video-jav.net

Katolicy i muzułmanie

Pytanie, które przychodzi na myśl każdemu człowiekowi musi brzmieć: "czy naprawdę tak musi być?" Odpowiedź jest równie spontaniczna: "nie". Czy katolicy i muzułmanie mogą żyć obok siebie?

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jeden z najbardziej drastycznych obrazów, jakie kiedykolwiek widziałem, przedstawiał efekt nigeryjskiej masakry sprzed lat. 500 katolików spalonych żywcem przez muzułmanów, ciała poukładane jedno obok drugiego. Powykręcane i zwęglone do tego stopnia, że w interpretacji zdjęcia musiał pomagać podpis. Francuskie wydarzenia poprzedniego tygodnia wymuszają na nas spojrzenie równie dramatyczne.

Pytanie, które przychodzi na myśl każdemu człowiekowi, niezależnie od koloru skóry, wyznania, pochodzenia lub płci, musi brzmieć: czy naprawdę tak musi być? Odpowiedź jest równie spontaniczna: nie. Ale z reguły nad tą odpowiedzią przechodzimy obojętnie. Jej radosny, utopijny idealizm wydaje nam się niemożliwy do skonfrontowania z rzeczywistością, więc wzruszamy ramionami i ze smutną modlitwą ruszamy dalej.

Tymczasem to samo stanowcze i intuicyjne nie! znajduje swoje radykalne odzwierciedlenie w prawdziwym życiu.

Podam tylko dwa obrazy. W internecie jest ich więcej.

Indonezja, państwo zamieszkałe przez ok. 180 mln muzułmanów. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, choć nawet najbardziej bystry Europejczyk bez pomocy kalendarza mógłby tego nie dostrzec. Nie ma tam charakterystycznej zimowej atmosfery. Biały puch zmrożonej wody i iglastą choinkę zastępują słoneczne promienie i wybujała roślinność. Ale różnicy nie sprawia jedynie klimat. Różnicę tworzą ludzie. Świątynie katolickie są bowiem obstawiane w obawie przez zamachami terrorystycznymi.

Pomoc katolikom oferują młodzi muzułmanie z organizacji Banzer. Jeden z młodzieńców obstawia kościół w Krian. Własnoręcznie wynosi ze świątyni podejrzany pakunek. Wychodzi poza budynek. Nagły błysk i huk wyznacza koniec jego życia. Bomba wybuchła w jego rękach. Uratował pełen kościół katolików.

Kilka lat później do Europy dochodzą informacje o eskalacji konfliktu w Egipcie. Z jakiegoś powodu agresywna mniejszość islamska przejmuje kontrolę nad wydarzeniami w kraju faraonów, a dla katolików klimat afrykański robi się zdecydowanie zbyt gorący. W Europie również panika. Konsulaty i ambasady przystępują do masowych spowiedzi dyplomatycznych, nawet biura podróży przekonują, że jest bezpiecznie. Ale nie jest.

Katolicy i muzułmanie

I w tych tak bardzo niesprzyjających okolicznościach istnieją mikroskopijne inkubatory wielkoduszności, gdzie islam z chrześcijaństwem stają w obronie swoich wspólnych praw. Praw człowieka.

Dzięki działalności edukacyjnej katolickich misjonarzy, dzieci obu wiar od początku swojego życia uczą się wzajemnego poszanowania dla odmienności kultur. Gdy nadchodzi czas próby, wieloletnia współpraca (choć niektórzy piszą: przyjaźń) zdaje egzamin. Oto komitety chrześcijańsko-muzułmańskie wzajemnie bronią swoich świątyń podczas wykonywania świętych czynności. I pokazują czerwony znak STOP nawet za cenę utraty swoich radykalniejszych najbliższych. Nie tędy droga – wydają się mówić, a ich zdjęcia obiegają agencje prasowe całego świata.

Jako małe postscriptum warto przypomnieć sytuację z naszego podwórka. Gdy w zeszłym roku w Centrum Sztuki Współczesnej pod artystycznym pretekstem profanowano krzyż (Adoracja Chrystusa Jacka Markiewicza), w obronie wiary stanęli nie tylko konserwatywni dziennikarze i katoliccy hierarchowie, ale też innowiercy. Liga Muzułmańska w RP napisała pełne zrozumienia oświadczenie. (…) wyrażamy swoje odczucia zgrozy oraz niesmaku, jednocześnie w pełni solidaryzując się ze znieważanymi w ten sposób chrześcijanami – głosi dokument.

Ciężko powiedzieć, czy wskazane wyżej zachowania wynikają z rozsądku, czy ze świadomości, której czasami brak nam, Europejczykom: w realiach wojny totalnej, jaką nienawiść toczy z rozsądkiem albo tzw. świeckość z religią, katolicy i muzułmanie jadą na tym samym wózku. Niezależnie od rozstrzygnięcia tej wątpliwości, warto dostrzec, że dopóki nakreślone wyżej obrazy nam towarzyszą, można wierzyć, że stan pacjenta jest zły, ale stabilny. I rokuje na pokój.

Ja wierzę.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Islam we Francji (analiza)

Do zamachów, w których zginęły 132 osoby, przyznali się dżihadyści z Państwa Islamskiego, którzy w swoim oświadczeniu zapewnili, że zostały one dokładnie zaplanowane i że Francja nadal będzie ich celem

Polub nas na Facebooku!

Dla francuskiego państwa są Francuzami, dla tamtejszej opinii publicznej – muzułmanami, dla własnych ojczyzn – już cudzoziemcami. Jeszcze inni widzą w nich wylęgarnię ekstremizmu. Nie wiadomo ilu dokładnie jest muzułmanów, którzy mieszkają we Francji. Imigranci i ich potomkowie, głównie z Afryki Północnej, stanowią liczącą się siłę – według oficjalnych statystyk – 4-5 mln ludzi, a więc 7,5 proc. społeczeństwa.

Jednak – zgodnie z szacunkami ministerstwa spraw wewnętrznych – tylko jedna trzecia z nich to osoby praktykujące islam. Z kolei dwie trzecie muzułmanów osiedliło się w największych miastach (powyżej 200 tys. mieszkańców).

Dane te obejmują również około 100 tys. lokalnych konwertytów (według organizacji muzułmańskich – dwukrotnie więcej), co najczęściej jest wynikiem zawierania małżeństw mieszanych, jako że kobieta poślubiająca muzułmanina powinna przejść na islam. Zdarzają się też przypadki przechodzenia muzułmanów na katolicyzm (150-200 rocznie), co dotyczy zwłaszcza dzieci wywodzących się z małżeństw mieszanych (we Francji nie obowiązuje szariat, zabraniający konwersji z islamu).

Tymczasem według nieoficjalnych szacunków, muzułmanów we Francji jest dwukrotnie więcej, w tym 4-5 mln pochodzących z Algierii, 3 mln z Maroka, 1 mln z Tunezji, ale także 2 mln z państw Sahelu (Afryki subsaharyjskiej) i 800 tys. z Turcji. Za wyjątkiem tej ostatniej, muzułmanie napływają więc z krajów, które niegdyś były francuskimi koloniami. Są też byli mieszkańcy Bliskiego Wschodu.

Jest to olbrzymi wzrost liczebny w stosunku do sytuacji sprzed półwiecza. Pod koniec epoki kolonialnej, w 1954 r. było ich bowiem zaledwie 250 tys., a po zakończeniu wojny w Algierii w 1962 r. – blisko 600 tys. W kolejnych dziesięcioleciach, po tym jak w 1974 r. rząd zezwolił na łączenie rodzin, ich liczba wzrosła do 2 mln, a w 2005 r. do niemal 5 mln. Jednak, według informacji portalu euro-islam.info, tylko ponad 2 mln spośród nich mają francuskie obywatelstwo.

Islam we Francji (analiza)

Ze względu na swe pochodzenie francuscy muzułmanie pozostają pod wpływem imamów ze swych ojczyzn, głównie z Algierii i Maroka. Z krajów tych przybywają co roku setki duchownych, by prowadzić szkoły przy meczetach, dbać o organizację ramadanu (dorocznego miesiąca postu) itp.

Mówiąc językiem katolickim, wyznawcy islamu we Francji podlegają różnym jurysdykcjom, nie tworząc jednej, zwartej społeczności. Dlatego w 2003 r. pod naciskiem władz państwowych powstała Krajowa Rada Kultu Muzułmańskiego, w zamierzeniu mająca być platformą porozumienia różnych odłamów tej religii, a tym samym partnerem dla władz (jakim jest np. Konferencja Biskupów Francji w przypadku Kościoła katolickiego) m.in. w kwestii budowy meczetów, formacji imamów, koordynowania dat świąt religijnych (odmiennych w różnych krajach pochodzenia), czuwania nad rynkiem uboju rytualnego, organizacji pracy imamów w szpitalach i wojsku itd.

Rada próbuje także pogodzić islam ze świeckością państwa, co nie jest łatwe, zważywszy, że tradycyjnie nie rozdziela on sfery religijnej od politycznej. Rozdział państwa od religii, zwłaszcza w dość skrajnym wydaniu znad Sekwany, jest więc mało zrozumiały dla muzułmanów. Pragną oni dawać publiczny wyraz swej wierze także w przestrzeni publicznej. Bywało, że gdy czekali na pozwolenia na budowę meczetów, licznie gromadzili się na modlitwie na placach francuskich miast, a kobiety zaczęły się pojawiać na ulicach w tradycyjnych chustach, co dla wielu obywateli było szokiem. To w dużej mierze za sprawą wyznawców islamu kwestia obecności religii jako takiej w przestrzeni publicznej ponownie znalazła się w kręgu publicznej debaty. Jednocześnie świeckość państwa utrudnia integrację muzułmańskich obywateli.

Ustawa z 1905 r. wprowadzająca tę radykalną świeckość nie zezwala na jakiekolwiek subsydiowanie instytucji religijnych przez państwo. Jednak Nicholas Sarkozy, minister spraw wewnętrznych, a potem prezydent Francji, próbował zmienić tę zasadę, proponując, by państwo wspomagało budowę meczetów, tak jak finansuje szkołę rabinacką. Miał nadzieję, że pomoże to powstrzymać wzrost w siłę islamskich ekstremistów, dla których pożywką była m.in. niewystarczająca liczba muzułmańskich miejsc modlitwy. Mimo oporów, m.in. ówczesnego prezydenta Jacquesa Chiraka, który bronił ustawy z 1905 r. jako jednego z filarów systemu republikańskiego we Francji, w 2005 r. powstała jednak Fundacja na rzecz Islamu, mająca na celu nadzorowanie darowizn na rzecz islamu, wspieranie budowy meczetów i kształcenia imamów. Okazało się bowiem, że jedna trzecia imamów pracujących w tym kraju nie znała w ogóle francuskiego, a trzy czwarte z nich nie miało francuskiego obywatelstwa. Państwo chciało więc „francuskich imamów mówiących po francusku”, wykształconych nie tylko w dziedzinie teologii, ale także francuskiego języka, prawa, historii, demokracji, praw człowieka itp. Celem dalekosiężnym jest stworzenie francuskiej wersji islamu: umiarkowanego i godzącego wartości religijne i republikańskie. Tego obywatelskiego kształcenia imamów podjęła się także kościelna uczelnia wyższa – Instytut Katolicki w Paryżu. Jednak w 2013 r. Pierre Vermeren stwierdził na łamach tygodnika „L’Express”, że to zadanie skończyło się porażką, ze względu na – jak pisze – „kryzys powołań”. W sumie we Francji jest obecnie około 2100 imamów (wobec 5 w 1965 r. i 900 w 1985 r.) i mniej więcej tyle samo meczetów.

Islam we Francji (analiza)

Problemem tych muzułmanów, którzy nie chcą lub nie mają możliwości integracji ze społeczeństwem jest niski status społeczny i ubóstwo, które wywołują frustrację, co pewien czas wyrażającą się w zamieszkach na przedmieściach dużych miast. To zwykle tam mieszkają imigranci, tworząc niekiedy swego rodzaju getta. Bywa też, że jedynym dochodem imigranckich rodzin są państwowe zasiłki, hojnie – trzeba przyznać – wypłacane przez władze. W przypadku rodzin wielodzietnych rodzice nieraz rezygnują z pracy zawodowej, gdyż to, co otrzymują, wystarcza im na skromne życie. Tworzy to w społeczeństwie obraz imigrantów, którzy wolą nie pracować, lecz korzystać z przywilejów socjalnych.

Muzułmanie zmienili także demografię Francji. Jedna trzecia spośród nich ma mniej niż 24 lata. Rodziny są zazwyczaj liczne. W wyniku tego są już miasta, w których wyznawcy islamu stanowią połowę (Roubaix koło Lille) lub jedną czwartą (Marsylia) mieszkańców. Dominują oni też w podparyskim departamencie Seine-Saint-Denis.

Po zamachach terrorystycznych w Nowym Jorku i Waszyngtonie z 11 września 2011 r. we francuskich meczetach zaczęła narastać agitacja na rzecz dżihadu. Niektórzy tamtejsi muzułmanie okazali się podatni na te wezwania i wyjechali walczyć do Afganistanu, Iraku czy Syrii. Zdarzało się, że aby tej agitacji zapobiec, władze musiały deportować imama do kraju jego pochodzenia. Specjalista od spraw migracji z Afryki, Jean-Paul Gourévitch szacował, że pod koniec 2011 r. we Francji żyło do 160 tys. muzułmanów o radykalnych poglądach.

Obserwatorzy francuskiego życia politycznego biją na alarm, że rząd nie ma wizji tego, co może się stać za 20-30 lat, a nawet że w kwestii islamu okazuje zaślepienie. Na dowód tego cytują słowa premiera Manuela Vallsa, który w czerwcu ub.r. oświadczył, że będący już drugą co do wielkości religią tego kraju „islam jest szansą dla Francji”. – Cały naród mówi, że islam ma swe miejsce we Francji, gdyż islam jest religią tolerancji, szacunku, religią oświecenia i przyszłości, bardzo odległą od tych, którzy przekręcają i kalają jego przesłanie – mówił Valls.

Polemizując z szefem rządu co do tego, że islam jest religią tolerancji i oświecenia, dziennikarz Floris de Bonneville, były redaktor naczelny agencji Gamma zgadza się, że może on stać się religią przyszłości. – Z takimi rządzącymi, jakich mamy od czasów [prezydenta Valéry’ego] Giscarda [d’Estaing] i jego słynnego łączenia rodzin, przyszłość islamu jest tak promienna, że doprowadzi do islamizacji Francji w ciągu mniej niż 30 lat. Nikt nie może zaprzeczyć prognozom demograficznym, które mówią, że rodowici Francuzi będą mniejszością we własnym kraju. Jeśli niczego nie się nie zrobi, [paryska katedra] Notre-Dame stanie się meczetem, zanim nastąpi XXII wiek. I Pan dobrze o tym wie – przestrzegł dziennikarz premiera Francji. Paweł Bieliński (KAI/lexpress.fr/euro-islam.info/bvoltaire.fr) / Paryż