video-jav.net

Studia na specjalizacji: leczenie małżeństw i rodzin

Małżonkowie po tych studiach, stwierdzają, że pozwoliły im one rozmawiać inaczej, że pierwszy raz od lat rozmawiają z uważnością i empatią zamiast walki i udowadniania kto ma rację

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O wyjątkowych kierunkach prowadzonych na PWTW: Studium Małżeństwa i Rodziny oraz Studium Animacji Małżeńskiej, mówi w wywiadzie dla Stacji7 Agnieszka Kozak, doktor nauk humanistycznych, psycholog i trener, wykładowca Papieskiego Wydziału Teologicznego Collegium Joanneum w Warszawie.

 

Jako psycholog i szkoleniowiec zachęca Pani do pójścia na Studium Małżeństwa i Rodziny oraz Studium Animacji Małżeńskiej na Papieskim Wydziale Teologicznym Collegium Joanneum w Warszawie. Ale czy studiowanie na specjalizacji dotyczącej małżeństwa i rodziny może uchronić przed wizytą u specjalisty?

Właśnie może, bo do specjalisty idzie się w poważnym kryzysie, a my zapraszamy osoby, które chcą pomagać innym ludziom znajdującym się w sytuacjach przedkryzysowych. Chodzi o odnowę i rozwój więzi małżeńskiej, czyli właśnie o jej animację, czyli próbę ożywienia jej na nowo. To Studium Animacji, ale zapraszamy też na Studium Małżeństwa i Rodziny, którego absolwenci mogą pomagać narzeczonym w takim przygotowaniu się sakramentu małżeństwa, które będzie minimalizowało prawdopodobieństwa pojawienia się kryzysu, a gdyby one przyszły, w radzeniu sobie z nimi. Poza tym studium to przygotowuje do pracy z małżeństwami, prowadzenia warsztatów i spotkań, na których będzie się także dokonywało pozytywne budowanie więzi i relacji, czyli jest to także przygotowanie do trochę innego rodzaju animacji małżeńskiej.

Ogólnie można powiedzieć, że nasze studia dotyczą etapu od przedmałżeńskiego do przedkryzysowego. Proponujemy patrzenie na trudności i kryzysy jako na informację o tym, że potrzeby w relacji nie są zaspokojone. Uczymy więc tego, jak dbać o relację innych i własną by nie musieć iść do specjalisty.

 

Ma Pani duże doświadczenie z poprzednich edycji studium, jakie ma Pani obserwacje dotyczące ich uczestników?

Zauważyłam, że jest wiele osób, które coś chciałby zrobić inaczej w swoim czy ewentualnie w innych małżeństwie, ale nie ma narzędzi do tego. Czują, że mogliby kwitnąć w wolności i spokoju, jednak nie uświadamiają sobie jak to zrobić. I te studia są właśnie odpowiedzią na to. Dostarczmy dla nich narzędzia do tego by komunikować się inaczej, by mądrze troszczyć się o siebie, czyli ożywiać relację dbając o siebie nawzajem. Małżonkowie po naszych studiach, mówią, że pozwoliły im one rozmawiać inaczej, że pierwszy raz od lat rozmawiają w taki sposób jak im podpowiadamy – z uważnością i empatią zamiast walki i udowadniania kto ma rację. Wracają też do zakochania się na nowo, bo potrafią rozmawiać otwarcie o swoich potrzebach, o dobrych emocjach, uczą się na nowo języka miłości tej drugiej strony.

Dla mnie osobiście niezwykłe jest towarzyszyć ludziom w takiej przemianie serc i w otwieraniu się na siebie nawzajem po wielu latach wspólnego bycia. Wyjątkowo wartościowe w moim odbiorze jest to, że ludzie mają dla siebie więcej wyrozumiałości i empatii. Na tych studiach dzieją się rzeczy ważne nie tylko w aspekcie nabywania wiedzy czy umiejętności, ale właśnie budowania czy odbudowywania relacji.

 

 

Wynika więc z tego, że na tych studiach zdobywa się jednocześnie kompetencje do pracy z innymi, ale także płyną z nich wielorakie korzyści dla samych uczestników?

Dostałam nawet ostatnio maila z podziękowaniem za pracę na tych studiach, w którym ktoś napisał wręcz, że one naprawdę przemieniły jego życie. A więc nie jest to studium, dla samego studiowania, ale to sposób na inne przeżywanie siebie w relacji z drugą osobą. Poza tym, dzięki wieloaspektowemu pogłębianiu nauki Kościoła o małżeństwie i rodzinie, studia te pomagają w kształtowaniu głębszej i dojrzalszej relacji z Panem Bogiem w ramach własnego małżeństwa i rodziny.

Pozwalają także dojrzewać do tego by kochać siebie i innych lepiej i pełniej. Wiąże się to często z tym, że odkrywają oni, że jeśli chcą, aby się coś wokół nich zmieniło, to oni sami muszą coś zmienić w sobie by tak się stało. Relacje interpersonalne z kolei stają się głębsze, mądrzejsze. Studiujący często uświadamiają sobie, że muszą wziąć większą odpowiedzialność za ich budowanie.

W kształtowaniu tych korzyści pomaga formuła studiów, ponieważ w bardzo dużym procencie zajęcia mają formę warsztatową. Są one oparte o pracę własną, gdzie każdy może zając się sobą i swoimi relacjami tym, co dla niego właśnie jest ważne i tym czego potrzebuje. Warsztaty bowiem kreuje grupa, a prowadzący jest ich moderatorem.

Natomiast to czy, ktoś dostanie po nich pracę czy nie, to jest pytanie czy  odnajdzie siebie w pracy z ludźmi. Czy będzie chciał w ten sposób z ludźmi pracować współprowadząc kurs przedmałżeński, w poradni rodzinnej, prowadząc spotkania czy warsztaty. A potrzeb jest bardzo wiele i będzie chyba coraz więcej.

 

Więcej informacji można uzyskać w Sekretariacie PWTW (tel. 22 869 98 90) oraz na stronie internetowej: www.pwtw.pl

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Czas zadawania fundamentalnych pytań

Na studia nie idzie się tylko po wpis do CV. To czas na zadawanie fundamentalnych pytań

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Krzysztofem Mazurem, doktorem politologii, filozofem, prezesem Klubu Jagiellońskiego, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego, członkiem Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP, rozmawia Marcin Makowski.

 

Marcin Makowski: Kim z Twojej perspektywy jest dzisiejszy student? Jakie ma potrzeby, czego szuka na uczelni i jak widzi swoją przyszłość?

Krzysztof Mazur: Współczesny student coraz częściej jest konsumentem, a jego relacja z uczelnią przypomina relację biznesową. On dostaje dyplom potrzebny do CV, uczelnia dofinansowanie. Wystarczy spojrzeć na związek między studentem a wykładowcą, który już nie odbywa się w typologii mistrz-uczeń, ale raczej „ja tu przychodzę po zaliczenie, pan po prostu wykłada, nikomu nie jest na rękę wchodzenie sobie w drogę – dogadajmy się”. Taki sposób myślenia dominował kiedyś na uczelniach prywatnych. Dziś przenosi się nawet na najbardziej renomowane uczelnie publiczne.

 

Czyli studia stają się rodzajem szukania kompromisu, a nie etosu akademickiego? Kiedy kończyłem historię sześć lat temu, nie widziałem powszechnie zachowania, o którym mówisz. Zmiana pokoleniowa przyszła tak szybko?

Myślę, że to jednak idealizacja. Faktycznie, na początku lat dwutysięcznych było przekonanie, że dyplom wiąże się z określoną wiedzą przydatną w życiu zawodowym. Traktowano wiedzę merkantylnie – coś za nią można było załatwić, dostać lepszą pracę. Czuję podskórnie, że dzisiaj nie chodzi już nawet o wykształcenie, ale o sam “papier”, o kolejny wpis do CV. Uniwersytet ląduje w tej logice gdzieś między stażem w zagranicznej korporacji, a szkoleniem z obsługi programu AutoCAD. Jednak ta  zmiana nie nastąpiła nagle, bo odchodzenie od etosu uniwersytetu trwa nieustannie przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Ze swoich studiów na filozofii  pamiętam, jak profesor zapytał studentów: „Czy w ostatnim miesiącu słyszeliście od rodziców, że marnujecie czas studiując filozofię?”. Odpowiedzieliśmy zgodnie: „tak”. „To po co ją studiujecie?” – rzucił wykładowca i zapanowała cisza. Do dziś pamiętam, że przyszła mi wtedy do głowy tylko jedna odpowiedź, że robimy to z pasji i chęci poznania prawdy. Nie miałem jednak odwagi powiedzieć tego głośno, bo wydało mi się to naiwne i śmieszne. Już raczej wolałem rzucić, że agencje PR-owe cenią sobie wykształcenie filozoficzne (śmiech).

 

W każdej większej grupie znajdą się chyba ci ambitni, którzy nadadzą ton reszcie roku?

Oczywiście, to nie jest tak, że nagle wszyscy stracili wiarę w uniwersytet. Nie umiem oszacować jak spory jest odsetek procentowy osób zainteresowanych przedmiotem – szczególnie na studiach humanistycznych na jakich wykładam – ale zaryzykuję stwierdzenie, że on proporcjonalnie rośnie. Problem jest jednak inny, ci najlepsi studenci coraz częściej przenoszą swoją aktywność poza zajęcia i uczelnie. Głównie w Warszawie etos pracy intelektualnej wypierany bywa przez etos pracy zawodowej.

 

 

Więcej nauczę się w korporacji niż na wykładach?

Chyba takie są ich motywacje, ale to nie jest moim zdaniem dobra droga, bo za pięć lat zabraknie im podstawy intelektualnej do bycia kimś więcej, niż specjalistą w jednym zawodzie. Jeśli ktoś zbyt szybko pójdzie drogą specjalizacji, to potem może mieć problem z odnalezieniem się na dynamicznie zmieniającym się rynku pracy. Co więcej, może mieć problem ze zdefiniowaniem siebie w dorosłym życiu.

 

Nazwałbyś tę ścieżkę kariery drogą na skróty? Z perspektywy studentów to raczej dobry wybór – studia jakoś skończą, a na starcie mają kilka lat doświadczenia, którego nie ma ich kolega czy koleżanka, siedzący w książkach.

Nie wiem czy da się zalety “nie pragmatycznego” studiowania wyjaśnić teoretycznie, na pewno można to zrobić na przykładach. Mam dobrego kolegę, który poza studiowaniem prawa chodził na zajęcia z filozofii. Oczywiście wszyscy mówili mu, że to fanaberia, ale on się zawziął i ukończył dwa kierunki. Teraz 10 lat po ich zakończeniu jest najmłodszym partnerem w jednej z renomowanych kancelarii w Warszawie, głównie dlatego, że poza kompetencjami prawniczymi jego szef ceni sobie fakt, że jest ciekawym człowiekiem – co widzą również klienci. W swojej kancelarii zbudował specjalistyczny zespół zajmujący się nowymi technologiami. Szerokie horyzonty pozwalają mu zrozumieć nieraz tak abstrakcyjne idee, jak wirtualne waluty (Bitcoiny), z którymi mógłby mieć problemy otrzaskany wyłącznie z kodeksami prawnik. Być może to nie przekona żadnego studenta, ale jego kariera pokazuje, że warto myśleć o studiach nie tylko jako o fachu, ale jako o bardzo ważnym okresie w życiu, kiedy kształtujemy sami siebie. I nie chodzi tylko o rozwój intelektualny, ale szeroko rozumiany rozwój osobisty. To jest właśnie misja uniwersytetów – pomagać studentom, by stawali się lepszymi i ciekawszymi ludźmi!

 

Można zaryzykować stwierdzenie, że dzisiaj mamy nadprodukcję specjalistów, dlatego na rynku wyróżni się ten, który będzie oferował interdyscyplinarność?

Steve Jobs miał słynną przemowę na Uniwersytecie Stanforda w 2005 roku, w której wymienił trzy kluczowe doświadczenia ze swojego życia, pomocne dla każdego studenta. Po pierwsze: moment studiowania nie powinien być czasem, w którym zastanawia się nad praktycznością tego, co się studiuje. Należy iść za tym, co się kocha i przynosi autentyczną satysfakcję. To okres na zadawanie sobie fundamentalnych pytań. Później podał banalny przykład kursu kaligrafii, w którym uczestniczył jako student, a który sprawił, że w komputerach Apple po latach jako pierwszy wprowadził tak oczywistą dzisiaj rzecz, jak różne kroje czcionek. To wyróżniało jego komputer od całej konkurencji, dopóki Windows tego nie skopiował (śmiech). Nie planuje się tego, ale życie zaskakuje przydatnością z pozoru nieprzydatnych rzeczy, jeśli idzie się za swoją intuicją. Po drugie: trzeba pamiętać o tym, że umrzemy i zastanawiać się, czy z tej ostatecznej perspektywy to co robię, ma większy sens. Czy przygotowywanie kawy na stażu faktycznie nas rozwija? A może istotniejsze jest przeczytanie w tym czasie kilku ważnych książek? To pomaga dobrze poukładać priorytety, wyjść z myślenia o wiedzy jako o czymś wyłącznie merkantylnym. Po trzecie: nie można się bać porażek. Czasami największe niepowodzenia mogą się okazać motorem do zmian. Na studiach można i czasami trzeba sobie pozwolić na przywilej błądzenia. Okazuje się zatem, że Steve Jobs – guru współczesnych “kapłanów innowacji” – miał bardzo tradycyjne w istocie podejście do uniwersytetu. “Nie patrzcie na ten czas, jak na kurs zawodowy, ale kluczowy okres definiowania samych siebie”, przekonywał studentów Stanforda.

 

 

Myślisz, że takie „filozofowanie” trafiłoby do polskich studentów? Miałeś okazję gościć na Uniwersytecie Notre Dame w USA. Czy przepaść między naszymi uczelniami jest tak wielka jak się sądzi?

Tak, to są dwa światy. W Stanach o uczelni myśli się jak o osobnym ekosystemie – kampusy, biblioteki, akademiki. Jak mamy ten etos budować w Polsce, gdy wszystko rozsiane jest po całym mieście? Zamiast rozmawiać z profesorami w stołówce w trakcie obiadu, siedzi się w autobusie jadąc z jednych zajęć na drugie?

 

Czyli dobra uczelnia powinna przypominać grecką akademię?

Owszem, również w kontekście zaniedbanej w naszym kraju kultury fizycznej na studiach. Tam właściwie każdy – od studenta po profesora – uprawia jakiś sport, który jest integralną częścią życia akademickiego. Na kształcenie patrzy się jak na proces holistyczny – ćwiczy się i ciało, i umysł. Drużyny uniwersyteckie – futbolowe czy koszykarskie – pozwalają również identyfikować się ze swoją uczelnią także po zakończeniu studiów. Jeśli bierzesz swoje dzieci regularnie na mecze Buldogów z Yale, gdzie spotykasz swoich przyjaciół ze studiów, to nie musisz ich potem specjalnie zachęcać do nauki. Same chcą dostać się kiedyś do Yale, by zagrać w ukochanych “Buldogach”.

 

Marzysz o takim stopniu unifikacji uniwersytetów w Polsce?

Oczywiście. Idziesz na  siłownię i po jednej stronie widzisz swojego dziekana, a po drugiej studenta chodzącego na twoje zajęcia. To buduje niezwykłe poczucie wspólnoty.

 

 

Czy sądzisz, że można tak zreformować system szkolnictwa wyższego, aby najlepsi studenci zostawali po studiach w naszym kraju? A może w globalnym społeczeństwie to po prostu niewykonalne?

Obawiam się, że tak, ale cieszę się, że minister Gowin planuje do tego zagadnienia podejść ambitnie. Wszystko rozbija się jednak o pieniądze i brutalną prawdą jest, że jeżeli chcielibyśmy mieć w Polsce topowe uniwersytety, musiałoby ich być dosłownie kilka. I musiałyby otrzymywać zdecydowanie wyższe dofinansowanie, niż cała reszta. Obecnie mamy spłaszczenie dotacji publicznych, a nas po prostu nie stać, żeby w każdym powiatowym mieście mieć uniwersytet, który będzie w pierwszej setce listy szanghajskiej. W związku z czym nie mamy żadnego.

 

Gdybyś jutro został Ministrem Nauki i Szkolnictwa Wyższego, zacząłbyś właśnie od takich niepopularnych reform?

Obawiam się, że tak, ponieważ do wyboru mamy albo mierność wszystkich, albo próbę przebicia się do elity nielicznych. Pytanie natomiast jak duże byłyby koszty polityczne i społeczne takich reform. Tutaj obawiam się, że łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Podniosłyby się głosy: dlaczego znowu Kraków i Warszawa, a nie dać szansy np. Rzeszowowi? Błędne koło małych, regionalnych interesów może być w przypadku tej koniecznej reformy barierą nie do przejścia. Ale czy mamy inne wyjście?

 

Czy to jedno rozwiązanie wystarczy?

Drugi kluczowy problem związany jest ze sposobem wyboru władz. Jeżeli rektor wybierany jest przez swoich pracowników, to w naturalny sposób nie będzie chciał dokonywać zbyt gwałtowanych zmian, ale raczej bronić status quo. To po ludzku zrozumiałe, ale konsekwencje widzimy wszyscy. Moim zdaniem powinniśmy zmierzać do zwiększenia roli absolwentów w rozwoju uniwersytetu. Oni są „poza układem”, zależy im na tym aby wartość ich dyplomu rosła, a zatem niektórzy z nich, na przykład działający z biznesie, chętnie zaangażowaliby się w rozwój swojej alma mater. Niestety, w przeciwieństwie do USA, nie mamy gotowego modelu współpracy z takich przypadkach. Wszystko robione jest doraźnie, a przez to nieskutecznie.

 

 

Jaki kierunek studiów poleciłbyś dzisiaj świeżo upieczonemu maturzyście? A może wręcz przeciwnie, próbowałbyś mu wytłumaczyć, że studia nie są jedyną drogą na zdobycie wykształcenia i doskonalenie się w tym, co nas autentycznie pasjonuje?

Myślę, że kluczem jest ta ostatnia rzecz, o której zresztą wspominał Jobs. Jeśli kochasz gotować, idź do szkoły gastronomicznej. Jeśli kochasz politykę, idź na politologię. Trendy i tak trudno przewidzieć. Za moich czasów wszyscy szli na marketing i zarządzanie…

 

… za moich na europeistykę.

No właśnie, i co z tego zostało? Dzisiaj widzimy, jak szybko zdewaluowały się te dyplomy. W tym samym czasie dobry kucharz nie będzie miał problemu ze znalezieniem pracy. Dlatego nie ma łatwych odpowiedzi, intuicja powinna nam podpowiadać drogę. Specjalista w każdej dziedzinie zawsze sobie poradzi. Zachęcałbym też przyszłego studenta, aby potraktował ten czas szerzej, aby zmagał się z ważnymi problemami, przestał być dzieckiem. Jeśli ktoś jest wierzący, to świetny moment na duszpasterstwa akademickie. Poza samym kierunkiem studiów, istotne jest przecież, kim się przez te pięć lat staniemy, a tego nie da się zaprogramować wyborem tych czy innych fakultetów.

 

Krzysztof Mazur. Doktor politologii, filozof, działacz społeczny; prezes Klubu Jagiellońskiego, członek redakcji Pressji; pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego; członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP.

 

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz tygodnika "Do Rzeczy", publicysta Wirtualnej Polski, współpracownik "Dziennika Gazety Prawnej" - wcześniej wydawca w portalu Deon. Pisał do Onetu, Forward, "Rzeczpospolitej", "Tygodnika Powszechnego" i Stacji7. Prowadzi program "Nocna Zmiana" w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016) oraz Stefana Myczkowskiego (2017) nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017).

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >