom imigrantów.

 

W tej perspektywie zarzuty wobec Kościoła o bierność wypadają śmiesznie i nie są nawet warte rzetelnego komentarza.

I trzecia sprawa: 3 lata temu 665 tysięcy osób należało do parafialnych organizacji charytatywnych zorientowanych na całoroczną działalność. Biorąc pod uwagę tendencję wzrostową można szacować, że dziś liczba ta jest większa, ale nawet taka ilość budzi ogromny szacunek. Dla podkreślenia skali: w tym samym roku podczas XX finału WOŚP, na ulicach w ciągu jednego dnia kwestowało 120 tysięcy wolontariuszy. W żadnym wypadku nie jest moją intencją jakakolwiek konfrontacyjność, ale różnica jest zauważalna gołym okiem.

 

Rzeczywistość medialna, posiada charakter soczewki, która przybliża jedynie punktowo, rozmazując wszystko wokół. Kościół jest największą instytucją charytatywną w Polsce i na świecie, co może być zdziwieniem dla wszystkich, którzy informację o nim czerpią z tzw. głównego nurtu. Ale trudno mieć do nich pretensje – brak rozgłosu, jaki towarzyszy kościelnym dziełom jest bowiem równie wielkim powodem do dumy, jak ich skala. Niemniej dobrze, że udaje nam się o niej przypominać raz na jakiś czas.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Państwo i Kościół. Hipokryzja rozdziału

Najkrócej można ten temat zmieścić w następującej myśli: rozdział państwa od Kościoła kończy się w momencie, w którym lokalne władze proszą o odczytanie komunikatu na niedzielnej sumie. Bo taki rozdział to rodzaj weneckiego lustra - wszystko się da, ale w jedną stronę

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Dla części środowisk lewicowych ten postulat stał się nadrzędnym hasłem politycznej i społecznej działalności. Priorytetowość tego hasła spowodowała nawet, że niektórzy – często nieświadomie – powtarzają fałsz o konstytucyjności rozdziału raz motywując tym chęć usunięcia krzyża z sejmowej sali, innym razem – swoje oburzenie dotyczące np. Funduszu Kościelnego. Tymczasem konstytucja mówi o władzach zachowujących bezstronność. Zaś bezstronność, a rozdział – to zupełnie odmienne postawy.

W przestrzeni publicznej funkcjonuje zatem dość popularny stereotyp, że rozdział państwa od Kościoła to kamień węgielny demokracji. Dzieje się tak, ponieważ jedynym jej wzorem jest dla mediów część demokracji zachodnich, w których odcinanie się władz świeckich od katolicyzmu przybiera czasem formy graniczące z wrogością. Jednak nie jest to – wbrew popularnej opinii – jedyna droga.

 

Kościół bowiem – nawet gdyby potraktować go jako czysto ludzką instytucję – ponieważ gromadzi ogromną część społeczeństwa oraz jest wciąż (!) obdarzany przez Polaków niegasnącym zaufaniem, ma pełne prawo zabierać głos w sprawach społecznych. Nie ma zasady, nakazującej Kościołowi milczenie, innej niż autorytarne życzenia grup strzegących swoich partykularnych interesów.

Bo niby jaka? Obawa przed walką Kościoła o korzyści i przywileje dla swoich członków? Wszystkie związki zawodowe przecież mają dokładnie taki cel i nikt nie stawia znaku równości pomiędzy ich usunięciem z życia publicznego i zmartwychwstaniem demokracji. No to może kwestia poglądów? Też nie, bo wolność słowa stawia sobie za cel umożliwienie wyrażenia swoich poglądów wszystkim osobom i grupom, które chcą je zaprezentować. To może…?

 

Tak można jeszcze długo, ale sens jest prosty: poza wolą części środowisk – wyrażaną często w formie lewicowego dogmatu – nie ma uczciwego argumentu uzależniającego wartość i jakość demokracji od wyrugowania Kościoła z życia społecznego.

 

Taka zasada jest zatem pusta. I nie miałbym nic przeciwko jej prezentowaniu – nie moja sprawa, jakie kto przedstawia postulaty – gdyby nie jedna, niesprawiedliwa i piekielnie irytująca rzecz: niekonsekwencja w jej stosowaniu. Bo o ile każdy głos duchownego dotyczący kwestii publicznej jest w najlepszym wypadku podsumowywany uśmiechem politowania, o tyle nieustanne wzywanie do nawrócenia Kościoła przez polityków-proroków, jest traktowane jako wydarzenie jak najbardziej na miejscu.

 

Politycy – przy wsparciu mediów – próbują uzdrawiać demokrację wyrzucaniem Kościoła poza nawias życia publicznego oraz reformować Kościół swoimi mniej lub bardziej oryginalnymi postulatami. Ale gdy nadchodzi okazja, lubią zbierać podpisy pod świątyniami, ustawiać plakaty wyborcze naprzeciw wyjścia z kościołów, czy apelować do parafian, korzystając z gościnności ambony.

Ale to jest jeszcze – powiedzmy – do zrozumienia. Klasyfikacja zmienia się jednak w momencie, który wyznaczają słowa prof. Środy skierowane do ks. Drąga z KODRu w jednym z polsatowskich formatów publicystycznych jeszcze w zeszłym roku: Byłoby cudownie, gdyby Kościół apelował do państwa o…. W ten sam nurt wpisują się ostatnie pochwały wobec biskupów piętnujących ostatnio antysemickie ekscesy na wrocławskim rynku.

 

W przypływie szczerości antyklerykalni lub szerzej: lewicowi publicyści, myśliciele czy działacze nie mają bowiem najmniejszego problemu z Kościołem, który popiera lub potencjalnie popierałby postulat pokrywający się z akurat z ich żądaniami. Ich koniunkturalizm wyższego rzędu ma odwagę piętnować hierarchów jedynie wtedy, gdy prezentują zgoła odmienny punkt widzenia.

 

Dzieje się tak, ponieważ zasada, której na pozór tak hołdują, nie istnieje, jest tylko wydmuszką. Nie chodzi bowiem o Kościół, który z założenia musi założyć sobie kaganiec, ale poszczególne sprawy, w których hierarchowie zabierają głos w sprawach niewygodnych.

 

W innym, mniej konfliktowym wypadku, głos Kościoła jest zawsze życzliwie traktowany. A przecież gdyby chodziło o radykalną zasadę rozdziału, również wtedy powinny pojawić się głosy oburzenia. Prawda?

 

 


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >